„Crecker” tudzież „Cake”

20160927_154357

PL + EN!!!

Szkoda było żegnać naszego rubasznego Craiga. Może raczyńskie wiatry przywieją go znów w skromne progi Naszej Rodzinki, bo dobry z niego wariat. Nic dziwnego, że trafił do nas przez przypadkową pomyłkę lub pomylony przypadek, bo my jesteśmy po prostu takim niepospolitym, Szefoskim przypadkiem. U nas radość wybucha nagle i nierozmyślnie, bo życiu dajemy płynąć nieokrzesanie jak Rioni śmiejącej się odblaskami słońca. I dobrze nam było z szerokim uśmiechem Craiga, błyskającym spomiędzy gęstej i długiej (jak stąd do Nowego Jorku) brody, kiedy patrzył na fikającego jak młody koziołek – Rostomy chuligana:

-Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi – siedząc przy piecu powtarzał podchwycone u nas poranne hasło obowiązujące przed szkołą. A Rostoma szukał niebrodatego miejsca na policzku, żeby wlepić mu buziaka.

14446417_521786284695034_761619123_o (1).jpg
Przez tydzień opanował władanie toporem, aż pewnego dnia wraz z Vasiko zasypali podwórko górą szeszy (drewna). Próbował nawet przekonać chłopców, żeby układali drewno podając je sobie z rąk do rąk- chłopcy od razu powiedzieli, że tak jest wolno, niewygodnie i okropnie nudno:

– Ehhh i jak ich zagonić do pracy? Po 3 minutach robi się nudno i albo uciekają albo zaczynają szaleć…- w głosie Craiga zabrzmiała nutka rezygnacji, ale i tak się chłopak nie poddał. Wtem na zarządzenie Chuliganki, żeby część szeszy przenieść do górnej komnaty, Rostoma nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmił:

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i tak male na vierch!- tłumaczy gestykulując żywo: „Drewno na górę? ha! Mam idealny plan! ja i Otiko na balkon, Craig na dole. Ja wezmę wiadro na linie i szybko się będzie wciągało!” Jeszcze pięć minut temu Craig dumał jak zagnać małych chuliganów do układania drewna, bo po chwili tracili zainteresowanie. Nagle musiał stosować uniki niczym w ringu bokserskim, bo wokół jego głowy fruwało wiadro pełne szczapek. A w głosie brzmiała już tylko nutka rozbawionego niedowierzania.

20160927_154443

Tak jak my nie potrafił oprzeć się ciepłym kartoszkom i puri (chleb) z masłem. I stał się nieposkromionym zjadaczem placka na matsoni (Szybki placek na kwaśnym mleku (lub jogurcie)- nasze dzieci w kuchni.), nawet choroba nie była w stanie powstrzymać jego łakomstwa.  Przetrwał chrzest bojowy, czyli przejażdżkę z Chuliganka na Coryi. Ba! Nawet nie krzyczał gdy pokaźna gałąź orzecha wysadziła go z siodła, bo przecież nikt nie powie, że Craig spadł z konia. Przeżył także zjadliwego wirusa grypy żołądkowej i tylko byk go nie pogonił (Jak byk gonił Msisare)
– Crecker sadari (gdzie)? Było słychać wszędzie i co chwilę. Craig jako pierwszy z naszych gości został zaproszony przez starszych chłopaków z sąsiedztwa na wieczorne męskie pogaduszki pod latarnią. Co oznacza tylko jedno- jest Nasz (Chemi Family).

Wiec wracaj Craig, kiedy zatęsknisz za kartoszkami i plackiem i wieczorami z naszymi chuliganami i ich buziakami!

14407950_520969738110022_164605722_o.jpg

This time in English as well. For Craig and his family.

It was sad to bid farewell to our jolly Craig. Perhaps the winds of Racha bring him back to the modest doorsteps of Our Family, because he is good bonkers. It wasn’t unusual that he found us because of an accidental mistake or a mistaken accident, we are simply a one-big-special God’s mishap. We let joy flare suddenly and unthinkingly, just the way we let the life flow. Fast as river Rioni, full of sun blinking laughter. And we liked his wide smile showing up in the midst of thick and long (like from here to New York) beard, when he watched Rostoma jumping around like a young „billy”:

– Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi (give a kiss, kiss) – Sitting next to the fire place he was repeating our morning/before school motto, while Rostoma was searching for a no beardy place on his cheek to give him a kiss.

