Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

DSCF1180

Koniec lutego, a wiosna już depcze zimie po piętach. Przegania chmury, sadza słońce na podniebnej grzędzie, a nam każe szybko zdejmować kurtki i dodatkowe skarpety. Konie równie chętnie zdejmują swoje zimowe futra, oblepiając nas pajęczyną miękkiej sierści. Uszy już im się trzęsą na myśl o kiełkującej młodej trawce. Jeszcze nie minęła połowa marca (nie wspominając nawet o kalendarzowej wiośnie), a po śniegu pozostały tylko żałosne plamy. Na ulicach zawitały świnie, ulubiony, ruchomy cel Biczuny (ulubiony pies Chuliganki), a w winnicach pokazali się panowie przycinający zeszłoroczne pędy. Szybka i ciepła wiosna wydłuża okres wegetacji. Pozwala na uprawę winogrona, owoców i ciepłolubnych warzyw.  Pozwala na szybsze odpuszczanie zwierząt i mniejsze zużycie siana. O uprawie winogron i tak wczesnych sadzonkach w Ghebi możemy tylko pomarzyć. Niby to tylko 1000m wyżej i tylko 60 km dalej, ale czas wegetacji skraca się tam niemal o 3 miesiące. Choć wcale nie daleko, Ghebi to jednak całkiem inny świat. Inny nie tylko ze względu na klimat.

SONY DSC

Nie ma co ukrywać, szybszą wiosnę powitałyśmy z otwartymi ramionami i ulgą. Malejąca kupka tivy (siana) spędzała nam sen z powiek, a możliwość kupna kolejnego stogu w okolicy okazała się prawie niemożliwa. W większości gospodarstw siano pod koniec zimy jest na wykończeniu. Znaczy, że albo nie sprzedają, albo po cenach jak za zboże. Spacery za końmi w samej bluzie, pośród rozkwitających łąk były nam potrzebne bardziej niż myślałyśmy. I nam i koniom. Trudno tylko stwierdzić komu bardziej spodobały się te wiosenne marsze. W pewnym momencie zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to my ich, czy one nas. Czy to właśnie nie konie zaczęły wyprowadzać na spacery nas. 

DSC_0131

Pierwsze próby odpuszczenia naszych 3 łakomczuchów na nocną wyżerkę w lesie przynosiły odwrotny skutek do zamierzonego. Kiedy my chciałyśmy, żeby zostały na łące, wracały. Kiedy chciałyśmy je sprowadzić do stajni, zostawały. My mówimy, zostańcie na górze. One schodzą na dół do cerkwi. My mówimy: „Dzieci, dzieci do doooooomuuuuu” (schodzimy do stajni). One zostają na najwyższej łące, fundując nam nocne podchody w błocie po kolana. Dobrze, że Biczuna lubi takie eskapady, bo bez jego pomocy, znalezienie czterokopytnych potworków skitranych w najciemniejszym kącie łąki graniczyłoby z cudem. Skoro już mowa o cudach, to kolejnego razu konisie postanowiły, że czas na wizytę na cmentarzu pod Barakoni. Wybrały jeszcze odpowiedni moment, żebyśmy nie spotkali się na drodze i kiedy my dotarliśmy na górę, spryciule były już na samym dole. Jamala nie bez powodu na drugie imię ma Franciszka (Franca), a Coriya nazywany jest także Cwaniakiem. Snow póki co jest w stadzie tylko Łasuszkiem-flejtuszkiem, ale niech nie zmylą Was te jego piękne czarne oczy w białej oprawie. W nim też płynie przekona Ghebińska krew! 

Kiedy słońce mocnej przygrzało, łobuzy trochę zaskoczyły i udało się je przekonać, żeby zostały na łące. 3 dni był spokój, po czym zaczął się kolejny odcinek cyrku. Tym razem pod tytułem “kowal” 

– Patrz, patrz! Podoba Ci się? – pyta wykładając na stół nowy topór.

– Pokaż, niech no mu się przyjrzę…- Msisiara robi minę toporowego znawcy i waży go w ręku

– Dobra i tak tylko udajesz, że się znasz. Daj lepiej, bo zepsujesz!-  Chuliganka już chce lecieć do ogrodu, zamienić polano akacji w stertę zapałek, ale przystaje w progu.

– Topór to nic, najlepsze jest to, ze mamy kowala, który nam potnie kopyta!

– Ja już sobie rano pocięłam, cążkami. 

– A ja właśnie muszę, bo mam już pazuryry – Chuliganka szuka żałoby za swoim pazuryrem – To jest gość od Tamaziego i może przyjechać po bazarze, bo w tygodniu pracuje. Musimy zadzwonić i sprowadzić konie. 

– O rany! Ideolo. 

Zadowolone z obrotu spraw, w myślach już zabrałyśmy się za przygotowywanie nali i lusmani (podków i gwoździ). Kowala, lub kogoś kto przytnie łobuzom kopyta szukałyśmy już od początku zimy. Szczęśliwe, że wreszcie znalazł się koński pedicurzysta, nie spodziewałyśmy się nadchodzących atrakcji. Nie minęły 3 godziny jak zadzwonił wujaszek Omari:

– Gosha, gdzie ty? Doma? Przychodzi bystra bysta. My idziom z Oni, loszadi na drogie!

– Sztooooooo?!?!?! Gdzie oni? Nasze loszadi w Oni?

– Niet, oni nie w Oni. Oni w Sori. Idiom na maszynie z loszadiami w mesce (razem). Przychodzi bystra!

– To gdzie wy scas (teraz)? 

– Tam gdzie most Muhli. 

– Kho idziom!

Pomieszanie z poplątaniem. W jednej rozmowie padły 3 miejscowości na przestrzeni 40km…Msisiara robi wielkie, pytające oczy, na co Chuliganka rozkłada ręce:

– ar vici… już sama nie wiem gdzie są. Gdzieś na drodze w stronę Oni. Oby to tylko było przy Mukhli, a nie przy Oni. 

– No nie gadaj, że france poszły do Oni!

– Nie, one już się szykują na powrót do Ghebi. Słyszały, że już się nie możemy doczekać, to same poszły 

– Hahaha. A jutro dzwoni Marika i pyta: Gdzie loszadi? A my, że odpuszczone na vierhu. A ona: a na pewno? Nie w Ghebi? 

