Gdzie kobity 3, tam cyrk nie mały

      Samolot wylądował planowo. Szósta nad ranem. Automatyczne drzwi z mlecznego szkła zaczęły sunąć w tę i z powrotem. Lotnisko Kopitnari zapełnia się znajomymi twarzami, grupkami turystów z małymi plecakami, rodzinami ciągnącymi walizki na kółkach i niewyspane dzieci. Z niecierpliwością wypatruję znajomej twarzy przy pasie bagażowym. Wśród kolorowej zgrai zimowych, sportowych kurtek dostrzegam rudą czuprynę i robi mi się lżej na sercu. Jest! Nie ukradli nam Ewy w samolocie. To teraz jeszcze muszę czekać aż ją puszczą z torbami. I tym razem, wyjątkowo, lepiej żeby tak było. Bo jeśli nam Ewa utknie na lotnisku pomiędzy rentgenem, a celnikami, to nici z planów o Rachy. No nic trzeba czekać. Ewa wzrusza ramionami i znika ponownie za szklanymi drzwiami. „To na pewno przez te wszystkie nalewki tak ją długo skanują”- myślę sobie. Normalni ludzie wywożą z Gruzji pełne butelki, ta kobieta leci sama z torbą pełną domowych trunków do Gruzji… tego jeszcze nie było! To chyba lepiej potrzymać ją jeszcze pod tym rentgenem. Kto wie co przewozi w tych kieszeniach? Może znajdą się tam i dla nas jakieś cukierki… Trzeba pokazać, że ona nie z pierwszej łapanki.

20170114_101610

Szczęście sprzyja zuchwałym. Ewa przechodzi dzielnie przez sektor kontroli celnej , już jest nasza, już na gruzińskiej ziemi, hurraaa!!!! Czas na buziaki, papieroski, świeże powietrze i przejażdżkę lodówą (nie policyjną ale mięsną). To w ramach aklimatyzacji. Gości specjalnych z Polski i innych ciepłolubnych krajów wieziemy do mroźnej Rachy w lodówce, żeby się nieco zahartowali. Po drodze przystanek na bazarze, w lodówce nic się nie popsuje, a i gość przyjedzie najedzony. Słońce przygrzewa, więc droga całkiem czarna i przejezdna. Oczywiście oprócz przełęcz Tkibuli, tam zima hula na całego! 

Pierwsze koty za płoty i Ewa wskakuje od razu pomiędzy konie, psy i suleli. Pragulki, wino, słońce i góry. Każdy prowadzi się jak umie, a słońce przyświeca do taktu. 

Dni płyną szybko i niepostrzeżenie, każdy pełen wrażeń, pracy i nowych myśli. Jedna sprawa goni następną, czasem nie mamy czasu zastanawiać się nad rozwiązaniami, pierwsze musi być najlepsze, bo na dłuższe rozmyślania nie ma czasu. Tylko spacery z końmi po górach, do miejsc, gdzie po wioskach zostały tylko owocowe drzewa i poletka wspomnień, rozpraszają natłok zmartwień. Wiatr niesie w szczelinach niewypowiedziane słowa. Kilka posuwistych ruchów i Ewa zostaje królową kasztanków, wymiata końskie sztabki jak pierwsza stajenna. Słonecznym południem, na bykach pan przywozi kopiastą tivę. Wiłki dzierży Ewa w rękach zwieńczonych nieskazitelnymi, czerwonymi paznokciami. 

ya pamagu… – pan wymownym wzrokiem spogląda na siano, Ewę z długimi czerwonymi jak lambordzini paznokciami i Msisiarę próbującą zagonić byki. 

niet niet! my eta zdelayem!– Ewa macha ręką. 

Po godzinie tiva jest już w stajni, Msisiara jest koloru siana os stóp do głów, a Ewa może startować do programu TV “Rolnik szuka żony”. Na drugi dzień miły pan z tivą na bykach nie pyta już czy trzeba nam pomóc. Pyta tylko czy lubimy wino i podaje 2l butelkę napełnioną do szyjki. Zakupy w Ambro, instrukcja obsługi spłuczki w wc, konie cwałujące po górach, urodzinowe niespodzianki, sztywne pranie, bycie tamadą i spontaniczne wypady do Ghebi z toaletowym poślizgiem to dla niej małe piwo. Z psiakiem na kolanach pojechała z Rachy. I kto nam teraz będzie pachniał lenorem i miętowymi cieniaskami? 

SONY DSC

Reklamy

Udany szpionaż

Ostatnio głowy mamy zaprzątnięte zimowo-zwierzęcymi sprawami. Dużo piszemy o koniach i psach. Niestety mniej jest wieści o naszych Ghebińskich chłopcach i Marice, i przez to ciężko nam znieść tą rozłąkę. Chyba wszelkie tęsknoty, przetwarzamy na energię twórczą podczas opieki nad końmi. Ferma wysprzątana, boksy i podłoga odnowiona, okna zabite folią, siano zwiezione, konie chodzą na spacery do zielonej trawki na haftowanych smyczach i kokardach. 