14438987_524103307796665_502371334_o.jpg

In a week he mastered the art of the ax untill one day him and Vasiko covered the whole yard with a massive pile of szesza (wood). Then he tried to convince the boys to calmly pass the wood pieces from hand to hand (…hahahaha, good try), but they didn’t like this idea- it was too slow, too boring and no fun at all.

– Ehhh, little chuligani, it is so hard to make them work and not run away after 3 minutes…- there was a note of disappointment in his voice, but he didn’t give up. Then, when Chuliganka ordered some wood to be brought upstairs to our  bedroom, Rostoma stopped everyone to tell his master plan and everything changed…

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i o tak, male na vierch!- he was explaining drawing funny air pictures with his hands: „Wood upstairs? I have the best idea! Me and Otiko on the balcony, Crecker downstairs. We take a bucket on a rope and pull the wood up, fast and cool!” So when few minutes before Craig had been wondering how to keep the boys interested in piling up wood, suddenly 10 minutes later he was escaping the flying bucket and looking with disbelief on the balcony getting quickly covered with wood.

Just like us, he couldn’t resist warm kartoszki (potatoes) and puri (bread) with butter. He also become an unstoppable Matsoni cake devourer, even the illness didn’t stop him! He passed the baptism of fire, which was a ride on Coriya with Chuliganka. Well, he didn’t even make a noise when a huge branch put him out of the saddle. And did anyone ever say he fell of the horse? He coped with the vicious virus of stomach flu and the only thing he missed was a bull chase and Kirtishio glacier (now that we know this, you have to come back!)

-Crecker sadari (where)? We could hear all the time. Craig was the very first guest who got invited to the evening hang out with the older boys. This means only one thing- he is already Ours (Chemi)

So come back Craig whenever you miss evenings with kartoszki and cake, with our chiluganis’ kisses.

20161001_143128

 

Reklamy

Chleb rośnie też nocą

Niech się dzieje co chce. Chłopcy idą na Sartsividziri (Sartsividziri ), bo na to zasłużyli. Kropka

Wycieczka szkolna Ivane nie doszła do skutku. Nie było chętnych; za mało dzieci, za mało pieniędzy. Otiko i Rostoma też nie wiadomo czy i kiedy gdzieś pojadą. Chłopcy najdalej byli w Oni na zawodach. A piękne okoliczne trasy i zakamarki znają głównie jako miejsca pracy, a nie cel wspólnych ekskursji. Czas to zmienić.

Ten tydzień był ogromnym wyzwaniem dla każdego z nas i dla nas razem. Tydzień, w którym każdego dopadł kryzys i łzy. Czas kiedy narodziły się nici wspólnego zaufania, bo przeżyliśmy go razem. Im ciężej było trzymać pion, tym ważniejsze było mieć na kim się oprzeć. Od ‚ciao ciao’ i buzi przed wyjściem do szkoły, przez podlewanie łzami sadzonej cebuli, po błotną bitwę nad Rioni. Popołudnia kiedy przymusowo trzeba było dać upust wszystkim emocjom, zostawić w domu konwenanse i z błota…narodzić się na nowo. 

DSC_0517.JPG

Piątek wieczór:  

Tres Sartsividziri, ho? (Jutro Sartsividziri, tak?) 

– Ho, ale teraz już śpicie biczebi (chłopaki), jutro pobudka o 6.00 

Na vierna? (Na pewno?) Me, shen, Kasha, Ivane, Otiko, Vasiko?- Rostoma musi się upewnić, że plan nadal aktualny. 

Ho ho, na vierna. Achla (teraz)…

VICI vici (WIEM, wiem)…spać. 

20161011_213017

– Udało się! Zasnęli, ale z 5 razy się mnie pytali, czy na bank jutro pójdziemy – relacjonuje Chuliganka  otwierając lodówkę. Czas zacząć pakować jedzenie na drogę. 

