wywiad z Życiem albo rozmowa o błocie

to nie będzie wpis okraszony zdjęciami lub słodkimi , zabawnymi rysunkami. to będzie suche, zimne brutalne życie a raczej wywiad z nim. który nie nastraja  ani świątecznie ani jakkolwiek optymistycznie. więc jeśli ktoś nie chce psuć sobie nastroju to zaleca się zakończyć czytanie w tym miejscu.

–   hej co tam u ciebie Życie, dawno nie rozmawialiśmy…

–   nie wiem, jakoś leci. co ja tam wiem, wszystko normalnie , po staremu znaczy.

–   usiądź, masz ochotę na coś? xaciapuri, lobiani, kawa?

–   nie, nie jestem pełne…. odparło Życie i długa chwila milczenia zaległa pokój. Życie usiadło ze zwieszoną głową, tępo wpatrując się w podłogę, jakby przeliczając ziarna piasku w szparach pomiędzy deskami.

–   no co tam opowiadaj, co słychać w domu, u kolegów, w szkole? nie chcę ciągnąć cię za język pytaniami, opowiadaj, jak starzy kumple pogadajmy.

–   co ja tam wiem, nic nie wiem ………… siedziało tak Życie dalej nie wiedząc nic, jednak nie chcąc wyjść, uciec przed rozmową, oczekiwało czegoś. jednak trudno było mi zbliżyć się jak dawniej. wiedziałam, że jest jakiś ogromny problem, tylko jak go wyłuskać?

–   ok, to może w inny sposób … dlaczego palisz? wiem też, że pijesz już, dlaczego? co się dzieje? dlaczego nie chodzisz do szkoły?

chyba Życie spodziewało się tych pytań, a być może i czekało na nie. podniosło głowę i lakonicznym uśmiechem na zaciśniętych ustach, znacząco wzdrygnęło ramionami  -„nie wiem” – ale nie powiesz matce? wycedziło, wiedząc tak czy tak, że pomimo, że nie pochwalam to trzymam sztamę.

–   bo widzisz tutaj tak jest, wszyscy tak robią, a ja też jestem wszyscy, bo dlaczego nie? mój ojciec tak robił, mój brat, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. odpowiedz mi, dlaczego ja mam być inne? tutaj nie możesz być inny, tutaj musisz być taki sam. nie chcę już być inne, zmęczone jestem.

–   eh Życie co ty gadasz… nie chciałam przerywać myśli, bo widziałam, że w końcu Życie się otworzyło. zawołało tylko psa by móc go głaskać, jakby to przydawało mu pewności i łagodności. i tak jednostajnym monotonnym ruchem wtapiało swoje palce we włosy psa, nie spoglądając już na mnie.

–   widzisz mam błoto na walonkach – to jest moje, nasze, tutejsze błoto , nawet jeśli je strzepnę, zmyję w strumieniu; za czas jakiś, zanim dojdę do domu znowu się przyklei. widzisz mam w podeszwie kupę krowy… to tutejsze, nasze i nawet jeśli zmyję, albo zmienię buty jutro, pojutrze znowu kolejne mi się przyklei…

–   ja mam to samo błoto , ale przecież nie o błoto cię pytałam, co się dzieje i dlaczego tak się dzieje?

–   tak. tylko ty wsiądziesz do samolotu, wrócisz do siebie i będziesz mieć już tylko czyste buty…

–   być może ale ja jestem tutaj, jeśli potrzebujesz pomocy ty lub ktokolwiek, to ja jestem tutaj .. z waszego powodu.

–   hmmm … zamyśliło się Życie spojrzało jeszcze raz na mnie i znów wymownym wzdrygnięciem ramion odpowiedziało „nie wiem”. –  Ty ? już nie możesz, bo jak? ty już nie masz pieniędzy. widzisz …nie możesz pomóc. ok, tez masz to samo błoto na butach, trudzisz się tak samo jak my. ale patrz przed tobą stoi wielka brama, a przede mną drewniana rozklekotana furtka. za twoją bramą jest inne życie, czysty świat. popatrz, przejdź przez moją … co widzisz? nadal to samo błoto i gówna.

–    ok, ok rozumiem o czym mówisz, ale ja nadal tu jestem, obiecałam i dopóki sił i zdrowia wystarczy będę tutaj. i będę codziennie z tobą przechodzić przez tą rozklekotaną drewnianą furtkę. więc w czym problem? starałam się bardziej stanowczo zaakcentować fakt, że nadal tu trwam, jednak tak aby nie spłoszyć myśli i słów Życia.

–   mogę nadal tobie i wam pomóc, i do tego nie są potrzebne pieniądze…pamiętasz twój i kuzyna pomysł na przyszłość, na wasz biznes w przyszłości? na tej polanie, gdzie kosiliśmy razem siano, wtedy wieczorem przy ognisku.. mogę wam pomóc, pokazać jak do tego dojść.

–   hahhaha- roześmiało się już w głos Życie – to były wygłupy, to się nie uda bez pieniędzy. i co z tego, że ja będę się trudzić, nie jestem tutaj samo. jestem zmęczone robieniem wciąż za kogoś, a ten ktoś mi nie pomaga i zabiera to co wypracuję.  jasne ty mi pomagałaś ale ty to nie wszystko w wielu sprawach ty nie możesz… eh – zasępiło się znowu Życie wtapiając palce w sierść psa który owinął się z pełnią zaufania wokół jego nóg.

bolesna cisza zaległa po tych słowach znowu komnatę, wciskała się boleśnie w uszy i w serce.

–   i wiesz co ? – spojrzało Życie swym przenikliwym wzrokiem jeszcze raz, jakby w głąb mojej duszy…- ja już nie wierzę, jedno wiem, ty też  wyjedziesz. wyjedziesz zanim…, zanim cokolwiek będzie inaczej. Nie wierzę już w obiecywanie, nie wierzę w słowa. wierzę tylko w moje błoto, które jutro znowu będzie takie samo i tak samo będzie kleić się do moich walonek.

 

Reklamy

Urodziny Otiko

_MG_1153

Rok 2017 w naszej „rodzinie” okazał się rokiem wielu zawirowań i zmian. Pomimo nawału pracy i wyzwań udaje się nam znaleźć czas na specjalne chwile. O pewnych dniach pamiętamy, pomimo zapełnionego ponad brzegi grafiku. A oto jak przy odrobinie inwencji twórczej udało nam się zapełnić po brzegi dzień urodzin Oto.

