„Crecker” tudzież „Cake”

20160927_154357

PL + EN!!!

Szkoda było żegnać naszego rubasznego Craiga. Może raczyńskie wiatry przywieją go znów w skromne progi Naszej Rodzinki, bo dobry z niego wariat. Nic dziwnego, że trafił do nas przez przypadkową pomyłkę lub pomylony przypadek, bo my jesteśmy po prostu takim niepospolitym, Szefoskim przypadkiem. U nas radość wybucha nagle i nierozmyślnie, bo życiu dajemy płynąć nieokrzesanie jak Rioni śmiejącej się odblaskami słońca. I dobrze nam było z szerokim uśmiechem Craiga, błyskającym spomiędzy gęstej i długiej (jak stąd do Nowego Jorku) brody, kiedy patrzył na fikającego jak młody koziołek – Rostomy chuligana:

-Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi – siedząc przy piecu powtarzał podchwycone u nas poranne hasło obowiązujące przed szkołą. A Rostoma szukał niebrodatego miejsca na policzku, żeby wlepić mu buziaka.

14446417_521786284695034_761619123_o (1).jpg
Przez tydzień opanował władanie toporem, aż pewnego dnia wraz z Vasiko zasypali podwórko górą szeszy (drewna). Próbował nawet przekonać chłopców, żeby układali drewno podając je sobie z rąk do rąk- chłopcy od razu powiedzieli, że tak jest wolno, niewygodnie i okropnie nudno:

– Ehhh i jak ich zagonić do pracy? Po 3 minutach robi się nudno i albo uciekają albo zaczynają szaleć…- w głosie Craiga zabrzmiała nutka rezygnacji, ale i tak się chłopak nie poddał. Wtem na zarządzenie Chuliganki, żeby część szeszy przenieść do górnej komnaty, Rostoma nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmił:

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i tak male na vierch!- tłumaczy gestykulując żywo: „Drewno na górę? ha! Mam idealny plan! ja i Otiko na balkon, Craig na dole. Ja wezmę wiadro na linie i szybko się będzie wciągało!” Jeszcze pięć minut temu Craig dumał jak zagnać małych chuliganów do układania drewna, bo po chwili tracili zainteresowanie. Nagle musiał stosować uniki niczym w ringu bokserskim, bo wokół jego głowy fruwało wiadro pełne szczapek. A w głosie brzmiała już tylko nutka rozbawionego niedowierzania.

20160927_154443

Tak jak my nie potrafił oprzeć się ciepłym kartoszkom i puri (chleb) z masłem. I stał się nieposkromionym zjadaczem placka na matsoni (Szybki placek na kwaśnym mleku (lub jogurcie)- nasze dzieci w kuchni.), nawet choroba nie była w stanie powstrzymać jego łakomstwa.  Przetrwał chrzest bojowy, czyli przejażdżkę z Chuliganka na Coryi. Ba! Nawet nie krzyczał gdy pokaźna gałąź orzecha wysadziła go z siodła, bo przecież nikt nie powie, że Craig spadł z konia. Przeżył także zjadliwego wirusa grypy żołądkowej i tylko byk go nie pogonił (Jak byk gonił Msisare)
– Crecker sadari (gdzie)? Było słychać wszędzie i co chwilę. Craig jako pierwszy z naszych gości został zaproszony przez starszych chłopaków z sąsiedztwa na wieczorne męskie pogaduszki pod latarnią. Co oznacza tylko jedno- jest Nasz (Chemi Family).

Wiec wracaj Craig, kiedy zatęsknisz za kartoszkami i plackiem i wieczorami z naszymi chuliganami i ich buziakami!

14407950_520969738110022_164605722_o.jpg

This time in English as well. For Craig and his family.

It was sad to bid farewell to our jolly Craig. Perhaps the winds of Racha bring him back to the modest doorsteps of Our Family, because he is good bonkers. It wasn’t unusual that he found us because of an accidental mistake or a mistaken accident, we are simply a one-big-special God’s mishap. We let joy flare suddenly and unthinkingly, just the way we let the life flow. Fast as river Rioni, full of sun blinking laughter. And we liked his wide smile showing up in the midst of thick and long (like from here to New York) beard, when he watched Rostoma jumping around like a young „billy”:

– Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi (give a kiss, kiss) – Sitting next to the fire place he was repeating our morning/before school motto, while Rostoma was searching for a no beardy place on his cheek to give him a kiss.

14438987_524103307796665_502371334_o.jpg

In a week he mastered the art of the ax untill one day him and Vasiko covered the whole yard with a massive pile of szesza (wood). Then he tried to convince the boys to calmly pass the wood pieces from hand to hand (…hahahaha, good try), but they didn’t like this idea- it was too slow, too boring and no fun at all.

– Ehhh, little chuligani, it is so hard to make them work and not run away after 3 minutes…- there was a note of disappointment in his voice, but he didn’t give up. Then, when Chuliganka ordered some wood to be brought upstairs to our  bedroom, Rostoma stopped everyone to tell his master plan and everything changed…

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i o tak, male na vierch!- he was explaining drawing funny air pictures with his hands: „Wood upstairs? I have the best idea! Me and Otiko on the balcony, Crecker downstairs. We take a bucket on a rope and pull the wood up, fast and cool!” So when few minutes before Craig had been wondering how to keep the boys interested in piling up wood, suddenly 10 minutes later he was escaping the flying bucket and looking with disbelief on the balcony getting quickly covered with wood.

Just like us, he couldn’t resist warm kartoszki (potatoes) and puri (bread) with butter. He also become an unstoppable Matsoni cake devourer, even the illness didn’t stop him! He passed the baptism of fire, which was a ride on Coriya with Chuliganka. Well, he didn’t even make a noise when a huge branch put him out of the saddle. And did anyone ever say he fell of the horse? He coped with the vicious virus of stomach flu and the only thing he missed was a bull chase and Kirtishio glacier (now that we know this, you have to come back!)