Snując coraz bardziej wydumane scenariusze, które w rzeczywistości okazują się zdecydowanie mniej romantyczne niż w fantazjach, przemierzałyśmy kolejne kilometry. Trzeba odstawić łajzy w w bezpieczne miejsce. 

DSC_0120

Dwa dni nie minęły, a wieczorem odzywa się znajomy kowal z Tkibuli. Mówi, że nazajutrz będzie w okolicy i żeby szykować konie. Panie! Świetnie się składa, od samiuśkiego rana będziemy je szykować. Znaczy szukać, oczywiście. Od świtu Msisiara krąży po znajomych szczytach, Chuliganka sprawdza trasę na Mukhli, a tu znajomy zdzwoni z donosem. Drogie Panie gdzie wy? To tajne łamane przez poufne: Wasze konie do Likheti poszły. (7 km od fermy w stronę Svanetii)

– Warianta nie tu! Konie mają nas na podsłuchu! Wiedziały, że dziś kowal przyjdzie i bęc! Uciekły skubańce, byle im tylko tych paznokci nie ruszać.

– Nieeeee. Ja myślę, że Coriya gentleman zrobił dziś Jamali wycieczkę z okazji Dnia Kobiet…

– … oooo taaak, romanse pierdanse, szarmancik wziął Franciszkę do miasta. Restaurantshi gina, kho? (Do restauracji chcecie, tak) 

Do trzech razy sztuka. Za 3 dni sobota, kowal może przyjechać po bazarze. Z rana jedna idzie po konie, druga po kowala i Łukasza (takiego fajnego typa, który jara się na chodzenie za końskimi łajzami).  

– Halo halo! Ryba? Tu akwarium. Na łąkach pusto. 3 dni minęły i coś mi się zdaje, że france poszły na spacer. Tylko w którą stornę? Likheti czy Sori? 

– Wiedziałam! Franciszka Jamala nie odpuszcza. Dba o naszą kondycję fizyczną i odpowiednie cisnienie. Dzwoń do Likheti, może ktoś je widział. 

DSCF1143

Jak się szybko okazało, ktoś z Likheti widział je w Sori. Jakiś chłopak jeździł na białym koniu. A tutaj są tylko 2 białe konie: Snow i jeden, który właśnie grzecznie stoi w swoim ogrodzie w Likheti. Znaczy, że pędzimy do Sori. Msisiara piechotą, Gosia z Łukaszem prosto z lotniska na marszrutce. Ktoś zadzwonił, ktoś coś widział, ktoś coś wie. Tutaj wieści rozchodzą się szybko. Z jednej strony denerwuje brak anonimowości, że każdy wydaje się interesować twoim życiem bardziej niż swoim. Jednak podczas szukania koni pomaga.

Konie znalazła Chuliganka z Łukaszem. Stały zgonione, przywiązane w czyjejś zagrodzie, z poranionymi policzkami od tandetnego żelaztwa. Chłopcy chcieli sobie pojeździć. Zobaczyli konie to sobie wzięli. Kto wie ile by je zajeżdżali, bez wody i jedzenia. Może i lepiej, że to były dzieci, bo kto wie czy nie skończyłoby się na rękoczynach. Natychmiast zrobiło się zamieszanie, zeszło się z pół wioski, popatrzeć i porobić zdjęcia. Już udało się lekko załagodzić sytuację, wyprowadzić konie z zagrody, gdy z małego czarnego samochodu wyskakuje Msisiara z ogniem w oczach. 

– Panie, w czym problem? Po co te nerwy? Konie są po to, żeby na nich jeździć. A dzieci widzą konia, to chcą sobie pojeździć. Pojeździli i co? 

– Na swoim koniu można. To znaczy, że twoja krowa idzie ulicą i mogę ją sobie wziąć i wydoić? Znaczy, że stoi twój samochód przed sklepem i mogę sobie wziąć i pojeździć?!  Czego wy te dzieci uczycie?!? Złodziejstwa! 

Pierwszy raz w historii, Chuliganka musiała tamować buzujące nerwy Msisiary, tym razem w roli zbulwersowanej obrończyni zwierząt.

– Oj tam oj tam, u nas to normalne. O takie nic, tyle krzyku. 

– Jakie normalne?! Te konie są z Ghebi. Tam nikt nie wsiądzie bez pozwolenia na cudzego konia, a jak wsiądzie, uwiąże i będzie bez jedzenia trzymał to mu właściciel głowę odstrzeli! 

– A ty atkuda? (Skąd pochodzisz?)

– A jaka to różnica?

– Skąd jesteś?

– Nie ważne

– Ale skąd? Z Polski?

– Jaka różnica czy z Polski czy w Gruzji?!? Jaka różnica czy z kobieta czy mężczyzna?!? Taki sam człowiek jak ty!

  • A męża masz?

Tu już puściły Msisiarze nerwy i posłała lokalnego Katzune (gogusia), wygrzewacza ławki pod sklepem, na tri bukvy*

W Sori przez chwilę srogo się zakotłowało. 2 rozsierdzone Polki, 3 zmieszane konie, milczący chłopak, 2 chłopcy co się nie bali i konie za***, gromada gapiów i lokalnych speców od rozwiązywania problemów. Choć miało być to załatwione polubownie, policjant był nieugięty. Bez wizyty na posterunku się nie obędzie. Trzymająca spokojny fason Chuliganka spędziła resztę dnia zagłębiając tajniki policyjnych procedur. Zjechała w milicyjnej mankanie pół Rachy, od posterunku w Ambrolauri do Oni i z powrotem. Dokarmiana wafelkami napisała wypracowanie po rosyjsku “Dietskaya ashybka” do książki pisanej przez policjanta. Kolejny raz byliśmy świadkami popisu komunikacyjnej gruzińskiej myśli technicznej, gdy parę chwil po Chuligance na posterunku pojawił się ghebiński przyjaciel pędzący z pomocą w wyjaśnieniach. Wieści bez naszego i nie do końca wiadomym nam sposobem szybko zawitały w Ghebi. A Ghebi od razu wysłało swoją pomoc, po raz kolejny dając dowód jego pięknego serca. Choć wśród ghebinców nie brakuje sporów i waśni. Choć piętno naszych ułomnych ludzkich czynów w Ghebi także widne, za swoim stoją murem. Na podobieństwo swojego największego skarbu, trwają razem wspierając się wzajemnie w wzmaganiach z losem. Rosnąc w śród gór od swej mądrości wysokich, słuchają bicia ich potężnych serc, które jak nasze kruszeją smagane wiatrów losem.