Co tu zrobić, jak to ogarnąć bo przecież musimy pojechać do Oni odebrać Ewkę, w domu pozostawić całą naszą menażerię, czyli 3 szalonych wolontariuszy, psa, 10 kurczaków i kaczkę – Daisy-dziwaczkę? Trzeba wcześniej załadować opiłki z lesopiłki (tartak), zakupy a jeszcze lista próśb od sąsiadów. Kiedy wrócimy tego nie wie nikt. I odwieczny problem co na prezent dla Oto. Choć on nie należy ani do wymagających ani wybrednych dzieci, to my zawsze mamy z tym problem. Bo nasze prezenty muszą być wyjątkowo radosne i niezapomniane. Czasem jednak nie trzeba mocno się głowić , bo najprostsze pomysły są najlepsze. I tak też okazało się tym razem.

  • co ty na to, żeby Otiko pojechał z nami ? wiem, że mamy wiele spraw do załatwienia ale napewno znajdziemy czas, żeby mu coś pokazać czego nie widział?
  • jasne !!! a co ty na muzeum i synagogę, a może coś po drodze i Ewa też skorzysta…
  • ok dzwonię,  żeby Oto był rano gotowy.
  • oooo i pójdziemy na urodzinowe xinkali tak jak tu młodzi miastowi mają w zwyczaju .

Plan na kolejny dzień ułożony, Marika wie, że rano ma obudzić solenizanta, więc dziewczyny spokojnie zasunęły nosy w swoje krawatki.

Z samego rana w pięknym słońcu rozbrzmiewało „Gilocav Otiko!” a chłopak zwarty i gotowy z trudną do ukrycia radością oczekiwał wyjazdu do Oni.

Dziewiąta wybiła, no to witaj przygodo!!!

SONY DSC

  • Gosia da Kasia można wystawić głowę ponad szyberdach? a może usiąść tam, a teraz zatrzymać się można?
  • Ależ Otiko dzisiaj są twoje urodziny, a to znaczy, że wszystko można … no prawie (z lekkim przekąsem zaśmiały się dziewczyny).

SONY DSC

  • Otiko… xociesh do Xatii i Tamari?
  • xoooo! – i już rozsuwają się drzwi Deliki
  • hej hej poczekaj podjedziemy tam!!! przecież nie musisz biec tam piechotką.

Kolejny pomysł okazał się trafny.

SONY DSC

  • akoce Tamari, akoce !!…. małej siostrzenicy Otiko nie trzeba było specjalnie zachęcać bo Tamara obdarowywała go niekończącym się potokiem buziaków.

Przekraczając rogatki Oni przyszedł czas na obowiązki, ale nasz solenizant we wszystkim nam towarzyszył. Z ciekawością oglądał maszyny i ludzi pracujących w tartaku. Wtem rozbrzmiewa tel od nieznanego nam numeru , któż to , któż to ?

  • Cześć sulelo!!! – słychać znajomy głos – Ewa już jedzie do Ambrolauri,

więc my mamy jeszcze czas by gdzieś wyskoczyć z Otiko, przed nami piękny leśny trakt, więc czemu nie? jedziemy?

  • tak, tak mne lutshe w gory i les cem w museum – krzyczy jubilat.

Już za zakrętem czeka nas moc atrakcji z najsłodszymi poziomkami na świecie.

_MG_1146

 

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

DSCF1180

Koniec lutego, a wiosna już depcze zimie po piętach. Przegania chmury, sadza słońce na podniebnej grzędzie, a nam każe szybko zdejmować kurtki i dodatkowe skarpety. Konie równie chętnie zdejmują swoje zimowe futra, oblepiając nas pajęczyną miękkiej sierści. Uszy już im się trzęsą na myśl o kiełkującej młodej trawce. Jeszcze nie minęła połowa marca (nie wspominając nawet o kalendarzowej wiośnie), a po śniegu pozostały tylko żałosne plamy. Na ulicach zawitały świnie, ulubiony, ruchomy cel Biczuny (ulubiony pies Chuliganki), a w winnicach pokazali się panowie przycinający zeszłoroczne pędy. Szybka i ciepła wiosna wydłuża okres wegetacji. Pozwala na uprawę winogrona, owoców i ciepłolubnych warzyw.  Pozwala na szybsze odpuszczanie zwierząt i mniejsze zużycie siana. O uprawie winogron i tak wczesnych sadzonkach w Ghebi możemy tylko pomarzyć. Niby to tylko 1000m wyżej i tylko 60 km dalej, ale czas wegetacji skraca się tam niemal o 3 miesiące. Choć wcale nie daleko, Ghebi to jednak całkiem inny świat. Inny nie tylko ze względu na klimat.

SONY DSC

Nie ma co ukrywać, szybszą wiosnę powitałyśmy z otwartymi ramionami i ulgą. Malejąca kupka tivy (siana) spędzała nam sen z powiek, a możliwość kupna kolejnego stogu w okolicy okazała się prawie niemożliwa. W większości gospodarstw siano pod koniec zimy jest na wykończeniu. Znaczy, że albo nie sprzedają, albo po cenach jak za zboże. Spacery za końmi w samej bluzie, pośród rozkwitających łąk były nam potrzebne bardziej niż myślałyśmy. I nam i koniom. Trudno tylko stwierdzić komu bardziej spodobały się te wiosenne marsze. W pewnym momencie zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to my ich, czy one nas. Czy to właśnie nie konie zaczęły wyprowadzać na spacery nas. 

DSC_0131

Pierwsze próby odpuszczenia naszych 3 łakomczuchów na nocną wyżerkę w lesie przynosiły odwrotny skutek do zamierzonego. Kiedy my chciałyśmy, żeby zostały na łące, wracały. Kiedy chciałyśmy je sprowadzić do stajni, zostawały. My mówimy, zostańcie na górze. One schodzą na dół do cerkwi. My mówimy: „Dzieci, dzieci do doooooomuuuuu” (schodzimy do stajni). One zostają na najwyższej łące, fundując nam nocne podchody w błocie po kolana. Dobrze, że Biczuna lubi takie eskapady, bo bez jego pomocy, znalezienie czterokopytnych potworków skitranych w najciemniejszym kącie łąki graniczyłoby z cudem. Skoro już mowa o cudach, to kolejnego razu konisie postanowiły, że czas na wizytę na cmentarzu pod Barakoni. Wybrały jeszcze odpowiedni moment, żebyśmy nie spotkali się na drodze i kiedy my dotarliśmy na górę, spryciule były już na samym dole. Jamala nie bez powodu na drugie imię ma Franciszka (Franca), a Coriya nazywany jest także Cwaniakiem. Snow póki co jest w stadzie tylko Łasuszkiem-flejtuszkiem, ale niech nie zmylą Was te jego piękne czarne oczy w białej oprawie. W nim też płynie przekona Ghebińska krew! 

Kiedy słońce mocnej przygrzało, łobuzy trochę zaskoczyły i udało się je przekonać, żeby zostały na łące. 3 dni był spokój, po czym zaczął się kolejny odcinek cyrku. Tym razem pod tytułem “kowal” 

– Patrz, patrz! Podoba Ci się? – pyta wykładając na stół nowy topór.