-Crecker sadari (where)? We could hear all the time. Craig was the very first guest who got invited to the evening hang out with the older boys. This means only one thing- he is already Ours (Chemi)

So come back Craig whenever you miss evenings with kartoszki and cake, with our chiluganis’ kisses.

20161001_143128

 

Reklamy

Życie bardziej niż ‚mojsze’

Przepraszamy naszych czytelników za przestój na blogu. Nie myślcie Kochani, że nie mamy o czym pisać, lub że nic się nie dzieje w Naszej Rodzinie. Wręcz przeciwnie, nasza nieobecność w tym miejscu jest podyktowana intensywnością działań i prac w domu i po za nim.

Jak zapewne wiecie zwariowany tandem Msisiara – Chuliganka jest chwilowo w rozłące, to wcale nie znaczy, że cały ten przedziwny „mechanizm” traci na działaniu lub sile. Dziewczyny tak podzieliły się rolami, że każdej dobrze jest w jej „ubraniu” jednak jak tylko mogą uzupełniają się nawzajem. Czasem mam wrażenie, że ich trybiki pracują nawet lepiej na odległość.  Bywa, że jedna pomyśli, a druga już ubiera to w słowa- niesamowita jednorodność celu i myśli. Do tego tempo ich życia, wyzwań i prac nabrało takiej prędkości, że czasem wieczorami lub w głębokiej nocy słychać na łączach światłowodów, niczym ryk bolida F1 – „damy radę!!!” I jedyne na co zdarza się narzekać dwóm „Sulelebi”(wariatkom), to zbyt krótka doba. Dla nich, każda długość dnia zawsze będzie za krótka.

Sytuacja w domu: po dwóch dość poważnych kryzysach Chuliganki, gdy rozsądek podpowiadał jej – wyjeżdżaj, głową muru nie przebijesz… Atmosfera wreszcie się uspokoiła. Powód zwątpienia ten co zawsze – najstarszy z chłopców i matka, która nie może przeciąć przysłowiowej pępowiny. Jak na razie do Mariki nie dociera tłumaczenie, że pozwalając mu na wszystko i nie wymagając niczego, wyrządza mu więcej krzywdy niż pożytku. Ostatni kryzys był poważny. Gdyby nie fakt, że koniec końców to serce rządzi Chuliganką, a Kasia-Msisara wie, co pobudza je do życia, ten blog i Nasza Rodzina stałyby pod znakiem zapytania. Trzeba koniecznie wspomnieć, że Msisiara potrafi wyciągnąć za uszy i podnieść skrzydła swojej kompanki. I choćby Chuliganka nie wiadomo jak twardo broniła swojej „najmojszej racji”, to w emocjonalnie trudnych sytuacjach słucha drugiej połowy tandemu. Mechanizm działa w obie strony. Jak w zegarku, jeden tryb nakręca drugi, popycha kolejny, wspierając wszystkie części, trybiki i drobinki. Tyk, tyk, tyk, tykają dalej.

A teraz do rzeczy: nadal trwa gorący okres sianokosów, jak dotąd mamy zebrane 4 tiwy (olbrzymie stogi), potrzebujemy jeszcze drugie 4. Koszenie i stawianie takiego stogu trwa, przy zaangażowaniu 4 chłopców min 10 godzin codziennie,  3-4 dni. Po ostatniej ‚trzeciej wojnie światowej’ czyli wojnie z Wasiko, młodsi chłopcy postawili brata pod ścianą, wymusili na nim współpracę i dostosowanie się do zasad panujących w domu. Efekt? Bez marudzenia, krzyków, fochów codziennie o 7 wstaje i chodzi z Ivane w góry kosić, a maluchom kazał póki co zostać w domu i pomagać kobietom. W nich jest siła, trzeba dać tylko prawo głosu Naszym Biczebi (chłopcom). Z odpowiednim nadzorem oczywiście.

Ostatnie dwa tygodnie Marika też zaskoczyła i zaczęła chodzić na przyspieszonych obrotach. A to zaprawy na zimę, a to goście, a to znowu trzeba nadążać za nowymi pomysłami Chuliganki. A ta jeżeli już coś wymyśli, to nie ma zmiłuj zanim nie będzie zrobione ‚do końca’. Toasty pijemy ‚do końca’, prace też robimy ‚do końca’. Nawet dzieci to wiedzą. Tak więc Marika przestała już stawać okoniem. To co, że zapłon ma jeszcze czasem opóźniony, najważniejsze, że się stara i dotrzymuje tempa. Efekt? Posiłki dla dzieci na czas, wcześniejsze wstawanie, wieczorne planowanie kolejnego dnia i ………..

REMONT ściany za piecem!!! czyli sztuka kompromisu

14341862_518415838365412_1295255005_n

 

Ściana za piecem od dawna spędzała nam sen z powiek i niszczyła zdrowie rodziny, a zwłaszcza Otiko. Przez mieszkającego w niej grzyba Otiko od małego łapie zapalenia płuc od czego ma zdeformowaną klakę piersiową. Owszem remont dolnej „komnaty” był w planach ale raczej wiosennych, jednak Marika chciała chociaż tylko pomalować przybrudzone od pieca i sypiące się od grzyba ściany. Na co Chuliganka kręciła nosem, bo dla niej to znowu „leczenia syfa pudrem”.