DSCF1158

DSCF1182

Za zdjęcia i pomoc w oczyszczaniu nerwowej atmosfery dziękujemy Łukaszowi 🙂

*  na tri bukvy- poszedł na ch**

Reklamy

„Crecker” tudzież „Cake”

20160927_154357

PL + EN!!!

Szkoda było żegnać naszego rubasznego Craiga. Może raczyńskie wiatry przywieją go znów w skromne progi Naszej Rodzinki, bo dobry z niego wariat. Nic dziwnego, że trafił do nas przez przypadkową pomyłkę lub pomylony przypadek, bo my jesteśmy po prostu takim niepospolitym, Szefoskim przypadkiem. U nas radość wybucha nagle i nierozmyślnie, bo życiu dajemy płynąć nieokrzesanie jak Rioni śmiejącej się odblaskami słońca. I dobrze nam było z szerokim uśmiechem Craiga, błyskającym spomiędzy gęstej i długiej (jak stąd do Nowego Jorku) brody, kiedy patrzył na fikającego jak młody koziołek – Rostomy chuligana:

-Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi – siedząc przy piecu powtarzał podchwycone u nas poranne hasło obowiązujące przed szkołą. A Rostoma szukał niebrodatego miejsca na policzku, żeby wlepić mu buziaka.

14446417_521786284695034_761619123_o (1).jpg
Przez tydzień opanował władanie toporem, aż pewnego dnia wraz z Vasiko zasypali podwórko górą szeszy (drewna). Próbował nawet przekonać chłopców, żeby układali drewno podając je sobie z rąk do rąk- chłopcy od razu powiedzieli, że tak jest wolno, niewygodnie i okropnie nudno:

– Ehhh i jak ich zagonić do pracy? Po 3 minutach robi się nudno i albo uciekają albo zaczynają szaleć…- w głosie Craiga zabrzmiała nutka rezygnacji, ale i tak się chłopak nie poddał. Wtem na zarządzenie Chuliganki, żeby część szeszy przenieść do górnej komnaty, Rostoma nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmił:

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i tak male na vierch!- tłumaczy gestykulując żywo: „Drewno na górę? ha! Mam idealny plan! ja i Otiko na balkon, Craig na dole. Ja wezmę wiadro na linie i szybko się będzie wciągało!” Jeszcze pięć minut temu Craig dumał jak zagnać małych chuliganów do układania drewna, bo po chwili tracili zainteresowanie. Nagle musiał stosować uniki niczym w ringu bokserskim, bo wokół jego głowy fruwało wiadro pełne szczapek. A w głosie brzmiała już tylko nutka rozbawionego niedowierzania.

20160927_154443

Tak jak my nie potrafił oprzeć się ciepłym kartoszkom i puri (chleb) z masłem. I stał się nieposkromionym zjadaczem placka na matsoni (Szybki placek na kwaśnym mleku (lub jogurcie)- nasze dzieci w kuchni.), nawet choroba nie była w stanie powstrzymać jego łakomstwa.  Przetrwał chrzest bojowy, czyli przejażdżkę z Chuliganka na Coryi. Ba! Nawet nie krzyczał gdy pokaźna gałąź orzecha wysadziła go z siodła, bo przecież nikt nie powie, że Craig spadł z konia. Przeżył także zjadliwego wirusa grypy żołądkowej i tylko byk go nie pogonił (Jak byk gonił Msisare)
– Crecker sadari (gdzie)? Było słychać wszędzie i co chwilę. Craig jako pierwszy z naszych gości został zaproszony przez starszych chłopaków z sąsiedztwa na wieczorne męskie pogaduszki pod latarnią. Co oznacza tylko jedno- jest Nasz (Chemi Family).

Wiec wracaj Craig, kiedy zatęsknisz za kartoszkami i plackiem i wieczorami z naszymi chuliganami i ich buziakami!

14407950_520969738110022_164605722_o.jpg

This time in English as well. For Craig and his family.

It was sad to bid farewell to our jolly Craig. Perhaps the winds of Racha bring him back to the modest doorsteps of Our Family, because he is good bonkers. It wasn’t unusual that he found us because of an accidental mistake or a mistaken accident, we are simply a one-big-special God’s mishap. We let joy flare suddenly and unthinkingly, just the way we let the life flow. Fast as river Rioni, full of sun blinking laughter. And we liked his wide smile showing up in the midst of thick and long (like from here to New York) beard, when he watched Rostoma jumping around like a young „billy”:

– Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi (give a kiss, kiss) – Sitting next to the fire place he was repeating our morning/before school motto, while Rostoma was searching for a no beardy place on his cheek to give him a kiss.

14438987_524103307796665_502371334_o.jpg

In a week he mastered the art of the ax untill one day him and Vasiko covered the whole yard with a massive pile of szesza (wood). Then he tried to convince the boys to calmly pass the wood pieces from hand to hand (…hahahaha, good try), but they didn’t like this idea- it was too slow, too boring and no fun at all.

– Ehhh, little chuligani, it is so hard to make them work and not run away after 3 minutes…- there was a note of disappointment in his voice, but he didn’t give up. Then, when Chuliganka ordered some wood to be brought upstairs to our  bedroom, Rostoma stopped everyone to tell his master plan and everything changed…

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i o tak, male na vierch!- he was explaining drawing funny air pictures with his hands: „Wood upstairs? I have the best idea! Me and Otiko on the balcony, Crecker downstairs. We take a bucket on a rope and pull the wood up, fast and cool!” So when few minutes before Craig had been wondering how to keep the boys interested in piling up wood, suddenly 10 minutes later he was escaping the flying bucket and looking with disbelief on the balcony getting quickly covered with wood.