– Pokaż, niech no mu się przyjrzę…- Msisiara robi minę toporowego znawcy i waży go w ręku

– Dobra i tak tylko udajesz, że się znasz. Daj lepiej, bo zepsujesz!-  Chuliganka już chce lecieć do ogrodu, zamienić polano akacji w stertę zapałek, ale przystaje w progu.

– Topór to nic, najlepsze jest to, ze mamy kowala, który nam potnie kopyta!

– Ja już sobie rano pocięłam, cążkami. 

– A ja właśnie muszę, bo mam już pazuryry – Chuliganka szuka żałoby za swoim pazuryrem – To jest gość od Tamaziego i może przyjechać po bazarze, bo w tygodniu pracuje. Musimy zadzwonić i sprowadzić konie. 

– O rany! Ideolo. 

Zadowolone z obrotu spraw, w myślach już zabrałyśmy się za przygotowywanie nali i lusmani (podków i gwoździ). Kowala, lub kogoś kto przytnie łobuzom kopyta szukałyśmy już od początku zimy. Szczęśliwe, że wreszcie znalazł się koński pedicurzysta, nie spodziewałyśmy się nadchodzących atrakcji. Nie minęły 3 godziny jak zadzwonił wujaszek Omari:

– Gosha, gdzie ty? Doma? Przychodzi bystra bysta. My idziom z Oni, loszadi na drogie!

– Sztooooooo?!?!?! Gdzie oni? Nasze loszadi w Oni?

– Niet, oni nie w Oni. Oni w Sori. Idiom na maszynie z loszadiami w mesce (razem). Przychodzi bystra!

– To gdzie wy scas (teraz)? 

– Tam gdzie most Muhli. 

– Kho idziom!

Pomieszanie z poplątaniem. W jednej rozmowie padły 3 miejscowości na przestrzeni 40km…Msisiara robi wielkie, pytające oczy, na co Chuliganka rozkłada ręce:

– ar vici… już sama nie wiem gdzie są. Gdzieś na drodze w stronę Oni. Oby to tylko było przy Mukhli, a nie przy Oni. 

– No nie gadaj, że france poszły do Oni!

– Nie, one już się szykują na powrót do Ghebi. Słyszały, że już się nie możemy doczekać, to same poszły 

– Hahaha. A jutro dzwoni Marika i pyta: Gdzie loszadi? A my, że odpuszczone na vierhu. A ona: a na pewno? Nie w Ghebi? 

Snując coraz bardziej wydumane scenariusze, które w rzeczywistości okazują się zdecydowanie mniej romantyczne niż w fantazjach, przemierzałyśmy kolejne kilometry. Trzeba odstawić łajzy w w bezpieczne miejsce. 

DSC_0120

Dwa dni nie minęły, a wieczorem odzywa się znajomy kowal z Tkibuli. Mówi, że nazajutrz będzie w okolicy i żeby szykować konie. Panie! Świetnie się składa, od samiuśkiego rana będziemy je szykować. Znaczy szukać, oczywiście. Od świtu Msisiara krąży po znajomych szczytach, Chuliganka sprawdza trasę na Mukhli, a tu znajomy zdzwoni z donosem. Drogie Panie gdzie wy? To tajne łamane przez poufne: Wasze konie do Likheti poszły. (7 km od fermy w stronę Svanetii)

– Warianta nie tu! Konie mają nas na podsłuchu! Wiedziały, że dziś kowal przyjdzie i bęc! Uciekły skubańce, byle im tylko tych paznokci nie ruszać.

– Nieeeee. Ja myślę, że Coriya gentleman zrobił dziś Jamali wycieczkę z okazji Dnia Kobiet…

– … oooo taaak, romanse pierdanse, szarmancik wziął Franciszkę do miasta. Restaurantshi gina, kho? (Do restauracji chcecie, tak) 

Do trzech razy sztuka. Za 3 dni sobota, kowal może przyjechać po bazarze. Z rana jedna idzie po konie, druga po kowala i Łukasza (takiego fajnego typa, który jara się na chodzenie za końskimi łajzami).  

– Halo halo! Ryba? Tu akwarium. Na łąkach pusto. 3 dni minęły i coś mi się zdaje, że france poszły na spacer. Tylko w którą stornę? Likheti czy Sori? 

– Wiedziałam! Franciszka Jamala nie odpuszcza. Dba o naszą kondycję fizyczną i odpowiednie cisnienie. Dzwoń do Likheti, może ktoś je widział. 

DSCF1143

Jak się szybko okazało, ktoś z Likheti widział je w Sori. Jakiś chłopak jeździł na białym koniu. A tutaj są tylko 2 białe konie: Snow i jeden, który właśnie grzecznie stoi w swoim ogrodzie w Likheti. Znaczy, że pędzimy do Sori. Msisiara piechotą, Gosia z Łukaszem prosto z lotniska na marszrutce. Ktoś zadzwonił, ktoś coś widział, ktoś coś wie. Tutaj wieści rozchodzą się szybko. Z jednej strony denerwuje brak anonimowości, że każdy wydaje się interesować twoim życiem bardziej niż swoim. Jednak podczas szukania koni pomaga.

Konie znalazła Chuliganka z Łukaszem. Stały zgonione, przywiązane w czyjejś zagrodzie, z poranionymi policzkami od tandetnego żelaztwa. Chłopcy chcieli sobie pojeździć. Zobaczyli konie to sobie wzięli. Kto wie ile by je zajeżdżali, bez wody i jedzenia. Może i lepiej, że to były dzieci, bo kto wie czy nie skończyłoby się na rękoczynach. Natychmiast zrobiło się zamieszanie, zeszło się z pół wioski, popatrzeć i porobić zdjęcia. Już udało się lekko załagodzić sytuację, wyprowadzić konie z zagrody, gdy z małego czarnego samochodu wyskakuje Msisiara z ogniem w oczach. 

– Panie, w czym problem? Po co te nerwy? Konie są po to, żeby na nich jeździć. A dzieci widzą konia, to chcą sobie pojeździć. Pojeździli i co? 

– Na swoim koniu można. To znaczy, że twoja krowa idzie ulicą i mogę ją sobie wziąć i wydoić? Znaczy, że stoi twój samochód przed sklepem i mogę sobie wziąć i pojeździć?!  Czego wy te dzieci uczycie?!? Złodziejstwa! 

Pierwszy raz w historii, Chuliganka musiała tamować buzujące nerwy Msisiary, tym razem w roli zbulwersowanej obrończyni zwierząt.

– Oj tam oj tam, u nas to normalne. O takie nic, tyle krzyku. 