I jak tak sobie Jamala chodziła z Ewą, a Coriś biegał z Chuliganką. Msisiara ni stąd ni z owąd, zawróciła i zamiast biec z Coriyą, pobiegła do wioski. Mimo, że podczas kilku poprzedzających dni, łącza Msisiara-Marika były niemal tak gorące jak wariennaja żopa Ewy (czyt. Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy), wszystko udało się skrzętnie ukryć przed solenizantką. I tak, niczym nie uprzedzona i niespodziewająca się Chuliganka zobaczyła jak przed fermę zajechał samochód, a z niego wysypały się nasze Ghebińskie skarby. Marika w pięknym czarnym koku, Iva w ciemnych okularach, ogorzały od słońca Vasiko, Rostoma w kurtce od Ewy, roześmiany Otiko i nawet Lasha! (Lasha to syn sąsiada, którego zabrał spod szkoły Iva, aby mógł się z nami spotkać) Nagle w fermie zrobiło się nas więcej niż koni i psów razem wziętych! Ah, jak dobrze było się w końcu wyściskać. Środkiem drogi dumnie przemaszerował pokaźny orszak  3km do domu. Gdy nie pada śnieg czy deszcz z nieba , wtedy na Chuligankę liczyć można, ona potrafi nawilżyć powietrze niczym fontanna. Łzy szczęścia to dobre łzy. A i Marice oko się zeszkliło, choć to twarda Osetynka jest. Przejściowy dom w Tsesi (bo tak to miejsce nazywamy) wypełnił się gwarem, radością i dzieciakami po brzegi.

 

Nie było się bez lekkiego kuchennego stresu- nie dość, że goście niezapowiedziani to jeszcze kucharek prawie 6!!! Na szczęście tylko 4, więc było co jeść, co pić i co świętować. Nie zabrakło świeczki na torcie podczas chórowego „Ra lamazi dgea” (gruzińskie „sto lat”) ani tortu na twarzy solenizantki. Torty znane są przecie z tego, że rozmazują się przewspaniale po wszelkich płaszczyznach twarzy i okolic. Ten tort tylko potwierdził regułę, a Chuliganka tym razem jadła go dosłownie oczami, bo rąk jej nie wystarczyło.

Choć by dusza do Ghebi chciała, tylko Ewa tam pojechała. Msisiara i Chuliganka nie mogły zostawić swoich zimowo-zwierzęcych obowiązków. Zamiast Ewy, w Tsesi został Otiko, którego nie trzeba było dwa razy pytać czy chce zostać i pomagać w stajni. Co się okazało później, Otiko był od początku przygotowany, żeby z nami zostać- w spodniach wziął ze sobą szczoteczkę do zębów.

Kto tu rządzi? – Ja, Ja-ma-la!

20161020_125245

Jamala ma dwie słabości- Cukierki i fochy. W kantarze róż lub w bordo, kręci swoją zgrabną mordą. Za nią kłusują łańcuszkiem chłopaki i z pokorą znoszą wszystkie kąsy i kopniaki. Posłuchajcie o księżniczce z kitą do ziemi, co z brzydkiego kaczątka nazywanego przez większość viri (osioł) wyrosła na urodziwą przodowniczkę stada. Tak naprawdę Jamala wcale nie jest fanką spacerów, ale jak chłopaki też idą to nie może być gorsza. A jak czasem za nimi pobiegnie, to jest święto lasu. Bieganie za nicponiami jej nie kręci, ale niech tylko który spróbuje sobie bez niej na pragulki (spacery) chodzić! Zaraz zaczyna narzekać, tupać i pomrukiwać. Sama też nigdzie nie pójdzie, stoi za drzwiami i nawet tym swoim kopytkiem nie zamiesza. Ona ma być pierwsza i najważniejsza. I do buziaków i do smakołyków i do wchodzenia do domu. Nowy domek był ostatnio tak posprzątany i pozamiatany, że Jamala jak zaszła na korytarz to aż drogi do box nie poznała i się dziewczyna z powrotem wróciła.

16107717_574447302762265_590522405_o15776261_566868483520147_2061717535_o

Raz zaszliśmy z Coriya do wodopoju, Snow spokojnie podchodzi. Jak to Jamala zobaczyła… Ogonem się zamachnęła i ruszyła z każdego kopyta. Bez hamulców i pardonu wleciała prosto w strumień, Snow dostał kąsa i kuksańca, Coriya mimo, że sam jej z drogi schodził i tak dostał rykoszetem. Stanęła panna centralnie, rozepchała panów tyłkiem i pije. Zazdrosne to i zżarte jak mało kto, za skórki od mandarynek jest w stanie wszystkie inne stworzenia odgonić, 2- czy 4-nożne- nie robi różnicy. Zębiska szczerzy i wije się jak piskorz, skanując nosem wszystkie kieszenie i zakamarki. 16129912_574446529429009_80292541_o

