Wschód pod Sartsividziri

20160526_055242

Połowa maja na ponad 2000 m n.p.m. w gruzińskich górach; ale nam w nocy tyłki zmarzły. Kasia-Msisiara to już na samą myśl o chłodzie szczęka zębami i zakłada na siebie co jej w ręce wpadnie, a w domu śpi przykryta po czubek głowy. Ale taka noc pod namiotem wcale nie musi boleć, nawet bez super drogiego sprzętu! Kilka wypracowanych sposobów i zmarzlak też może cieszyć się urokami wysokich gór, Syberii lub Mongolii zimą.

IMG-20160613-WA0013

Oto kilka sposobów na przetrwanie chłodnych eskapad:

  • ubieranie „na cebulkę”. Mniej do noszenia, więcej do zobaczenia. Pod względem ubrań preferuje naturalne materiały, koniecznie wełniana bielizna oddychająca! (ten wydatek się zwraca)
  • czapka! A najlepiej czapka i kaptur lub 2 kaptury, lub turban z chustki i czapka- zasada ubierania „na cebulę” od stóp do głów!
  • ciepły śpiwór ( Husky się sprawdza od kilku lat. Oczywiście nie pod namiotem na Syberii, ale przy małych mrozach tak)
  • folia NRC!!! tania + lekka = zawsze, wszędzie, obowiązkowo. Może służyć jako izolator, ochrona od deszczu, kołdra, prześcieradło. Najlepiej zawinąć w nią śpiwór przed włożeniem do pokrowca i nie trzeba obawiać się deszczu (sposób Chuliganki) I przypominamy: S.O.S.= SREBRO ODBIJA SŁOŃCE, czyli kiedy chcemy się ogrzać srebrną częścią do siebie, kiedy jest za gorąco srebrną częścią na zewnątrz.
  • termos. Jeśli mamy możliwość zrobienia czegoś ciepłego do picia lepiej, żeby miało to właściwości rozgrzewające. Większość herbat, np. czarna lub zielona ma właściwości ochładzające. Więcej poczytać można na stronach o termice produktów.
  • ognisko lub palnik
  • unikać spania solo :))) razem raźniej i cieplej. A czy przyjemniej i wygodniej to zwykle zależy od towarzystwa i kwestii gustu.
  • Chuligański sposób : hartować ciało cały rok a krótkie kąpiele naprzemiennie w bardzo zimnej i gorącej wodzie dają rewelacyjne efekty.

Jeśli chodzi o Chuligankę, to wręcz przeciwnie oblewa się zimnym potem na myśl o upale, a gruzińskie noce w górach przesypia bez śpiwora. Tym razem chyba trochę zmarzła… a trzeba było Msisiarowym sposobem spać w rękawiczkach i 3 kapturach.

14074628_509208495952813_954314127_o.jpgfot: odsłonięta góra Sartsividziri

– Zimno, ale za to jaki widok… Sartsividziri się odsłoniła.Oczywiście ty jak zwylke spałaś, matko z córką… a ŻADNEJ CHMURY NIE BYŁO!!! Słyszysz?! Ajajajajaj, jakie zimne spodnie…- Chuliganka rozbija się jak mała torpeda. Jak widać mróz i poranne, górskie widoki działają na nią 1000 razy lepiej niż najmocniejsze espresso. 

– Trzeba się było ubrać i spać z rzeczami w śpiworze to byś teraz nie kwiczała – Msisiara wydaje się ociągać, ale tylko zbiera siły by wystartować sprintem kiedy wychyli głowę ze śpiwora i nie myśleć o tym, że nie ma swojego ulubionego termosu z cxeli cxali (gorącą wodą). Jest 6.00 rano, cały wąwóz pogrążony jest jeszcze w chłodnych szarościach, trawa oszroniona, za to zza szczytu Sartsividziri rośnie różowo-pomarańczowa łuna. Niestety, do szczytu już klei się chmura- naprawdę trudno jest złapać tą górę zupełnie odsłoniętą… wstydliwa ta góra. 20160526_054934fot: Sartsividziri już w chmurze

Dziewczyny ruszają drogą prowadzącą trawersem na górę Ghorebi, z której można odbić do starej kopalni. Chuliganka kiedyś już tam trafiła, podczas pierwszego rekonesansu i podobno… spała w traktorze ( jak ktoś ładnie poprosi to może opowie). Jest to nowa droga, powstała dzięki aktywności geologów i jak się pózniej okazuje, biegnie ona niedaleko starego trawersu. Ze względu na późną i chłodna wiosnę, zalega jeszcze dużo śniegu i trawers jest prawie całkowicie przykryty. Nie udaje się im znaleźć odbicia na kopalnie, ale widok zalewanego powoli słoncem wąwozu jest tak cudny, że idą dalej jak się da i gdzie się da. Czekany są, ręce i kolana też, dadzą radę. Na chwilę się rozdzielają, obie lubią czasem pochodzić swoimi ścieżkami. 