– Jakie normalne?! Te konie są z Ghebi. Tam nikt nie wsiądzie bez pozwolenia na cudzego konia, a jak wsiądzie, uwiąże i będzie bez jedzenia trzymał to mu właściciel głowę odstrzeli! 

– A ty atkuda? (Skąd pochodzisz?)

– A jaka to różnica?

– Skąd jesteś?

– Nie ważne

– Ale skąd? Z Polski?

– Jaka różnica czy z Polski czy w Gruzji?!? Jaka różnica czy z kobieta czy mężczyzna?!? Taki sam człowiek jak ty!

  • A męża masz?

Tu już puściły Msisiarze nerwy i posłała lokalnego Katzune (gogusia), wygrzewacza ławki pod sklepem, na tri bukvy*

W Sori przez chwilę srogo się zakotłowało. 2 rozsierdzone Polki, 3 zmieszane konie, milczący chłopak, 2 chłopcy co się nie bali i konie za***, gromada gapiów i lokalnych speców od rozwiązywania problemów. Choć miało być to załatwione polubownie, policjant był nieugięty. Bez wizyty na posterunku się nie obędzie. Trzymająca spokojny fason Chuliganka spędziła resztę dnia zagłębiając tajniki policyjnych procedur. Zjechała w milicyjnej mankanie pół Rachy, od posterunku w Ambrolauri do Oni i z powrotem. Dokarmiana wafelkami napisała wypracowanie po rosyjsku “Dietskaya ashybka” do książki pisanej przez policjanta. Kolejny raz byliśmy świadkami popisu komunikacyjnej gruzińskiej myśli technicznej, gdy parę chwil po Chuligance na posterunku pojawił się ghebiński przyjaciel pędzący z pomocą w wyjaśnieniach. Wieści bez naszego i nie do końca wiadomym nam sposobem szybko zawitały w Ghebi. A Ghebi od razu wysłało swoją pomoc, po raz kolejny dając dowód jego pięknego serca. Choć wśród ghebinców nie brakuje sporów i waśni. Choć piętno naszych ułomnych ludzkich czynów w Ghebi także widne, za swoim stoją murem. Na podobieństwo swojego największego skarbu, trwają razem wspierając się wzajemnie w wzmaganiach z losem. Rosnąc w śród gór od swej mądrości wysokich, słuchają bicia ich potężnych serc, które jak nasze kruszeją smagane wiatrów losem.

DSCF1158

DSCF1182

Za zdjęcia i pomoc w oczyszczaniu nerwowej atmosfery dziękujemy Łukaszowi 🙂

*  na tri bukvy- poszedł na ch**

Bob budowniczy

Po deszczu przychodzi słońce, a po demolce możemy się brać za budowę. No to wio.

_DSC6016.jpg

Przodownikiem budowy był, jest i będzie jeden Bob, a właściwie Bobinka. Ghebinka-Bobinka 😉 To, że trafiają nam się chłopy na schwał i pomocnicy nie od parady, że potrafią drzwi w skrzydła zamieniać, to już nasze szczęście. Czy drzwiami skrzydeł dodawać… w burzy tylu trocin już się wszystko miesza. Jedno jest pewne, gdzie dobry kierownik budowy tam i warsztat i pomocnicy się znajdą.

Chuliganka, jak już kiedyś wspomniano, ma zawsze rację. A jak nie to patrz punkt 1., bo jej racja jest zawsze najmojsza (albo poczytaj sobie tutaj). I ma rację, że jest od konkretnej roboty. Kiedy na horyzoncie robi się cicho i nikt nie rozbija się po kątach z szalonymi pomysłami to znaczy, że te pomysły już realizuje. Powstaje stołek, wieszak, piec, lampa, stajnia, kto ją tam wie. Most pewnie też niedługo zbuduje. Przy narzędziach nawet telefon traci miejscówkę przy kontakcie, bo baterie do wiertarki i szlifierki muszą się pierwsze naszamać. Do tego, tak się świetnie składa, że prawdziwe Chuliganki potrafią być piekielnie utalentowane:

w gotowaniu, rąbaniu, rojbrowaniu, BUDOWANIU, przeklinaniu, przekonywaniu, hajcowaniu, leczeniu, wspieraniu, winobraniu, kombinowaniu, demolowaniu, koniowaniu, uczeniu i kochaniu, a i jeszcze na dupie zjeżdżaniu…

Człowiek orkiestra to mało, temu skautu to już miejsca na rękawie na naszywki nie chwata. Nie ma się co dziwić, że jak trzeba to i coś z niczego umie zrobić. A dzięki temu i konisie mają już praaaawie gotowe piękne lokum na mroźne dni i chłopcy mają piecyk w pokoju i początki obycia ze sprzętem i Marika ma uroczo wystrojoną kuchnię… Tutaj trzeba przyznać, że Chuliganka  (tym razem) nie dałaby rady bez takich dwóch co spadli nam kiedyś z nieba, bo ich wielka niedźwiedzica wystraszyła. I dobrze, że spadli, i do Ghebi wpadli, bo takiego zapału i takiego tempa pracy jak przy nich to Racha chyba jeszcze nie widziała*. Warsztat był wszędzie, na balkonie i na podwórku, w kuchni i w sypialni, od świtu do nocy. I były chęci, szczere i jasne jak błysk wpatrzonych w ekipę budowniczych 4 par oczu.

Na szczęście tutaj budować można wiele. Płotów, stajni i wspaniałych relacji…bo życie tarczą szlifierki się toczy.

Kravatkowe wariacje

Wstawanie nie należy do naszych ulubionych, no może z wyjątkiem Bebito i Pitucha (koguta). Za to wskakiwanie do kravatek (łóżek) wieczorową porą, to to co małe i duże Chuligany lubią najbardziej. To momenty kiedy tworzą się wyjątkowe historie. Historie do poduchy i z do zrywania boków. Wieczorami górna komnata potrafi zamienić się w dyskotekę, salę gimnastyczną, salon gier i zawsze, bez wyjątków scenę komediantów. 

dsc_0213

Nie było tak zawsze, bo pamiętamy jeszcze czasy kiedy chłopcy bez końca przedłużali mycie nóg, jedzenie kolacji i pójście na górę. Jednak te czasy kiedy malcziki (chłopcy) trzeba było zaganiać na wierch minęły już bezpowrotnie. Teraz kładą się do łózek wręcz za wcześnie, bo polubili przytulną atmosferę przemeblowanej „górnej komnaty”, która przy rozpalonym do czerwoności piecyku  (z pewnością wiecie już, że Chuliganka ma niesamowitą smykałkę do ognia…) i połączonych łóżkach jest idealnym polem do poduszkowych bitew i fikania koziołków. Łóżka często są przestawiane, a układów było u nas wiele. Obecny układ 3 na 3, czyli Vasiko, Ivane i Rostoma po lewej nazwani Patara Ghebi* i Chuliganka, Msiaiara i Otiko po lewej jako Ghebi. Rostoma uwielbia przeskakiwać z jednej kravatkowej wioski do drugiej, udając batmana lub wślizgiwać się po ciemku i straszyć łaskotkami wykrzykując “Myszka, Myszka”, kiedy pisk Msisiary wywołuje salwy śmiechu. Jednak najulubieńszy i najmojszy układ to 4 na 2, gdzie jedno łózko stało puste, a nocami miały miejsce dantejskie sceny zazdrości pomiędzy Rostomą i Otiko. Kto śpi z Ivane, a kto między Chuliganką a Msisiarą.  