Do tego zegarek w dupie ma skubana. 17.30 wybija, czas do domu i u drzwi twoich stoję Panie. Wcale nieprawda, że tylko krowy same do boseli przychodzą. Nasze konie same biegną, nawet ‚kto pierwszy ten lepszy’ sobie urządzają. Kiedy wracamy z wypasu na górce, to najlepiej im to wychodzi. Bieganie za końmi po górach to ostatnio nowe hobby Msisiary. Meta jest przy stajni, prowadzi zawsze Jamalą, bo Coriya zamiast się ścigać woli sobie po drodze podskakiwać. Nogi wyrzuca to w prawo to w lewo, a głowa kiwa mu się jak na sznurku. I dziś, Jamala jak pod drzwi podeszła, to ani jej się śniło poskubać jeszcze chwilę trawę w ogrodzie. Stoi to przy drzwiach jak viri (osioł), stoi i tylko czoło o ścianę opiera, i od czochrańców odwraca, i oczami przewraca, że się komuś zegarek spóźnia. Bo ona ma juz porę kolacji! I żadne żarty, pieszczoty i łakocie jej od tych drzwi nie odciągną, bo łeb na ścianie i… nadal u drzwi twoich stoję Panie.

11045403_362008570672807_8524452973796036026_o.jpg

A takie z niej było małe viri…

Wigilia prawdy

To post przede wszystkim dla tych co obchodzą święta bardzo tradycyjnie i  dla tych również, co unikają świąt w domu, z rodziną i dla tych ludzi, dla których najważniejsza jest mistyka tych dni a nie cała ta kolorowa otoczka. Mam nadzieję, że każdy odnajdzie odrobinę  siebie w tym tekście.

szopka.png

„W wigilię rano na yr.no sprawdziłam pogodę w Betlejem, tak po prostu. Być może z ciekawości, być może chcąc nie chcąc, gdzieś w moim sercu i głowie budziła się wigilia Bożego Narodzenia. Z daleka od rodziny, od przyjaciół, z daleka od kościoła, z daleka od wszelkich wygód, z daleka od obłudnych i znanych tylko przy okazji świąt uśmiechów i życzeń. Z daleka od tego co bliskie memu sercu i z daleka tego co dalekie. Decyzja o pozostaniu tutaj pomiędzy górami, pośród biednych ludzi, w trudnych warunkach, (bo nie są one najcięższe z tych, jakie w życiu widziałam) była moja i tylko moja i ani przez chwilę jej nie żałuję. Wiem, że wielu ze znajomych, dawnych pseudoprzyjaciół, czy nawet z rodziny nadal nie akceptują mojej decyzji, dziwią się, negują. To wszystko wrzucam do worka zwanego „motywacja”.

W dzisiejszą Wigilię Bożego Narodzenia w Betlejem powinno być ok 5-6 stopni , cóż zimno. Ale może wtedy 2016 lat temu może było cieplej w tamtym rejonie , a może jednak zimniej biorąc pod uwagę ocieplenie klimatu. Tak czy siak za zimno, by w stajni, obórce, boseli mogło narodzić się dziecko. Wyobrażam sobie, jak w naszej obecnej stajni, (która i tak jest niezła), lub Ghebińskim boseli, w temperaturze jaka towarzyszy mi od dwóch tygodni w pokoju gdzie śpię,  i to w takich warunkach miałby narodzić się Jezus??? Ciarki mnie przeszywają, przyzwyczajona do podgrzewanych, klimatyzowanych, dobrze wyposażonych porodówek, ciężko mi to pojąć. Siedzę na sianie w zimnej stajni, dotykam kłującego źdźbła rękoma i moja wyobraźnia wariuje, odrzuca to co było faktem.

Jak mogłeś Boże, w takich warunkach? I dlaczego od razu wszystko co najgorsze wziąłeś sobie na głowę – bezdomność, uchodźstwo, odrzucenie, margines społeczny, dlaczego?????????  Zastanawiam się, kto w Polsce odważyłby się teraz o zmierzchu przyjąć pod swój dach rodzącą bezdomną uciekinierkę? Może Ty?

Boże !!! dobrowolnie odrzuciłeś to, co dla człowieka w życiu jest istotne i co dla wielu stało się celem samym w sobie, celem życia? Zrównałeś się od samego początku z tymi, których my odrzucamy lub przynajmniej nie zauważamy?  Rozumiem to, więc nie pytam już dlaczego. Zrozumiałam to jakiś czas temu pośród bezdomnych i chorych. Zrozumiałam w podartych namiotach Syryjczyków, zrozumiałam w każdej ranie zadanej przez drugiego człowieka, zrozumiałam w zapłakanych oczach sierot i ponownie zrozumiałam tutaj w zimnej stajni w biednej wiosce, gdzie bardzo często kilka ziemniaków musi wystarczyć na sutą kolację. Właśnie po to przyszedłeś w takich okolicznościach i warunkach bym to wszystko zrozumiała. Dziękuję. Od narodzin Jezusa w Betlejem nic się nie zmieniło: żyją pośród nas bezdomni,  uchodźcy, brat zabija brata, owszem cywilizacja rozwinęła się bardzo a z nią znieczulica, wygodnictwo, ślepota na najbardziej potrzebujących, pieniądz i rzeczy materialne stał się bożkami a symbole wzięły górę nad sensem wiary.