Just like us, he couldn’t resist warm kartoszki (potatoes) and puri (bread) with butter. He also become an unstoppable Matsoni cake devourer, even the illness didn’t stop him! He passed the baptism of fire, which was a ride on Coriya with Chuliganka. Well, he didn’t even make a noise when a huge branch put him out of the saddle. And did anyone ever say he fell of the horse? He coped with the vicious virus of stomach flu and the only thing he missed was a bull chase and Kirtishio glacier (now that we know this, you have to come back!)

-Crecker sadari (where)? We could hear all the time. Craig was the very first guest who got invited to the evening hang out with the older boys. This means only one thing- he is already Ours (Chemi)

So come back Craig whenever you miss evenings with kartoszki and cake, with our chiluganis’ kisses.

20161001_143128

 

Chok burti, tenis w kaloszach

W Ghebi jest zasadniczo więcej chłopców niż dziewczynek. A gdzie dużo chłopców, tam dużo energii i często niekończący się zapał sportowy. Dla dzieci w wiosce, sport to więcej niż sposób na spędzenie wolnego czasu. Boisko szkolne to przede wszystkim punkt spotkań towarzyskich dla młodzieży. To miejsce, gdzie można odpocząć od ciężkiej pracy w polu i pomarzyć. Na przykład o kopaniu piłki nożnej z Messim lub meczu tenisa z Djokovicem. Najbardziej popularnym i lubianym tutaj sportem jest oczywiście piłka nożna oraz barba (zapasy). To mało ’nakładowe’ sporty, które dzieci mogą uprawiać w tutejszych warunkach, wystarcza sala gimnastyczna z materacami, boisko i piłka.  

Kiedy pewnego słonecznego dnia, podczas wycieczki pod Sartsividziri chłopcy postanowili zagrać w swoją wersję chok burti czyli improwizację tenisa (odbijanie pustej plastikowej butelki patykami), wykazali się niezłą kreatywnością i… butelkowym serwem. Chuligance i Msisiarze przemknęło wtedy przez myśl, że rakiety miałyby tutaj duże powodzenie, ale nie zmieściły się wtedy na liście priorytetów.

tennis.jpg

Dzięki inicjatywie naszych wspaniałych znajomych z Poznania, tydzień temu w torbach Msisiary do Ghebi zajechały 2 małe piłki nożne i pierwsze w wiosce rakiety do tenisa. Inauguracyjne zapoznanie się z nowym sprzętem przypadło na piątkowe popołudnie. Pogoda dopisała, bo w Ghebi na błękitnym niebie górowało tylko słonce i ośnieżone szczyty Shody i Mohamesha. Na boisku szkolnym przesiadywała akurat grupa starszych chłopców, która na widok młodszych Otiko i Lashy, chcących przejąć na chwilę boisko i przerwać ich podrygi z piłką zareagowała typowym protestem. Tenis? – eee, pirveli futbol!!! Wystarczyła „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Msisiary i Chuliganki i starsi chłopcy natychmiast odstąpili boisko.  Ciekawość wzięła górę i chłopcy postanowili, że na 10 minut mogą odstawić piłkę nożną, żeby Otiko i Lasha mogli sobie poodbijać.

Pierwsze kilka nieśmiałych serwów przełamało lody i po chwili trzeba było pilnować, żeby sprawiedliwie każdy miał swoje pięć minut. Znalazła się nawet resztka starej siatki, trzymana z jednej strony przez Msisiarę i boisko zamieniło się na ponad godzinę w prowizoryczny kort.

_DSC39601.jpg

Zabawy i okrzyków radości było co nie miara. Chłopcy na przemian z piekielnie mocnymi piłkami (siły u nich nie brakuje) puszczali równie diaboliczne miny. Patrząc na ten zapał, ciekawość i oddanie, nasze wszystkie pytania i wątpliwości odpłynęły prędko z nurtem Rioni. To nieważne, że nie mamy jeszcze siatki, że jest tylko 1 para rakiet, że trzeba się jakoś zorganizować, znaleźć czas i gruzińskiego pomocnika do nauki. To co, że w walonkach. Nawet jeśli nasz Ghebiński klub to teraz tylko 10 minut odbijania piłki ponad trzymaną w rękach siatkę, to nieopisana radość i niepowtarzalna możliwość rozwoju dla tutejszych dzieciaków. Bo robią coś nowego, bo uczą się słuchać, uczą się ufać, otwierać na nowe i kto wie, może rosną tu nowi mistrzowie Wimbledonu…

Naturze trzeba czasem pomóc

– “Vai meeee! Nasze barany! Żyją?” – Na okrzyk Chuliganki wszyscy wyskoczyli z łóżek. Pomimo porannego chłodu, w którym czuć zapowiedź niedalekiej zimy z balkonu wyjrzeli Otiko, Rostomy i Msisiara w samych piżamach. Przy płocie stała nasza krowa z cielakami i barany oraz sąsiad, trzymający za nogi dwie maleńkie owieczki.

– “Vsio harasho!” (wszystko w porządku)- rozległo się po chwili niepewnego oczekiwania i na podwórku zaczął się poranny rozgardiasz

IMG_3880.JPG

Wczoraj nasza mała trzoda nie wróciła do domu. Zazwyczaj owce i krowy wracają wieczorem i czekają przy płocie, aż ktoś odprowadzi je na noc do boseli (domek dla zwierząt). Wtedy Marika lub Ivane doi krowę. Wczoraj jednak nasza trzoda nie pojawiła się. Nikt nie mógł już iść na poszukiwania zwierząt, bo pracy przy zaprawach na zimę, rąbaniu drzewa i przygotowywaniu domu na przyjazd gości było rzeczywiście dużo.  Dziś rano sąsiad idąc górną drogą znalazł nasze zguby i przyniósł nowo narodzone owieczki. Jedno z owczych bliźniąt urodziło się bez odruchu ssania i dużo mniejsze od drugiego, brakowało mu sił. Bez interwencji człowieka nie miałoby szans na przetrwanie. Drugie, z łatką na głowie jadło już samo i mogło zostać przy mamie. Słabe maleństwo znalazło się szybko przy piecu w dobrych rękach (Chuliganki).

dsc_0536

Msisiara przy zupie mlecznej dla chłopców, a Marika w boseli przy krowie. Człowiek nie zawsze może wszystkiego dopatrzeć, wszystko przewidzieć. Tym razem mieliśmy szczęście, że sąsiad trafił na nasze małe owce. Gdyby odeszły dalej w góry nie wiadomo czy małe w ogóle dotarłyby do domu. Chów zwierząt w tutejszych warunkach wymaga dużo pracy i sporo niepewności. Natury nikt nie oszuka, czasem może tylko odrobinę pomóc. 

