Urodziny Otiko

_MG_1153

Rok 2017 w naszej „rodzinie” okazał się rokiem wielu zawirowań i zmian. Pomimo nawału pracy i wyzwań udaje się nam znaleźć czas na specjalne chwile. O pewnych dniach pamiętamy, pomimo zapełnionego ponad brzegi grafiku. A oto jak przy odrobinie inwencji twórczej udało nam się zapełnić po brzegi dzień urodzin Oto.

Co tu zrobić, jak to ogarnąć bo przecież musimy pojechać do Oni odebrać Ewkę, w domu pozostawić całą naszą menażerię, czyli 3 szalonych wolontariuszy, psa, 10 kurczaków i kaczkę – Daisy-dziwaczkę? Trzeba wcześniej załadować opiłki z lesopiłki (tartak), zakupy a jeszcze lista próśb od sąsiadów. Kiedy wrócimy tego nie wie nikt. I odwieczny problem co na prezent dla Oto. Choć on nie należy ani do wymagających ani wybrednych dzieci, to my zawsze mamy z tym problem. Bo nasze prezenty muszą być wyjątkowo radosne i niezapomniane. Czasem jednak nie trzeba mocno się głowić , bo najprostsze pomysły są najlepsze. I tak też okazało się tym razem.

  • co ty na to, żeby Otiko pojechał z nami ? wiem, że mamy wiele spraw do załatwienia ale napewno znajdziemy czas, żeby mu coś pokazać czego nie widział?
  • jasne !!! a co ty na muzeum i synagogę, a może coś po drodze i Ewa też skorzysta…
  • ok dzwonię,  żeby Oto był rano gotowy.
  • oooo i pójdziemy na urodzinowe xinkali tak jak tu młodzi miastowi mają w zwyczaju .

Plan na kolejny dzień ułożony, Marika wie, że rano ma obudzić solenizanta, więc dziewczyny spokojnie zasunęły nosy w swoje krawatki.

Z samego rana w pięknym słońcu rozbrzmiewało „Gilocav Otiko!” a chłopak zwarty i gotowy z trudną do ukrycia radością oczekiwał wyjazdu do Oni.

Dziewiąta wybiła, no to witaj przygodo!!!

SONY DSC

  • Gosia da Kasia można wystawić głowę ponad szyberdach? a może usiąść tam, a teraz zatrzymać się można?
  • Ależ Otiko dzisiaj są twoje urodziny, a to znaczy, że wszystko można … no prawie (z lekkim przekąsem zaśmiały się dziewczyny).

SONY DSC

  • Otiko… xociesh do Xatii i Tamari?
  • xoooo! – i już rozsuwają się drzwi Deliki
  • hej hej poczekaj podjedziemy tam!!! przecież nie musisz biec tam piechotką.

Kolejny pomysł okazał się trafny.

SONY DSC

  • akoce Tamari, akoce !!…. małej siostrzenicy Otiko nie trzeba było specjalnie zachęcać bo Tamara obdarowywała go niekończącym się potokiem buziaków.

Przekraczając rogatki Oni przyszedł czas na obowiązki, ale nasz solenizant we wszystkim nam towarzyszył. Z ciekawością oglądał maszyny i ludzi pracujących w tartaku. Wtem rozbrzmiewa tel od nieznanego nam numeru , któż to , któż to ?

  • Cześć sulelo!!! – słychać znajomy głos – Ewa już jedzie do Ambrolauri,

więc my mamy jeszcze czas by gdzieś wyskoczyć z Otiko, przed nami piękny leśny trakt, więc czemu nie? jedziemy?

  • tak, tak mne lutshe w gory i les cem w museum – krzyczy jubilat.

Już za zakrętem czeka nas moc atrakcji z najsłodszymi poziomkami na świecie.