Boże jestem szczęśliwa i dumna, że jesteś moim Bogiem. Przepraszam, że nie w każdym człowieku od razu widzę Ciebie”

Instrukcja przewozu bagażu nietypowego

To, że dzień bez hardcoru dla Chuliganki jest dniem straconym, to już zapewne wszyscy wiedzą. Dzisiaj przypatrzymy się Msisiarze, bo osoba to nietuzinkowa.

Nie taka Msisiara (tchórz) z niej, jak ją malują. Każdy przyzna, że wymaga wielkiej odwagi pakowanie się na odprawę na lotnisku z bagażem podręcznym, którym jest … niewymiarowa KOBIAŁKA. Tak proszę Państwa, łubianka, koszyk bambusowy (w tym przypadku) pewnego pięknego wczesnego poranka stanowił bagaż podręczny naszej bohaterki ulatującej do Polski. Bidula całą noc nie spała kombinując jak go przemycić i jak przekonać służby lotniska aż wreszcie obsługę samolotu. Kilka wersji trzymała w zanadrzu: prezenty Bożonarodzeniowe dla rodziny (co oczywiście było prawdą), „wersja na debila”, „na początkującego turystę” (co w realizacji bardzo przypomina wersję na debila), „na Swańskiego Kapturka” (nie dysponowała czerwonym kapturem więc posiłkowała się czapką swańską). Myślała również o wersji „koszyk pełen granatów” – ale staraliśmy wszyscy wybić jej to z głowy. Takiego stresu dziewczę jeszcze dotąd nie przeżywało.

received_10154803894697065

„A cóż w koszyczku nasz Kapturku niesiesz?”- zapyta niejeden z nas. Wszystko co gruzińskie: ser, przyprawy, herbatę, wino i drobne upominki dla rodzinki. Cóż, faktu, że wino w podręcznym nie przejdzie przez odprawę, była świadoma, więc upchnęła nieświadomemu koledze w duży bagaż rejestrowalny. Trzeba sobie przecież jakoś radzić, bo jak wrócić z Gruzji bez wina, cóż za faux pas, nie przystoi to przyszywanej Ghebince.

Gdy wybiła godzina O (odprawy) odważnie pomknęła do kolejki, ani jednego nerwowego ruchu czy mrugnięcia powieką. Okazało się jednak, że lot odwołany. Nie znając przyczyn jeszcze owego zdarzenia, wszyscy, którzy z daleka śledzili losy Kasi i KOBIAŁKI byli przekonani a zarazem przerażeni, że Msisiara zastosowała metodę „koszyk pełen granatów”. Z jaką ulgą przyjęliśmy informację, że problemy techniczne i odwołany lot wynikały z nieodśnieżonej płyty lotniskowej. No cóż zdarza się najlepszym 🙂

Stres przedłużał się i narastał, ale nasza dzielna przemytniczka kobiałek nie próżnowała – wymyśliła kolejny wariant: „na wdzięki”. Metoda przetestowana dokładnie w Gruzji, więc mogło się udać. W przypadku żeńskiej obsługi odprawy miały mieć zastosowanie wcześniej wymienione warianty.

  • ” już po odprawie !!!” – wrzask szczęśliwej Msisiary uspokoił mnie, choć przyznam, że do dzisiaj nikt nie wie jaka metoda została zastosowana. Nie mniej jednak ja typuję „na wdzięki” – wiało wtedy okrutnie, śnieg zniknął nagle z lotniska a to wszystko wskazuje, że nasza dzielna Kasia trzepotała swoimi rzęsami jak flaming podnoszący się do lotu.

Tak więc bywalczyni bazarów, prawie jak gruzińska haziajka-przekupka, przemytniczka KOBIAŁKI szczęśliwie doleciała do Polski. Teraz musi się tylko szybko przeobrazić w wielbłądzicę trójgarbną i może wracać do Gruzji, gdzie wszyscy czekają na nią w utęsknieniem.

_20161225_203646

 

Czy konie gadają ludzkim głosem? czyli Wigilia Chuliganki.

… Być może, jednak zanim dotrzemy do odpowiedzi, usiądźcie wygodnie kochani czytelnicy i spróbujcie sobie wyobrazić pewną Wigilię.

„czy jest tu jakiś cwaniak? … tak ja jestem cwaniak …Siwy! tu jest jakiś cwaniak … to Pan daje piątaka a cwaniak trzydzieści ….” pewnie każdy zna tą scenę z „Chłopaki nie płaczą”  My też mamy kilku takich cwaniaków. Coriya i Jamala to najcwańsze z cwanych. Chuliganka na własnej skórze odczuła dzisiaj określenie „kuty na cztery nogi” i choć teraz nie podkute, 4 łobuzy dały jej popalić i zadbały o jej kondycję fizyczną.