14285574_518455725028090_1350176151_o– po co kupiłaś farbę?  do czego Ci emulsja? o nie! tym …. czymś nie będziemy tutaj malować, te ściany musza oddychać, schnąć, kobieto wałkowałyśmy ten temat pół roku a ty … eh znowu nie konsultujesz

– zakryje trochę te obrzydliwe ściany. Do wiosny wystarczy…

– ok ale zrobimy to po mojemu

Vaime deda (o matko)!!! Ty wytaszczysz mne mozg !!! ( ty wyciągniesz mi mózg) no ok, jak chcesz, ale nie dzisiaj. Xwal*(jutro) …

– A dlaczego nie dziś? Za 4 dni znowu mamy gości a  ja, jak wiesz mam jeszcze inną robotę. Jak można, trzeba działać! pogoda nam dopisuje więc musimy się uwinąć w 3-4 dni

  • Raooooooo??????????????? (Cooooo) 3-4 dni? pomalujemy w dwa – w tym momencie Marika wymiękła. Zdała sobie bowiem sprawę, że darowizna narzędzi z Polski, która tak bardzo ucieszyła dzieci i Chuligankę, to  znak wielkiej domowej rewolucji. Czyli będzie dym, tym razem dosłownie, a na to Marika patrzy z przerażeniem. Jednak wie, że nie ma odwrotu. Zadania podzielone : Chuliganka przejmuje komnatę, Marika zajmuje się zabezpieczeniem jedzenia na 2-3 dni dla chłopców w góry i dla reszty rodziny, bo piec będzie wkrótce odłączony.

– Ok wszystko mamy, to ty teraz idź jeszcze do sklepu a ja się zabieram do roboty- wygania Chuliganka. To jest ten moment, którego niestety Marika nie przewidziała. Łobuz-Hardcore-Demolka wpada z ciężkim sprzętem i zabiera się do gruntownego oczyszczania ściany, czyli skrobania, odkuwania i szlifowania. Otiko i Rostoma otwierają oczy ze zdziwienia, gdy Chuliganka wyłania się z kłębów pyłu. Po godzinie wraca Marika z wioski i …. kapituluje.

  • Rozumiem teraz dlaczego kazałaś mi spać na górze i wynieść telewizor. Koniec świata!!! Marika jednak zaczyna wreszcie dostrzegać jak głęboko „zakorzeniony” jest problem i ile jest do zrobienia. Dwa dni mijają w gruzie i pyle. Jednak od razu widać pierwsze efekty, a to  daje jej siłę i powód do dumy przed odwiedzającymi, ciekawymi hałasu sąsiadami. Nawet fakt, że posiwiała od ton pyłu we włosach nie jest w stanie przyćmić jaśniejącej satysfakcji. Wasiko i Ivane też są pod wrażeniem, a sprawia, że ich kosy suną ramię w ramię. Motywacja dyktuje im tempo pracy.

13920154_501075900099406_3389672795120611150_o

W trzeci dzień czas zamienić się miejscami na stole. Chuliganka uzbrojona w szlifierkę ustępuje miejsca Marice z wodą z mydłem, a następnie z wałkiem i pędzlem. Wszystko działa jakby powiedziała Msisiara – ideolo! Kiedy Marika pochłonięta jest malowaniem, Chuliganka nadrabia obowiązki matki i przygotowuje chłopców na pierwszy dzwonek po wakacjach. Tak to już jutro …

 

 

 

 

Zielono nam!

Po kilku dniach przestoju, zwolnienia tempa pracy i małego spadku zaangażowania, nadszedł ważny dzień. Dzień odbudowy nadziei i ożywienia ducha działania.

DSC_0190.JPG

To dzień pierwszych zbiorów w Chialashi. Lobio (fasola) dojrzewa na potęgę, co cieszy nie tylko oko, ale i nasze żołądki. Pierwszą, tegoroczną fasolę z małego ogródka (bostani) już skonsumowaliśmy, ale ten zbiór z Chialashi ma całkowicie inny wymiar. Zebrane pierwsze 6 kg fasoli, to nagroda i  uznanie dla dzieciaków za ich wytrwałość i zaangażowanie w odzyskanie i zagospodarowanie ponad hektara ziemi. Ziemi, od 10 lat leżącej odłogiem. Radość podwójna, bo część zebranego lobio już pakuje się w słoiki na zimę. – Hurra! W tym roku będziemy jeść zimą też lobio, a nie tylko kartoszki i puri !!! (ziemniaki z chlebem) –  wykrzykują najmłodsi.

DSC_0187.JPG

Pierwszy błysk w oku pojawił się na widok pierwszego plonu, bo nikt nie dowierzał że tyle tego będzie. Drugi błysk rozświetlił wielki garnek kipiącej, zielonej fasoli. W naszą młodzież wstąpił nowy duch. Nawet najstarszy „zarmatsi” (leń) – Vasiko wziął się do roboty. Od śniadania jak zacięty rąbał drzewo. Wióry leciały, a dźwięk piły łańcuchowej i topora brzmiały dzisiaj jak najpiękniejsza melodia.  A do tego wszystkiego- rozśpiewany w pracy Vaso, niebywałe!!!!!!!!

Od kilku dni znów dręczą nas deszcze, a przez to ograniczone możliwości pracy. Na szczęście i dzięki Szefowi zdążyliśmy wykonać plan. Teraz na polu walki pozostała już tylko Marika. Jak na dobrego dowódcę przystało z pola bitwy schodzi ostatnia, teraz pilnuje pieca, na którym kipi mus jabłkowy, słoiki z kompotem śliwkowym, zielone tkemali i ogromny garnek zielonego lobio.

„Siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki (teraz nazywanej Suleli= ta, co straciła rozum, szaleniec) spowodował, że Marika zasmakowawszy zielonego, niesamowicie wyrazistego sosu, postanowiła ugotować dodatkowe kilka butelek. Dotychczas w domu nad mzave cxali królowało tylko czerwone tkemali, czyli gruziński sos z dojrzałych czerwonych i fioletowych śliwek-mirabelek. Rok temu w Kutaisi, u drugiej rodziny, nad którą sprawujemy „opiekę”, Chuliganka spróbowała zielonego tkemali, i ten właśnie smak przywlokła teraz do Ghebi.

Dzisiaj nasz dom pachnie na zielono: tkemali i lobio. A wszystko okraszone sercem Mariki i radością dzieci- smakuje najlepiej!

