Życie bardziej niż ‚mojsze’

Przepraszamy naszych czytelników za przestój na blogu. Nie myślcie Kochani, że nie mamy o czym pisać, lub że nic się nie dzieje w Naszej Rodzinie. Wręcz przeciwnie, nasza nieobecność w tym miejscu jest podyktowana intensywnością działań i prac w domu i po za nim.

Jak zapewne wiecie zwariowany tandem Msisiara – Chuliganka jest chwilowo w rozłące, to wcale nie znaczy, że cały ten przedziwny „mechanizm” traci na działaniu lub sile. Dziewczyny tak podzieliły się rolami, że każdej dobrze jest w jej „ubraniu” jednak jak tylko mogą uzupełniają się nawzajem. Czasem mam wrażenie, że ich trybiki pracują nawet lepiej na odległość.  Bywa, że jedna pomyśli, a druga już ubiera to w słowa- niesamowita jednorodność celu i myśli. Do tego tempo ich życia, wyzwań i prac nabrało takiej prędkości, że czasem wieczorami lub w głębokiej nocy słychać na łączach światłowodów, niczym ryk bolida F1 – „damy radę!!!” I jedyne na co zdarza się narzekać dwóm „Sulelebi”(wariatkom), to zbyt krótka doba. Dla nich, każda długość dnia zawsze będzie za krótka.

Sytuacja w domu: po dwóch dość poważnych kryzysach Chuliganki, gdy rozsądek podpowiadał jej – wyjeżdżaj, głową muru nie przebijesz… Atmosfera wreszcie się uspokoiła. Powód zwątpienia ten co zawsze – najstarszy z chłopców i matka, która nie może przeciąć przysłowiowej pępowiny. Jak na razie do Mariki nie dociera tłumaczenie, że pozwalając mu na wszystko i nie wymagając niczego, wyrządza mu więcej krzywdy niż pożytku. Ostatni kryzys był poważny. Gdyby nie fakt, że koniec końców to serce rządzi Chuliganką, a Kasia-Msisara wie, co pobudza je do życia, ten blog i Nasza Rodzina stałyby pod znakiem zapytania. Trzeba koniecznie wspomnieć, że Msisiara potrafi wyciągnąć za uszy i podnieść skrzydła swojej kompanki. I choćby Chuliganka nie wiadomo jak twardo broniła swojej „najmojszej racji”, to w emocjonalnie trudnych sytuacjach słucha drugiej połowy tandemu. Mechanizm działa w obie strony. Jak w zegarku, jeden tryb nakręca drugi, popycha kolejny, wspierając wszystkie części, trybiki i drobinki. Tyk, tyk, tyk, tykają dalej.

A teraz do rzeczy: nadal trwa gorący okres sianokosów, jak dotąd mamy zebrane 4 tiwy (olbrzymie stogi), potrzebujemy jeszcze drugie 4. Koszenie i stawianie takiego stogu trwa, przy zaangażowaniu 4 chłopców min 10 godzin codziennie,  3-4 dni. Po ostatniej ‚trzeciej wojnie światowej’ czyli wojnie z Wasiko, młodsi chłopcy postawili brata pod ścianą, wymusili na nim współpracę i dostosowanie się do zasad panujących w domu. Efekt? Bez marudzenia, krzyków, fochów codziennie o 7 wstaje i chodzi z Ivane w góry kosić, a maluchom kazał póki co zostać w domu i pomagać kobietom. W nich jest siła, trzeba dać tylko prawo głosu Naszym Biczebi (chłopcom). Z odpowiednim nadzorem oczywiście.

Ostatnie dwa tygodnie Marika też zaskoczyła i zaczęła chodzić na przyspieszonych obrotach. A to zaprawy na zimę, a to goście, a to znowu trzeba nadążać za nowymi pomysłami Chuliganki. A ta jeżeli już coś wymyśli, to nie ma zmiłuj zanim nie będzie zrobione ‚do końca’. Toasty pijemy ‚do końca’, prace też robimy ‚do końca’. Nawet dzieci to wiedzą. Tak więc Marika przestała już stawać okoniem. To co, że zapłon ma jeszcze czasem opóźniony, najważniejsze, że się stara i dotrzymuje tempa. Efekt? Posiłki dla dzieci na czas, wcześniejsze wstawanie, wieczorne planowanie kolejnego dnia i ………..