20160526_082015fot: widok na drogę, Gohrebi

14060384_509207655952897_1104464930_o

14113961_509208289286167_1263331363_o.jpg

Msisiara po przypadkowym wejściu na starą drogę, postanawia dojść do skąpanych w słońcu skałek, to jeszcze nie szczyt, ale widok na dolinę będzie boski. Trawers stromym zboczem pokrytym śliską, uklepaną pod śniegiem trawą nie należy do najłatwiejszych, ale skałki są tuż tuż, a po nich wspinać się powinno być zdecydowanie łatwiej. Teraz idzie już w pełnym słońcu i kiedy brak jej tchu wystarcza że się odwraca, by spojrzec wokoło, a nogi same ida dalej. Po skałkach rzeczywiście idzie się łatwiej, ale… syk. Oj oj… żmija. Malutka. W sumie nic dziwnego: nagrzane kamienie, gęsta trawa, są żmije. Tylko że na nogach lniane spodnie po dziadku, więc chronić to one mogą swoim dobrym czarem. Ostrożnie, ale postanawia iść dalej, jeszcze kawałek, jeszcze zota zota (ciut ciut). Po kilku krokach, kolejny syk. Skubane gadziny, uwzięły się na tą ścieżkę! Najgorsze, że leżą na kamieniach i nie da się ich zobaczyć z dołu.  „Dobra Szefie, do 3 razy sztuka. Jak mówisz, że lepiej schodzić to niech będzie” – myśli Msisiara. „Jeszcze jedna żmija i ja się zwijam”- Na następnym kamieniu rozlega się już bardzo donośny syk dorosłej żmii zygzakowatej. Ta nie schodzi z drogi. Wszystko jasne, Msisiara robi ostatnie zdjęcia i ostrożny w tył zwrot. 

zmija.jpg

20160526_08420220160526_084206

Gdzieś na zboczu spotykają się Chuliganka i Msisiara, następuje kilkuminutowa wymiana wrażeń i schodzenie. Schodzenie to jednak dużo powiedziane…

– Nie wiem jak ty, ale na te góry jest tylko jeden bezpieczny sposób… jeden Gruzin mi to pokazał jak szliśmy na Shodę. Dumę lepiej pakuj w gacie, będzie Ci wygodniej i zjeżdżamy na dół, nie ma co niszczyć kolan. Zjeżdżałaś już kiedyś?- pyta Chuliganka podciągając spodnie

– Nieeee…

– No patrz, człowiek uczy się całe życie. To ręce do góry, w razie czego łap się gałęzi i módl się żeby tu nie było kamieni. 

Lokalny sposób na pokonywanie stromego zbocza okazuje się NAJLEPSZY. Bezpiecznie lądujemy przy przy ścieżce z dobrze wymasowanymi pośladkami.

20160526_093256

– To co, jeszcze szybki wypad na lodowy zwał na rzece? Spróbujemy rzeki lodowcowej i zwijamy się w Ghebshi? (Gruzini mówiąc, że gdzieś idą na końcu słowa dodają końcówkę -shi. Sachshi= do domu, Onshi= do Oni)

Khai khai, xo xo (tak tak… charakterystyczne tylko dla tego regionu)

Po sprzątaniu obozu, pakujemy Pana Konia, który tak się najadł że ledwo można na nim siodło zapiąć i ruszamy w drogę… kombinując, jak by tu wrócić z chłopakami. Ile jedzenia trzeba wziąć, na ile dni, żeby szkoły nie opuścili, jak się zapakujemy i ile koni trzeba będzie wziąć. Po drodze zbieramy jeszcze po worku mięty i babki lancetowatej do suszenia.

fot: przerwa w przebiśniegach

Na ostatniej prostej czyli za Tevresho widać nadciągające znad Ghebi ciemne chmury.

– Tak nam się udało z pogodą przez te 2 dni, że teraz to już może padać. 

– Słyszysz Szefie, możesz włączyć pralkę!

