Na chwilę

usiądźmy tam gdzie myśli nie dochodzą

gdzie wiatr tańczy pod ramię z księżycem

gdzie marzenia najskrytsze kąpią sie w wina słodyczy

dotknijmy nagimi stopami chmur wilgoci

bezkresu błękitu, jaskrawości zachodu

dotknijmy wszytkiego co nas dzieli

spójrz to nasze wspólne niebo

Chuliganka

rest where the thoughts cannot follow

where the wind makes the moon gently spin

where the dreams unborn dive in the wine sweetness

feel the dew between the toes walking through the clouds

the depth of blue, the sunset’s scream

feel all what between us

and look, that is our sky

Tłumaczenie – Misisiara

8953498_tchocia--podejscie-z-shovi-.jpg

Reklamy

Gaimeore: „damy radę”

Leżę w nocy nie mogąc spać, szczęśliwa, że olewam studia w Szwecji na rzecz rozkręcania projektu w Gruzji i w Ghebi, a w głowie huczy mi od pomysłów, planów i list rzeczy, które muszę zrobić. Kupić bagaż, odmowić mieszkanie w Szwecji, zrobić z Chuliganką listę potrzebnych rzeczy na zimę… wysłać jeszcze z 10 zaległych wiadomości… zrobić listę pomysłów na stronę…  przejrzeć dom pod względem starych narzędzi, które mogę przydać się w Ghebi… kurki i uszczelki, bo kran zawsze cieknie… przybory szkolne dla chłopców… liny, nasiona. Czy można kupić gruzińskie książki na kindle, żeby chłopcy mogli czytać na zmianę ze mną…. Myśli się po prostu nie kończą! Od paru dni jest urwanie głowy, śpię po 6 godzin (co dla mnie nie jest normalne), bo tyle się dzieje! Bo strony są w trakcie budowy i moderujemy je z Chuliganką na odległość, bo… ale w głowie zamiast gedzineba (spania) mam szał.

I nagle powracają do mnie słowa Rostomy – do 3 Octabra (października) jeszcze tak daleko…- i nie mogę się powstrzymać, i wyobrażam sobie jak tam dojadę i ich uściskam. I to będzie szczęśliwy uścisk. Nie ten, który teraz tak dobrze pamiętam, smutny albo bezsilny i bolesny, kiedy brakowało mi słów otuchy po polsku, a co dopiero po gruzińsku. Bo taka bezsilność boli i długo się ją pamięta. Kiedy szeptałam do małego zapłakanego ucha „będzie dobrze”, ale wiedziałam, że sama wcale nie jestem tego pewna. Teraz wiem co powiedzieć nam, sobie i nie tylko wtedy jak jest źle:

Gaime ore: Damy radę.= powtórz po mnie: Damy radę

11118625_379524565587874_3155004420298060713_oI to wcale nie znaczy, że teraz wiem, że wszystko jakoś cudownie się ułoży. wiem jedno : będzie ciężko, czasami nawet bardzo, ale poradzimy sobie. Ostatnie dni są najlepszym dowodem na to, że… to jest to. Cokolwiek jeszcze się zdarzy, jak się życie potoczy nam wszystkim, nie ma teraz innych planów. Plan jest jeden. Kilka razy w życiu, nie ważne jak dziwne decyzje podejmowałam, wiedziałam, że dam sobie rade i wiem jak cholernie budujące jest mieć taka pewność…wiem, jestem szczęściarą. I teraz zrobię co mogę, żeby chłopcy też poznali to uczucie, żeby wiedzieli co naprawdę znaczy „damy radę!”. Szczęściem trzeba się dzielić, bo to daje siłę, kiedy inni pukają się w głowę. Amen 🙂

Pozdrawiam, Wasza Msisiara

P.S. Chuliganka, dzięki, że we mnie wierzyłaś, że pójdę po rozum do głowy i nie będę sobie utrudniać życia tylko wrócę do Was jako najemnik od czarnej roboty, któremu płacisz w cukierkach 😉 serio dzięki.

20160529_185645.jpg

A stara Chuliganka powie tylko tyle – pamiętasz co wyryłam na kamieniu?

  • Bo widzisz moja droga,- wierzyć w drugiego człowieka, niczego nie oczekiwać , niczego nie chcieć w zamian – to jest ta prawdziwa miłość od Szefa, – i to jest pełnia szczęścia.           – Drzewo daje owoce …

PS. mam nadzieję, że mandatu nie dostałaś wczoraj za przekroczenie prędkości światła na rowerze?

Dlaczego płacimy za błędy

To uczucie, kiedy budzisz się rano i niby nic się nie dzieje, a pokój wydaje się być klatką… Zdrowa, wykształcona, z gronem bliskich i kontem w banku na plusie, zasadniczo wszystko pasuje. Problem w tym, że w środku czuję ogromny kamień i nie wiem co z nim zrobić. Bo to chyba kamień, który wsadził we mnie świat, żeby łatwiej było mi znaleźć swoje miejsce. Moje miejsce w sprytnie ułożonym labiryncie kamieni zwanym współczesnym, cywilizowanym i rozwiniętym społeczeństwem neoliberalnego kapitalizmu.