REMONT ściany za piecem!!! czyli sztuka kompromisu

14341862_518415838365412_1295255005_n

 

Ściana za piecem od dawna spędzała nam sen z powiek i niszczyła zdrowie rodziny, a zwłaszcza Otiko. Przez mieszkającego w niej grzyba Otiko od małego łapie zapalenia płuc od czego ma zdeformowaną klakę piersiową. Owszem remont dolnej „komnaty” był w planach ale raczej wiosennych, jednak Marika chciała chociaż tylko pomalować przybrudzone od pieca i sypiące się od grzyba ściany. Na co Chuliganka kręciła nosem, bo dla niej to znowu „leczenia syfa pudrem”.

14285574_518455725028090_1350176151_o– po co kupiłaś farbę?  do czego Ci emulsja? o nie! tym …. czymś nie będziemy tutaj malować, te ściany musza oddychać, schnąć, kobieto wałkowałyśmy ten temat pół roku a ty … eh znowu nie konsultujesz

– zakryje trochę te obrzydliwe ściany. Do wiosny wystarczy…

– ok ale zrobimy to po mojemu

Vaime deda (o matko)!!! Ty wytaszczysz mne mozg !!! ( ty wyciągniesz mi mózg) no ok, jak chcesz, ale nie dzisiaj. Xwal*(jutro) …

– A dlaczego nie dziś? Za 4 dni znowu mamy gości a  ja, jak wiesz mam jeszcze inną robotę. Jak można, trzeba działać! pogoda nam dopisuje więc musimy się uwinąć w 3-4 dni

  • Raooooooo??????????????? (Cooooo) 3-4 dni? pomalujemy w dwa – w tym momencie Marika wymiękła. Zdała sobie bowiem sprawę, że darowizna narzędzi z Polski, która tak bardzo ucieszyła dzieci i Chuligankę, to  znak wielkiej domowej rewolucji. Czyli będzie dym, tym razem dosłownie, a na to Marika patrzy z przerażeniem. Jednak wie, że nie ma odwrotu. Zadania podzielone : Chuliganka przejmuje komnatę, Marika zajmuje się zabezpieczeniem jedzenia na 2-3 dni dla chłopców w góry i dla reszty rodziny, bo piec będzie wkrótce odłączony.

– Ok wszystko mamy, to ty teraz idź jeszcze do sklepu a ja się zabieram do roboty- wygania Chuliganka. To jest ten moment, którego niestety Marika nie przewidziała. Łobuz-Hardcore-Demolka wpada z ciężkim sprzętem i zabiera się do gruntownego oczyszczania ściany, czyli skrobania, odkuwania i szlifowania. Otiko i Rostoma otwierają oczy ze zdziwienia, gdy Chuliganka wyłania się z kłębów pyłu. Po godzinie wraca Marika z wioski i …. kapituluje.

  • Rozumiem teraz dlaczego kazałaś mi spać na górze i wynieść telewizor. Koniec świata!!! Marika jednak zaczyna wreszcie dostrzegać jak głęboko „zakorzeniony” jest problem i ile jest do zrobienia. Dwa dni mijają w gruzie i pyle. Jednak od razu widać pierwsze efekty, a to  daje jej siłę i powód do dumy przed odwiedzającymi, ciekawymi hałasu sąsiadami. Nawet fakt, że posiwiała od ton pyłu we włosach nie jest w stanie przyćmić jaśniejącej satysfakcji. Wasiko i Ivane też są pod wrażeniem, a sprawia, że ich kosy suną ramię w ramię. Motywacja dyktuje im tempo pracy.