Kiedy wyszło słońce, a mama owca leżała spokojnie postanowiliśmy spróbować przystawić maleństwo. Musi jak najszybciej nauczyć się ssać i stawiać pierwsze kroki przy mamie. Z początku palec Msisary i mleko podawane strzykawką przez Chuligankę musiało zastąpić maminą pierś. Zadziałało! Mała po chwili nabrała sił i zaczęła podnosić się na nogach. Kiedy mama owca wstała, z niecierpliwością obserwowaliśmy czy małej uda się dojść do piersi. Pomogło małe nakierowanie i po chwili maleństwo piło tłuste mleko bez naszej pomocy. Udało się! Przed nami kilka niepewnych miesięcy czy obie się utrzymają, ale pierwsze koty za płoty. 

Craig (nasz wspaniały wolontariusz) był zachwycony i asystował robiąc te piękne zdjęcia

IMG_3907.jpg

Pomiędzy liśćmi dzikich grusz

  • Widzę, że tutaj wszyscy cię kochają. Chyba cała wioska? – W przeciągniętym pytaniu słychać niedowierzanie.

  • Być może. A wiesz dlaczego? Bo szanuje nie tylko człowieka, ale i jego biedę i jego słabości.

DSC00960.JPG

Prawda jest taka, kocham tę biedę która wplata się w gałęzie dzikich grusz, kocham serdeczność, która odbija się głośnych echem pomiędzy ośnieżonymi szczytami. Kocham człowieka, którego zmęczony kręgosłup dogina kolejny olbrzymi stóg siana. I kocham jego uśmiech pomimo utrudzenia. Kocham gorący chleb, gdy garnek świeci pustkami. Kocham niezaradność prostego człowieka, bo ja też nie jestem mistrzem świata. Przecież nikt z nas nie jest. Kocham kobietę, która na widok strudzonego wędrowca biegnie z kawałkiem sera i masła, choć sama jutro być może nie będzie miała co zjeść. Kocham te dzieciaki w za krótkich spodniach, które oddadzą wszystko w zamian za poświęcony im czas. Kocham tych ludzi pachnących bydłem nie „diorem”, mlekiem nie pralnią lub najzwyczajniej zmęczeniem. A jeśli kocham tych wszystkich ludzi, to tak po prostu. Bez wyszukanych słów i górnolotnych wyznań. I przez to mogę ich zrozumieć i pomóc nie odbierając im tego, co oni kochają.

DSC00870.JPG

A miłość ta, to nic ponad uśmiech i serdeczne spojrzenie. To wspólna praca nie zważając na zmęczenie czy odciski, bo skoro oni są zmęczeni, to dlaczego ja nie powinnam być. To potrzymanie za rękę, poklepanie po plecach, przytulenie, wysłuchanie pomimo nieznajomości języka. To pochylenie się nad starcem, który być może nie mył się kilka dni i opatrzenie mu sączącej się rany. To każda minuta mojego dnia oddana drugiemu. W darze.

I niech nikt nie warzy się patrzeć na tych ludzi z góry, bo wydrapię mu oczy.

 

 

Życie bardziej niż ‚mojsze’

Przepraszamy naszych czytelników za przestój na blogu. Nie myślcie Kochani, że nie mamy o czym pisać, lub że nic się nie dzieje w Naszej Rodzinie. Wręcz przeciwnie, nasza nieobecność w tym miejscu jest podyktowana intensywnością działań i prac w domu i po za nim.

Jak zapewne wiecie zwariowany tandem Msisiara – Chuliganka jest chwilowo w rozłące, to wcale nie znaczy, że cały ten przedziwny „mechanizm” traci na działaniu lub sile. Dziewczyny tak podzieliły się rolami, że każdej dobrze jest w jej „ubraniu” jednak jak tylko mogą uzupełniają się nawzajem. Czasem mam wrażenie, że ich trybiki pracują nawet lepiej na odległość.  Bywa, że jedna pomyśli, a druga już ubiera to w słowa- niesamowita jednorodność celu i myśli. Do tego tempo ich życia, wyzwań i prac nabrało takiej prędkości, że czasem wieczorami lub w głębokiej nocy słychać na łączach światłowodów, niczym ryk bolida F1 – „damy radę!!!” I jedyne na co zdarza się narzekać dwóm „Sulelebi”(wariatkom), to zbyt krótka doba. Dla nich, każda długość dnia zawsze będzie za krótka.

Sytuacja w domu: po dwóch dość poważnych kryzysach Chuliganki, gdy rozsądek podpowiadał jej – wyjeżdżaj, głową muru nie przebijesz… Atmosfera wreszcie się uspokoiła. Powód zwątpienia ten co zawsze – najstarszy z chłopców i matka, która nie może przeciąć przysłowiowej pępowiny. Jak na razie do Mariki nie dociera tłumaczenie, że pozwalając mu na wszystko i nie wymagając niczego, wyrządza mu więcej krzywdy niż pożytku. Ostatni kryzys był poważny. Gdyby nie fakt, że koniec końców to serce rządzi Chuliganką, a Kasia-Msisara wie, co pobudza je do życia, ten blog i Nasza Rodzina stałyby pod znakiem zapytania. Trzeba koniecznie wspomnieć, że Msisiara potrafi wyciągnąć za uszy i podnieść skrzydła swojej kompanki. I choćby Chuliganka nie wiadomo jak twardo broniła swojej „najmojszej racji”, to w emocjonalnie trudnych sytuacjach słucha drugiej połowy tandemu. Mechanizm działa w obie strony. Jak w zegarku, jeden tryb nakręca drugi, popycha kolejny, wspierając wszystkie części, trybiki i drobinki. Tyk, tyk, tyk, tykają dalej.