„Idę sobie na piechotkę do naszej stajenki, wiesz trzeba zagonić konie do środka, bo w nocy znowu trzaskający mróz będzie i nakarmić łobuzy.  Idę sobie i tak myślę: sianka mamy dużo, Jamala może udawać osiołka, Coriya – potulnego konika… poczekam tam sobie na pierwszą gwiazdkę, pogadam z Szefem, bo to przecież wyjątkowy wieczór, a może i wreszcie nasze kunie się przede mną otworzą i zaczną wreszcie po ludzku gadać…zobaczymy co się wydarzy…”

Taki oto scenariusz Wigilii układała sobie Chuliganka w rozgrzanej dzisiejszym niebywałym słońcem głowie ( o tej porze roku w tej części Rachy +10 to fenomen).  Cóż to słońce przygrzało nie tylko w jej głowie, jak się później okazało. Odpowiedź na ostatnie pytanie uzyskała szybko… zdemolowane ogrodzenie. Ups – „łobuzy uciekły!” (słowa w wersji lightowej), no tak zasmakowała im poranna trawka na pobliskiej górce, gdzie słońce sukcesywnie wytapiało zalegający śnieg. Dobre serce Chuliganki podyktowało jej dzisiaj rano, żeby wypuścić konisie na pragulkę (spacer). Notabene spacerek ten nie odbył się bez ekscesów. Jamala grzecznie podjadająca soczystą trawę, reszta towarzystwa zdała się na cwaniactwo Coriyi i po najmniejszej lini oporu bezczelnie podjadało kradzione siano u sąsiada.

Coriya pieszczotliwie do dziś zwany Coriś, teraz – cwaniak, delikatnie podskubywał źdźbła z „balkoniku” szopki, że aż spora porcja sianka spadła na uszczęśliwione towarzystwo. Jeśli mówiłby jak człowieki, zapewne rzekłby :” że co?, że ja ? ja nie! samo spadło…”

Ale wróćmy do planów wigilijnych Chuiganki. Jak wcześniej wspomniano, plany już na wejściu spaliły na panewce. Cóż, trzeba było zakasać nie tyle rękawy co nogawki i szukać uciekinierów, bo zmierzch za pasem. – „cholera z pierwszej gwiazdy też nici, bo przecież nie będę wypatrywać kuni na niebie, eh dobrze, że wzięłam czołówkę”. I z tą myślą Chuliganka widząc po śladach kierunek ucieczki łobuzów rozpoczęła swój morderczy bieg. gonitwę za końmi, wyścig z czasem i zmierzchem. Całe szczęście nie zaszły za daleko, złapała więc szybko za kantar Jamalę, licząc, że reszta towarzystwa pójdzie za prowokatorką całego rozgardiaszu. Nic bardziej mylnego, pozostałej trójcy wzajemnej adoracji nie spieszyło się do stajni, człapały spokojnie dalej w dół drogi w kierunku Tsesi lub Oni, bo kto je tam wie gdzie chciały iść. Jedno rżenie Jamali Chuliganka przyjęła jako dobrą kartę, że jednak towarzystwo się zreflektuje i pobiegną za przywódczynią stada. Jednak po doprowadzeniu gwiazdy Jamali pod sam boks w stajni, Chuliganka zrozumiała przesłanie jakie towarzyszyło owemu wcześniejszemu rżeniu – „kochani nie bójta się, idźcie zaraz wrócę” – i tak oto zobaczyła tylko przezacny zad Jamali odwracajacej się na kopycie i uciekającej z prędkością „ile fabryka dała”.  Przy zdemolowanym wcześniej ogrodzeniu Jamala na sekundę się zatrzymała, odwróciła przekornie łeb , majtnęła ogonem jak to zwykle i tyle ją było widać. Niczym strzała pognała do swoich towarzyszy wieczornej pragulki.

15585367_562107017329627_4958870748527997278_o

-” o wy…(takie i owakie – siarczystych epitetów nie będę cytować, by w ten Święty Dzień czytelnikom uszy nie zwiędły) w jeszcze bardziej bojowym nastroju i z prędkością wprawionego łyżwiarza pomknęła balansując ciałem i przybierając coraz to bardziej wyszukane figury na pokrytej świeżym lodem drodze. Powiem tylko tyle, Brian Boitano czy Katarina Witt przy niej to pikusie. Ale nasza dzielna Chuliganka biegła i tańczyła jednocześnie. To jest dopiero mistrzostwo świata: połączyć łyżwiarstwo szybkie z figurowym.  Po jakimś kilometrze można było w całej Rachy usłyszeć:

-„o tu was mam robaczki!!! co, wycieczki się zachciało? wieczorową porą ? o proszę ! wycieczka turystyczno-krajoznawcza … a Państwo to gdzie? do Oni na wigilię? czy na jasełka? o jak miło spotkać przewodnika, czy to może przewodniczka??? Jamala ty dzisiaj guidujesz? no tylko pogratulować pomysłu! a co może wstydziliście się gadać przy mnie po ludzku i to był powód ucieczki????” – a, że Chuliganka zobaczyła konie jakieś 300 metrów przed sobą to jej monolog trwał  jeszcze dosyć długo, siarczyście ukwiecany niecenzuralną łaciną.  – ” ale wy sobie ze mną w kulki gracie, to ja was tak rozpieszczam, owiesek – sresek, marcheweczki-sreczki, buraczki -(?), sianko – (?) (nie cytuję bo dziwnie to brzmi w rymowance Chuliganki). Ja tu biegam do was z samego rańca , a wy mi takie numery robicie! chciałam z wami Wigilię spędzić pokazałabym wam pierwszą gwiazdę , to nie, wy same polazłyście szukać pierwszej gwiazdy, a pewnie. A może wy już leziecie za tą gwiazdą? co panowie i panie? gdzie was prowadzi? ach do Oni, widzę, no pięknie pięknie! wy same jak gwiazdy – spod ciemnej gwiazdy … po co wam inna gwiazda. Bardzo wam dziękuję za ten wspaniały prezent, bo się zmachałam jak kuń po westernie .. a wy co? szczęśliwe, widzę, widzę” – zadawała pytania, czasem oczekując odpowiedzi, czasem odpowiadając sobie sama

Jeśli drodzy czytelnicy myślicie, że ten monolog zakończył się w momencie uwiązania koni, to jesteście w błędzie. wtedy to dopiero się zaczęło, tyle, że już nie tak głośno. Aczkolwiek bardziej dosadnie i stanowczo: – ” no to teraz będzie po mojemu , bo widzę, że do was czule i z sercem nie można, prawda? Wy łobuzy, skończą się cukiereczki, pierdołeczki. Mało wam skubańcy swobody??? Jamala ja ci dam „kochanie” a ty Coriya jeszcze przyjdziesz po buzi buzi…. o widzisz ten środkowy palec??? tyle zobaczysz albo figę z makiem, oj nie, co to to nie , za słodka jeszcze ci zasmakuje….” – i tak całą ponad kilometrową drogę w ciemności na głos tłukła w te 4 końskie mózgi swoje za i przeciw, swoje racje i edukowała niesubordynowane towarzystwo. W końcu, gdy konie stanęły już potulnie w swoich boksach, wrzasnęła na wyjście : – ” no może by ktoś raczył po ludzku odpowiedzieć, bo przeprosin pewnie się i tak nie doczekam?”

Zapanowała grobowa cisza, nawet siano łapserdaki chrupały bezszelestnie.

Kolorowych, niezapomnianych Świąt Bożego Narodzenia Wam Drodzy Czytelnicy życzę.

IMG_1053.JPG

Bob budowniczy

Po deszczu przychodzi słońce, a po demolce możemy się brać za budowę. No to wio.

_DSC6016.jpg

Przodownikiem budowy był, jest i będzie jeden Bob, a właściwie Bobinka. Ghebinka-Bobinka 😉 To, że trafiają nam się chłopy na schwał i pomocnicy nie od parady, że potrafią drzwi w skrzydła zamieniać, to już nasze szczęście. Czy drzwiami skrzydeł dodawać… w burzy tylu trocin już się wszystko miesza. Jedno jest pewne, gdzie dobry kierownik budowy tam i warsztat i pomocnicy się znajdą.

Chuliganka, jak już kiedyś wspomniano, ma zawsze rację. A jak nie to patrz punkt 1., bo jej racja jest zawsze najmojsza (albo poczytaj sobie tutaj). I ma rację, że jest od konkretnej roboty. Kiedy na horyzoncie robi się cicho i nikt nie rozbija się po kątach z szalonymi pomysłami to znaczy, że te pomysły już realizuje. Powstaje stołek, wieszak, piec, lampa, stajnia, kto ją tam wie. Most pewnie też niedługo zbuduje. Przy narzędziach nawet telefon traci miejscówkę przy kontakcie, bo baterie do wiertarki i szlifierki muszą się pierwsze naszamać. Do tego, tak się świetnie składa, że prawdziwe Chuliganki potrafią być piekielnie utalentowane:

w gotowaniu, rąbaniu, rojbrowaniu, BUDOWANIU, przeklinaniu, przekonywaniu, hajcowaniu, leczeniu, wspieraniu, winobraniu, kombinowaniu, demolowaniu, koniowaniu, uczeniu i kochaniu, a i jeszcze na dupie zjeżdżaniu…

Człowiek orkiestra to mało, temu skautu to już miejsca na rękawie na naszywki nie chwata. Nie ma się co dziwić, że jak trzeba to i coś z niczego umie zrobić. A dzięki temu i konisie mają już praaaawie gotowe piękne lokum na mroźne dni i chłopcy mają piecyk w pokoju i początki obycia ze sprzętem i Marika ma uroczo wystrojoną kuchnię… Tutaj trzeba przyznać, że Chuliganka  (tym razem) nie dałaby rady bez takich dwóch co spadli nam kiedyś z nieba, bo ich wielka niedźwiedzica wystraszyła. I dobrze, że spadli, i do Ghebi wpadli, bo takiego zapału i takiego tempa pracy jak przy nich to Racha chyba jeszcze nie widziała*. Warsztat był wszędzie, na balkonie i na podwórku, w kuchni i w sypialni, od świtu do nocy. I były chęci, szczere i jasne jak błysk wpatrzonych w ekipę budowniczych 4 par oczu.