_MG_1146

 

Reklamy

Gdzie kobity 3, tam cyrk nie mały

      Samolot wylądował planowo. Szósta nad ranem. Automatyczne drzwi z mlecznego szkła zaczęły sunąć w tę i z powrotem. Lotnisko Kopitnari zapełnia się znajomymi twarzami, grupkami turystów z małymi plecakami, rodzinami ciągnącymi walizki na kółkach i niewyspane dzieci. Z niecierpliwością wypatruję znajomej twarzy przy pasie bagażowym. Wśród kolorowej zgrai zimowych, sportowych kurtek dostrzegam rudą czuprynę i robi mi się lżej na sercu. Jest! Nie ukradli nam Ewy w samolocie. To teraz jeszcze muszę czekać aż ją puszczą z torbami. I tym razem, wyjątkowo, lepiej żeby tak było. Bo jeśli nam Ewa utknie na lotnisku pomiędzy rentgenem, a celnikami, to nici z planów o Rachy. No nic trzeba czekać. Ewa wzrusza ramionami i znika ponownie za szklanymi drzwiami. „To na pewno przez te wszystkie nalewki tak ją długo skanują”- myślę sobie. Normalni ludzie wywożą z Gruzji pełne butelki, ta kobieta leci sama z torbą pełną domowych trunków do Gruzji… tego jeszcze nie było! To chyba lepiej potrzymać ją jeszcze pod tym rentgenem. Kto wie co przewozi w tych kieszeniach? Może znajdą się tam i dla nas jakieś cukierki… Trzeba pokazać, że ona nie z pierwszej łapanki.

20170114_101610

Szczęście sprzyja zuchwałym. Ewa przechodzi dzielnie przez sektor kontroli celnej , już jest nasza, już na gruzińskiej ziemi, hurraaa!!!! Czas na buziaki, papieroski, świeże powietrze i przejażdżkę lodówą (nie policyjną ale mięsną). To w ramach aklimatyzacji. Gości specjalnych z Polski i innych ciepłolubnych krajów wieziemy do mroźnej Rachy w lodówce, żeby się nieco zahartowali. Po drodze przystanek na bazarze, w lodówce nic się nie popsuje, a i gość przyjedzie najedzony. Słońce przygrzewa, więc droga całkiem czarna i przejezdna. Oczywiście oprócz przełęcz Tkibuli, tam zima hula na całego! 

Pierwsze koty za płoty i Ewa wskakuje od razu pomiędzy konie, psy i suleli. Pragulki, wino, słońce i góry. Każdy prowadzi się jak umie, a słońce przyświeca do taktu. 

Dni płyną szybko i niepostrzeżenie, każdy pełen wrażeń, pracy i nowych myśli. Jedna sprawa goni następną, czasem nie mamy czasu zastanawiać się nad rozwiązaniami, pierwsze musi być najlepsze, bo na dłuższe rozmyślania nie ma czasu. Tylko spacery z końmi po górach, do miejsc, gdzie po wioskach zostały tylko owocowe drzewa i poletka wspomnień, rozpraszają natłok zmartwień. Wiatr niesie w szczelinach niewypowiedziane słowa. Kilka posuwistych ruchów i Ewa zostaje królową kasztanków, wymiata końskie sztabki jak pierwsza stajenna. Słonecznym południem, na bykach pan przywozi kopiastą tivę. Wiłki dzierży Ewa w rękach zwieńczonych nieskazitelnymi, czerwonymi paznokciami. 

ya pamagu… – pan wymownym wzrokiem spogląda na siano, Ewę z długimi czerwonymi jak lambordzini paznokciami i Msisiarę próbującą zagonić byki. 

niet niet! my eta zdelayem!– Ewa macha ręką. 