20 minut od domu łapie nas burza z gradem. Jak się szybko okazuje, te burzowe chmury są zapowiedzią bardzo ‚burzowych’ zdarzeń… 

Reklamy

Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie

  Wieczorem padł pomysł wycieczki do starej kopalni pod górą Sartsividziri. Najbliższe 3 dni ma być ładnie, to grzech nie skorzystać. Skoro Vasiko ma nogę w gipsie, a chłopaki szkołę, to i tak nie ruszą żadne prace. Siedzenie w domu to proszenie się o kłopoty; Chuliganka i Msisiara są uzależnione od akcji i atrakcji. Czas na przerwę od domowych rewolucji i wietrzenie głów.

20160525_162823

Bez kombinowania nie ma… całusów

Plan na wyjście (śniadanie, plecaki i marsz) jest tak dziecinnie prosty, że nie nadaje się do naszej historii- ulega zmianie w połowie dopijanej przez Chuligankę kawy Lobjanidze* 

Dla kombinatora specjalisty każdy pomysł jest wystarczająco dobry, by coś dobrego z niego wynikło. A pomysłem jest koń, ale nie nasz, bo nasze konie źrebate lub w Tevresho. A skoro koń nie nasz, to trzeba pożyczyć. Od kogo? Od sąsiada Temo. Gdzie Temo? Właśnie wyszedł do wioski i zapomniał telefonu. To czemu nie zadzwonić do kogoś, kto mieszka po drodze do wioski, żeby podać mu telefon, niemożliwe? Niemożliwe nie istnieje! Ale zanim wyjście będzie możliwe trzeba spakować konia, vai me deda (o matko)… Msisiara zaczyna się już widocznie niecierpliwić, ale na czole Chuliganki widać zmarszczkę determinacji. Będzie koń i kropka. Powietrze lekko gęstnieje, ale staje na kropce. Idziemy z koniem, a że nie wiemy jak mu na imię, nazywamy go Panem Koniem. 

Jeszcze w drodze do Tevresho przestajemy wierzyć w plotkę, że Koń jest rzekomo zrywny i płochliwy. Kiedy niespodziewanie rozlega się huk, przez sekundę nie wiemy co się dzieje. To tylko strzały polowania, a Koń wcale się nie płoszy. On przynajmniej nie kojarzy tego z wojną. Szczęściarz z niego. Za Tevresho i blaszanym mostem bierzemy trochę sałatki na wynos; po garści młodego szczawiu i szczawiku zajęczego. Smaczne, zdrowe i darmowe! Kasia wcina, Koń wcina, a Chuliganka soczyście komentuje. To znaczy, że humor też już nam zzieleniał…  

Rzeka Dzidzishori jest niemal do kolan, ale pokonujemy ją stopa w stopę i w kopyto i odpoczywamy na chame (jedzenie) przy kapliczce i stadzie jaszczurek.20160525_130754

Kiedy dochodzimy po raz kolejny do rzeki (Rioni) odbijamy w prawo, tak jak prowadzi główna droga. Przejście przez drewniany most i dalej już tylko prosto. W Dzirxali Kana, jesteśmy tak wcześnie, że decydujemy się chapnąć trasę na raz i nocować przy obozie geologów. To w końcu ok 20km bez większych wzniesień terenu, taki dłuższy spacer.

Słonko grzeje, Pan Koń chętnie idzie podjadając szczaw, a za każdym zakrętem oczy śmieją nam się coraz bardziej wariacko. Nikt nas tu nie widzi i nie słyszy, to czemu nie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa? Zaczyna się skakaniem po łąkach, błotnych kałużach i niewinnych flirtach z Panem Koniem. Kiedy w połowie drogi miedzy Brili, a obozem geologów wychodzimy na górkę, skąd widać Zopxito przed nami, łąkę górskich kwiatów obok, a za nami ogromne łąki Didi Xopito to … głupawka zostaje z nami na dobre. 

Pan Koń dostaje nieprzyzwoitą ilość całusów, a od naszego podsyconego endorfinami szczebiotu mógłby się co najmniej uśmiać. Przekupiły go chyba jednak te buziaki i obietnice całonocnej biesiady na łące, bo niesie nasze toboły bez marudzenia. Wreszcie wkraczamy w rozległą dolinę, którą zamyka Sartsividziri, a w oddali widać już maleńkie punkciki – domki geologów. Pytanie tylko, czy będzie most. Skoro już nam tak dobrze idzie, to trudno żeby Szef nie zadbał o ten most, prawda? Prawda, dobra passa nam sprzyja. Jeszcze jedna mała rzeka pod kolano, no bo chyba nie myśleliście, że dojdziemy na miejsce suchą stopą… Bez chlupiących butów nie byłoby czego suszyć. A tak mamy zadanie na wieczór. Za mostem ostatnia prosta i jesteśmy w miejscu, które jak możecie się spodziewać, jest ważnym punktem na naszej Tajemnej mapie (Wcześniej pisaliśmy o miejscu zwanym Jacuzzi)