Na szczęście tutaj budować można wiele. Płotów, stajni i wspaniałych relacji…bo życie tarczą szlifierki się toczy.

Zamiana ról czyli stróżówka

DSC_0746.JPG

Co zrobić gdy osoba odpowiedzialna za PR (public relation) jest przemęczona, znużona swoją rolą i pracą???? i do tego jeszcze na zesłaniu w mieście ???

Nie ma lepszej metody na tego typu problemy egzystencjonalne, jak tylko pozwolić Msisiarze coś zdemolować. Nic tak ją nie resetuje jak móc w coś kopnąć , walnąć lub coś wyrwać. Wydawać by się mogło, że rolę demolki  zawłaszczyła sobie już Chuliganka: a to demontaż okna na pięterku, a to odrywanie tynku ze ścian. W tym jej zawsze było do twarzy. Tu jednak pod skrzydłami mistrzyni w tym fachu niezły uczeń wyrósł: Msisiara-Demolka – to brzmi dumnie.

Nauczycielka jednak nie przewidziała, że trafiła na tak sumienną uczennicę. Poświęcenie z jakim zniwelowała pokaźną stróżówkę, łamiąc jedyne jej narzędzie – młotek ciesielski – teoretycznie niezniszczalny, załamując dach pod naporem swych kolan; to wszystko wprawiło obserwatorów w osłupienie. Cóż domek jak domek, stróżówka jak stróżówka ale ten błysk w oku Msisiary-Demolki gdy ściany runęły jak domek z zapałek – bezcenne. To jest ten błysk i ten zadziorny uśmiech, który rozgania najciemniejsze chmury w Rachy i powoduje, że nawet najbardziej krzepki Gruzin kłania się w pas i trzyma respekt.

Wcale się im nie dziwię – bo aż strach się bać ucznia, który przerósł mistrza czyli Kasi Msisiary w nowej roli Dewastatora.

Ps. a to wszystko, by konie miały nową podłogę i niezgorsze boxy.

DSC_0753.JPG

W dzień targowy, w autobusie takie słyszy się rozmowy…

Czwartek to w Oni dzień bazarowy. Dzień żółtych autobusów pomykających zboczami Kaukazu do Ghebi, Shovi lub Seva. Moment kiedy na drogach pojawiają się załadowane busiki, niwy z piramidami mieszków ułożonych na dachach i olbrzymie kamazy tym razem pełne nie szeszy (drewna), ale mąki i benzyny. Komu w drogę autostopem temu czas wyruszyć najlepiej dziś! Poza sezonem to dzień, kiedy jest największa szansa na sprawne wojaże po raczyńskich zakamarkach.

Każda przejażdżka jest świetną okazją do zawierania nowych znajomości, poznawania lokalnych historii lub poćwiczenia niezliczonych sposobów pakowania ludzi, zwierząt i zakupów na maszyny (samochody). W żółtym autobusie doświadczy się tego wszystkiego po trochu, a w naszym autobusie do Ghebi nawet więcej niż po trochu. Ten zawsze pęka w szwach. Na trasie kursuje najwięcej osób, bo jadą nim mieszkańcy Ghebi i Chiory, a wraz z nimi pełen asortyment spożywczo- gospodarczy. Piły, pralki i pieczki, mąki, miotły i mieszoki muszą się zmieścić wraz z właścicielami. My dokładamy się wcale nierzadko z ładunkiem mandarynek lub innych fruktów dla najmłodszych. 

Jazda autobusem, jeździe nie równa. Dojechać samemu to sztuka, ale dowieźć jeszcze oczekiwane przez rodzinę zakupy w właściwym stanie i nie stracić przy tym głowy lub czucia w kolanach to inna sprawa (o nerwach nie wspomnę, bo te lepiej jest zostawić przed samym bazarem). Dobrze obeznane wydry bazarowe wiedzą kiedy przy bramie pojawi się żółty autobus, aby załadować swoje sumki i bezpiecznie przy nich przysiąść. Strategia jest to całkiem dobra, zaradne podejście można powiedzieć. Kto pierwszy ten lepszy i ma miejsce dla siebie i dla zakupów. No! Jeśli autobus nie będzie musiał pomieścić więcej osób i ich dobytku… Tych dochodzących tuż przed odjazdem jest wcale niemało i wtedy dopiero zaczyna się właściwa jazda  (choć silnik nawet jeszcze nie odpalony!). Życzliwe powitania podczas załadunków nadal słychać, ale już nieco pospieszne, zasapane i tylko dopóki nie zacznie być słychać czepialskich. Komuś zawsze jedna torba wadzi bardziej niż druga. Teraz każda sumka, każdy mieszok, a tym bardziej delikatniejsze zawiniątko jest na wagę złota. Chyba nie chcesz, żeby przez krótką chwilę nieuwagi twoje jajka przyciśnięte zostały 100-kilowym ładunkiem mąki, co katzo? (chłopie). Kobieta wioząca zakupy to niebezpieczny gatunek, zdarza się nawet zwinny… starsze kobieciny z laską potrafią w niebywały sposób przeciskać się przez morze ściśniętych kolan i łokci, żeby dobić do upatrzonej wysepki wygodnych mieszoków. Na szczęście szafiorzy (kierowcy autobusów) nie są z pierwszej łapanki. Tutaj może pomóc tylko ich stoicki spokój, krepka ręka i wieloletnie doświadczenie, aby upchać ten kotłujący się, niespokojny tłum.