A teraz do rzeczy: nadal trwa gorący okres sianokosów, jak dotąd mamy zebrane 4 tiwy (olbrzymie stogi), potrzebujemy jeszcze drugie 4. Koszenie i stawianie takiego stogu trwa, przy zaangażowaniu 4 chłopców min 10 godzin codziennie,  3-4 dni. Po ostatniej ‚trzeciej wojnie światowej’ czyli wojnie z Wasiko, młodsi chłopcy postawili brata pod ścianą, wymusili na nim współpracę i dostosowanie się do zasad panujących w domu. Efekt? Bez marudzenia, krzyków, fochów codziennie o 7 wstaje i chodzi z Ivane w góry kosić, a maluchom kazał póki co zostać w domu i pomagać kobietom. W nich jest siła, trzeba dać tylko prawo głosu Naszym Biczebi (chłopcom). Z odpowiednim nadzorem oczywiście.

Ostatnie dwa tygodnie Marika też zaskoczyła i zaczęła chodzić na przyspieszonych obrotach. A to zaprawy na zimę, a to goście, a to znowu trzeba nadążać za nowymi pomysłami Chuliganki. A ta jeżeli już coś wymyśli, to nie ma zmiłuj zanim nie będzie zrobione ‚do końca’. Toasty pijemy ‚do końca’, prace też robimy ‚do końca’. Nawet dzieci to wiedzą. Tak więc Marika przestała już stawać okoniem. To co, że zapłon ma jeszcze czasem opóźniony, najważniejsze, że się stara i dotrzymuje tempa. Efekt? Posiłki dla dzieci na czas, wcześniejsze wstawanie, wieczorne planowanie kolejnego dnia i ………..

REMONT ściany za piecem!!! czyli sztuka kompromisu

14341862_518415838365412_1295255005_n

 

Ściana za piecem od dawna spędzała nam sen z powiek i niszczyła zdrowie rodziny, a zwłaszcza Otiko. Przez mieszkającego w niej grzyba Otiko od małego łapie zapalenia płuc od czego ma zdeformowaną klakę piersiową. Owszem remont dolnej „komnaty” był w planach ale raczej wiosennych, jednak Marika chciała chociaż tylko pomalować przybrudzone od pieca i sypiące się od grzyba ściany. Na co Chuliganka kręciła nosem, bo dla niej to znowu „leczenia syfa pudrem”.

14285574_518455725028090_1350176151_o– po co kupiłaś farbę?  do czego Ci emulsja? o nie! tym …. czymś nie będziemy tutaj malować, te ściany musza oddychać, schnąć, kobieto wałkowałyśmy ten temat pół roku a ty … eh znowu nie konsultujesz

– zakryje trochę te obrzydliwe ściany. Do wiosny wystarczy…

– ok ale zrobimy to po mojemu

Vaime deda (o matko)!!! Ty wytaszczysz mne mozg !!! ( ty wyciągniesz mi mózg) no ok, jak chcesz, ale nie dzisiaj. Xwal*(jutro) …

– A dlaczego nie dziś? Za 4 dni znowu mamy gości a  ja, jak wiesz mam jeszcze inną robotę. Jak można, trzeba działać! pogoda nam dopisuje więc musimy się uwinąć w 3-4 dni

  • Raooooooo??????????????? (Cooooo) 3-4 dni? pomalujemy w dwa – w tym momencie Marika wymiękła. Zdała sobie bowiem sprawę, że darowizna narzędzi z Polski, która tak bardzo ucieszyła dzieci i Chuligankę, to  znak wielkiej domowej rewolucji. Czyli będzie dym, tym razem dosłownie, a na to Marika patrzy z przerażeniem. Jednak wie, że nie ma odwrotu. Zadania podzielone : Chuliganka przejmuje komnatę, Marika zajmuje się zabezpieczeniem jedzenia na 2-3 dni dla chłopców w góry i dla reszty rodziny, bo piec będzie wkrótce odłączony.

– Ok wszystko mamy, to ty teraz idź jeszcze do sklepu a ja się zabieram do roboty- wygania Chuliganka. To jest ten moment, którego niestety Marika nie przewidziała. Łobuz-Hardcore-Demolka wpada z ciężkim sprzętem i zabiera się do gruntownego oczyszczania ściany, czyli skrobania, odkuwania i szlifowania. Otiko i Rostoma otwierają oczy ze zdziwienia, gdy Chuliganka wyłania się z kłębów pyłu. Po godzinie wraca Marika z wioski i …. kapituluje.

  • Rozumiem teraz dlaczego kazałaś mi spać na górze i wynieść telewizor. Koniec świata!!! Marika jednak zaczyna wreszcie dostrzegać jak głęboko „zakorzeniony” jest problem i ile jest do zrobienia. Dwa dni mijają w gruzie i pyle. Jednak od razu widać pierwsze efekty, a to  daje jej siłę i powód do dumy przed odwiedzającymi, ciekawymi hałasu sąsiadami. Nawet fakt, że posiwiała od ton pyłu we włosach nie jest w stanie przyćmić jaśniejącej satysfakcji. Wasiko i Ivane też są pod wrażeniem, a sprawia, że ich kosy suną ramię w ramię. Motywacja dyktuje im tempo pracy.

13920154_501075900099406_3389672795120611150_o

W trzeci dzień czas zamienić się miejscami na stole. Chuliganka uzbrojona w szlifierkę ustępuje miejsca Marice z wodą z mydłem, a następnie z wałkiem i pędzlem. Wszystko działa jakby powiedziała Msisiara – ideolo! Kiedy Marika pochłonięta jest malowaniem, Chuliganka nadrabia obowiązki matki i przygotowuje chłopców na pierwszy dzwonek po wakacjach. Tak to już jutro …

 

 

 

 

Mgła i dzban

Czasem przychodzą momenty, gdy po stokroć zastanawiam się nad sensem tego co robię. To są te chwile, gdy czujesz jakbyś miała 1000 igieł w sercu, gdy płuca ściska, że oddychać nie możesz, a z oczu płynie Rioni łez bezsilności. To są te momenty, gdy pomimo, że widzisz rozmyte światło w dali,  jednak kontury celu i droga spowite są ponurą mgłą. Mgłą tak obrzydliwą, która oblepia twoje ciało, wnika i wypełnia trzewia. Ta mgła nazywa się kryzys.