13920154_501075900099406_3389672795120611150_o

W trzeci dzień czas zamienić się miejscami na stole. Chuliganka uzbrojona w szlifierkę ustępuje miejsca Marice z wodą z mydłem, a następnie z wałkiem i pędzlem. Wszystko działa jakby powiedziała Msisiara – ideolo! Kiedy Marika pochłonięta jest malowaniem, Chuliganka nadrabia obowiązki matki i przygotowuje chłopców na pierwszy dzwonek po wakacjach. Tak to już jutro …

 

 

 

 

Reklamy

2 lata temu

Dokładnie 2 lata temu, kiedy po raz pierwszy poznałam te dzieciaki, poczułam mieszankę nadziei i niepewności. Nadzieję, że jakoś się to życie ułoży, że Szef to trochę załatwi i wrócę pomalować z nimi kolejne kamienie. Może było jeszcze za wcześnie żeby zrozumieć, że te mieszane uczucia to niewiele więcej niż chęć odwagi by robić to co dyktuje serce. Nie zważając na przeszkody i konwenanse, na lata oczekiwań i życzeń od znajomych. I słuchając uważnie jak wiatr gra czasem na strunach przeznaczenia, puszczając w tan szanse i rozpryskując szczęścia łut.
W 10 urodziny mojego brata robiłam w Ghebi to zdjęcie wspólnych życzeń, bo nie mogłam być z nim. Kuba właśnie kończy 12 lat i wiem, że tym razem go wyściskam. Choć jeszcze nie wie, że zobaczymy się za chwilę (bo szykuje się niespodziankowa imprezka), to wie, co trzeba robić kiedy dyktuje nam coś serce. Trzymać się mocno razem i pamiętać, że “damy radę”. Teraz odliczam dni i godziny kiedy w Ghebi, z chłopakami zapiszemy to razem na kamieniach. I minuty do tegorocznego “Sto lat Kuba”

 

[EN] Exactly 2 years ago, when I first met these kids I had a mix feeling of hope and uncertainty. That the life and God will somehow, magically bend my path to paint stones with them again. Perhaps, it was too early to realise, that this vague feeling was nothing more than need of courage to say what I really want. Against all the odds and convenances, years of expectations and best wishes form my loved ones. And listening carefully how the wind plays the song of destiny spinning chances and dropping luck.
It was my brother’s 10th birthday when I took this picture and I couldn’t be there with him. So we sent him Polish “happy birthday” wishes from Ghebi. He is turning 12 now and I knew I have to be there for him. He doesn’t know that we meet in couple of hours yet (surprise party) but he knows what we do when we have a need in the heart. Stay strong together and say “damy radę” (we get there). Now I am counting days and hours till I am in Ghebi and we can write this in stones. And minutes till this year’s “Sto lat Kuba”

IMG_6759.JPG

Na vierno Obola

Siedem osób w jednym domu. Każda z dość zdecydowanym charakterem- jest ogień. W grupie jest ciekawiej, jest z kim płatać figle i grabić siano albo… na kogo zrzucić winę.

Każdy, kto ma rodzeństwo coś o tym wie. Jak pojawia się problem, to najlepiej jest się nim trochę podzielić… i ‘zwalić winę’ lub podejrzenie na kogoś innego. Zyskuje się wtedy czas, a problem jakby odrobinę łagodnieje. To znany, cwaniacki sposób na sytuacje kiedy coś znika i nie wiadomo kto to wziął, zjadł lub zaprzepaścił. 

Czyli klasyczne ‚spychactwo, zwalactwo i ogólny tumiwisizm’ (terminy zostały wyjaśnione w rozdziale Poszukiwacze skarbów)

W Naszej Rodzinie spychaczy nie brakuje. Dzieje się dużo, więc jest co spychać. Ze spychaniem na Marikę, Chuligankę lub Msisiarę trzeba trochę uważać, ale maluchy to łebskie chłopaki, i to czasem potrafią…

Palatience…? Kasha!