– Panie adjeki (wstajemy)! Sumkebi pod skamiejki (zakupy pod siedzenia), bo się nie pomieścimy.

– Ale… ale… moica… vai me… 

– To nie taxi, wszyscy musza się zmieścić!-  A kierowca nie uległy na wielkie oczy i kobiece łzy. 

Siedzą, stoją, drzwi ledwo się domykają ale ruszyli my. Uff. Na rogu przy sklepie przystanek, powtórka z rozrywki. Panowie mądrze wychodzą na papierosa. Następny przystanek, stacja benzynowa- trzeba załadować bańki benzyną. Drzwi już się nie domykają, ale ruszyliśmy…

Moica erti zuti! Truba ginda!(Chwileczkę, jedną minutkę! W sklepie jeszcze rura od pieca…) – rozlega się z tyłu, a tłum ściśniętych ciał jak jeden mąż wydaje pomruk zniecierpliwienia. 

Jedziemy 50m- Hatuna z kilkoma pakunkami. Kolejne 100m- nauczycielka z torbą i mieszkiem. Wydawać by się mogło, że już szpilki nie da się wcisnąć, ale brzuchy jeszcze można wciągnąć i dziadek z laseczką też już z nami jedzie. Amortyzatory jęczą na każdym wyboju, my jęczymy od uderzających do głowy zapachów kawy i benzyny, ale na chwilę lśniące w zachodzącym słońcu stoki Kaukazu łagodzą obyczaje. Jeszcze przejazd przez blaszany most na bezdechu (czy te blachy utrzymają taki ładunek?!?) i jesteśmy w Chiorze. Wreszcie powietrze, wreszcie papieros! 

– Mieszok sadari?!?- Nooo taaak, zabawa zaczyna się od nowa a każdy wtyka sąsiadowi głowę między nogi i sprawdza co ten ma pod swoją zacną żopą… szukamy zakupów pani z chustą. 

– Ten z kapustą? – ARA (nie)

– Ten z mąką?- ARA. 

– Ten z mandarynkami?- ARA, ale nie pogardzę! 

Przy sklepie czekają już chłopcy gotowi do rozładunku. Teraz tylko oblodzona droga po ciemku z 20kg na plecach i jesteśmy w domu. 

Tu nie ma miejsca dla control freaków

DSC_0428.JPGDziękuję Bogu za najwspanialszy dar w moim życiu. To móc nauczyć się życia w Ghebi – prostego, prawdziwego, trudnego i brudnego. To owoc, który czasem bywa cierpki, gorzki ale zjadany pośród ludzi, którym przyszło tutaj żyć, smakuje niewyobrażalnie i jest słodszy niż największa słodycz tego świata. Dane mi jest być z nimi w każdym momencie, niezależnie czy kapie właśnie z dachu na głowę, czy słońce odbiera siły podczas ciężkiej pracy w polu, bo to jest nasze wspólne życie. Jestem jedną z nich, pomimo że nie urodziłam się tutaj, pomimo że pochodzę z całkiem innego świata. Ze świata wygodnego, luksusowego, ale wybaczcie brzydzę się nim, gdy odbiera ludziom ich humanitaryzm, braterstwo, współczucie, i podstawowe elementy altruizmu. Gdy celem nadrzędnym staje się pieniądz i ważniejsze jest mieć ponad być.
Bogu dziękuję, że tu jestem, pośród ludzi prostych, czasem nieudolnych, niewyedukowanych, zmęczonych i brudnych. Niczym od nich się nie różnię, poza tym, że dane było mi urodzić się w innym miejscu, ale wciąż pod tym samym niebem.
I nie jestem tutaj bo modne jest pomaganie, bo charytatywność jest na topie. Nie dla dobrego wizerunku, nie dla afiszu. Nie mam powodów, by się szczycić czymkolwiek, żadnych zasług nie przypisuję sobie poza tym, że nauczyłam się żyć tutaj, z tymi ludźmi. Czuć ich w sercu i kochać ………. bo od początku do końca tego świata jesteśmy tacy sami – jesteśmy ludźmi. I zawsze w drugim będę widzieć tylko człowieka, nie króla, nie biedaka, nie uczonego, nie prostaka nie bogacza, nie śmieciarza… Po prostu i tylko człowieka – jego serce i jego człowieczeństwo.
received_1216929418368411