Urodziny Otiko

_MG_1153

Rok 2017 w naszej „rodzinie” okazał się rokiem wielu zawirowań i zmian. Pomimo nawału pracy i wyzwań udaje się nam znaleźć czas na specjalne chwile. O pewnych dniach pamiętamy, pomimo zapełnionego ponad brzegi grafiku. A oto jak przy odrobinie inwencji twórczej udało nam się zapełnić po brzegi dzień urodzin Oto.

Co tu zrobić, jak to ogarnąć bo przecież musimy pojechać do Oni odebrać Ewkę, w domu pozostawić całą naszą menażerię, czyli 3 szalonych wolontariuszy, psa, 10 kurczaków i kaczkę – Daisy-dziwaczkę? Trzeba wcześniej załadować opiłki z lesopiłki (tartak), zakupy a jeszcze lista próśb od sąsiadów. Kiedy wrócimy tego nie wie nikt. I odwieczny problem co na prezent dla Oto. Choć on nie należy ani do wymagających ani wybrednych dzieci, to my zawsze mamy z tym problem. Bo nasze prezenty muszą być wyjątkowo radosne i niezapomniane. Czasem jednak nie trzeba mocno się głowić , bo najprostsze pomysły są najlepsze. I tak też okazało się tym razem.

  • co ty na to, żeby Otiko pojechał z nami ? wiem, że mamy wiele spraw do załatwienia ale napewno znajdziemy czas, żeby mu coś pokazać czego nie widział?
  • jasne !!! a co ty na muzeum i synagogę, a może coś po drodze i Ewa też skorzysta…
  • ok dzwonię,  żeby Oto był rano gotowy.
  • oooo i pójdziemy na urodzinowe xinkali tak jak tu młodzi miastowi mają w zwyczaju .

Plan na kolejny dzień ułożony, Marika wie, że rano ma obudzić solenizanta, więc dziewczyny spokojnie zasunęły nosy w swoje krawatki.

Z samego rana w pięknym słońcu rozbrzmiewało „Gilocav Otiko!” a chłopak zwarty i gotowy z trudną do ukrycia radością oczekiwał wyjazdu do Oni.

Dziewiąta wybiła, no to witaj przygodo!!!

SONY DSC

  • Gosia da Kasia można wystawić głowę ponad szyberdach? a może usiąść tam, a teraz zatrzymać się można?
  • Ależ Otiko dzisiaj są twoje urodziny, a to znaczy, że wszystko można … no prawie (z lekkim przekąsem zaśmiały się dziewczyny).

SONY DSC

  • Otiko… xociesh do Xatii i Tamari?
  • xoooo! – i już rozsuwają się drzwi Deliki
  • hej hej poczekaj podjedziemy tam!!! przecież nie musisz biec tam piechotką.

Kolejny pomysł okazał się trafny.

SONY DSC

  • akoce Tamari, akoce !!…. małej siostrzenicy Otiko nie trzeba było specjalnie zachęcać bo Tamara obdarowywała go niekończącym się potokiem buziaków.

Przekraczając rogatki Oni przyszedł czas na obowiązki, ale nasz solenizant we wszystkim nam towarzyszył. Z ciekawością oglądał maszyny i ludzi pracujących w tartaku. Wtem rozbrzmiewa tel od nieznanego nam numeru , któż to , któż to ?

  • Cześć sulelo!!! – słychać znajomy głos – Ewa już jedzie do Ambrolauri,

więc my mamy jeszcze czas by gdzieś wyskoczyć z Otiko, przed nami piękny leśny trakt, więc czemu nie? jedziemy?

  • tak, tak mne lutshe w gory i les cem w museum – krzyczy jubilat.

Już za zakrętem czeka nas moc atrakcji z najsłodszymi poziomkami na świecie.

_MG_1146

 

Ja ci dam debilo!

20160605_103304.jpg

Sobota rano:

To co, że przygotowania (Chleb rośnie też nocą) trwają już dobre kilka godzin. Teraz pakowanie nabiera rozpędu i w pokoju jest już chyba więcej bagaży niż ludzi. Iva siodła konie, Msisiara pakuje rzeczy chłopaków, Chuliganka planuje rozłożenie bagaży, maluchy szaleją wśród rzeczy przywiezionych przez Marikę. W torbach chłopcy znajdują ciepłe swetry, skarpety i kalosze, które zdecydowanie przydadzą się na wyprawę. Pogoda od rana nas nie rozpieszcza i kiedy jesteśmy już wreszcie prawie gotowi do drogi, zaczyna padać na dobre. Torby, mieszki, plecaki, rzemienie trafiają na konie. Trochę to trwa, bo to nie takie chop siup, jak z pakowaniem bagażnika, więc w powietrzu oprócz deszczu czuć lekki zapach niecierpliwości. Wreszcie ruszamy, ale za mzave cxali Msisiara zauważa, że Otiko nie ma swojego plecaka z częścią jedzenia. 

