Bob budowniczy

Po deszczu przychodzi słońce, a po demolce możemy się brać za budowę. No to wio.

_DSC6016.jpg

Przodownikiem budowy był, jest i będzie jeden Bob, a właściwie Bobinka. Ghebinka-Bobinka 😉 To, że trafiają nam się chłopy na schwał i pomocnicy nie od parady, że potrafią drzwi w skrzydła zamieniać, to już nasze szczęście. Czy drzwiami skrzydeł dodawać… w burzy tylu trocin już się wszystko miesza. Jedno jest pewne, gdzie dobry kierownik budowy tam i warsztat i pomocnicy się znajdą.

Chuliganka, jak już kiedyś wspomniano, ma zawsze rację. A jak nie to patrz punkt 1., bo jej racja jest zawsze najmojsza (albo poczytaj sobie tutaj). I ma rację, że jest od konkretnej roboty. Kiedy na horyzoncie robi się cicho i nikt nie rozbija się po kątach z szalonymi pomysłami to znaczy, że te pomysły już realizuje. Powstaje stołek, wieszak, piec, lampa, stajnia, kto ją tam wie. Most pewnie też niedługo zbuduje. Przy narzędziach nawet telefon traci miejscówkę przy kontakcie, bo baterie do wiertarki i szlifierki muszą się pierwsze naszamać. Do tego, tak się świetnie składa, że prawdziwe Chuliganki potrafią być piekielnie utalentowane:

w gotowaniu, rąbaniu, rojbrowaniu, BUDOWANIU, przeklinaniu, przekonywaniu, hajcowaniu, leczeniu, wspieraniu, winobraniu, kombinowaniu, demolowaniu, koniowaniu, uczeniu i kochaniu, a i jeszcze na dupie zjeżdżaniu…

Człowiek orkiestra to mało, temu skautu to już miejsca na rękawie na naszywki nie chwata. Nie ma się co dziwić, że jak trzeba to i coś z niczego umie zrobić. A dzięki temu i konisie mają już praaaawie gotowe piękne lokum na mroźne dni i chłopcy mają piecyk w pokoju i początki obycia ze sprzętem i Marika ma uroczo wystrojoną kuchnię… Tutaj trzeba przyznać, że Chuliganka  (tym razem) nie dałaby rady bez takich dwóch co spadli nam kiedyś z nieba, bo ich wielka niedźwiedzica wystraszyła. I dobrze, że spadli, i do Ghebi wpadli, bo takiego zapału i takiego tempa pracy jak przy nich to Racha chyba jeszcze nie widziała*. Warsztat był wszędzie, na balkonie i na podwórku, w kuchni i w sypialni, od świtu do nocy. I były chęci, szczere i jasne jak błysk wpatrzonych w ekipę budowniczych 4 par oczu.

Na szczęście tutaj budować można wiele. Płotów, stajni i wspaniałych relacji…bo życie tarczą szlifierki się toczy.

Reklamy

Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie

  Wieczorem padł pomysł wycieczki do starej kopalni pod górą Sartsividziri. Najbliższe 3 dni ma być ładnie, to grzech nie skorzystać. Skoro Vasiko ma nogę w gipsie, a chłopaki szkołę, to i tak nie ruszą żadne prace. Siedzenie w domu to proszenie się o kłopoty; Chuliganka i Msisiara są uzależnione od akcji i atrakcji. Czas na przerwę od domowych rewolucji i wietrzenie głów.

20160525_162823

Bez kombinowania nie ma… całusów

Plan na wyjście (śniadanie, plecaki i marsz) jest tak dziecinnie prosty, że nie nadaje się do naszej historii- ulega zmianie w połowie dopijanej przez Chuligankę kawy Lobjanidze* 

Dla kombinatora specjalisty każdy pomysł jest wystarczająco dobry, by coś dobrego z niego wynikło. A pomysłem jest koń, ale nie nasz, bo nasze konie źrebate lub w Tevresho. A skoro koń nie nasz, to trzeba pożyczyć. Od kogo? Od sąsiada Temo. Gdzie Temo? Właśnie wyszedł do wioski i zapomniał telefonu. To czemu nie zadzwonić do kogoś, kto mieszka po drodze do wioski, żeby podać mu telefon, niemożliwe? Niemożliwe nie istnieje! Ale zanim wyjście będzie możliwe trzeba spakować konia, vai me deda (o matko)… Msisiara zaczyna się już widocznie niecierpliwić, ale na czole Chuliganki widać zmarszczkę determinacji. Będzie koń i kropka. Powietrze lekko gęstnieje, ale staje na kropce. Idziemy z koniem, a że nie wiemy jak mu na imię, nazywamy go Panem Koniem. 

Jeszcze w drodze do Tevresho przestajemy wierzyć w plotkę, że Koń jest rzekomo zrywny i płochliwy. Kiedy niespodziewanie rozlega się huk, przez sekundę nie wiemy co się dzieje. To tylko strzały polowania, a Koń wcale się nie płoszy. On przynajmniej nie kojarzy tego z wojną. Szczęściarz z niego. Za Tevresho i blaszanym mostem bierzemy trochę sałatki na wynos; po garści młodego szczawiu i szczawiku zajęczego. Smaczne, zdrowe i darmowe! Kasia wcina, Koń wcina, a Chuliganka soczyście komentuje. To znaczy, że humor też już nam zzieleniał…  

Rzeka Dzidzishori jest niemal do kolan, ale pokonujemy ją stopa w stopę i w kopyto i odpoczywamy na chame (jedzenie) przy kapliczce i stadzie jaszczurek.20160525_130754

Kiedy dochodzimy po raz kolejny do rzeki (Rioni) odbijamy w prawo, tak jak prowadzi główna droga. Przejście przez drewniany most i dalej już tylko prosto. W Dzirxali Kana, jesteśmy tak wcześnie, że decydujemy się chapnąć trasę na raz i nocować przy obozie geologów. To w końcu ok 20km bez większych wzniesień terenu, taki dłuższy spacer.