Kiedy pewnego razu w górnej komnacie znalazł się stary wózek (po wizycie córki Mariki Xatii z meżem i małą Tamarą) przetestowaliśmy grata i po przejażdżce z Rostomą a potem Otiko, o mały włos nie wylądował w nim 14-letni wówczas Ivane. Innym razem sprężynowe łóżka posłużyły nam za ‘trampolinową’ arenę podczas bitwy butelkami mzave zchali (woda mineralna, zawsze pochowana w materacach) i tak rozhuśtały sufit, że pseudo-kryształowa lampa zaczęła spadać Marice na głowę nie wspominając o tonach kurzu z sufitu w dolnej komnacie. Kiedy Marika dotarła na vierch, wyglądając jak rozwścieczony Chopin po koncercie, nie pomogło zgaszone światło i udawane chrapanie, dostaliśmy wtedy gruźińsko-polsko-rosyjskie OPR.

Teraz kiedy wieczorami sytuacja nabiera rozpędu, jak podczas rzucaniem popcornem, na podniesiony głos Marki w nizu i hasło “Marika idziot” wszyscy jak jeden mąż, nakrywają po uszy sabani (kołdry) i chrapią głośniej niż Vasiko w oryginale.

20161011_213017

Dlatego rozmowa telefoniczna w godzinach kravatkowych (21-23) jest praktycznie niemożliwa o czym przekonał się niedawno nasz przyjaciel Józek i grozi rykoszetem. Nawet powtarzany z uporem maniaka ciumat (cisza) nie daje oczekiwanych efektów. A kiedy szał ciał ustaje z powodu bolących brzuchów i gardeł, Rostoma nigdy nie przegapi możliwości zarzucenia ostrej riposty:

– Szto eta za bardach? Ugładzi male!(Co to za bałagan? Posprzątaj i to szybko)- Władczym i nieuznającym sprzeciwu tonem Rostoma naśladuje pilnującą porządku Chuligankę. Rozbrajająca mina starego wygi kiedy z satysfakcją wskazuje na łóżko Msisiary. 

20161011_211124

*Patara Ghebi to mniejsza część wioski leżąca po drugiej, lewej stronie Rioni.

„Crecker” tudzież „Cake”

20160927_154357

PL + EN!!!

Szkoda było żegnać naszego rubasznego Craiga. Może raczyńskie wiatry przywieją go znów w skromne progi Naszej Rodzinki, bo dobry z niego wariat. Nic dziwnego, że trafił do nas przez przypadkową pomyłkę lub pomylony przypadek, bo my jesteśmy po prostu takim niepospolitym, Szefoskim przypadkiem. U nas radość wybucha nagle i nierozmyślnie, bo życiu dajemy płynąć nieokrzesanie jak Rioni śmiejącej się odblaskami słońca. I dobrze nam było z szerokim uśmiechem Craiga, błyskającym spomiędzy gęstej i długiej (jak stąd do Nowego Jorku) brody, kiedy patrzył na fikającego jak młody koziołek – Rostomy chuligana:

-Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi – siedząc przy piecu powtarzał podchwycone u nas poranne hasło obowiązujące przed szkołą. A Rostoma szukał niebrodatego miejsca na policzku, żeby wlepić mu buziaka.

14446417_521786284695034_761619123_o (1).jpg
Przez tydzień opanował władanie toporem, aż pewnego dnia wraz z Vasiko zasypali podwórko górą szeszy (drewna). Próbował nawet przekonać chłopców, żeby układali drewno podając je sobie z rąk do rąk- chłopcy od razu powiedzieli, że tak jest wolno, niewygodnie i okropnie nudno:

– Ehhh i jak ich zagonić do pracy? Po 3 minutach robi się nudno i albo uciekają albo zaczynają szaleć…- w głosie Craiga zabrzmiała nutka rezygnacji, ale i tak się chłopak nie poddał. Wtem na zarządzenie Chuliganki, żeby część szeszy przenieść do górnej komnaty, Rostoma nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmił:

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i tak male na vierch!- tłumaczy gestykulując żywo: „Drewno na górę? ha! Mam idealny plan! ja i Otiko na balkon, Craig na dole. Ja wezmę wiadro na linie i szybko się będzie wciągało!” Jeszcze pięć minut temu Craig dumał jak zagnać małych chuliganów do układania drewna, bo po chwili tracili zainteresowanie. Nagle musiał stosować uniki niczym w ringu bokserskim, bo wokół jego głowy fruwało wiadro pełne szczapek. A w głosie brzmiała już tylko nutka rozbawionego niedowierzania.

20160927_154443

Tak jak my nie potrafił oprzeć się ciepłym kartoszkom i puri (chleb) z masłem. I stał się nieposkromionym zjadaczem placka na matsoni (Szybki placek na kwaśnym mleku (lub jogurcie)- nasze dzieci w kuchni.), nawet choroba nie była w stanie powstrzymać jego łakomstwa.  Przetrwał chrzest bojowy, czyli przejażdżkę z Chuliganka na Coryi. Ba! Nawet nie krzyczał gdy pokaźna gałąź orzecha wysadziła go z siodła, bo przecież nikt nie powie, że Craig spadł z konia. Przeżył także zjadliwego wirusa grypy żołądkowej i tylko byk go nie pogonił (Jak byk gonił Msisare)
– Crecker sadari (gdzie)? Było słychać wszędzie i co chwilę. Craig jako pierwszy z naszych gości został zaproszony przez starszych chłopaków z sąsiedztwa na wieczorne męskie pogaduszki pod latarnią. Co oznacza tylko jedno- jest Nasz (Chemi Family).

Wiec wracaj Craig, kiedy zatęsknisz za kartoszkami i plackiem i wieczorami z naszymi chuliganami i ich buziakami!

14407950_520969738110022_164605722_o.jpg

This time in English as well. For Craig and his family.