20160525_16121020160525_180334

Tajemna Mapa- Górskie Ucho przy Sartsividziri

Trasa pod Sartsividziri jest łatwa i łagodna, chociaż atrakcji przy przechodzeniu przez rzeki i okazjonalne osuwiska nie brakuje. Ale cały czas idzie się drogą. Droga nie prowadzi co prawda pod samą górę, ale można podejść na tyle blisko, żeby wypływająca woda miała smak i kolor topniejącego lodowca a widok 6 kobiecych głów (jak wskazuje nazwa Sartsividziri) zapierał dech w piersi. Dlaczego Górskie Ucho? Po pierwsze; wygląd doliny. Głęboki wąwóz zakręca delikatnie i kończy się tutaj, sprawiając wrażenie schowanego wgłębiania. Po drugie: to miejsce słucha. Nawet tego, do czego czasem boimy się przyznać przed samym sobą. 

Pierwszy wieczór pod Sartsividziri, co tu dużo mówić: idealny. W nieczynnym obozie geologów urządzamy sobie najwspanialszy pokój z kominkiem, podłogą, stołem, krzesłami, wieszakiem i… widokiem 8D na otaczające nas góry, rzekę, niebo, zachodzące słońce i chmury lepiące się do szczytów jak cukrowa wata. Stereo gra szumem Zopxituri i trzaskiem palonego drewna, buty suszą się przy ogniu obok podpiekających się xachapuri. O kapciach nikt nie pomyślał, ale bieganie boso po górach w maju to dopiero okazja, a na dodatek po podłodze! Bo znalazły się i deski, żeby ułożyć podłogę od kominka-ogniska do łazienki-kranu z woda i sypialni-namiotu. Czego potrzeba, żeby sprawić sobie taki domek w środku gór? Godzinkę czasu, Szefa od szczęśliwych zbiegów okoliczności, dwie szalone kombinatorki i specjalizację w budownictwie górskim w stylu “coś z niczego”.

– kurcze, trochę szkoda, że wina nie mamy

– oj tak. Winko tutaj przy kominku idealnie by pasowało…

20160525_182937

20160525_193049.jpg

I kiedy nie mając nic konkretnego, masz wszystko, co daje ci radość. Wiesz, że dla takich chwil watro żyć. A doceniając czar danych chwil i ludzi, z którymi możesz je dzielić zdobywasz coś bezcennego. 

20160525_195227

– wiesz, musimy tu przyjść z chłopcami. Nigdy nie byli na żadnej wycieczce, mieszkają tutaj, a znają góry tylko przez pracę. Tyle ich można nauczyć, pokazać… A jak nie my, to nikt ich tutaj nie weźmie. 

– wiem. Myślę o tym samym. Przyprowadzimy ich tu…

Każda na swój sposób myśli o tym samym i daje ponieść się tym myślom, spoglądając w ogromne grafitowe niebo usiane milionami gwiazd. Kiedy jedna z nich spada nam nad głowami, spokojnie ciągnąc za sobą jasny zielonkawy ogon, wszystko zatrzymuje się na kilka sekund. Na moment tracimy głos, co w przypadku Chuliganki nie zdarza się często.

– widziałaś to? Nie wierze, uszczypnij mnie!

– widziałam. Boże… Szefie jesteś niesamowity!

– Wie co robi. 

fire.jpg

Już wkrótce, kolejne przygody spod Sartsividziri.

Hej ho, do lasu by się szło!

Maj rozkwita powoli w pierwszych promieniach słońca. To zapowiedź jednego z najwdzięczniejszych momentów w dolinie Ghebi. Soczysta zieleń wchodzi w kontrast z głębokim błękitnem nieba, na którym popołudniami prezentuje się spektakl: „Wariacje chmurne”. Woda w strumieniach nabiera sił i charakteru, układając nowe wersje naszych ulubionych jacuzzi. Maj pachnie jeszcze nieśmiało zapowiedzią bogactwa późniejszej wiosny i czuć w nim pęd do działania. Niepohamowaną chęć rozwoju. Czujemy to na własnej skórze…

Wyszło słońce. To znaczy ze bierzemy się do roboty. Zrobić przydałoby się niemal wszystko, ale trzeba mierzyć siły na zamiary i dzialać z glową. Mamy teren, mamy zwierzęta, trzeba to dobrze zagospodarować, żeby nie marniało i przynosiło jak najwięcej jedzenia i pożytku.  Dlatego priorytetem są: PŁOTY. Jeśli będą płoty, jesteśmy w stanie zapanować nad zwierzętami i zadbać o ogrody warzywne. Żeby stawiać płot potrzeba nam drzewa, drzewo trzeba: 1 ściąć, 2 przytachać. Dlatego, hej ho hej ho, do lasu by się szło!