DSC_0155.JPG

śliwki „kompotowe”

DSC_0156.JPG

mirabelki na zielone tkemali, a poniżej zaczarowany, pełen niebywałego aromatu sos:

DSC_0169.JPG

 

 

Od rana w ogrodzie

Jest czas wakacji i do wioski przyjechało sporo tzw. daczników: dzieci i młodzież, które wypoczywają u rodziny. Szwendają się bez celu po wiosce, przesiadują na ławkach, spędzają czas na niekończących się rozmowach, zażywają kąpieli w Rioni. Jednak dla mieszkańców Ghebi trwa drugi gorący okres prac polowych. Dla niech nie ma czasu na taki letni wypoczynek. I serce mi się kroi gdy patrzę w oczy „naszych dzieci”, które chętnie oddałyby się słodkiemu lenistwu i „pagulały” to tu, to tam z kolegami. Ten dysonans, nasilona nierównowaga dziecięcych realiów wakacyjnych, mocno wpływa na nastroje chłopców. Są przez to momenty, gdy nasza współpraca idzie jak po grudzie, ale są dni, gdy bez przekonywania chłopcy wychodzą z inicjatywą:

  • Jutro wstaniemy dużo wcześniej zrobimy to i to, a później wolne. – proponują z pytająco-proszącym wzrokiem. Przez tak ustalany plan,  wstępuje w nich super moc i zamieniają się w strongmenów, nieważne jak ciężką pracę trzeba wykonać. Jak dotąd nie usłyszałam ani jednego słowa buntu w stylu – przecież są wakacje . Oni doskonale wiedzą, że bez nich to gospodarstwo nie ma szans na utrzymanie, a oni na dom, nie wspominając o rozwoju. Największym szczęściem dla nas, jest usłyszeć ich chęci na prostą wizję najbliższej przyszłości i dostrzec w tym kiełkującą zaradność:

  • jesienią powiększymy zaorany teren o metr z jednej strony, o metr z drugiej … o patrz Chuliganka, ile marchewki na wiosnę będzie można posadzić! – na myśl o chrupiącej marchwi * pojawia się błysk w oczach Otiko ,

  • o nie ! Jeden pas ziemi dla marchewki, a jeden dla buraków – wtrąca Iva.

I nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że przecież to więcej pracy, więcej odchwaszczania, więcej okopywania…

Szczęśliwi, że rzeka Rioni nie zniszczyła naszego nowego Chialashi (ogród), aka ‚Rancho’ wszyscy jak jeden mąż od rana (zgodnie z umową z dnia poprzedniego) zabieramy się do pracy przy okopywaniu ziemniaków. Fasola (lobio) też pięknie wschodzi 🙂 

13833505_499446283595701_1496291060_o.jpg

Razem mamy szansę skończyć przed największym słońcem! A że praca pali się w rękach okopywanie ziemniaków zajęło 1,5 godziny i natychmiast chłopcy wpadają z impetem w fragment nieużytku w części „fasolowej” i usuwają część uciążliwych chwastów.

  • tutaj koniecznie trzeba dosadzić fasolę na „zielone lobio**”, szkoda ziemi i naszej wcześniejszej pracy – zarządza Otiko. Decyzja przyjęta jednogłośnie, któż by się sprzeciwił, przecież wszyscy za tym przepadają.

Posłannik – Rostoma wyrusza do domu, by ściągnąć Marikę do Rancho pod pretekstem przyniesienia kawy. To tu, po obejrzeniu  efektów dzisiejszej pracy, dowie się o najnowszych pomysłach ogrodowych:

  • Dediko (mamusiu)!! koniecznie zamów na jutro nasiona małej fasoli z bazaru w Oni. Koniecznie !!! – krzyczy Otiko z dumą do zaskoczonej ekspresowym tempem pracy, Marice .

13705046_496165020590494_1157379116_n.jpg

Koniec pracy – czas wolny do wieczora. Plan został wykonany w 150%,  wszyscy dumni i szczęśliwi wracamy do domu.

  • Otiko uwielbia marchew, Ivane barszcz, niestety ku mojemu przerażeniu odkryłam, że dzieci mają ogromne deficyty wartościowych warzyw, a tym bardziej owoców. Między innymi dlatego powstało „rancho” – dzieło to, w pierwszej kolejności ma zabezpieczyć rodzinę, by już nigdy nie głodowała ale również ma być zapleczem dla inicjatywy turystycznej.

** Zielone Lobio to potrawa ze strąków zielonej fasolki. Zobacz przepis

Skolashi? po co?

14171916_511982765675386_916623598_n.jpg

Kiedyś szkoła w Ghebi liczyła około 300 uczniów, dziś jest ich 48. Jeśli w wiosce mieszka fizyk, to uczy fizyki. Jeśli fizyk wyjedzie lub go zabraknie, to fizyki może będzie uczył biolog albo nie będzie uczył nikt. Dzieci chodzą do szkoły od połowy września do początku czerwca, w lecie są wakacje, czyli przede wszystkim czas zbiorów i pracy. W ciągu roku, kiedy pojawia się praca- książki i podstawowa edukacja mogą poczekać. Zwalnianie dzieci ze szkoły do pracy jest nieuniknione, ale bywa często nadużywane, jeśli panuje przekonanie, że szkoła i tak do niczego się nie przyda. Sytuacje są różne:

Któregoś dnia Iva po godzinie wrócił do domu.

– Iva co się stało? 

– Idę do Tevresho odprowadzić konia. 

– Którego konia? Nasze konie są w Tevresho, poza tym teraz masz lekcje 

– Konia nauczyciela od matematyki

Nie wiadomo, czy nauczyciel sam wybrał Ivę, czy Iva się zgłosił. Prawdopodobnie to pierwsze, bo Ivane można z koniem zaufać i wiadomo, że nie odmówi. Marika też nie odmawia, bo za często musi korzystać z pomocy innych.