Słonko grzeje, Pan Koń chętnie idzie podjadając szczaw, a za każdym zakrętem oczy śmieją nam się coraz bardziej wariacko. Nikt nas tu nie widzi i nie słyszy, to czemu nie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa? Zaczyna się skakaniem po łąkach, błotnych kałużach i niewinnych flirtach z Panem Koniem. Kiedy w połowie drogi miedzy Brili, a obozem geologów wychodzimy na górkę, skąd widać Zopxito przed nami, łąkę górskich kwiatów obok, a za nami ogromne łąki Didi Xopito to … głupawka zostaje z nami na dobre. 

Pan Koń dostaje nieprzyzwoitą ilość całusów, a od naszego podsyconego endorfinami szczebiotu mógłby się co najmniej uśmiać. Przekupiły go chyba jednak te buziaki i obietnice całonocnej biesiady na łące, bo niesie nasze toboły bez marudzenia. Wreszcie wkraczamy w rozległą dolinę, którą zamyka Sartsividziri, a w oddali widać już maleńkie punkciki – domki geologów. Pytanie tylko, czy będzie most. Skoro już nam tak dobrze idzie, to trudno żeby Szef nie zadbał o ten most, prawda? Prawda, dobra passa nam sprzyja. Jeszcze jedna mała rzeka pod kolano, no bo chyba nie myśleliście, że dojdziemy na miejsce suchą stopą… Bez chlupiących butów nie byłoby czego suszyć. A tak mamy zadanie na wieczór. Za mostem ostatnia prosta i jesteśmy w miejscu, które jak możecie się spodziewać, jest ważnym punktem na naszej Tajemnej mapie (Wcześniej pisaliśmy o miejscu zwanym Jacuzzi)

20160525_16121020160525_180334

Tajemna Mapa- Górskie Ucho przy Sartsividziri

Trasa pod Sartsividziri jest łatwa i łagodna, chociaż atrakcji przy przechodzeniu przez rzeki i okazjonalne osuwiska nie brakuje. Ale cały czas idzie się drogą. Droga nie prowadzi co prawda pod samą górę, ale można podejść na tyle blisko, żeby wypływająca woda miała smak i kolor topniejącego lodowca a widok 6 kobiecych głów (jak wskazuje nazwa Sartsividziri) zapierał dech w piersi. Dlaczego Górskie Ucho? Po pierwsze; wygląd doliny. Głęboki wąwóz zakręca delikatnie i kończy się tutaj, sprawiając wrażenie schowanego wgłębiania. Po drugie: to miejsce słucha. Nawet tego, do czego czasem boimy się przyznać przed samym sobą. 

Pierwszy wieczór pod Sartsividziri, co tu dużo mówić: idealny. W nieczynnym obozie geologów urządzamy sobie najwspanialszy pokój z kominkiem, podłogą, stołem, krzesłami, wieszakiem i… widokiem 8D na otaczające nas góry, rzekę, niebo, zachodzące słońce i chmury lepiące się do szczytów jak cukrowa wata. Stereo gra szumem Zopxituri i trzaskiem palonego drewna, buty suszą się przy ogniu obok podpiekających się xachapuri. O kapciach nikt nie pomyślał, ale bieganie boso po górach w maju to dopiero okazja, a na dodatek po podłodze! Bo znalazły się i deski, żeby ułożyć podłogę od kominka-ogniska do łazienki-kranu z woda i sypialni-namiotu. Czego potrzeba, żeby sprawić sobie taki domek w środku gór? Godzinkę czasu, Szefa od szczęśliwych zbiegów okoliczności, dwie szalone kombinatorki i specjalizację w budownictwie górskim w stylu “coś z niczego”.

– kurcze, trochę szkoda, że wina nie mamy

– oj tak. Winko tutaj przy kominku idealnie by pasowało…

20160525_182937

20160525_193049.jpg

I kiedy nie mając nic konkretnego, masz wszystko, co daje ci radość. Wiesz, że dla takich chwil watro żyć. A doceniając czar danych chwil i ludzi, z którymi możesz je dzielić zdobywasz coś bezcennego. 

20160525_195227

– wiesz, musimy tu przyjść z chłopcami. Nigdy nie byli na żadnej wycieczce, mieszkają tutaj, a znają góry tylko przez pracę. Tyle ich można nauczyć, pokazać… A jak nie my, to nikt ich tutaj nie weźmie. 

– wiem. Myślę o tym samym. Przyprowadzimy ich tu…

Każda na swój sposób myśli o tym samym i daje ponieść się tym myślom, spoglądając w ogromne grafitowe niebo usiane milionami gwiazd. Kiedy jedna z nich spada nam nad głowami, spokojnie ciągnąc za sobą jasny zielonkawy ogon, wszystko zatrzymuje się na kilka sekund. Na moment tracimy głos, co w przypadku Chuliganki nie zdarza się często.

– widziałaś to? Nie wierze, uszczypnij mnie!

– widziałam. Boże… Szefie jesteś niesamowity!

– Wie co robi. 

fire.jpg

Już wkrótce, kolejne przygody spod Sartsividziri.