13951027_504231863117143_1779582619_o

Ścinka drzew w Ghebi nie jest regulowana, a ludzie po prostu wiedzą, z których obszarów można wycinać. Materiału jest tu pod dostatkiem… dochodzimy do rozległego lasku olchowego (ulubione drzewo Chuliganki). Żeby usprawnić działania i zapobiec kłótni szybko dzielimy się na grupy:
1. Brygada topor (=siekierka): Iva, Oto i Msisiara
2. Brygada drużba (piła łańcuchowa): Vaso, Toto i Chuliganka.

Drużbowcy szukają odpowiednich drzew do ścięcia, Toporowcy czyszczą z gałęzi ścięte drzewa i układają na kupki. Mimo upału praca po prostu pali się w rękach, Vaso rozkręca sie jak Diesel, Chuliganka znajduje co coraz bardziej idealne drzewa, nastrój podbudowuje wspólną motywację, Msisiara chce się koniecznie nauczyć czyścić pnie toporem. Tylko słońce mocno przypieka, a mali chłopcy mogą szybko dostać udaru, więc Msisiara uruchamia swoją ulubioną magiczną chustę z Indii*, która moczona w rzece i wiązana na głowie w stylu beduińskim przynosi chłopcom duża ulgę.

W pewnym momencie Iva wkłada ciemne okulary, zarzuca kurtkę – vai me! tak żarko! (o matko! taki upał!) i mówi, że musi iść po czym znika z toporem. Zdziwieni i wkurzeni Oto i Msisiara dołączają więc do ekipy Drużbowców. Bez toporu też damy radę! Większe drzewo jest już pocięte, można je uprzątnąć i poukładać. A poza tym jesteśmy na uroczej polance, która idealnie nadaje się na małpie szaleństwa- Oto zaczyna skakać po gałęziach, po chwili Msisiara pomyka za nim sprawiając, że duże oczy Rostomy otwierają się jeszcze szerzej… to kobiety chodzą po drzewach?!

13978324_504231749783821_451818256_o

Wkrótce wyjaśnia się zniknięcie cwaniaka Ivy; nie miał wcale buntowniczego lenia tylko poszedł naostrzyć topor (Msisiara trochę stępiła- musi się jeszcze nauczyć omijać kamienie…) i dociera do nas. Nastroje od razu idą w górę, runda konfietów (cukierków) dla wszystkich! W wesołym rozgardiaszu planujemy co jeszcze dziś możemy zrobić, kiedy nagle spomiędzy drzew wychodzi ociekający wodą Otiko… RAJO?!?!? (Co jest?)

20160509_160019

[…] Polsko-gruzińsko-rosyjskie wyjaśnienia i sprawa jasna. Oto spadł do rzeki z gałęzi kiedy próbował napełnić butelkę wodą, butelka popłynęła już do Kutaisi, a my mamy teraz mokrego Otiko. Kurtka Msisiary nadaje się idealnie jako spódniczka, buty na nogi i jakiś sweter, Oto z Rostomą posiedzą przy suszących się rzeczach w reszta może pracować, no Msisiara na boso będzie tylko wypasać Jamalę. I tak mija nam pierwszy, majowy dzień pracy w lesie…

Wynik dnia:

  • pałki olchowe na zabor (płot) = 100
  • pnie olchowe na podłogę do boseli (domek dla zwierząt) = 43
  • mokre dzieci = 1
  • rzeczy ukradzione przez krowy = 2 (susząca się koszulka i ręcznik)**
  • konfiety = 0

13978093_504231099783886_1516878446_o

* Chusta jest magiczna, bo można nadaję się do wszystkiego. Jako ręcznik, prześcieradło, czapka, szal, spódnica, pewnie także pielucha, a do tego jest różowa, milutka i ładna.

** Kradnące krowy w Ghebi to nie ewenement! W ten sposób chuliganka pozbyła się swoich ulubionych czerwonych trusów (majtek) na jacuzzi