13913679_1241917425827488_2362056987966581778_o.jpg

Do 18 roku życia nauka jest zasadniczo obowiązkowa. Zasadniczo, bo po w praktyce po 9 klasie (15 lat) rodzic może dziecko permanentnie zwolnić. Xatia (córka Mariki) skończyła szkołę. Zdała jako 2 uczeń z 10 podchodzących do egzaminów, mimo, że nie jest w stanie sklecić prostego zdania po rosyjsku (pierwszy język obcy). Z jednej strony dobrze, że w ogóle jest możliwość nauki, jednak poziom nauczania i stawiane wymagania bardzo obniżają szanse dzieciaków na dalszą edukację i lepszy start w przyszłość.  Vasiko, za przyzwoleniem rodziców przestał chodzić do szkoły w wieku 14 lat. Rok wcześniej nikt nie reagował na ciągłe wagarowanie. Niestety tutaj wiek 14 lat (w przypadku chłopca) jest wiekiem ‚magicznym’ – może nie ukończyć szkoły, może spożywać alkohol, nikt nie sprzeciwi się jeśli pali papierosy. Panuje przekonanie, że taki młodzieniec to już prawie mężczyzna. Jak doskonale tutaj widać – ‚PRAWIE’ robi wielką różnicę. W maju tego roku, kiedy jego rówieśnicy pisali egzaminy końcowe i wszyscy nawet ci z problemami, zdali,  Vasiko poczuł żal. 

– Vasiko powiedział, że chce wrócić do szkoły i napisać egzaminy. – Marika mówi z dumą na twarzy. Nie do końca rozumie, że to ona jest odpowiedzialna za stracone szanse.

Pojiviom, uvidim (pożyjemy, zobaczymy) – odparła twardo stąpająca w tym przypadku po ziemi Chuliganka.

– Obiecał mi, że abezatelno (obowiązkowo – stanowczo) wróci do szkoły – broni siebie i syna.

Pochwała, słowa dopingu… niech reszta chłopców usłyszy. Takie myśli, chęci i marzenia trzeba zawsze wspierać! Tchnąć wiatr w ich skrzydła, niech polecą wyżej. Niech wie, że za dobre chęci czeka dobre słowo. Nawet jeśli wiemy, że realia są ciężkie, że Vasiko za parę miesięcy będzie pełnoletni i Marika przestanie dostawać na niego część już szczuplutkiej renty. Że powinien zacząć pracować. Że ten zapał to prawdopodobnie moment, o którym szybko zapomni. Ale niech wie, że chęć nauki i rozwoju wpieramy bez wyjątków. To dla niego i pozostałych chłopców nowość. 

Ivane, Otiko i Rostoma chodzą do szkoły, ale czasem próbują się wykręcać. Najbardziej Ivane, bo nauka nie przychodzi mu z łatwością. Jeszcze na początku tego roku jego dalsza edukacja stała pod znakiem zapytania. Oceny słabiutkie- nie motywują, sam Iva nie widzi sensu w nauce, Marika tym bardziej, choć sama nie robi nic aby chłopakowi pomóc. Mama nie może sobie poradzić z jego wybuchowym charakterem, który gwałtownie osłania zniszczoną wrażliwość i strach. Pomysł matki na wychowanie syna? – wojsko, które go ‚ustawi’. Kreatywny 15 latek, z sercem do zwierząt, złamaną psychiką i umiłowaniem wolności.

– Ten chłopak potrzebuje miłości, wparcia, twojej uwagi i zrozumienia, ale przede wszystkich chociaż jednej niezerwanej nici zaufania…i ty myślisz, że to załatwi za ciebie szkoła wojskowa??? Katastrofa.- Po moim trupie!!! – to jedyna i niezmienna reakcja Chuliganki. Msisiara jest dokładnie tego samego zdania. – Zwalić swoje obowiązki jako rodzica na szkołę wojskową i umyć ręce ? – niedopuszczalne.

13589028_491442041062792_1866754592_o.jpg

Otiko lubi się uczyć i chce zostać profesorem, więc do szkoły chodzi chętnie. Sam z siebie. Jest niesamowicie inteligentny, ciekawy świata, uwielbia rysować i fotografować. W jego urodziny przy rzece Rioni lepiliśmy błotny tort, na wzór tego z kremem, który czekał w lodówce. A laurki, z braku kartek rysuje na kamykach. Jeśli może pomaga w lekcjach Ivie i Rostomie, a nam w komunikacji. Otiko to nasz szpionik i pierewodczyk (szpieg i tłumacz), po rosyjsku rozumie wszystko, po angielsku dużo i w zastraszająco szybkim tempie uczy się polskiego. Rostoma też dobrze radzi sobie z językami, zwłaszcza z polskim i angielskim. I dobrze się uczy, ale najbardziej kocha sport. Gdyby mógł to wybrałby tenis zamiast matematyki i piłkę zamiast gruzińskiego. Nie zmienia to faktu, że o każdym stopniu mówi z dumą. 

Przez dotychczasowy brak zainteresowania obowiązkiem szkolnym ze strony rodziców, a tym samym zwyczaju odrabiania lekcji, pogłębiania wiedzy czy rozwijania zainteresowań, początkowo nowe obowiązki wywołały bunt, zdziwienie i płacz z lekką nutką szantażu. Nie tylko u chłopców, także u Mariki! Dla niej wspólne odrabianie lekcji jest czymś całkowicie niezrozumiałym i niedorzecznym. Dla niektórych z nas to niewyobrażalne, ale tutaj zwyczaj spędzania czasu z dziećmi, poświęcenia im czasu i uwagi należy do rzadkości. Czas odrabiania lekcji, kiedy w domu jest cisza i spokój, żeby chłopcy mogli się skupić, jest kompletną nowością, kolejny dziwaczny wymysł z Polski. Ale czyni cuda! Jak się szybko okazało, dzięki odrobinie uwagi, nadzoru i pochwał za najmniejszy sukces, szkoła przestała być powodem bolących brzuchów, a nauka zaczęła sprawiać chłopcom przyjemność.