Po godzinie tiva jest już w stajni, Msisiara jest koloru siana os stóp do głów, a Ewa może startować do programu TV “Rolnik szuka żony”. Na drugi dzień miły pan z tivą na bykach nie pyta już czy trzeba nam pomóc. Pyta tylko czy lubimy wino i podaje 2l butelkę napełnioną do szyjki. Zakupy w Ambro, instrukcja obsługi spłuczki w wc, konie cwałujące po górach, urodzinowe niespodzianki, sztywne pranie, bycie tamadą i spontaniczne wypady do Ghebi z toaletowym poślizgiem to dla niej małe piwo. Z psiakiem na kolanach pojechała z Rachy. I kto nam teraz będzie pachniał lenorem i miętowymi cieniaskami? 

SONY DSC

W dzień targowy, w autobusie takie słyszy się rozmowy…

Czwartek to w Oni dzień bazarowy. Dzień żółtych autobusów pomykających zboczami Kaukazu do Ghebi, Shovi lub Seva. Moment kiedy na drogach pojawiają się załadowane busiki, niwy z piramidami mieszków ułożonych na dachach i olbrzymie kamazy tym razem pełne nie szeszy (drewna), ale mąki i benzyny. Komu w drogę autostopem temu czas wyruszyć najlepiej dziś! Poza sezonem to dzień, kiedy jest największa szansa na sprawne wojaże po raczyńskich zakamarkach.

Każda przejażdżka jest świetną okazją do zawierania nowych znajomości, poznawania lokalnych historii lub poćwiczenia niezliczonych sposobów pakowania ludzi, zwierząt i zakupów na maszyny (samochody). W żółtym autobusie doświadczy się tego wszystkiego po trochu, a w naszym autobusie do Ghebi nawet więcej niż po trochu. Ten zawsze pęka w szwach. Na trasie kursuje najwięcej osób, bo jadą nim mieszkańcy Ghebi i Chiory, a wraz z nimi pełen asortyment spożywczo- gospodarczy. Piły, pralki i pieczki, mąki, miotły i mieszoki muszą się zmieścić wraz z właścicielami. My dokładamy się wcale nierzadko z ładunkiem mandarynek lub innych fruktów dla najmłodszych. 

Jazda autobusem, jeździe nie równa. Dojechać samemu to sztuka, ale dowieźć jeszcze oczekiwane przez rodzinę zakupy w właściwym stanie i nie stracić przy tym głowy lub czucia w kolanach to inna sprawa (o nerwach nie wspomnę, bo te lepiej jest zostawić przed samym bazarem). Dobrze obeznane wydry bazarowe wiedzą kiedy przy bramie pojawi się żółty autobus, aby załadować swoje sumki i bezpiecznie przy nich przysiąść. Strategia jest to całkiem dobra, zaradne podejście można powiedzieć. Kto pierwszy ten lepszy i ma miejsce dla siebie i dla zakupów. No! Jeśli autobus nie będzie musiał pomieścić więcej osób i ich dobytku… Tych dochodzących tuż przed odjazdem jest wcale niemało i wtedy dopiero zaczyna się właściwa jazda  (choć silnik nawet jeszcze nie odpalony!). Życzliwe powitania podczas załadunków nadal słychać, ale już nieco pospieszne, zasapane i tylko dopóki nie zacznie być słychać czepialskich. Komuś zawsze jedna torba wadzi bardziej niż druga. Teraz każda sumka, każdy mieszok, a tym bardziej delikatniejsze zawiniątko jest na wagę złota. Chyba nie chcesz, żeby przez krótką chwilę nieuwagi twoje jajka przyciśnięte zostały 100-kilowym ładunkiem mąki, co katzo? (chłopie). Kobieta wioząca zakupy to niebezpieczny gatunek, zdarza się nawet zwinny… starsze kobieciny z laską potrafią w niebywały sposób przeciskać się przez morze ściśniętych kolan i łokci, żeby dobić do upatrzonej wysepki wygodnych mieszoków. Na szczęście szafiorzy (kierowcy autobusów) nie są z pierwszej łapanki. Tutaj może pomóc tylko ich stoicki spokój, krepka ręka i wieloletnie doświadczenie, aby upchać ten kotłujący się, niespokojny tłum.