– Iva skocz szybko na Oboli i weź ten plecak. My pójdziemy nela (powoli). – Otiko i Rostoma zostają schowani pod płaszczami przeciwdeszczowymi i ruszamy dalej. 

Iva wraca i chwilę idziemy spokojnie. Jednak przed rzeczką w drodze do Tevresho, na Coriy luzują się bagaże i okazuje się, że plecaka Rostomy z kurczakiem też brakuje. No pięknie, wychodzi na to, że wzięliśmy wszystko oprócz plecaków, które miały iść na chłopaków. Pakowanie trzeba będzie jeszcze poćwiczyć. Zaraz będzie krzyk ale…

– Iva, musisz jeszcze raz wrócić do domu… – jest krzyk, po gruzińsku. Zapewne o tym, że chyba zwariowałyśmy, bo on przed sekundą się wracał po plecak, i że w życiu już nigdzie nie idzie, i że musimy iść bez tego plecaka.  

– Tam są też cukierki… – Iva milknie, co znaczy, że już zmienił zdanie.

– Dobra, dogonię Was. 

 Leje jak z cebra. Iva dogania nas w Tevresho i pakuje się wraz z Oto i Rostomą na Obole. Chuliganka znajduje kamień do odbicia się, bo w błocie to zbyt ryzykowne biorąc pod uwagę temperament jej wierzchowca. Po chwili uśmiecha się siedząc już na Coryi i woła do zamykającej pochód Msisiary:

– Wskakuj na Jamalę! Ona pójdzie sama. – Msisiara widząc, że nie ma innego wyboru musi ekspresowo opanować kierowanie koniem. Na szczęście Jamala to najwspanialszy koń do nauki i bez problemu rusza za Obolą. Za to Chuliganka to jeden z najskrupulatniejszych nauczycieli i wykorzystuje każdy moment trasy do wpajania Msisiarze podstaw górskiej jazdy konnej. Wygląda to mniej więcej tak: kiedy tylko Jamala z kiełkującym jeźdźcem znajdą się w zasięgu jej wzroku i głosu pada grad gromkich komend: 

– Dociskaj kolana! Nie ciągnij tak za wodze! Jak trzymasz stopy w strzemionach? Kieruj nią! Nie wyprzedzaj! Co się tak wleczesz?  Ściągnij wodze! Poluzuj wodze! nie szarp nią tak! Kieruj nogami! Przyspiesz! Co tak pędzisz?! Odchylaj się do tyłu, pomóż jej! Przechyl się do przodu jak idziemy pod górę… No co tak siedzisz jak worek ziemniaków?!?

Jamala szkolona przez Chuligankę wyjściami w góry i kilogramami cukierków chodzi teraz jak złoto. Czy Msisiara nauczy się jak worek ziemniaków przestaje być workiem ziemniaków, to jeszcze wyjdzie w praniu.

Jedno jest pewne, dżygita z worka ziemniaków nawet Chuliganka nie wyrzeźbi !

Pogoda dalej nas nie rozpieszcza, pomiędzy nieustanną siąpawicą wali w nas oberwanie chmury. Na Oboli widać tylko 2 pary oczu: Rostomy z przodu w czarnym kapturze i Otiko na zadzie w zielonym kapturze, Iva schował się w płaszczu Rostomy i wcale go nie widać. Chuliganka, choć twardziel zaczyna się zastanawiać czy jest sens ich ciągnąć w ścianie deszczu:

Biczebi, ginda dalej na Sartsi ili wracamy saxshi? (Chłopacy chcecie iść dalej czy wracamy do domu) Didi zvima (Deszcz jest duży)…

Ara! Eta niczievo (Nie! To nic) – te słowa potwierdzają tylko, że nasze chłopaki nie wymiękają i możemy być naprawdę z nich dumne.

Idziemy dalej. Jijishori (czarna rzeka) jest wysoka, ale do przejścia, i dla tygodniowego źrebaka Nicory i dla najmniejszej Bebe i dla Msisary lądującej bez kalosza pod Jamalą.  