Kasha kasha, sadari palatience? (Kasia, gdzie jest ręcznik?) 

– No jak to gdzie, wisi przy piecu.

– Ale nie ten. Taki mały różowy

– To przy drzwiach, albo w szafie – O co tym razem chodzi? Msisiara już nabiera podejrzeń.

– Nie ten! Ten co mieliśmy przy wyrębie lasu.

– Aaaa, wtedy co Otiko wpadł do rzeki? Suszył się obok Was, na drzewie… tam raczej nie został, ale albo zabyli (zapomnieliśmy) albo… dzrocha-kurduna! (krowa-złodziejka)

20160523_135135.jpg

Ręcznik rzeczywiście przepadł. Stanęło na krowę-złodziejkę. Za to innym razem, kiedy rozbijało się nie o ręcznik tylko o coca-colę:

– Kaśka! Kaśka, posikasz się jak usłyszysz, co Rostoma zrobił. – Chuliganka ciągnie mnie w ustronny kąt

– Słuchaj, wiesz pod poduszką jest schowana coca-cola. 

– No, i cukierki. 

– Cukierków już nie ma, coli zresztą też nie… ale słuchaj co z tą cola. Poszłam do góry, i pić mi się chce jak małemu dziecku płakać, a tam co? Pusta butelka pod poduszką!

– Hahahaha, wypili i zostawili Ci pustą butelkę?  No ładnie…

– Tak, więc czekam aż któryś przyjdzie. Akurat robiłam coś na komputerze i przyszedł Rostoma, wiec go pytam czy wie kto wypił: Shen (ty?). Schował się na łóżku i woła: Me ara (ja nie!) Pytam kolejnych chłopców, układających się do łóżek. Jak klasyczny refren…

– Tylko ara i ara (nie, nie, nie)

 – Słyszę: Me ara, me ara.  A ja czekam i pytam: Tak? A Myszka* Rostoma nie wypił? Co Myszka? – Me ara! (Ja nie!)… Jasne, nikt nie wypił. Samo się! A on wtedy do mnie przychodzi i mówi z taka mądrą i przekonującą miną: – Me ara na verno Obola!!!

– Hahaha, nie wierzę!!!

– Rozwalił mnie tym…  tak tak, na verno Obola! (To na pewno Obola)

I tym sposobem Obola, nasza stateczna klacz, została naszym tajemniczym ‚spijaczem’ coca-coli, a ten krótki tekst wpisał się na stałe do rodzinnego języka i dialogów. Zamiast ar vici, me ara ( ja nie wiem, to nie ja) wystarczy powiedzieć „naverno Obola” i wszystko jasne.

*Rostoma mimo że najmłodszy, a może właśnie dlatego, jest największą ‚Myszką’ i zawsze zwęszy okazję. Czy są to cukierki czy lemoniada, czy możliwość zamoczenia palca w ukrytej w lodówce misce z kremem.

Braterskie więzi

W weekend oficjalnie rozpoczęliśmy sezon sianokosów. Trawy chodzimy teraz ścinać do Tevresho, o którym wspominamy już wcześniej (Tragi-Tevresho-Komedia. Akt 1 “Cyrk na łące”). Pierwszy dzień, niewątpliwie ciężki, ale udany dodał chłopcom motywacji i pewności siebie. Nawet jeśli, wymaga to od nich ogromnego wysiłku i dyscypliny, są w stanie zapracować na swoje konie i lepszą przyszłość. To jednak nie wszystko, bo potrzeba im jeszcze jednomyślności i zgody.

13900918_501118706761792_1657145796_n.jpg

Vasiko w oddali , na pierwszym planie wyjątkowy i ujmujący obraz: 14-letni Ivane uczy 10-letniego Rostomę. Dobry Boss to też nauczyciel. Szacun dla Ivy.

