Chleb rośnie też nocą

Niech się dzieje co chce. Chłopcy idą na Sartsividziri (Sartsividziri ), bo na to zasłużyli. Kropka

Wycieczka szkolna Ivane nie doszła do skutku. Nie było chętnych; za mało dzieci, za mało pieniędzy. Otiko i Rostoma też nie wiadomo czy i kiedy gdzieś pojadą. Chłopcy najdalej byli w Oni na zawodach. A piękne okoliczne trasy i zakamarki znają głównie jako miejsca pracy, a nie cel wspólnych ekskursji. Czas to zmienić.

Ten tydzień był ogromnym wyzwaniem dla każdego z nas i dla nas razem. Tydzień, w którym każdego dopadł kryzys i łzy. Czas kiedy narodziły się nici wspólnego zaufania, bo przeżyliśmy go razem. Im ciężej było trzymać pion, tym ważniejsze było mieć na kim się oprzeć. Od ‚ciao ciao’ i buzi przed wyjściem do szkoły, przez podlewanie łzami sadzonej cebuli, po błotną bitwę nad Rioni. Popołudnia kiedy przymusowo trzeba było dać upust wszystkim emocjom, zostawić w domu konwenanse i z błota…narodzić się na nowo. 

DSC_0517.JPG

Piątek wieczór:  

Tres Sartsividziri, ho? (Jutro Sartsividziri, tak?) 

– Ho, ale teraz już śpicie biczebi (chłopaki), jutro pobudka o 6.00 

Na vierna? (Na pewno?) Me, shen, Kasha, Ivane, Otiko, Vasiko?- Rostoma musi się upewnić, że plan nadal aktualny. 

Ho ho, na vierna. Achla (teraz)…

VICI vici (WIEM, wiem)…spać. 

20161011_213017

– Udało się! Zasnęli, ale z 5 razy się mnie pytali, czy na bank jutro pójdziemy – relacjonuje Chuliganka  otwierając lodówkę. Czas zacząć pakować jedzenie na drogę. 

– Mnie też pytali… co dwie pewności to nie jedna.

– Wiesz oni boją się, że my też możemy nie dotrzymać słowa, takie obiecanki- cacanki, a skończy się jak zwykle. Uczą się dopiero dopełniania obietnic. 

– To teraz jest dobry moment i nauczą się jak to jest słowa dotrzymać. Pójdziemy na Sartsi, upieczemy ziemniaki w ognisku, będzie kura i sasyski (ulubione kiełbaski-część niespodzianki), jajka na twardo i zobaczymy co jeszcze.

– I im się w brzuchach poprzewraca!- Msisiara obraca piekącego się kurczaka.

– Im to się już poprzewracało od twojego badrijiani*! Hahahah, jak sobie przypomnę miny Vasiko i Levani… Vai me!!! Te pół sekundy zanim wybiegli pluć przez balkon- Chuliganka skręca się ze śmiechu zagniatając ciasto na chleb. 

– Śmiej się śmiej, jeszcze przyjdziesz…

– No na pewno nie po twoje badridziajni!

Kto się czubi, ten się lubi, a tak łatwiej ogarnąć nocne gotowanie i pakowanie. O północy zaczęłyśmy wypiekać chleb. Żyjąc już tylko myślą jutrzejszej wyprawy i starając się o niczym nie zapomnieć, dręczące nas od wtorku pytanie, gdzie jest Marika przestało brzęczeć jak męczący nocą komar. Kiedy po 1 wyłączyli prąd, mycie, pranie i pieczenie trwało dalej, tyle że po ciemku. Że co, my nie damy rady? Wskazówki zegara dobijały 2, kiedy do domu dobiegł warkot silnika.

– Słyszysz? Czy ja mam znowu omamy słuchowe? – Pyk. Jakby w panującej ciemności ktoś znów wyłączył światło, teraz takie w środku. Pod całym domem jakby ugięła się noga i wszystko wraz z nami uniosło się w powietrze: słowa i dźwięki zawisły w próżni. Pozostał tylko błysk 2 par ciemnych oczu szukających się nad bochenkami chleba

– Cholera i co teraz? 

– Chłopacy dobrze śpią. Kończymy chleb, myj głowę…

– … a plan nadal aktualny.

Dotrzymujemy słowa. Jutro idziemy z chłopakami na Sartsividziri 

*Badrijani- tradycyjnie przepyszna potrawa z smażonych bakłażanów nadziewanych farszem z orzechów, czosnku i ziół (przepis EN) oraz nieudany eksperyment kulinarny Msisiary. Z ugotowanych przez nią bakłażanów nie wyszedł ani Adjab Sandali (dosłownie misz masz, czyli duszone bakłażany z warzywami), ale coś na co Vasiko i Levani jak oparzeni odskoczyli od stołu i pognali pluć z balkonu.

10680129_311210489085949_7881058692897236795_o.jpg

Lecimy. Sezon w Ghebi rozpoczęty!

Lecimy! Juhuuuu! Ale najpierw trzeba trzeba się spakować, to znaczy spakować 30kg w 2 plecaki żeby dojechać na lotnisko, a później przepakować w wietnamską torbę i podręczne, tak żeby bagaże się zgadzały. No to wio! Kasię na przystanku ogrania panika, że nie zdążymy… ale jest bezpiecznie, na lotnisku jesteśmy prawie 3 godziny wcześniej. Bagaże rozplanowane, laser medyczny bezpiecznie schowany w Kasi śpiworze (żeby dojechał w całości do Ghebi), a prezenty dla rodzinki w Kutaisi w bagażu podręcznym. To my mamy czas pogadać. W realu, po 2 letniej przerwie.

Warszawa, 04.05.16