20160604_152749Na szczęście do Jirhali Kana jest już blisko, a tam w domku Niny będzie można się wysuszyć i trochę odpocząć. Osada liczy kilka małych, już prawie nieużywanych domków- nikt nie chodzi tak daleko wypasać bydła, bo bliżej są pola Tevresho. Domki i ogrody po cichu zaczął obrastać las wplatając połyskujące włosy traw w szczerbate płoty i dziurawe wiadra. Na zakręcie przy pierwszym domku przestaje padać. To jeden z tych momentów kiedy aura w tej okolicy rozdziawia nam paszcze ze zdziwienia. To jakby przejście z jednego pokoju do drugiego, za nami widoczna ściana deszczu nad nami palące słońce. Cieszymy się na hasanie po pas w chaszczach.

Kiedy tego najmniej oczekujesz, życie nagle daje Ci cukierki- po domku Niny, już dawno nie odwiedzanym, nie spodziewaliśmy się wiele. A tam: piecyk, drzewo, 2 łóżka na klepisku i linki do suszenia! Ten luksus zawrócił nam w głowach. Do tego jeszcze włączone nagle na full słońce… Wszyscy jak po zastrzyku glukozy zaczęli wyskakiwać z mokrych ciuchów, składać trubę (rura do pieca) rozpalać, przynosić wodę na herbatę. Po chwili znalazły się jeszcze garnki i sztućce, przez co Chuliganka już miała ułożony plan kulinarny na całą wyprawę. W domku zrobiło się cicho, bo chłopcy czmychnęli w las bawić się w Robin Hoodów, Robinsonów Cruzoe i gruzińskich Indian, wracając z naręczem świeżo zrobionych łuków i strzał. Chuliganka i Msisiara też poszły wytyczać swoje ścieżki w wysokich trawach i podziwiać widoki rozległych łąk Xopito, aż wszyscy spotkali się znów przy rzece. Zabawom i żartom nie było końca. Wtedy też miała miejsce słynna już akcja Titanic z Kasią i Otiko w rolach głównych: ona balansując na strzępach zwalonego mostu nad wzburzonym turkusem lodowcowej rzeki Zophituri, on widząc kolejną nadchodzącą katastrofę krzyczy z wysokiego kamienia:

– Kasia złaź, zaraz wlecisz! – no i wykrakał. Msisiara chlupnęła i wyskakuje udając, że niby nic się nie stało. Otiko woła zaś wzburzony w wersji gruzińsko-rosyjskiej:

– Kasia, ja ci dam debilo!!! No mówiłem, że zaraz wlecisz!!!

dsc_0580

Iva z złotym łańcuchem na szyi i wyostrzoną pałeczką pomyka między kamieniami odgrywając dla nas komediowe sceny. Oto zamienia się w Robin Hooda broniąc nas z dachu, Rostoma jak zawsze myszkuje przynosząc z niegdyś ogrodu szczypior, por i czosnek do zupy. Chuliganka znajduje zioła i szczaw goniąc za Coriya i Jamalą- stara się uchwycić na zdjęciu ich flirty. Msisiara zaczyna jeszcze mecz tenisa patykami i butelką. (I wierzcie nam, w życiu nigdy nie pomyśleli byśmy, że parę miesięcy później rozegramy mecz prawdziwymi rakietami!)

Wieczór w nowym miejscu oczywiście nie może się obyć bez dyskusji pt: “Kto, gdzie, z kim”… Śpi, oczywiście. Łóżka są dwa, więc opcja dziewczyny z lewej, chłopaki z prawej wydaje się zupełnie przyzwoita. Jednak chłopcy wyskakują (dosłownie) z pomysłem wniesienia do naszej malutkiej izby leżanki, którą spostrzegli wcześniej w komórce. Już nie ma co oponować, choć jedna noga się chybie, i materiał trochę nie trzyma się ramy…

– To tu położymy skórę barana z domku Gio i Gurami! Będzie miękko i ciepło 

– No to w sam raz dla Msisiary! Jej jest zawsze zimno 

Zanim przygotujemy się do zasypiania przy migającym płomieniu lampki naftowej, tradycji musi stać się zadość- Chuliganka nie przepuści okazji zaprzyjaźnienia się z nowym piecem. W trymiga rozbujała go do czerwoności. Chłopcy porozbierali się chyba do majtek, Msisiara szybko uciekła z wymoszczonej baranią skórą “podpiekanej” leżanki (na której, koniec końców nocowała Bebe), a Chuliganka z czystym sumieniem ogłasza, że pierwszy dzień ekskursji możemy uznać za zakończony. A kto buszuje nocą w domku Niny dowiecie się rano…