– Mnie też pytali… co dwie pewności to nie jedna.

– Wiesz oni boją się, że my też możemy nie dotrzymać słowa, takie obiecanki- cacanki, a skończy się jak zwykle. Uczą się dopiero dopełniania obietnic. 

– To teraz jest dobry moment i nauczą się jak to jest słowa dotrzymać. Pójdziemy na Sartsi, upieczemy ziemniaki w ognisku, będzie kura i sasyski (ulubione kiełbaski-część niespodzianki), jajka na twardo i zobaczymy co jeszcze.

– I im się w brzuchach poprzewraca!- Msisiara obraca piekącego się kurczaka.

– Im to się już poprzewracało od twojego badrijiani*! Hahahah, jak sobie przypomnę miny Vasiko i Levani… Vai me!!! Te pół sekundy zanim wybiegli pluć przez balkon- Chuliganka skręca się ze śmiechu zagniatając ciasto na chleb. 

– Śmiej się śmiej, jeszcze przyjdziesz…

– No na pewno nie po twoje badridziajni!

Kto się czubi, ten się lubi, a tak łatwiej ogarnąć nocne gotowanie i pakowanie. O północy zaczęłyśmy wypiekać chleb. Żyjąc już tylko myślą jutrzejszej wyprawy i starając się o niczym nie zapomnieć, dręczące nas od wtorku pytanie, gdzie jest Marika przestało brzęczeć jak męczący nocą komar. Kiedy po 1 wyłączyli prąd, mycie, pranie i pieczenie trwało dalej, tyle że po ciemku. Że co, my nie damy rady? Wskazówki zegara dobijały 2, kiedy do domu dobiegł warkot silnika.

– Słyszysz? Czy ja mam znowu omamy słuchowe? – Pyk. Jakby w panującej ciemności ktoś znów wyłączył światło, teraz takie w środku. Pod całym domem jakby ugięła się noga i wszystko wraz z nami uniosło się w powietrze: słowa i dźwięki zawisły w próżni. Pozostał tylko błysk 2 par ciemnych oczu szukających się nad bochenkami chleba

– Cholera i co teraz? 

– Chłopacy dobrze śpią. Kończymy chleb, myj głowę…

– … a plan nadal aktualny.

Dotrzymujemy słowa. Jutro idziemy z chłopakami na Sartsividziri 

*Badrijani- tradycyjnie przepyszna potrawa z smażonych bakłażanów nadziewanych farszem z orzechów, czosnku i ziół (przepis EN) oraz nieudany eksperyment kulinarny Msisiary. Z ugotowanych przez nią bakłażanów nie wyszedł ani Adjab Sandali (dosłownie misz masz, czyli duszone bakłażany z warzywami), ale coś na co Vasiko i Levani jak oparzeni odskoczyli od stołu i pognali pluć z balkonu.

10680129_311210489085949_7881058692897236795_o.jpg

Hej ho, do lasu by się szło!

Maj rozkwita powoli w pierwszych promieniach słońca. To zapowiedź jednego z najwdzięczniejszych momentów w dolinie Ghebi. Soczysta zieleń wchodzi w kontrast z głębokim błękitnem nieba, na którym popołudniami prezentuje się spektakl: „Wariacje chmurne”. Woda w strumieniach nabiera sił i charakteru, układając nowe wersje naszych ulubionych jacuzzi. Maj pachnie jeszcze nieśmiało zapowiedzią bogactwa późniejszej wiosny i czuć w nim pęd do działania. Niepohamowaną chęć rozwoju. Czujemy to na własnej skórze…

Wyszło słońce. To znaczy ze bierzemy się do roboty. Zrobić przydałoby się niemal wszystko, ale trzeba mierzyć siły na zamiary i dzialać z glową. Mamy teren, mamy zwierzęta, trzeba to dobrze zagospodarować, żeby nie marniało i przynosiło jak najwięcej jedzenia i pożytku.  Dlatego priorytetem są: PŁOTY. Jeśli będą płoty, jesteśmy w stanie zapanować nad zwierzętami i zadbać o ogrody warzywne. Żeby stawiać płot potrzeba nam drzewa, drzewo trzeba: 1 ściąć, 2 przytachać. Dlatego, hej ho hej ho, do lasu by się szło!