– Panie adjeki (wstajemy)! Sumkebi pod skamiejki (zakupy pod siedzenia), bo się nie pomieścimy.

– Ale… ale… moica… vai me… 

– To nie taxi, wszyscy musza się zmieścić!-  A kierowca nie uległy na wielkie oczy i kobiece łzy. 

Siedzą, stoją, drzwi ledwo się domykają ale ruszyli my. Uff. Na rogu przy sklepie przystanek, powtórka z rozrywki. Panowie mądrze wychodzą na papierosa. Następny przystanek, stacja benzynowa- trzeba załadować bańki benzyną. Drzwi już się nie domykają, ale ruszyliśmy…

Moica erti zuti! Truba ginda!(Chwileczkę, jedną minutkę! W sklepie jeszcze rura od pieca…) – rozlega się z tyłu, a tłum ściśniętych ciał jak jeden mąż wydaje pomruk zniecierpliwienia. 

Jedziemy 50m- Hatuna z kilkoma pakunkami. Kolejne 100m- nauczycielka z torbą i mieszkiem. Wydawać by się mogło, że już szpilki nie da się wcisnąć, ale brzuchy jeszcze można wciągnąć i dziadek z laseczką też już z nami jedzie. Amortyzatory jęczą na każdym wyboju, my jęczymy od uderzających do głowy zapachów kawy i benzyny, ale na chwilę lśniące w zachodzącym słońcu stoki Kaukazu łagodzą obyczaje. Jeszcze przejazd przez blaszany most na bezdechu (czy te blachy utrzymają taki ładunek?!?) i jesteśmy w Chiorze. Wreszcie powietrze, wreszcie papieros! 

– Mieszok sadari?!?- Nooo taaak, zabawa zaczyna się od nowa a każdy wtyka sąsiadowi głowę między nogi i sprawdza co ten ma pod swoją zacną żopą… szukamy zakupów pani z chustą. 

– Ten z kapustą? – ARA (nie)

– Ten z mąką?- ARA. 

– Ten z mandarynkami?- ARA, ale nie pogardzę! 

Przy sklepie czekają już chłopcy gotowi do rozładunku. Teraz tylko oblodzona droga po ciemku z 20kg na plecach i jesteśmy w domu. 

Chleb rośnie też nocą

Niech się dzieje co chce. Chłopcy idą na Sartsividziri (Sartsividziri ), bo na to zasłużyli. Kropka

Wycieczka szkolna Ivane nie doszła do skutku. Nie było chętnych; za mało dzieci, za mało pieniędzy. Otiko i Rostoma też nie wiadomo czy i kiedy gdzieś pojadą. Chłopcy najdalej byli w Oni na zawodach. A piękne okoliczne trasy i zakamarki znają głównie jako miejsca pracy, a nie cel wspólnych ekskursji. Czas to zmienić.

Ten tydzień był ogromnym wyzwaniem dla każdego z nas i dla nas razem. Tydzień, w którym każdego dopadł kryzys i łzy. Czas kiedy narodziły się nici wspólnego zaufania, bo przeżyliśmy go razem. Im ciężej było trzymać pion, tym ważniejsze było mieć na kim się oprzeć. Od ‚ciao ciao’ i buzi przed wyjściem do szkoły, przez podlewanie łzami sadzonej cebuli, po błotną bitwę nad Rioni. Popołudnia kiedy przymusowo trzeba było dać upust wszystkim emocjom, zostawić w domu konwenanse i z błota…narodzić się na nowo. 

DSC_0517.JPG

Piątek wieczór:  

Tres Sartsividziri, ho? (Jutro Sartsividziri, tak?) 