No dobra. Ciąży ten kamień, to coś trzeba z nim zrobić. Rozwiązań jest chyba bardzo wiele, począwszy od nie robienia nic bo praca, dzieci i rodzina świetnie pomagają nie mieć czasu na myślenie, poprzez telefon do znajomego, pójścia na piwo lub pięć i utopienia kamienia do jutra, zakupu ładnej koszuli, wizyty u psychoterapeuty lub podjęcia kursu rzeźby kamiennej itd. A jeśli brakuje komuś weny i kreatywności, zawsze można poszukać inspiracji w internecie. Nawet jeśli się jej nie znajdzie, szybko znajdzie się coś innego, co okaże się bardziej zajmujące od “kamiennego” problemu; promocja na lot do Tegucigalpa, badania na temat preferencji seksualnych kobiet o jędrnych pośladkach i zdecydowanie poważniejsze polityczno-ekonomiczno-społeczne problemy świata. Jest w czym wybierać. Jak na półkach w supermarkecie, wystarczy sięgnąć po to, co najładniej zaprojektowane,   zdrowe lub w promocji i po sprawie! I tu właśnie tkwi mój problem. To nie załatwia sprawy. Stoję przed taka półką w supermarkecie i nie chce nic z tego kupić. – Dlaczego? Przecież to dobre… każdy tak robi… i Cię stać – mówi mąż, babcia, sąsiad i lekarka. Kupujesz to? Albo kupujesz, albo jesteś inny. 

Chyba jestem inna… bo mnie to meczy, że większość świata gloryfikuje system, który niszczy naturę, odbiera radość życia i na koniec zamienia człowieka w pół robota. Ale dobrze, niech tak sobie będzie skoro tak się wszystkim podoba. Cieszę się, że innym jest dobrze. Ale podobno żyjemy w czasach liberalnych, to dlaczego mam się czuć inna nie chcąc naśladować tłumu? Nie powinnam mieć równych szans w układaniu mojego życia według wartości, które pozwalają na możliwości samorealizacji jako osoba fizyczna i duchowa? Nie tylko jako konsument lub producent mierzący dobę swojego sukcesu osiągnięciem nieumiarkowanych zysków finansowych. Oczywiście że możesz… no, ale za co się utrzymasz? 

Czy dziś coś takiego jak nastawienie na zysk głównie dla zaspokojenia potrzeb może jeszcze istnieć? Kreujemy potrzeby, żeby napędzić konsumpcję, żeby napędzić zysk. A skoro potrzeb coraz więcej, to zysku tez jest coraz więcej.  A jeszcze ludzi na świecie też jest coraz więcej i każdy uczy się że: „jeśli chce, to może”. A co zwykle chce? Zaspokoić potrzeby…a jak już zaspokoi, to jeszcze zyskać! Nie zaszkodzi, przecież ‚od przybytku głowa nie boli’ i ‚lepiej nosić niż się prosić’. Już nawet nie zauważamy jak stereotypy i anarchizmy kreują postrzeganie wielu pojęć. Mówiąc o ‚zysku’ i ‚bogactwie’ nikt już nie pomyśli o naturze i  życiu emocjonalnych, a jeśli tak to pewnie nieudacznik albo filozof. Dodatkowo wszystko to co dobre i co ‚się udało’ zasadniczo oznacza materialny profit. A za błędy trzeba płacić, najlepiej w gotówce, a pózniej nerwach. I to mnie strasznie wkurza, bo wcale nie chce tak myśleć. A tak zostałam nauczona i na każdym kroku ktoś przed tym przestrzega. Nie chce automatycznie kategoryzować błędu i sukcesu przez pryzmat finansowej straty lub zysku. Bo wierzę, że stać nas na więcej i że są ludzie, którzy to rozumieją. Nawet jeśli jest ich niewielu, choć wiem że jest ich więcej niż się wydaje. Ale są i uczą o miłości. Nie zważając na bilans strat i zysków.

Wiem. Nie ma złotego środka. Nie ma się co łudzić, świat się nie zmieni. Ale życie mam jedno i nie chce nim tylko płacić, chce dać mu żyć według własnych potrzeb i standardów. Chcę wykorzystać to co mi dane, talenty i zdolności, też te do pakowania się w kłopoty. Bo mam to szczęście w nieszczęściu, że czuję wiele i wierzę mocno, i wiem że nie nadaje się na życie pomiędzy półkami supermarketu. Do tego znajduję takie skarby jak niesamowite zbiegi okoliczności i mądrzy ludzie, którzy dodają odwagi by wyjść z pędzącego tłumu. Bo to nie jest błąd, że urodziłam się pragnąc kreować coś dla dobra, nie dla zysku. I w to nigdy nie uwierzę, nawet jeśli przyjdzie mi za to zapłacić. 

Największą wartością w życiu jest drugi człowiek.