Ivane po powrocie do domu był niemal jak naelektryzowany. Jasne było, że Otiko, Rostoma i Chuliganka stoją za nim murem, ale to jeszcze dzieci i żadne chęci, nawet tak „męskie” chęci jak u nich nie zastąpią siły dorosłego (Chuliganka to nie dziecko, ale ma tylko 2 ręce). A żeby wyjść na prostą potrzebne są każde ręce, pracujące jak długo się da, więc pomoc Vasiko jest w tym momencie krytyczna. Jeszcze tego ranka Vasiko wolał dłużej spać, zamiast pomóc młodszemu bratu przygotować kosę, nie jest to niestety odosobniony przypadek. W wielu kwestiach młodsi chłopcy nauczyli się radzić sobie sami lub współpracować z innymi, tym razem pomoc Vasiko jest niezbędna. Z jednej strony by zdążyć, z drugiej by poruszyć problem niesprawiedliwości- jeden z głównych problemów w domu. Jest to temat rzeka, złożony z wielu wątków dodatkowych i obecny od lat, nie tylko w naszej rodzinie, ale również w kulturze. O tym może innym razem. Coś podziałało na poziom motywacji w domu, może to duma płynąca ze zmęczonych kosiarzy? Vasiko też ‚zaskoczył’ i kolejny dzień był już w ekipie pocąc się jak szczur. Więzi braterskie zostały trochę odbudowane i choć przy ciężkiej, wspólnej pracy sprzeczki pojawiają się często, przez ogromne różnice charakterów u każdego z nas. Nie idąc razem w trawę po pas, żeby ciąć w pocie czoła i tysiącach kąsających much, żeby po prostu czuć, że właśnie dzięki tej braterskiej solidarności mamy szanse poradzić sobie z wieloma problemami, które nadejdą.

13884514_501118680095128_2145966064_n

 

Jak okiem sięgnąć nad sąsiednie góry nadciągnęły juz burzowe chmury, z których lał się deszcz. U nas czysto. I to nie pierwszy raz, kiedy pogoda daje nam fory w sytuacji kiedy udaje się nam do czegoś dojść i coś zrozumieć. Muchy nie dały nam żyć, więc jeszcze przed wieczorem ruszyliśmy w drogę powrotną, zmyć pot w ghebińskim deszczu.

13653044_501075740099422_3162406907158548450_o

1 próba samodzielnego dzierżenia ponad 1,5 metrowej kosy i pierwsze cięcia Rostomy.

 

Poszukiwacze skarbów

Wszyscy mamy jakieś przyzwyczajenia. Nieważne czy są one wyuczone, podpatrzone czy nieświadomie naśladowane. Dzięki nim, wiemy czego się mniej więcej spodziewać w codziennych sytuacjach, w domu i poza nim; mleko jest w lodowce, czyste skarpetki w szafie, a w kurniku- jajka.

Jednak drugi scenariusz może okazać się całkowicie odmienny od opisanego powyżej: Mleko od 2 dni leży na stole, w tzw. letniej kuchni, gdzie skwar osiąga 30 stopni, skarpetki … hm każda w innej części domu i na pewno brudne. W kurniku bliżej nieokreślony nieład, którego nie można nawet nazwać nieładem artystycznym.”burdel na kółkach” jest bardziej odpowiednim określeniem.

Nie każdy ma rodziców, którzy przyzwyczaili go do ładu i systematyczności. Nauczyli jak dbałość może przekładać się na łatwiejsze życie. Nie każdy urodził się w realiach, gdzie większość z nas już się nad tym nie zastanawia. Stało się to poniekąd życiowym standardem. W domu, w którym jest bieda i poważniejsze problemy niż bałagan, trudno jednoznacznie stwierdzić, że niedbałość i brak porządku wynika tylko z lenistwa. Z pewnością wynika to z braku dobrych wzorców, być może z braku motywacji lub nieudolności wychowawczej rodziców. Na tym etapie jednak niemożliwe jest  określenie prawdziwych przyczyn takich zachowań. Zachowanie dzieci uzależnione jest od postępowania dorosłych, bo uczymy nie tylko słowem ale przede wszystkim przykładem. Dzieci są najlepszymi obserwatorami i naśladowcami. Ogromne znaczenie odgrywa otoczenie rodziny wraz z jego obyczajami, mentalnością i historią. Dla kogoś przyzwyczajonego takiego jak my do standardów i logiki porządku, bałagan i niedbalstwo może dziwić, denerwować, a najczęściej zniechęcać. Więc w tej sytuacji najlepiej jest zupełnie zapomnieć o logice i własnych przyzwyczajeniach i znaleźć sposób na nowy, życiowy ład. 