– Ho, ale teraz już śpicie biczebi (chłopaki), jutro pobudka o 6.00 

Na vierna? (Na pewno?) Me, shen, Kasha, Ivane, Otiko, Vasiko?- Rostoma musi się upewnić, że plan nadal aktualny. 

Ho ho, na vierna. Achla (teraz)…

VICI vici (WIEM, wiem)…spać. 

20161011_213017

– Udało się! Zasnęli, ale z 5 razy się mnie pytali, czy na bank jutro pójdziemy – relacjonuje Chuliganka  otwierając lodówkę. Czas zacząć pakować jedzenie na drogę. 

– Mnie też pytali… co dwie pewności to nie jedna.

– Wiesz oni boją się, że my też możemy nie dotrzymać słowa, takie obiecanki- cacanki, a skończy się jak zwykle. Uczą się dopiero dopełniania obietnic. 

– To teraz jest dobry moment i nauczą się jak to jest słowa dotrzymać. Pójdziemy na Sartsi, upieczemy ziemniaki w ognisku, będzie kura i sasyski (ulubione kiełbaski-część niespodzianki), jajka na twardo i zobaczymy co jeszcze.

– I im się w brzuchach poprzewraca!- Msisiara obraca piekącego się kurczaka.

– Im to się już poprzewracało od twojego badrijiani*! Hahahah, jak sobie przypomnę miny Vasiko i Levani… Vai me!!! Te pół sekundy zanim wybiegli pluć przez balkon- Chuliganka skręca się ze śmiechu zagniatając ciasto na chleb. 

– Śmiej się śmiej, jeszcze przyjdziesz…

– No na pewno nie po twoje badridziajni!

Kto się czubi, ten się lubi, a tak łatwiej ogarnąć nocne gotowanie i pakowanie. O północy zaczęłyśmy wypiekać chleb. Żyjąc już tylko myślą jutrzejszej wyprawy i starając się o niczym nie zapomnieć, dręczące nas od wtorku pytanie, gdzie jest Marika przestało brzęczeć jak męczący nocą komar. Kiedy po 1 wyłączyli prąd, mycie, pranie i pieczenie trwało dalej, tyle że po ciemku. Że co, my nie damy rady? Wskazówki zegara dobijały 2, kiedy do domu dobiegł warkot silnika.

– Słyszysz? Czy ja mam znowu omamy słuchowe? – Pyk. Jakby w panującej ciemności ktoś znów wyłączył światło, teraz takie w środku. Pod całym domem jakby ugięła się noga i wszystko wraz z nami uniosło się w powietrze: słowa i dźwięki zawisły w próżni. Pozostał tylko błysk 2 par ciemnych oczu szukających się nad bochenkami chleba

– Cholera i co teraz? 

– Chłopacy dobrze śpią. Kończymy chleb, myj głowę…

– … a plan nadal aktualny.

Dotrzymujemy słowa. Jutro idziemy z chłopakami na Sartsividziri 

*Badrijani- tradycyjnie przepyszna potrawa z smażonych bakłażanów nadziewanych farszem z orzechów, czosnku i ziół (przepis EN) oraz nieudany eksperyment kulinarny Msisiary. Z ugotowanych przez nią bakłażanów nie wyszedł ani Adjab Sandali (dosłownie misz masz, czyli duszone bakłażany z warzywami), ale coś na co Vasiko i Levani jak oparzeni odskoczyli od stołu i pognali pluć z balkonu.

10680129_311210489085949_7881058692897236795_o.jpg

Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie

  Wieczorem padł pomysł wycieczki do starej kopalni pod górą Sartsividziri. Najbliższe 3 dni ma być ładnie, to grzech nie skorzystać. Skoro Vasiko ma nogę w gipsie, a chłopaki szkołę, to i tak nie ruszą żadne prace. Siedzenie w domu to proszenie się o kłopoty; Chuliganka i Msisiara są uzależnione od akcji i atrakcji. Czas na przerwę od domowych rewolucji i wietrzenie głów.