20160607_140158.jpg

Nawet Ivane, który ze względu na największe braki w materiale na dźwięk słowa uroki (lekcje) stawał dęba, przekonał się, że on też może dać radę. Dzięki temu zrozumiał też, że odrabianie lekcji nie przekreśla innych planów na popołudnie ( jak konie, praca czy koledzy), jeżeli się spręży. A Ivane potrafi się doskonale sprężać. Raz na wejściu oznajmił, że obiad chkara (szybko) i natychmiast chce zrobić lekcje:

– Tylko historia. Poczytam 15 minut, kho? Poźniej cxenebi (konie)

Problema ara, katzo. Zniknął na górze, żeby mieć spokój. Na CAŁĄ godzinę! 

Po drodze do wioski starsza koleżanka na naszą prośbę powtarzała z nim materiał. Na drugi dzień to ona przyniosła wspaniałą wiadomość, że wszyscy zauważyli postęp w nauce Ivane, a pracę kontrolną napisał na dobrą oceną. Nie było pytania, na które Iva odpowiedział: AR VICI  (nie wiem)

Zbliża się koniec roku. Trzeba oddać książki. Chłopcy układają stosy według listy, kleją wypadające strony – praca wygląda jak koncert na 4 ręce.

Bilans: Otiko będzie znów najlepszy w klasie i z pewnością w pierwszej 10 w szkole, Rostoma ma coraz lepsze stopnie i bardzo widoczna poprawa w językach. Ivane, miesiąc temu nie chciał się dłużej uczyć a w 10 dni nadrobił zaległości z miesiąca. Zmienił dotychczasowe zdanie ‚me vera’ (nie dam rady, nie nadaję się) na  „damy radę”. Ostatni dzwonek to dobry moment, żeby Chuliganka bez skrupułów powróciła do tematu przyszłości Ivane. Tym razem nie pyta matki,

– Iva chemi megobaro (mój przyjacielu), co dalej, co po wakacjach chcesz robić? Niepewnie spoglądając na matkę odpowiada konkretnie – No jak to co? Pójdę do 10 klasy. W przypadku Ivane to nie są słowa rzucane na wiatr. On jeszcze tego nie wie, ale kiedy skończy szkołę pomyślimy o wysłaniu go na kursy na pomocnika weterynarza, wiosce przyda się ktoś taki. Nie jesteśmy jasnowidzami, nie znamy przyszłości, za 3 lata dużo może się zmienić. Może zechce zostać wykwalifikowanym jeźdźcem, hmm kto to wie… no Szef na pewno.

Przed nami ponad 2 miesiące wakacji, czyli czas wzmożonych prac polowych: oranie, plewienie, budowanie, remonty i przygotowanie do zimy.  Książki poczekają do września. Ale jest szansa, że z pierwszym dzwonkiem obowiązki szkolne nie będą wydawały się już tak trudne i żmudne jak wcześniej. Nie tylko dla Otiko. 

…nauka natomiast trwa dalej. nauka tego, czego nie można nauczyć się z książek – lista jest długa. 

Poszukiwacze skarbów

Wszyscy mamy jakieś przyzwyczajenia. Nieważne czy są one wyuczone, podpatrzone czy nieświadomie naśladowane. Dzięki nim, wiemy czego się mniej więcej spodziewać w codziennych sytuacjach, w domu i poza nim; mleko jest w lodowce, czyste skarpetki w szafie, a w kurniku- jajka.

Jednak drugi scenariusz może okazać się całkowicie odmienny od opisanego powyżej: Mleko od 2 dni leży na stole, w tzw. letniej kuchni, gdzie skwar osiąga 30 stopni, skarpetki … hm każda w innej części domu i na pewno brudne. W kurniku bliżej nieokreślony nieład, którego nie można nawet nazwać nieładem artystycznym.”burdel na kółkach” jest bardziej odpowiednim określeniem.

Nie każdy ma rodziców, którzy przyzwyczaili go do ładu i systematyczności. Nauczyli jak dbałość może przekładać się na łatwiejsze życie. Nie każdy urodził się w realiach, gdzie większość z nas już się nad tym nie zastanawia. Stało się to poniekąd życiowym standardem. W domu, w którym jest bieda i poważniejsze problemy niż bałagan, trudno jednoznacznie stwierdzić, że niedbałość i brak porządku wynika tylko z lenistwa. Z pewnością wynika to z braku dobrych wzorców, być może z braku motywacji lub nieudolności wychowawczej rodziców. Na tym etapie jednak niemożliwe jest  określenie prawdziwych przyczyn takich zachowań. Zachowanie dzieci uzależnione jest od postępowania dorosłych, bo uczymy nie tylko słowem ale przede wszystkim przykładem. Dzieci są najlepszymi obserwatorami i naśladowcami. Ogromne znaczenie odgrywa otoczenie rodziny wraz z jego obyczajami, mentalnością i historią. Dla kogoś przyzwyczajonego takiego jak my do standardów i logiki porządku, bałagan i niedbalstwo może dziwić, denerwować, a najczęściej zniechęcać. Więc w tej sytuacji najlepiej jest zupełnie zapomnieć o logice i własnych przyzwyczajeniach i znaleźć sposób na nowy, życiowy ład. 

Kwestia dbałości i porządku, brzmi w Naszej Rodzinie: SADARI?  -AR VICI…(gdzie?  -nie wiem…) tych słów nauczyłyśmy się z prędkością światła. 

 Rano trzeba napoić konie: – Iva, SADARI kantar? – AR VICI… – Chyba na Oboli – Nie ma, na pewno był na Oboli? – AR VICI, a może na schodach… AR VICI. Zapytaj Otiko. 

Trzeba wyjść z Bebe: – Rostoma byłeś na spacerze z Bebe? – Nie, bo nie ma smyczy. – SADARI smycz? – AR VICI! Może Iva wziął do koni… AR VICI, zapytaj Ivy. 