It was sad to bid farewell to our jolly Craig. Perhaps the winds of Racha bring him back to the modest doorsteps of Our Family, because he is good bonkers. It wasn’t unusual that he found us because of an accidental mistake or a mistaken accident, we are simply a one-big-special God’s mishap. We let joy flare suddenly and unthinkingly, just the way we let the life flow. Fast as river Rioni, full of sun blinking laughter. And we liked his wide smile showing up in the midst of thick and long (like from here to New York) beard, when he watched Rostoma jumping around like a young „billy”:

– Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi (give a kiss, kiss) – Sitting next to the fire place he was repeating our morning/before school motto, while Rostoma was searching for a no beardy place on his cheek to give him a kiss.

14438987_524103307796665_502371334_o.jpg

In a week he mastered the art of the ax untill one day him and Vasiko covered the whole yard with a massive pile of szesza (wood). Then he tried to convince the boys to calmly pass the wood pieces from hand to hand (…hahahaha, good try), but they didn’t like this idea- it was too slow, too boring and no fun at all.

– Ehhh, little chuligani, it is so hard to make them work and not run away after 3 minutes…- there was a note of disappointment in his voice, but he didn’t give up. Then, when Chuliganka ordered some wood to be brought upstairs to our  bedroom, Rostoma stopped everyone to tell his master plan and everything changed…

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i o tak, male na vierch!- he was explaining drawing funny air pictures with his hands: „Wood upstairs? I have the best idea! Me and Otiko on the balcony, Crecker downstairs. We take a bucket on a rope and pull the wood up, fast and cool!” So when few minutes before Craig had been wondering how to keep the boys interested in piling up wood, suddenly 10 minutes later he was escaping the flying bucket and looking with disbelief on the balcony getting quickly covered with wood.

Just like us, he couldn’t resist warm kartoszki (potatoes) and puri (bread) with butter. He also become an unstoppable Matsoni cake devourer, even the illness didn’t stop him! He passed the baptism of fire, which was a ride on Coriya with Chuliganka. Well, he didn’t even make a noise when a huge branch put him out of the saddle. And did anyone ever say he fell of the horse? He coped with the vicious virus of stomach flu and the only thing he missed was a bull chase and Kirtishio glacier (now that we know this, you have to come back!)

-Crecker sadari (where)? We could hear all the time. Craig was the very first guest who got invited to the evening hang out with the older boys. This means only one thing- he is already Ours (Chemi)

So come back Craig whenever you miss evenings with kartoszki and cake, with our chiluganis’ kisses.

20161001_143128

 

Chok burti, tenis w kaloszach

W Ghebi jest zasadniczo więcej chłopców niż dziewczynek. A gdzie dużo chłopców, tam dużo energii i często niekończący się zapał sportowy. Dla dzieci w wiosce, sport to więcej niż sposób na spędzenie wolnego czasu. Boisko szkolne to przede wszystkim punkt spotkań towarzyskich dla młodzieży. To miejsce, gdzie można odpocząć od ciężkiej pracy w polu i pomarzyć. Na przykład o kopaniu piłki nożnej z Messim lub meczu tenisa z Djokovicem. Najbardziej popularnym i lubianym tutaj sportem jest oczywiście piłka nożna oraz barba (zapasy). To mało ’nakładowe’ sporty, które dzieci mogą uprawiać w tutejszych warunkach, wystarcza sala gimnastyczna z materacami, boisko i piłka.  

Kiedy pewnego słonecznego dnia, podczas wycieczki pod Sartsividziri chłopcy postanowili zagrać w swoją wersję chok burti czyli improwizację tenisa (odbijanie pustej plastikowej butelki patykami), wykazali się niezłą kreatywnością i… butelkowym serwem. Chuligance i Msisiarze przemknęło wtedy przez myśl, że rakiety miałyby tutaj duże powodzenie, ale nie zmieściły się wtedy na liście priorytetów.

tennis.jpg

Dzięki inicjatywie naszych wspaniałych znajomych z Poznania, tydzień temu w torbach Msisiary do Ghebi zajechały 2 małe piłki nożne i pierwsze w wiosce rakiety do tenisa. Inauguracyjne zapoznanie się z nowym sprzętem przypadło na piątkowe popołudnie. Pogoda dopisała, bo w Ghebi na błękitnym niebie górowało tylko słonce i ośnieżone szczyty Shody i Mohamesha. Na boisku szkolnym przesiadywała akurat grupa starszych chłopców, która na widok młodszych Otiko i Lashy, chcących przejąć na chwilę boisko i przerwać ich podrygi z piłką zareagowała typowym protestem. Tenis? – eee, pirveli futbol!!! Wystarczyła „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Msisiary i Chuliganki i starsi chłopcy natychmiast odstąpili boisko.  Ciekawość wzięła górę i chłopcy postanowili, że na 10 minut mogą odstawić piłkę nożną, żeby Otiko i Lasha mogli sobie poodbijać.

Pierwsze kilka nieśmiałych serwów przełamało lody i po chwili trzeba było pilnować, żeby sprawiedliwie każdy miał swoje pięć minut. Znalazła się nawet resztka starej siatki, trzymana z jednej strony przez Msisiarę i boisko zamieniło się na ponad godzinę w prowizoryczny kort.

_DSC39601.jpg

Zabawy i okrzyków radości było co nie miara. Chłopcy na przemian z piekielnie mocnymi piłkami (siły u nich nie brakuje) puszczali równie diaboliczne miny. Patrząc na ten zapał, ciekawość i oddanie, nasze wszystkie pytania i wątpliwości odpłynęły prędko z nurtem Rioni. To nieważne, że nie mamy jeszcze siatki, że jest tylko 1 para rakiet, że trzeba się jakoś zorganizować, znaleźć czas i gruzińskiego pomocnika do nauki. To co, że w walonkach. Nawet jeśli nasz Ghebiński klub to teraz tylko 10 minut odbijania piłki ponad trzymaną w rękach siatkę, to nieopisana radość i niepowtarzalna możliwość rozwoju dla tutejszych dzieciaków. Bo robią coś nowego, bo uczą się słuchać, uczą się ufać, otwierać na nowe i kto wie, może rosną tu nowi mistrzowie Wimbledonu…

Pierwszy dzwonek i Vasiko

dsc_0352

Z roku na rok szkoła w Ghebi szczupleje. I nie jest to spowodowane niżem demograficznym. To wynik ucieczki młodych ludzi i całych rodzin z ostatniej wioski nad brzegiem Rioni. Kto może wyjeżdża, a liczba uczniów stale maleje.

Dzisiaj wraz z dźwiękiem pierwszego dzwonka, w Ghebińskiej 12-klasowej szkole pojawiło się 39 uczniów, w tym tylko 4 pierwszoklasistów. To pokazuje najlepiej jak szybko starzeje się wioska, a tym samym zamiera. Wcześniej wspominaliśmy, że poziom nauczania nie daje wielkich szans na rozwój i dalszą edukację dzieci. Kolejny problem wioski, to kompletny brak organizacji czasu pozaszkolnego dla dzieci, brak kółek zainteresowań, korepetycji i grup wsparcia dla uczniów z problemami edukacyjnymi.