20160525_162823

Bez kombinowania nie ma… całusów

Plan na wyjście (śniadanie, plecaki i marsz) jest tak dziecinnie prosty, że nie nadaje się do naszej historii- ulega zmianie w połowie dopijanej przez Chuligankę kawy Lobjanidze* 

Dla kombinatora specjalisty każdy pomysł jest wystarczająco dobry, by coś dobrego z niego wynikło. A pomysłem jest koń, ale nie nasz, bo nasze konie źrebate lub w Tevresho. A skoro koń nie nasz, to trzeba pożyczyć. Od kogo? Od sąsiada Temo. Gdzie Temo? Właśnie wyszedł do wioski i zapomniał telefonu. To czemu nie zadzwonić do kogoś, kto mieszka po drodze do wioski, żeby podać mu telefon, niemożliwe? Niemożliwe nie istnieje! Ale zanim wyjście będzie możliwe trzeba spakować konia, vai me deda (o matko)… Msisiara zaczyna się już widocznie niecierpliwić, ale na czole Chuliganki widać zmarszczkę determinacji. Będzie koń i kropka. Powietrze lekko gęstnieje, ale staje na kropce. Idziemy z koniem, a że nie wiemy jak mu na imię, nazywamy go Panem Koniem. 

Jeszcze w drodze do Tevresho przestajemy wierzyć w plotkę, że Koń jest rzekomo zrywny i płochliwy. Kiedy niespodziewanie rozlega się huk, przez sekundę nie wiemy co się dzieje. To tylko strzały polowania, a Koń wcale się nie płoszy. On przynajmniej nie kojarzy tego z wojną. Szczęściarz z niego. Za Tevresho i blaszanym mostem bierzemy trochę sałatki na wynos; po garści młodego szczawiu i szczawiku zajęczego. Smaczne, zdrowe i darmowe! Kasia wcina, Koń wcina, a Chuliganka soczyście komentuje. To znaczy, że humor też już nam zzieleniał…  

Rzeka Dzidzishori jest niemal do kolan, ale pokonujemy ją stopa w stopę i w kopyto i odpoczywamy na chame (jedzenie) przy kapliczce i stadzie jaszczurek.20160525_130754

Kiedy dochodzimy po raz kolejny do rzeki (Rioni) odbijamy w prawo, tak jak prowadzi główna droga. Przejście przez drewniany most i dalej już tylko prosto. W Dzirxali Kana, jesteśmy tak wcześnie, że decydujemy się chapnąć trasę na raz i nocować przy obozie geologów. To w końcu ok 20km bez większych wzniesień terenu, taki dłuższy spacer.

Słonko grzeje, Pan Koń chętnie idzie podjadając szczaw, a za każdym zakrętem oczy śmieją nam się coraz bardziej wariacko. Nikt nas tu nie widzi i nie słyszy, to czemu nie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa? Zaczyna się skakaniem po łąkach, błotnych kałużach i niewinnych flirtach z Panem Koniem. Kiedy w połowie drogi miedzy Brili, a obozem geologów wychodzimy na górkę, skąd widać Zopxito przed nami, łąkę górskich kwiatów obok, a za nami ogromne łąki Didi Xopito to … głupawka zostaje z nami na dobre. 

Pan Koń dostaje nieprzyzwoitą ilość całusów, a od naszego podsyconego endorfinami szczebiotu mógłby się co najmniej uśmiać. Przekupiły go chyba jednak te buziaki i obietnice całonocnej biesiady na łące, bo niesie nasze toboły bez marudzenia. Wreszcie wkraczamy w rozległą dolinę, którą zamyka Sartsividziri, a w oddali widać już maleńkie punkciki – domki geologów. Pytanie tylko, czy będzie most. Skoro już nam tak dobrze idzie, to trudno żeby Szef nie zadbał o ten most, prawda? Prawda, dobra passa nam sprzyja. Jeszcze jedna mała rzeka pod kolano, no bo chyba nie myśleliście, że dojdziemy na miejsce suchą stopą… Bez chlupiących butów nie byłoby czego suszyć. A tak mamy zadanie na wieczór. Za mostem ostatnia prosta i jesteśmy w miejscu, które jak możecie się spodziewać, jest ważnym punktem na naszej Tajemnej mapie (Wcześniej pisaliśmy o miejscu zwanym Jacuzzi)