tennis.jpg

Śnieżne orzeźwienie na Chiorze

– Ooo, dzisiaj jest słońce!!!! krzyczę , otwierając jedno oko na Shodę, po wielu dniach obfitych wiosennych deszczy, zawitało słońce nad Ghebi.- tu Ryba!!!Ryba do akwarium… jak mnie słyszysz?Hej! Patrz szybko za okno, Shoda się świeci!- naciągam tylko kołdrę na głowę, zastanawiając się nad urokami tak żywego budzika. Chyba żaden iPhone ani Samsung nie jest w stanie zaprojektować takiego przeżycia jak rozbudzona Chuliganka… Nie ma mowy żebym teraz otworzyła oczy, jeszcze chwileczkę. Po paru minutach odzywa się ujadanie Bebe, a to znaczy, że Marika zaczęła karmić kury. Bebe jest zazdrosna, bo też lubi ziarna kukurydzy. Z resztą Bebito zjada wszystko co inne nasze zwierzęta. -Kurcze!!!- myślę- jak chłopaki mogą tak mocno spać?! Im żadne pianie i ujadanie nie przeszkadza…

Adjeki biczebi, adjeki Msisiara- Chuligankowy budzik znów się rozdzwonił. Tego już ignorować nie będę, bo niewychowawcze, wstajemy! Szybkie śniadanie, plecaki spakowane i chłopcy wychodzą do szkoły, patrząc zza płotu czy po buziaku ktoś im jeszcze pomacha na do widzenia- lubią nowe zwyczaje mimo większej ilości obowiązków.

A my co?

  • Kaśka, ty idź na Chiore. To znaczy na Notsare, czyli ten szczyt za Chiorą, bo Chiora to ta wioska przy dużym moście, którą się mija jadąc z Oni. Wiesz przecież, nie? Odpoczniesz sobie, pochodzisz, tam są super widoki i droga prosta, więc się nie zgubisz.- Chuliganka już układa plan i nie pozostawia miejsca na słowo sprzeciwu.

  • Dobra, czemu nie! To ja biorę Bebito i spadam. – Jest po 9, to zdążę przed zmrokiem. Plus droga do Chiory jest duża i widoczna, wiec nawet po ciemku można trafić. Pakuję kilka rzeczy do worka: butelka na wodę, folia przeciwdeszczowa, sweter, czapka i rękawiczki, scyzoryk, okulary przeciwsłoneczne, telefon, chleb, cebula i cukierki oraz keri (owies) ze śniadania. Gotowa do drogi! To którędy droga?

  • Idziesz do Chiory i w wiosce cały czas prosto główną drogą na eklesje, czyli kościół. W razie czego pytaj, tam przy głównym placu będzie woda to się dopełnij, bo dalej wody pitnej nie ma. No i za wioską dalej idzie droga na szczyt, taka duża, ładna, bo tam samochodami jeżdżą. Szybko chodzisz to zdążysz do wieczora, tylko wróć…

  • Kai kai, ho ho… (gruzińskie tak tak tak….)

I tyle nas widzieli. Droga nasza, psino kochana. Do Chiory jest dość monotonnie, ale spotykamy krowy, które przez chwilę nam towarzyszą. Niestety nie chcą one ze mną romawiać, więc pozostaje mi nadal monolog do Bebe. Co prawda nie wyglądają tak miło jak nasze ghebińskie krowy. Może im smutno, że nie chodzą po górkach? Do wioski Chiora, dochodzimy z Bebe po 2 godzinach marszu, plan jest znaleźć wodę i za wioską zrobić przerwę. Chiora jest malutka[ (mapa), ze szkołą do której chodzi sześcioro dzieci, tam pytam pana o wodę. Odpowiada, że nie chce… pewnie myślał, że mu proponuje tylko pytanie co 😀 To jeszcze raz:

  • ME minda cxali? Sadari? (Ja chcę wody? gdzie?) – I pokazuję, że do picia, bo tego jeszcze nie umiem powiedzieć po gruzińsku. Ho! Pan zrozumiał i pokazuje mi, że za szkołą. Za szkołą tylko brama na czyjeś podwórko, hmy..? Odwracam się i jeszcze raz wołam „sadari?”, a on pokazuje, że mam wchodzić za bramę. Kilkoro dzieci już zwęszyło co się dzieje i biegnie na pomoc zagubionej Msisiarze; prowadzą do kranu na podwórku i napełniają butelkę. Tak to już tutaj jest- wszystko się znajdzie, choć nie ma niby nic. Po kilku minutach widzę oficjalne ujęcie wody i lokalnych panów na lokalnej ławeczce. Nic nie szkodzi, jeszcze raz się napiję i pogadam z panami. Jak zawsze przy takich spotkaniach, jeden z grupy mówi lepiej po rosyjsku:
  • Ad kuda wy, i kuda idiosz. Aaaaa Polsza, znaju znaju. Eta wasza sabaka? ( Skąd jesteś i gdzie idziesz? Ah z Polski, to znamy. I to twój pies?)