Kwestia dbałości i porządku, brzmi w Naszej Rodzinie: SADARI?  -AR VICI…(gdzie?  -nie wiem…) tych słów nauczyłyśmy się z prędkością światła. 

 Rano trzeba napoić konie: – Iva, SADARI kantar? – AR VICI… – Chyba na Oboli – Nie ma, na pewno był na Oboli? – AR VICI, a może na schodach… AR VICI. Zapytaj Otiko. 

Trzeba wyjść z Bebe: – Rostoma byłeś na spacerze z Bebe? – Nie, bo nie ma smyczy. – SADARI smycz? – AR VICI! Może Iva wziął do koni… AR VICI, zapytaj Ivy. 

Trzeba nakarmić kury: Otiko ty wczoraj karmiłeś kury, SADARI kukurydza? Na oknie nie ma. – AR VICI. Jak nie ma na oknie, może wziął Rostoma? AR VICI… zapytaj Rostomy

Trzeba pociąć drzewo do pieca: – Vasiko potnij drzewo do pieca.- Nie mogę, drużba nie działa, Iva SADARI zestaw do drużby? AR VICI!  przecież to Ty ciąłeś wczoraj w lesie!- odpowiada Ivane. Vasiko krzyczy do Mariki: – Dediko (mamusiu) SADARI zestaw do drużby? – AR VICI! – Po czym idzie pożyczyć zestaw od sąsiadów. 

Klasyczne dziecięce ‚spychactwo i tumiwisizm’*, praktykowane także przez dorosłych. Pozornie nic nadzwyczajnego, chwilowe wyjście z sytuacji. Pierwszy krok do zmiatania pod dywan. Ale takie podejście, jak nazywa to Chuliganka- “leczenie syfa pudrem” rodzi kolejne problemy. Ponieważ na drugi dzień zapomną gdzie co zostawili. Tak więc po jakiś czasie zostajemy bez lin, kantarów i narzędzi. I nikt nie podchodzi do tej straty ekonomicznie; – nie ma? no trudno. Odzież, narzędzia oraz inne sprzęty nie mają swojego ustalonego miejsca, problemem jest brak szaf i nie ma zwyczaju myślenia przyszłościowo. Oczywiście w tak dużym gospodarstwie sprzęty mają prawo się psuć i zużywać, ale dlatego dbałość oznacza też odpowiednio szybkie reagowanie i naprawianie.

Drogi czytelniku jeśli odnosisz wrażenie, że pewne kwestie tak bardzo oczywiste dla Ciebie, tłumaczymy i ‚wykładamy jak krowie na rowie’, to wynika to tylko z naszej reakcji na zastaną tutaj sytuację. Tłumaczenie z uporem maniaka weszło nam już tak w krew, że przeniosło się rónież na blog.

Nie wiem jak u Was, ale u Msisiary poczucie bezsilności wobec poważnego problemu rodzi złość. Dlatego pewnego deszczowego dnia, kiedy 5 razy usłyszała SADARI, a idąc na pieszczoty do Bebe potknęła się o kawałek żelaza w kurniku, postanowiła zobaczyć co jeszcze można znaleźć w kurniku. Deszczowy dzień, okazał się idealnym momentem na wspólną lekcje życiowego ładu. W kurniku oprócz kur, było także z 30 kg złomu, z czego 20 do wykorzystania; łańcuchy, części, narzędzia, także tajemnicze kołki Ivane, brezent, drewno, a wszystko z dużym dodatkiem salmonelli. Rostoma i Otiko szybko zwęszyli, że coś się dzieje i wskoczyli do akcji. Aż trzeba było ich stopować, kiedy zaczęli wyciągać pełen salmonelli brezent, wzbijając tumany salmonellowego kurzu.