20160525_16121020160525_180334

Tajemna Mapa- Górskie Ucho przy Sartsividziri

Trasa pod Sartsividziri jest łatwa i łagodna, chociaż atrakcji przy przechodzeniu przez rzeki i okazjonalne osuwiska nie brakuje. Ale cały czas idzie się drogą. Droga nie prowadzi co prawda pod samą górę, ale można podejść na tyle blisko, żeby wypływająca woda miała smak i kolor topniejącego lodowca a widok 6 kobiecych głów (jak wskazuje nazwa Sartsividziri) zapierał dech w piersi. Dlaczego Górskie Ucho? Po pierwsze; wygląd doliny. Głęboki wąwóz zakręca delikatnie i kończy się tutaj, sprawiając wrażenie schowanego wgłębiania. Po drugie: to miejsce słucha. Nawet tego, do czego czasem boimy się przyznać przed samym sobą. 

Pierwszy wieczór pod Sartsividziri, co tu dużo mówić: idealny. W nieczynnym obozie geologów urządzamy sobie najwspanialszy pokój z kominkiem, podłogą, stołem, krzesłami, wieszakiem i… widokiem 8D na otaczające nas góry, rzekę, niebo, zachodzące słońce i chmury lepiące się do szczytów jak cukrowa wata. Stereo gra szumem Zopxituri i trzaskiem palonego drewna, buty suszą się przy ogniu obok podpiekających się xachapuri. O kapciach nikt nie pomyślał, ale bieganie boso po górach w maju to dopiero okazja, a na dodatek po podłodze! Bo znalazły się i deski, żeby ułożyć podłogę od kominka-ogniska do łazienki-kranu z woda i sypialni-namiotu. Czego potrzeba, żeby sprawić sobie taki domek w środku gór? Godzinkę czasu, Szefa od szczęśliwych zbiegów okoliczności, dwie szalone kombinatorki i specjalizację w budownictwie górskim w stylu “coś z niczego”.

– kurcze, trochę szkoda, że wina nie mamy

– oj tak. Winko tutaj przy kominku idealnie by pasowało…

20160525_182937

20160525_193049.jpg

I kiedy nie mając nic konkretnego, masz wszystko, co daje ci radość. Wiesz, że dla takich chwil watro żyć. A doceniając czar danych chwil i ludzi, z którymi możesz je dzielić zdobywasz coś bezcennego. 

20160525_195227

– wiesz, musimy tu przyjść z chłopcami. Nigdy nie byli na żadnej wycieczce, mieszkają tutaj, a znają góry tylko przez pracę. Tyle ich można nauczyć, pokazać… A jak nie my, to nikt ich tutaj nie weźmie. 

– wiem. Myślę o tym samym. Przyprowadzimy ich tu…

Każda na swój sposób myśli o tym samym i daje ponieść się tym myślom, spoglądając w ogromne grafitowe niebo usiane milionami gwiazd. Kiedy jedna z nich spada nam nad głowami, spokojnie ciągnąc za sobą jasny zielonkawy ogon, wszystko zatrzymuje się na kilka sekund. Na moment tracimy głos, co w przypadku Chuliganki nie zdarza się często.

– widziałaś to? Nie wierze, uszczypnij mnie!

– widziałam. Boże… Szefie jesteś niesamowity!

– Wie co robi. 

fire.jpg

Już wkrótce, kolejne przygody spod Sartsividziri.