Przyczyny kryzysów są różne, ale na pewno nie wynikają z obolałych kolan, z posiniaczonej skóry czy nadwyrężonych pracą mięśni. Ok zgodzę się zmęczenie ciała i umysłu potęguje te stany. Jednak są to chwile gdy serce i tak pęka jak pełny po brzegi dzban, który nie może więcej udźwignąć i to nie tylko samo ucho się urywa. Bo chciałby przyjąć i pomieścić jeszcze więcej i więcej, a wtedy ta jedna kropla może wszystko zniszczyć.

Kroplą bywa czasami (chwilowy tak naprawdę) brak jakichkolwiek efektów pracy. Kroplą bywa brak zrozumienia otoczenia. Kroplą bywa samotność w tym co robisz.  Kroplą bywa przewaga rozumu nad sercem, który w swojej ograniczoności tłumi okrzyki serca „rób to nie zważaj na nic i na nikogo, po prostu kochaj i rób”.

Niestety w tak gęstej mgle nie widać i nie słychać już nic. Tylko gdzieś w oddali, jak mantra tłuką się nuty „Didou nana”, ale nie smakują już jak dawniej.

mgla4

I nagle jak grom z jasnego nieba, z mgły tuż obok mnie, ramię w ramię wyłania się wyraźna postać w klasycznie obłoconych butach. Niczym anioł stróż, który tylko czeka, by dać mi kopniaka na zachętę, przytulić, wysłuchać aż wreszcie złapać mnie za rękę. Szepcze mi do ucha: choć babo nie wymiękaj, patrz tam jest jasny, ciepły i dobry świat. Tam kończy się mgła. No już, rusz się!

No i jest !!!! Faktycznie jest !!!

To miejsce, gdzie miłość rozświetla największe ciemności, to miejsce gdzie miłość poprawia poduszkę do snu dla małego Rostomy. To miejsce, gdzie miłość rozchyla usta Ivane do najpiękniejszego uśmiechu na świecie. Gdzie miłość ujmuje z pleców Otiko zmęczenie po całodziennym przerzucaniu siana. Gdzie miłość nosi wiadrami wodę z Vasico.

Ps. Ty już wracaj z tej cholernej Szwecji!!!!

 

 

Gaimeore: „damy radę”

Leżę w nocy nie mogąc spać, szczęśliwa, że olewam studia w Szwecji na rzecz rozkręcania projektu w Gruzji i w Ghebi, a w głowie huczy mi od pomysłów, planów i list rzeczy, które muszę zrobić. Kupić bagaż, odmowić mieszkanie w Szwecji, zrobić z Chuliganką listę potrzebnych rzeczy na zimę… wysłać jeszcze z 10 zaległych wiadomości… zrobić listę pomysłów na stronę…  przejrzeć dom pod względem starych narzędzi, które mogę przydać się w Ghebi… kurki i uszczelki, bo kran zawsze cieknie… przybory szkolne dla chłopców… liny, nasiona. Czy można kupić gruzińskie książki na kindle, żeby chłopcy mogli czytać na zmianę ze mną…. Myśli się po prostu nie kończą! Od paru dni jest urwanie głowy, śpię po 6 godzin (co dla mnie nie jest normalne), bo tyle się dzieje! Bo strony są w trakcie budowy i moderujemy je z Chuliganką na odległość, bo… ale w głowie zamiast gedzineba (spania) mam szał.

I nagle powracają do mnie słowa Rostomy – do 3 Octabra (października) jeszcze tak daleko…- i nie mogę się powstrzymać, i wyobrażam sobie jak tam dojadę i ich uściskam. I to będzie szczęśliwy uścisk. Nie ten, który teraz tak dobrze pamiętam, smutny albo bezsilny i bolesny, kiedy brakowało mi słów otuchy po polsku, a co dopiero po gruzińsku. Bo taka bezsilność boli i długo się ją pamięta. Kiedy szeptałam do małego zapłakanego ucha „będzie dobrze”, ale wiedziałam, że sama wcale nie jestem tego pewna. Teraz wiem co powiedzieć nam, sobie i nie tylko wtedy jak jest źle:

Gaime ore: Damy radę.= powtórz po mnie: Damy radę

11118625_379524565587874_3155004420298060713_oI to wcale nie znaczy, że teraz wiem, że wszystko jakoś cudownie się ułoży. wiem jedno : będzie ciężko, czasami nawet bardzo, ale poradzimy sobie. Ostatnie dni są najlepszym dowodem na to, że… to jest to. Cokolwiek jeszcze się zdarzy, jak się życie potoczy nam wszystkim, nie ma teraz innych planów. Plan jest jeden. Kilka razy w życiu, nie ważne jak dziwne decyzje podejmowałam, wiedziałam, że dam sobie rade i wiem jak cholernie budujące jest mieć taka pewność…wiem, jestem szczęściarą. I teraz zrobię co mogę, żeby chłopcy też poznali to uczucie, żeby wiedzieli co naprawdę znaczy „damy radę!”. Szczęściem trzeba się dzielić, bo to daje siłę, kiedy inni pukają się w głowę. Amen 🙂

Pozdrawiam, Wasza Msisiara

P.S. Chuliganka, dzięki, że we mnie wierzyłaś, że pójdę po rozum do głowy i nie będę sobie utrudniać życia tylko wrócę do Was jako najemnik od czarnej roboty, któremu płacisz w cukierkach 😉 serio dzięki.

20160529_185645.jpg

A stara Chuliganka powie tylko tyle – pamiętasz co wyryłam na kamieniu?

  • Bo widzisz moja droga,- wierzyć w drugiego człowieka, niczego nie oczekiwać , niczego nie chcieć w zamian – to jest ta prawdziwa miłość od Szefa, – i to jest pełnia szczęścia.           – Drzewo daje owoce …

PS. mam nadzieję, że mandatu nie dostałaś wczoraj za przekroczenie prędkości światła na rowerze?

Uwiąd, czyli jak zrozumieć Chuligankę

Trudny to typ, ale nie spod ciemnej gwiazdy. Kocha swój biały rower jak Jamalę i ma bzika na jego punkcie. Całe szczęście, że jest zupełnie nieprzydatny w Ghebi, bo już dawno by go tu przywiozła.