Trzeba nakarmić kury: Otiko ty wczoraj karmiłeś kury, SADARI kukurydza? Na oknie nie ma. – AR VICI. Jak nie ma na oknie, może wziął Rostoma? AR VICI… zapytaj Rostomy

Trzeba pociąć drzewo do pieca: – Vasiko potnij drzewo do pieca.- Nie mogę, drużba nie działa, Iva SADARI zestaw do drużby? AR VICI!  przecież to Ty ciąłeś wczoraj w lesie!- odpowiada Ivane. Vasiko krzyczy do Mariki: – Dediko (mamusiu) SADARI zestaw do drużby? – AR VICI! – Po czym idzie pożyczyć zestaw od sąsiadów. 

Klasyczne dziecięce ‚spychactwo i tumiwisizm’*, praktykowane także przez dorosłych. Pozornie nic nadzwyczajnego, chwilowe wyjście z sytuacji. Pierwszy krok do zmiatania pod dywan. Ale takie podejście, jak nazywa to Chuliganka- “leczenie syfa pudrem” rodzi kolejne problemy. Ponieważ na drugi dzień zapomną gdzie co zostawili. Tak więc po jakiś czasie zostajemy bez lin, kantarów i narzędzi. I nikt nie podchodzi do tej straty ekonomicznie; – nie ma? no trudno. Odzież, narzędzia oraz inne sprzęty nie mają swojego ustalonego miejsca, problemem jest brak szaf i nie ma zwyczaju myślenia przyszłościowo. Oczywiście w tak dużym gospodarstwie sprzęty mają prawo się psuć i zużywać, ale dlatego dbałość oznacza też odpowiednio szybkie reagowanie i naprawianie.

Drogi czytelniku jeśli odnosisz wrażenie, że pewne kwestie tak bardzo oczywiste dla Ciebie, tłumaczymy i ‚wykładamy jak krowie na rowie’, to wynika to tylko z naszej reakcji na zastaną tutaj sytuację. Tłumaczenie z uporem maniaka weszło nam już tak w krew, że przeniosło się rónież na blog.

Nie wiem jak u Was, ale u Msisiary poczucie bezsilności wobec poważnego problemu rodzi złość. Dlatego pewnego deszczowego dnia, kiedy 5 razy usłyszała SADARI, a idąc na pieszczoty do Bebe potknęła się o kawałek żelaza w kurniku, postanowiła zobaczyć co jeszcze można znaleźć w kurniku. Deszczowy dzień, okazał się idealnym momentem na wspólną lekcje życiowego ładu. W kurniku oprócz kur, było także z 30 kg złomu, z czego 20 do wykorzystania; łańcuchy, części, narzędzia, także tajemnicze kołki Ivane, brezent, drewno, a wszystko z dużym dodatkiem salmonelli. Rostoma i Otiko szybko zwęszyli, że coś się dzieje i wskoczyli do akcji. Aż trzeba było ich stopować, kiedy zaczęli wyciągać pełen salmonelli brezent, wzbijając tumany salmonellowego kurzu.

– Chłopaki, tu jest dużo rzeczy i dużo miejsca które możemy zagospodarować. Jeżeli to tak leży na ziemi to rozumiem, że niepotrzebne i wyrzucamy na musor (śmietnik)?

Ara ara (nie, nie)!!! – Od razu wszyscy złapali się za głowy.

– Eureka! Tego szukałem dla cxeni! – Ivane z miną odkrywcy chwyta stary kantar i biegnie pokazać Chuligance

– Dobra katso (chłopie), bierz skrzynkę i to będzie skrzynka tylko dla koni, tak?

Khai khai ho ho… – Iva już nie słucha, tylko zamienia się w poszukiwacza skarbów.

Vasiko długo nie rozumie, po co to wszystko i jak katarynka, średnio co 4 minuty zadaje pytanie: – RATO? (dlaczego) Niby widzi, że znalazły się zagubione narzędzia; 3 młotki i 2 topory i łańcuchy dla bydła wymagające małych remontów. Niby widzi że jest dużo złomu który można sprzedać, ale trudno jest mu nadal pojąć ‚po co to wszystko’? Jest najstarszy z rodzeństwa, więc jego przyzwyczajenia są najmocniej zakorzenione i utrwalone. Nauczył się trwać zawieszony w nicości.

Po dwóch dniach sprzątania chłopcy z dumą zaprosili kolegów. To dobry punkt zaczepienia. Bo znaczy, że wiedzą na czym polega porządek i wstydzą się bałaganu. Na czterech zbitych deskach, które w latach świetności przypominały szafę, zostały posadzone kury i kosze do wysiadywania jajek. Natomiast na zabitym oknie dawnej boseli (obórki) powstała wisząca narzędziownia. Narzędziownia to osiem wbitych gwoździ. Nie ważne że narzędzi jest pięć na krzyż. Dla naszych chłopaków to już jest coś.  Nowe spojrzenie, a dla nas krok naprzód. 

Podczas rozmyślań nad złożonością i sednem naszego problemu, Chuligance wpada w oko kolejny niegdyś niebieski, obecnie oklejony zaschniętą salmonellą brezent. 

– Marika przyda się na coś ten brezent?

Ara, na musor (Nie, na śmieci)

Obiektywnym okiem patrząc, pod stosem salmonelli, to całkiem porządny brezent. 

– O nie! Żaden musor! To jeszcze wykorzystamy… a wiesz kto go będzie mył?- pyta stanowczym tonem Chuliganka

– Marika, dlatego że ona chciała już go wyrzucić, niczym ‚lubownica milionera‚** 

-A my z nią? 

-Tak, a my z nią

Bo musi poczuć, że jesteśmy z nią w wychodzeniu z problemów.

Prowizoryczna narzędziownia,  wydzielony kurnik, oraz pomieszczenie na drzewo opałowe uważamy za otwarte. To jest dopiero początek, bo przyzwyczajeń i braku motywacji nie zmieni jedno sprzątanie kurnika. Nie oszukujmy się, to jest długa wyboista droga, na której nikt nie zagwarantuje natychmiastowych efektów.