13951027_504231863117143_1779582619_o

Ścinka drzew w Ghebi nie jest regulowana, a ludzie po prostu wiedzą, z których obszarów można wycinać. Materiału jest tu pod dostatkiem… dochodzimy do rozległego lasku olchowego (ulubione drzewo Chuliganki). Żeby usprawnić działania i zapobiec kłótni szybko dzielimy się na grupy:
1. Brygada topor (=siekierka): Iva, Oto i Msisiara
2. Brygada drużba (piła łańcuchowa): Vaso, Toto i Chuliganka.

Drużbowcy szukają odpowiednich drzew do ścięcia, Toporowcy czyszczą z gałęzi ścięte drzewa i układają na kupki. Mimo upału praca po prostu pali się w rękach, Vaso rozkręca sie jak Diesel, Chuliganka znajduje co coraz bardziej idealne drzewa, nastrój podbudowuje wspólną motywację, Msisiara chce się koniecznie nauczyć czyścić pnie toporem. Tylko słońce mocno przypieka, a mali chłopcy mogą szybko dostać udaru, więc Msisiara uruchamia swoją ulubioną magiczną chustę z Indii*, która moczona w rzece i wiązana na głowie w stylu beduińskim przynosi chłopcom duża ulgę.

W pewnym momencie Iva wkłada ciemne okulary, zarzuca kurtkę – vai me! tak żarko! (o matko! taki upał!) i mówi, że musi iść po czym znika z toporem. Zdziwieni i wkurzeni Oto i Msisiara dołączają więc do ekipy Drużbowców. Bez toporu też damy radę! Większe drzewo jest już pocięte, można je uprzątnąć i poukładać. A poza tym jesteśmy na uroczej polance, która idealnie nadaje się na małpie szaleństwa- Oto zaczyna skakać po gałęziach, po chwili Msisiara pomyka za nim sprawiając, że duże oczy Rostomy otwierają się jeszcze szerzej… to kobiety chodzą po drzewach?!

13978324_504231749783821_451818256_o

Wkrótce wyjaśnia się zniknięcie cwaniaka Ivy; nie miał wcale buntowniczego lenia tylko poszedł naostrzyć topor (Msisiara trochę stępiła- musi się jeszcze nauczyć omijać kamienie…) i dociera do nas. Nastroje od razu idą w górę, runda konfietów (cukierków) dla wszystkich! W wesołym rozgardiaszu planujemy co jeszcze dziś możemy zrobić, kiedy nagle spomiędzy drzew wychodzi ociekający wodą Otiko… RAJO?!?!? (Co jest?)

20160509_160019

[…] Polsko-gruzińsko-rosyjskie wyjaśnienia i sprawa jasna. Oto spadł do rzeki z gałęzi kiedy próbował napełnić butelkę wodą, butelka popłynęła już do Kutaisi, a my mamy teraz mokrego Otiko. Kurtka Msisiary nadaje się idealnie jako spódniczka, buty na nogi i jakiś sweter, Oto z Rostomą posiedzą przy suszących się rzeczach w reszta może pracować, no Msisiara na boso będzie tylko wypasać Jamalę. I tak mija nam pierwszy, majowy dzień pracy w lesie…

Wynik dnia:

  • pałki olchowe na zabor (płot) = 100
  • pnie olchowe na podłogę do boseli (domek dla zwierząt) = 43
  • mokre dzieci = 1
  • rzeczy ukradzione przez krowy = 2 (susząca się koszulka i ręcznik)**
  • konfiety = 0

13978093_504231099783886_1516878446_o

* Chusta jest magiczna, bo można nadaję się do wszystkiego. Jako ręcznik, prześcieradło, czapka, szal, spódnica, pewnie także pielucha, a do tego jest różowa, milutka i ładna.

** Kradnące krowy w Ghebi to nie ewenement! W ten sposób chuliganka pozbyła się swoich ulubionych czerwonych trusów (majtek) na jacuzzi