W pierwszy dzień szkoły, w domu wraca temat niedokończonej edukacji Vasiko, niestety tak jak przewidziała Chuliganka, to był kilkudniowy zapał, który rozmył się jeszcze szybciej niż się pojawił. Ivane wywiązał się z obietnicy i bez żadnych oporów pomknął w znajome mury. Vasiko jednak nie chce słyszeć o powrocie do szkoły , po pierwsze jego samoocena jest bardzo niska , pomimo, że lubi się szczycić i popisywać przed kolegami co to on nie potrafi. Po drugie nie ma w nim kompletnie chęci aby podjąć jakiekolwiek wyzwanie , nawet jeśli chodzi o naukę czynności całkiem normalnych w wiosce i nawet tych, które przystoją dorosłemu mężczyźnie. Jego niechęć wynika jednak nie z lenistwa , to jest tylko 20% jego reakcji. Zachowanie Vasiko wynika z tego, że nigdy w życiu nie był chwalony a wręcz odwrotnie, czegokolwiek się podjął i próbował  zawsze był poniżany i karcony przez wciąż pijanego ojca. Każdy z nas wie , że gdy podejmujemy się nauki czegoś nowego , normalnym jest, że nie robimy tego od razu doskonale lub nawet dobrze. A Vasiko jak każde dziecko lubi i potrzebuje być chwalony i motywowany. Chłopak tak przyzwyczaił się i polubił nasze pochwały, że czasem gdy nam się wydaje, że wykonał właśnie coś tak zwyczajnego i naturalnego on wzrokiem dopomina się pochwały. „Głód” akceptacji w tych dzieciach jest czymś co napędza nas codziennie i naszą motywację.

Na Chuligankę czekała tego dnia niespodzianka z samego rana. Maluchy bo tak nazywamy czasem Otiko i Rostomę, poprosił,y by ta poszła z nimi na rozpoczęcie szkoły, nie jako specjalny gość ale po prostu jak członek rodziny , jak po części przyszywana mama. To chyba pierwszy raz , gdy „bezoporowa” kobieta lekko się zawstydziła, tym bardziej, że oczy chłopców krzyczały – „nie przyjmujemy odmowy i żadnego tłumaczenia”. Cóż pozostawiła więc chłopcom prawo wyboru w co ma się ubrać, żeby było odpowiednio i żeby nit na nią „krzywo nie patrzył”. Ivane był równie zaskoczony jak Chuliganka i z lekką nutka obawy, zapytał:

  • ale nie pójdziesz do mojej klasy????

  • spokojnie, nie bój się, nie narobię Ci obory przy kolegach. Ja tylko będę na apelu. I tak też się stało….

A maluchy cóż, przechadzały się dumnie jak pawie, bo dotąd nikt z rodziców nie był na ich rozpoczęciu szkoły.

Życie bardziej niż ‚mojsze’

Przepraszamy naszych czytelników za przestój na blogu. Nie myślcie Kochani, że nie mamy o czym pisać, lub że nic się nie dzieje w Naszej Rodzinie. Wręcz przeciwnie, nasza nieobecność w tym miejscu jest podyktowana intensywnością działań i prac w domu i po za nim.

Jak zapewne wiecie zwariowany tandem Msisiara – Chuliganka jest chwilowo w rozłące, to wcale nie znaczy, że cały ten przedziwny „mechanizm” traci na działaniu lub sile. Dziewczyny tak podzieliły się rolami, że każdej dobrze jest w jej „ubraniu” jednak jak tylko mogą uzupełniają się nawzajem. Czasem mam wrażenie, że ich trybiki pracują nawet lepiej na odległość.  Bywa, że jedna pomyśli, a druga już ubiera to w słowa- niesamowita jednorodność celu i myśli. Do tego tempo ich życia, wyzwań i prac nabrało takiej prędkości, że czasem wieczorami lub w głębokiej nocy słychać na łączach światłowodów, niczym ryk bolida F1 – „damy radę!!!” I jedyne na co zdarza się narzekać dwóm „Sulelebi”(wariatkom), to zbyt krótka doba. Dla nich, każda długość dnia zawsze będzie za krótka.

Sytuacja w domu: po dwóch dość poważnych kryzysach Chuliganki, gdy rozsądek podpowiadał jej – wyjeżdżaj, głową muru nie przebijesz… Atmosfera wreszcie się uspokoiła. Powód zwątpienia ten co zawsze – najstarszy z chłopców i matka, która nie może przeciąć przysłowiowej pępowiny. Jak na razie do Mariki nie dociera tłumaczenie, że pozwalając mu na wszystko i nie wymagając niczego, wyrządza mu więcej krzywdy niż pożytku. Ostatni kryzys był poważny. Gdyby nie fakt, że koniec końców to serce rządzi Chuliganką, a Kasia-Msisara wie, co pobudza je do życia, ten blog i Nasza Rodzina stałyby pod znakiem zapytania. Trzeba koniecznie wspomnieć, że Msisiara potrafi wyciągnąć za uszy i podnieść skrzydła swojej kompanki. I choćby Chuliganka nie wiadomo jak twardo broniła swojej „najmojszej racji”, to w emocjonalnie trudnych sytuacjach słucha drugiej połowy tandemu. Mechanizm działa w obie strony. Jak w zegarku, jeden tryb nakręca drugi, popycha kolejny, wspierając wszystkie części, trybiki i drobinki. Tyk, tyk, tyk, tykają dalej.

A teraz do rzeczy: nadal trwa gorący okres sianokosów, jak dotąd mamy zebrane 4 tiwy (olbrzymie stogi), potrzebujemy jeszcze drugie 4. Koszenie i stawianie takiego stogu trwa, przy zaangażowaniu 4 chłopców min 10 godzin codziennie,  3-4 dni. Po ostatniej ‚trzeciej wojnie światowej’ czyli wojnie z Wasiko, młodsi chłopcy postawili brata pod ścianą, wymusili na nim współpracę i dostosowanie się do zasad panujących w domu. Efekt? Bez marudzenia, krzyków, fochów codziennie o 7 wstaje i chodzi z Ivane w góry kosić, a maluchom kazał póki co zostać w domu i pomagać kobietom. W nich jest siła, trzeba dać tylko prawo głosu Naszym Biczebi (chłopcom). Z odpowiednim nadzorem oczywiście.