Trzeba pilnować czasu, jeśli nie chcę się wpakować w popołudniowy deszcz będąc na szczycie, więc żegnam się gruzińskim „kargat” i zmykam za wioskę. Tam będę mogła wreszcie odpuścić Bebe ze smyczy i trochę odsapnąć. Krótka przerwa pod drzewem, przed strumieniem. Bebito chyba trochę dostała w kość, bo zamiast szaleć po polach kładzie się pod nogami i zjada ze mną resztki owsianki.

20160510_112842

Kiedy ruszamy, w psa wstępuje nowy duch! Pędzi po zboczach rozkopując nory i kopce, zjada kwiaty, poluje na motyle i wszystkiego próbuje, oczy aż błyszczą Bebe z nadmiaru energii. Wybaczcie kochani przyjaciele, z którymi przemierzałam szlaki, nadal jesteście niepowtarzalni… Ale Bebito po prostu wymiata na trasie! Ma idealne tempo, nie domaga się chałwy lub cukierków, rozumiemy się bez słów, bez komentarza wysłuchuje najdziwniejszych zwierzeń, a do tego jest wyjątkowo miękka i puszysta 🙂

20160510_114654fot/ Chiora i Rioni

20160510_120934fot/ Patara Ghebi i Rioni

Trasa wiedzie spokojnym trawersem. Najpierw przez łąki do małej cerkwi z cmentarzem. Stamtąd rozpościera się przepiękny  widok na dolinę Rioni i Ghebi. Później przez las, w którym zastanawiam się co powinnam zrobić jeśli spotkam misia i czy Bebe pogorszy czy polepszy taką sytuację. Tym razem obywa się bez misiów. Mijamy ścinkę drzew i pniemy się dalej w górę,  spragnione widoków. Trawers robi się coraz bardziej stromy, ale Bebito nie odpuszcza tempa, a ja mam ochotę się zmęczyć więc dotrzymuję jej kroku. Śnieg zaczyna się dość nisko, jeszcze na drodze i pokrywa cały grzbiet. Teraz nie ma już szans na widmo żadnej drogi, ślady pojawiają się tylko pojedyncze- zwierząt, ale śnieg jest dość twardy i zapadam się tylko po kostki. Za to Bebe po prostu szaleje! Taki z niej wariat na śniegu jak Chuliganka na jacuzzi, zatrzymać się nie da… Niestety niebo zaciągnęło się już chmurami i nie wystarczy mi czasu na pełną eksplorację grzbietu, który aż zaprasza, żeby iść dalej w stronę granicy, ale to co widzę dookoła siebie (pomimo chmur!) w zupełności wystarcza na dobrego energetycznego kopa.

 

Uwielbiam wejścia pod górę, uwielbiam mało uczęszczane trasy, uwielbiam porządnie się zmęczyć i moc gór. Ale najbardziej uwielbiam to, że kiedy mając już czasem serdecznie dość, podnoszę wzrok stojąc na szczycie i momentalnie zapominam o spoconej koszulce, zadyszce i mokrych skarpetach, a po spontanicznym okrzyku rozpierającej radości, mogę maszerować dalej. Może to kombinacja wysiłku fizycznego i świeżego powietrza doprowadza mnie do takiej ekscytacji, a może patrząc na góry automatycznie włącza mi się w mózgu filtr upiększający na wzór tych z photoshopa, ale będąc sama wśród gór czuje taki spokój, że nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy częścią czegoś niesamowicie pięknego.

20160510_144234

20160510_141629

Z Notsary (2368 m n.p.m.), czyli szczytu górujacego nad wioską Chiora widok jest w stylu pocztówkowo-panoramicznym na dolinę Rioni, Shodę-Kiedylę i Logorę od południa, pasmo wysokiego Kaukazu z lodowcem Kirtishio i szczytem Chanchaxi oraz na  Burjulę i szczyty okalające Maminsonskij Pereval.

kirtishio.jpg
 fot/ Lodowiec Kirtishio i granica z Rosją
 … ale to trzeba przeżyć, więc nie będę nawet próbować tak zaawansowanej gimnastyki literackiej jak opis powyższej panoramy. Tymczasem, na szczycie nadal pochmurnie, ostatnie kawałki chleba rozdzielone, więc w tył zwrot i do domu marsz! Wystarczy już tych mistycznych uniesień i spokoju, prawda Bebito? Jak dobrze pójdzie to zajdziemy do domu po 18.00 i zrobimy jeszcze angielski z chłopakami.

bebe wolf