– Chłopaki, tu jest dużo rzeczy i dużo miejsca które możemy zagospodarować. Jeżeli to tak leży na ziemi to rozumiem, że niepotrzebne i wyrzucamy na musor (śmietnik)?

Ara ara (nie, nie)!!! – Od razu wszyscy złapali się za głowy.

– Eureka! Tego szukałem dla cxeni! – Ivane z miną odkrywcy chwyta stary kantar i biegnie pokazać Chuligance

– Dobra katso (chłopie), bierz skrzynkę i to będzie skrzynka tylko dla koni, tak?

Khai khai ho ho… – Iva już nie słucha, tylko zamienia się w poszukiwacza skarbów.

Vasiko długo nie rozumie, po co to wszystko i jak katarynka, średnio co 4 minuty zadaje pytanie: – RATO? (dlaczego) Niby widzi, że znalazły się zagubione narzędzia; 3 młotki i 2 topory i łańcuchy dla bydła wymagające małych remontów. Niby widzi że jest dużo złomu który można sprzedać, ale trudno jest mu nadal pojąć ‚po co to wszystko’? Jest najstarszy z rodzeństwa, więc jego przyzwyczajenia są najmocniej zakorzenione i utrwalone. Nauczył się trwać zawieszony w nicości.

Po dwóch dniach sprzątania chłopcy z dumą zaprosili kolegów. To dobry punkt zaczepienia. Bo znaczy, że wiedzą na czym polega porządek i wstydzą się bałaganu. Na czterech zbitych deskach, które w latach świetności przypominały szafę, zostały posadzone kury i kosze do wysiadywania jajek. Natomiast na zabitym oknie dawnej boseli (obórki) powstała wisząca narzędziownia. Narzędziownia to osiem wbitych gwoździ. Nie ważne że narzędzi jest pięć na krzyż. Dla naszych chłopaków to już jest coś.  Nowe spojrzenie, a dla nas krok naprzód. 

Podczas rozmyślań nad złożonością i sednem naszego problemu, Chuligance wpada w oko kolejny niegdyś niebieski, obecnie oklejony zaschniętą salmonellą brezent. 

– Marika przyda się na coś ten brezent?

Ara, na musor (Nie, na śmieci)

Obiektywnym okiem patrząc, pod stosem salmonelli, to całkiem porządny brezent. 

– O nie! Żaden musor! To jeszcze wykorzystamy… a wiesz kto go będzie mył?- pyta stanowczym tonem Chuliganka

– Marika, dlatego że ona chciała już go wyrzucić, niczym ‚lubownica milionera‚** 

-A my z nią? 

-Tak, a my z nią

Bo musi poczuć, że jesteśmy z nią w wychodzeniu z problemów.

Prowizoryczna narzędziownia,  wydzielony kurnik, oraz pomieszczenie na drzewo opałowe uważamy za otwarte. To jest dopiero początek, bo przyzwyczajeń i braku motywacji nie zmieni jedno sprzątanie kurnika. Nie oszukujmy się, to jest długa wyboista droga, na której nikt nie zagwarantuje natychmiastowych efektów.

14152196_511943629012633_991134764_o          Naprawa starego siodła

spychactwo i tumiwisizm*- Spychactwo: zjawisko często spotykane wśród rodzeństwa, objawia się przenoszeniem obowiązków, odpowiedzialności, a najczęściej winy na drugiego.

Tumiwisizm: rzeczownik, rodzaj męskorzeczowy (1.1) pot. żart. postawa charakteryzująca się obojętnością, biernością, brakiem zaangażowania, lekceważeniem czegoś

lubownica bankira**- ros. kochanka milionera