Ostatnie dwa tygodnie Marika też zaskoczyła i zaczęła chodzić na przyspieszonych obrotach. A to zaprawy na zimę, a to goście, a to znowu trzeba nadążać za nowymi pomysłami Chuliganki. A ta jeżeli już coś wymyśli, to nie ma zmiłuj zanim nie będzie zrobione ‚do końca’. Toasty pijemy ‚do końca’, prace też robimy ‚do końca’. Nawet dzieci to wiedzą. Tak więc Marika przestała już stawać okoniem. To co, że zapłon ma jeszcze czasem opóźniony, najważniejsze, że się stara i dotrzymuje tempa. Efekt? Posiłki dla dzieci na czas, wcześniejsze wstawanie, wieczorne planowanie kolejnego dnia i ………..

REMONT ściany za piecem!!! czyli sztuka kompromisu

14341862_518415838365412_1295255005_n

 

Ściana za piecem od dawna spędzała nam sen z powiek i niszczyła zdrowie rodziny, a zwłaszcza Otiko. Przez mieszkającego w niej grzyba Otiko od małego łapie zapalenia płuc od czego ma zdeformowaną klakę piersiową. Owszem remont dolnej „komnaty” był w planach ale raczej wiosennych, jednak Marika chciała chociaż tylko pomalować przybrudzone od pieca i sypiące się od grzyba ściany. Na co Chuliganka kręciła nosem, bo dla niej to znowu „leczenia syfa pudrem”.

14285574_518455725028090_1350176151_o– po co kupiłaś farbę?  do czego Ci emulsja? o nie! tym …. czymś nie będziemy tutaj malować, te ściany musza oddychać, schnąć, kobieto wałkowałyśmy ten temat pół roku a ty … eh znowu nie konsultujesz

– zakryje trochę te obrzydliwe ściany. Do wiosny wystarczy…

– ok ale zrobimy to po mojemu

Vaime deda (o matko)!!! Ty wytaszczysz mne mozg !!! ( ty wyciągniesz mi mózg) no ok, jak chcesz, ale nie dzisiaj. Xwal*(jutro) …

– A dlaczego nie dziś? Za 4 dni znowu mamy gości a  ja, jak wiesz mam jeszcze inną robotę. Jak można, trzeba działać! pogoda nam dopisuje więc musimy się uwinąć w 3-4 dni

  • Raooooooo??????????????? (Cooooo) 3-4 dni? pomalujemy w dwa – w tym momencie Marika wymiękła. Zdała sobie bowiem sprawę, że darowizna narzędzi z Polski, która tak bardzo ucieszyła dzieci i Chuligankę, to  znak wielkiej domowej rewolucji. Czyli będzie dym, tym razem dosłownie, a na to Marika patrzy z przerażeniem. Jednak wie, że nie ma odwrotu. Zadania podzielone : Chuliganka przejmuje komnatę, Marika zajmuje się zabezpieczeniem jedzenia na 2-3 dni dla chłopców w góry i dla reszty rodziny, bo piec będzie wkrótce odłączony.

– Ok wszystko mamy, to ty teraz idź jeszcze do sklepu a ja się zabieram do roboty- wygania Chuliganka. To jest ten moment, którego niestety Marika nie przewidziała. Łobuz-Hardcore-Demolka wpada z ciężkim sprzętem i zabiera się do gruntownego oczyszczania ściany, czyli skrobania, odkuwania i szlifowania. Otiko i Rostoma otwierają oczy ze zdziwienia, gdy Chuliganka wyłania się z kłębów pyłu. Po godzinie wraca Marika z wioski i …. kapituluje.

  • Rozumiem teraz dlaczego kazałaś mi spać na górze i wynieść telewizor. Koniec świata!!! Marika jednak zaczyna wreszcie dostrzegać jak głęboko „zakorzeniony” jest problem i ile jest do zrobienia. Dwa dni mijają w gruzie i pyle. Jednak od razu widać pierwsze efekty, a to  daje jej siłę i powód do dumy przed odwiedzającymi, ciekawymi hałasu sąsiadami. Nawet fakt, że posiwiała od ton pyłu we włosach nie jest w stanie przyćmić jaśniejącej satysfakcji. Wasiko i Ivane też są pod wrażeniem, a sprawia, że ich kosy suną ramię w ramię. Motywacja dyktuje im tempo pracy.

13920154_501075900099406_3389672795120611150_o

W trzeci dzień czas zamienić się miejscami na stole. Chuliganka uzbrojona w szlifierkę ustępuje miejsca Marice z wodą z mydłem, a następnie z wałkiem i pędzlem. Wszystko działa jakby powiedziała Msisiara – ideolo! Kiedy Marika pochłonięta jest malowaniem, Chuliganka nadrabia obowiązki matki i przygotowuje chłopców na pierwszy dzwonek po wakacjach. Tak to już jutro …

 

 

 

 

2 lata temu

Dokładnie 2 lata temu, kiedy po raz pierwszy poznałam te dzieciaki, poczułam mieszankę nadziei i niepewności. Nadzieję, że jakoś się to życie ułoży, że Szef to trochę załatwi i wrócę pomalować z nimi kolejne kamienie. Może było jeszcze za wcześnie żeby zrozumieć, że te mieszane uczucia to niewiele więcej niż chęć odwagi by robić to co dyktuje serce. Nie zważając na przeszkody i konwenanse, na lata oczekiwań i życzeń od znajomych. I słuchając uważnie jak wiatr gra czasem na strunach przeznaczenia, puszczając w tan szanse i rozpryskując szczęścia łut.
W 10 urodziny mojego brata robiłam w Ghebi to zdjęcie wspólnych życzeń, bo nie mogłam być z nim. Kuba właśnie kończy 12 lat i wiem, że tym razem go wyściskam. Choć jeszcze nie wie, że zobaczymy się za chwilę (bo szykuje się niespodziankowa imprezka), to wie, co trzeba robić kiedy dyktuje nam coś serce. Trzymać się mocno razem i pamiętać, że “damy radę”. Teraz odliczam dni i godziny kiedy w Ghebi, z chłopakami zapiszemy to razem na kamieniach. I minuty do tegorocznego “Sto lat Kuba”

 

[EN] Exactly 2 years ago, when I first met these kids I had a mix feeling of hope and uncertainty. That the life and God will somehow, magically bend my path to paint stones with them again. Perhaps, it was too early to realise, that this vague feeling was nothing more than need of courage to say what I really want. Against all the odds and convenances, years of expectations and best wishes form my loved ones. And listening carefully how the wind plays the song of destiny spinning chances and dropping luck.
It was my brother’s 10th birthday when I took this picture and I couldn’t be there with him. So we sent him Polish “happy birthday” wishes from Ghebi. He is turning 12 now and I knew I have to be there for him. He doesn’t know that we meet in couple of hours yet (surprise party) but he knows what we do when we have a need in the heart. Stay strong together and say “damy radę” (we get there). Now I am counting days and hours till I am in Ghebi and we can write this in stones. And minutes till this year’s “Sto lat Kuba”

IMG_6759.JPG