A bzik wygląda mniej więcej tak:

nie pozwala nikomu go dotykać, nie pożycza, poleruje go przynajmniej raz w tygodniu, jeździ na nim nie tylko dla przyjemności, z miłości do niego porzuciła wszelką komunikację miejską. I to naprawdę nie ma znaczenia czy Poznań czy Warszawa. Zacny rower zawsze stoi przy łóżku, jeśli pogoda nie sprzyja jeździ na nim w trenażerze.

Gdy pewnego dnia przeleciała nad samochodem, przestraszony kierowca zapytał czy coś się jej nie stało? W odpowiedzi, po 5 minutowych bluzgach i kolejnym 5 minutowych wykładzie z przepisów drogowych, usłyszał: tak! Zrobił mi pan ósemkę!! I to wcale nie ważne, że łokcie były zdarte do krwi, że spodnie rozdarte i twarz zarysowana. Rower ucierpiał!!! A to już tragedia. Pan z tego wszystkiego zapomniał jak się nazywa i co miał w planach w tym dniu.

Bzików Chuliganka ma wiele, i można by tu cały blog zapełnić nimi… streszczę się do minimum. Rozmowy z nią do łatwych nie należą i to nie ze względu na jej pokręcone filozofie lub to, że zawsze ma rację. Bo nawet jeśli nie ma to i tak patrz punkt pierwszy. Problematyczny dla początkującego rozmówcy może być styl jej mówienia  równie pokręcony i emocjonalny jak ona.

Przy czym, trzeba zaznaczyć, że potrafi być w swej mowie elokwentna i grzeczna, jednak te przypadki należą do wyjątków, które potwierdzają regułę: zaszufladkować jej się nie da.

Słowotok to jej drugie imię, a nie daj Boże jej wtedy przerywać. Gdy walczy o swoje racje ( lub raczej o czyjeś sprawy) , wtedy bez kija nie podchodź, oczy wydrapie a dopnie swego. Zamęczy petenta gadaniem, aż ten potulnie spełni jej intencje. Preferowane przez nią formy: żartobliwo-dosadne.

Życzę cierpliwości wszystkim, którzy spotkają Chuligankę na swojej drodze.

Zapewne zastanawiacie się drodzy czytelnicy, dlaczego w tytule jest uwiąd… otóż nigdy w jej towarzystwie nie mówcie „starczy”… bo wystarczy ….że odpowie Wam „starczy to jest uwiąd”. Msisiara uwiąd usłyszała tyle razy ile jest gwiazd nad Sardziwidziri, aż w końcu zamiast mówić „wystarczy” nauczyła się mówić po prostu „uwiąd”. Najwidoczniej ma wystarczająco dużo cierpliwości, albo wie o Chuligance coś jeszcze…

11402590_381278372079160_7999921724090626958_o

 

 

 

 

 

Braterskie więzi

W weekend oficjalnie rozpoczęliśmy sezon sianokosów. Trawy chodzimy teraz ścinać do Tevresho, o którym wspominamy już wcześniej (Tragi-Tevresho-Komedia. Akt 1 “Cyrk na łące”). Pierwszy dzień, niewątpliwie ciężki, ale udany dodał chłopcom motywacji i pewności siebie. Nawet jeśli, wymaga to od nich ogromnego wysiłku i dyscypliny, są w stanie zapracować na swoje konie i lepszą przyszłość. To jednak nie wszystko, bo potrzeba im jeszcze jednomyślności i zgody.

13900918_501118706761792_1657145796_n.jpg

Vasiko w oddali , na pierwszym planie wyjątkowy i ujmujący obraz: 14-letni Ivane uczy 10-letniego Rostomę. Dobry Boss to też nauczyciel. Szacun dla Ivy.

Ivane po powrocie do domu był niemal jak naelektryzowany. Jasne było, że Otiko, Rostoma i Chuliganka stoją za nim murem, ale to jeszcze dzieci i żadne chęci, nawet tak „męskie” chęci jak u nich nie zastąpią siły dorosłego (Chuliganka to nie dziecko, ale ma tylko 2 ręce). A żeby wyjść na prostą potrzebne są każde ręce, pracujące jak długo się da, więc pomoc Vasiko jest w tym momencie krytyczna. Jeszcze tego ranka Vasiko wolał dłużej spać, zamiast pomóc młodszemu bratu przygotować kosę, nie jest to niestety odosobniony przypadek. W wielu kwestiach młodsi chłopcy nauczyli się radzić sobie sami lub współpracować z innymi, tym razem pomoc Vasiko jest niezbędna. Z jednej strony by zdążyć, z drugiej by poruszyć problem niesprawiedliwości- jeden z głównych problemów w domu. Jest to temat rzeka, złożony z wielu wątków dodatkowych i obecny od lat, nie tylko w naszej rodzinie, ale również w kulturze. O tym może innym razem. Coś podziałało na poziom motywacji w domu, może to duma płynąca ze zmęczonych kosiarzy? Vasiko też ‚zaskoczył’ i kolejny dzień był już w ekipie pocąc się jak szczur. Więzi braterskie zostały trochę odbudowane i choć przy ciężkiej, wspólnej pracy sprzeczki pojawiają się często, przez ogromne różnice charakterów u każdego z nas. Nie idąc razem w trawę po pas, żeby ciąć w pocie czoła i tysiącach kąsających much, żeby po prostu czuć, że właśnie dzięki tej braterskiej solidarności mamy szanse poradzić sobie z wieloma problemami, które nadejdą.

13884514_501118680095128_2145966064_n

 

Jak okiem sięgnąć nad sąsiednie góry nadciągnęły juz burzowe chmury, z których lał się deszcz. U nas czysto. I to nie pierwszy raz, kiedy pogoda daje nam fory w sytuacji kiedy udaje się nam do czegoś dojść i coś zrozumieć. Muchy nie dały nam żyć, więc jeszcze przed wieczorem ruszyliśmy w drogę powrotną, zmyć pot w ghebińskim deszczu.

13653044_501075740099422_3162406907158548450_o

1 próba samodzielnego dzierżenia ponad 1,5 metrowej kosy i pierwsze cięcia Rostomy.