14152196_511943629012633_991134764_o          Naprawa starego siodła

spychactwo i tumiwisizm*- Spychactwo: zjawisko często spotykane wśród rodzeństwa, objawia się przenoszeniem obowiązków, odpowiedzialności, a najczęściej winy na drugiego.

Tumiwisizm: rzeczownik, rodzaj męskorzeczowy (1.1) pot. żart. postawa charakteryzująca się obojętnością, biernością, brakiem zaangażowania, lekceważeniem czegoś

lubownica bankira**- ros. kochanka milionera

Hej ho, do lasu by się szło!

Maj rozkwita powoli w pierwszych promieniach słońca. To zapowiedź jednego z najwdzięczniejszych momentów w dolinie Ghebi. Soczysta zieleń wchodzi w kontrast z głębokim błękitnem nieba, na którym popołudniami prezentuje się spektakl: „Wariacje chmurne”. Woda w strumieniach nabiera sił i charakteru, układając nowe wersje naszych ulubionych jacuzzi. Maj pachnie jeszcze nieśmiało zapowiedzią bogactwa późniejszej wiosny i czuć w nim pęd do działania. Niepohamowaną chęć rozwoju. Czujemy to na własnej skórze…

Wyszło słońce. To znaczy ze bierzemy się do roboty. Zrobić przydałoby się niemal wszystko, ale trzeba mierzyć siły na zamiary i dzialać z glową. Mamy teren, mamy zwierzęta, trzeba to dobrze zagospodarować, żeby nie marniało i przynosiło jak najwięcej jedzenia i pożytku.  Dlatego priorytetem są: PŁOTY. Jeśli będą płoty, jesteśmy w stanie zapanować nad zwierzętami i zadbać o ogrody warzywne. Żeby stawiać płot potrzeba nam drzewa, drzewo trzeba: 1 ściąć, 2 przytachać. Dlatego, hej ho hej ho, do lasu by się szło!

13951027_504231863117143_1779582619_o

Ścinka drzew w Ghebi nie jest regulowana, a ludzie po prostu wiedzą, z których obszarów można wycinać. Materiału jest tu pod dostatkiem… dochodzimy do rozległego lasku olchowego (ulubione drzewo Chuliganki). Żeby usprawnić działania i zapobiec kłótni szybko dzielimy się na grupy:
1. Brygada topor (=siekierka): Iva, Oto i Msisiara
2. Brygada drużba (piła łańcuchowa): Vaso, Toto i Chuliganka.

Drużbowcy szukają odpowiednich drzew do ścięcia, Toporowcy czyszczą z gałęzi ścięte drzewa i układają na kupki. Mimo upału praca po prostu pali się w rękach, Vaso rozkręca sie jak Diesel, Chuliganka znajduje co coraz bardziej idealne drzewa, nastrój podbudowuje wspólną motywację, Msisiara chce się koniecznie nauczyć czyścić pnie toporem. Tylko słońce mocno przypieka, a mali chłopcy mogą szybko dostać udaru, więc Msisiara uruchamia swoją ulubioną magiczną chustę z Indii*, która moczona w rzece i wiązana na głowie w stylu beduińskim przynosi chłopcom duża ulgę.

W pewnym momencie Iva wkłada ciemne okulary, zarzuca kurtkę – vai me! tak żarko! (o matko! taki upał!) i mówi, że musi iść po czym znika z toporem. Zdziwieni i wkurzeni Oto i Msisiara dołączają więc do ekipy Drużbowców. Bez toporu też damy radę! Większe drzewo jest już pocięte, można je uprzątnąć i poukładać. A poza tym jesteśmy na uroczej polance, która idealnie nadaje się na małpie szaleństwa- Oto zaczyna skakać po gałęziach, po chwili Msisiara pomyka za nim sprawiając, że duże oczy Rostomy otwierają się jeszcze szerzej… to kobiety chodzą po drzewach?!

13978324_504231749783821_451818256_o

Wkrótce wyjaśnia się zniknięcie cwaniaka Ivy; nie miał wcale buntowniczego lenia tylko poszedł naostrzyć topor (Msisiara trochę stępiła- musi się jeszcze nauczyć omijać kamienie…) i dociera do nas. Nastroje od razu idą w górę, runda konfietów (cukierków) dla wszystkich! W wesołym rozgardiaszu planujemy co jeszcze dziś możemy zrobić, kiedy nagle spomiędzy drzew wychodzi ociekający wodą Otiko… RAJO?!?!? (Co jest?)

20160509_160019

[…] Polsko-gruzińsko-rosyjskie wyjaśnienia i sprawa jasna. Oto spadł do rzeki z gałęzi kiedy próbował napełnić butelkę wodą, butelka popłynęła już do Kutaisi, a my mamy teraz mokrego Otiko. Kurtka Msisiary nadaje się idealnie jako spódniczka, buty na nogi i jakiś sweter, Oto z Rostomą posiedzą przy suszących się rzeczach w reszta może pracować, no Msisiara na boso będzie tylko wypasać Jamalę. I tak mija nam pierwszy, majowy dzień pracy w lesie…

Wynik dnia:

  • pałki olchowe na zabor (płot) = 100
  • pnie olchowe na podłogę do boseli (domek dla zwierząt) = 43
  • mokre dzieci = 1
  • rzeczy ukradzione przez krowy = 2 (susząca się koszulka i ręcznik)**
  • konfiety = 0

13978093_504231099783886_1516878446_o

* Chusta jest magiczna, bo można nadaję się do wszystkiego. Jako ręcznik, prześcieradło, czapka, szal, spódnica, pewnie także pielucha, a do tego jest różowa, milutka i ładna.

** Kradnące krowy w Ghebi to nie ewenement! W ten sposób chuliganka pozbyła się swoich ulubionych czerwonych trusów (majtek) na jacuzzi