Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy

Ten post pozostawiamy bez komentarza, bo do tych słów dodawać już nic nie należy.

„Wychodzę z lotniska 7,45, ciepły dzień, słońce nieśmiało przebija się przez chmury, bagaż, plecak, telefon po przewóz na parking. Józik pobiegł na następny samolot-zdążył, czy nie, czekam rozglądam się-chyba zdążył! Telefon do mamy, sms do dzieci. Jadę zmęczona okrutnie. Jestem już przy Jeziorze Rożnowskim, pięknym, spokojnym, otoczonym kolorowymi jesiennymi drzewami. Rozglądam się po górach nie widać majestatycznych ośnieżonych szczytów pasma Shody czy pięciu panien Uvali, Notsary czy rzeki Rioni.

20161019_144643.jpg

Jestem w domu. Drzewka w ogródku przybrały jesienne złociste barwy, hortensje kwitną podobnie jak pelargonie zwisające że stu letniej wagi. Wnoszę bagaż. Od czego zacząć? Herbata, piję ją (czarna z Gruzji), ale to nie ten smak co herbata z liści białego rododendronu, zbieranych wysoko w górach Kaukazu. Cisza, spokój Bebe nie skamle za drzwiami. Szybki prysznic (ciepła woda wow!), padam na „na pysk” , zasypiam. Budzi mnie bardzo mocny uścisk Otiko i Rostomy i jego łzy, ściska mnie w gardle, serce wali jak młot, łzy napływają do oczu. Nawet Ivane uścisnął mnie mocno! Marika piękna kobieta o spracowanych dłoniach (maja podruga), ściskałyśmy się często, a teraz mocno i czule. Kasia i Gosia żegnamy się-szalone dziewczyny o pięknych sercach. Vai me deda!!! Zasypiam- śni mi się czekanie na „maszyne” , jazda na gorącym silniku (wariennaja żopa) do polany Didi Xopito – ech te ośnieżone szczyty Kaukazu.

20161020_110615

Jadę na „Jamajce”Jamali, masakra!!! Otarte łydki i bolący tyłek! Przed zmierzchem dotarliśmy na miejsce. Namiot geologów, rozgrzany piecyk, pyszny kurczak i ziemniaki, herbata, myszki i kochana Bebe. Godzina 4,15 rano i to niebo usłane gwiazdami, a wokół białe szczyty gór.  Zasypiam- śni mi się powrót do domu w Ghebi. Jadąc na Jamali nie widziałam pięknych widoków. Teraz mogę podziwiać piękny raczyński szlak Sartsividziri!(opis szlaku/ Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie) Jadę na klaczy Obola, przechodzimy (tak mi się wydaje) obok osady pasterskiej Tevresho, jest ciemno, a tu pada hasło „za nami jest ogier postrach wioski!”. Adrenalina strzela w górę, Józik i Bebe pobiegli odgonić narwanego ogiera, a ja zaskakuje z Oboli, biorę za lejce Jamalę, mam iść szybko. (Achu modi!) Jamala  potyka się raz po raz, za mną Coriya za nim Obola dla obrony. I znowu masakra!!! Idziemy szybko, gdzie te światła Ghebi, i te słowa Gosi – będziesz wiedzieć z przodu ogiera to krzycz głośno! Vai me deda! Na drodze utknęli chłopcy z tiva*– dobrze jest, zobaczą ogiera to go odstraszą. Idziemy, w oddali widać światełka Ghebi i tam może pojawić się następny ogier. Byle szybciej do domu po błocie i po wodzie. Jesteśmy! Chciałam masakrę to miałam!!! Zasypiam-śni mi się ciężkie życie w Ghebi, Marika ze szczerym uśmiechem, Vasiko z promiennym spojrzeniem i szerokim uśmiechem kiedy ma szlifierkę w rękach, Ivane pędzący na koniu, Otiko który zrobił dla nas pałkę z wyrytym serduszkiem i naszymi imionami, Rostoma i jego rączki zarzucone na moją szyję i łzy, Kasia robiąca śniadanie chłopcom (obiecuję jeszcze kiedyś zrobię popcorn) i Gosia szalona kobieta robiąca wieszaki i przekomarzająca się z Mariką. Ech działo się!!! Dziękujemy! „

Dziękujemy to my, Szefowi. Za Was- Chemi Sulelebi.

20161019_150226

fototapeta i bryczesy

_mg_1661

Nie ma ludzi bez problemów i każdy ma swoje mniejsze lub większe jazdy. Jak się okazało, nie tylko Chuliganka. Choć ta bije wszystkich o głowę.

Ewa ma wieczny kłopot ze światłem:

– nie mam światła!, prześwietlone!, za ciemno, to światło jest nieodpowiednie, no nic nie poradzę bez światła…

DSC_0144.JPG

Oxra xushi i fototapety: Są widoki, które zapierają dech w piersi (nie tylko mojej, choć już trochę znam tę okolicę), Piotrek jednak reagował za każdym razem w ten sam sposób:

– dlaczego te Gruziny znowu rozwiesiły nową fototapetę, no paczaj ile to papieru i farby trzeba! …a nocą niebo jaśniało mu milionami ledów. No cóż można i tak ale z jego uśmiechu i twarzy zawsze można było wyczytać: jest mi tu zajebiście i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

_MG_2089.jpg

Nadmiar świeżego powietrza, rozrzedzające się z każdym pokonywanym w górę kilometrem robił swoje. Humor się wyostrzał, żarty stawały się coraz bardziej zwariowane i wyrafinowane, ale nikogo te odmienne stany świadomości nie dziwiły i tym bardziej nie bulwersowały. Wszyscy byliśmy pod tym samym narkotycznym wpływem rozciągających się obrazów, temperatury kolorów, powietrza pachnącego słodką dzikością i promieni słońca palących naszą skórę i wysuszających oczy. Bo każdy z nas oszczędzał fizjologiczne mrużenie oczu i zamykanie powiek by z widoków stracić jak najmniej.

– eh nawet Kossak nie namalowałby tego tak pięknie…

Czy można oddać w obrazie muzykę graną wiatrem na strunach kołyszących się traw, niczym fale niesione na białych wypalonych słońcem źdźbłach?

Wariacje dywanów wiecznie zielonych rododendronów i roślinności przesyconej kolorami jesieni, gdzie czerwień i złoto liści wydaje się aż nierealna. A w powietrzu miesza się zapach ostatniego oddechu jesieni i rozpalonej jeszcze słońcem ziemi z mroźnym powiewem witających już zimę lodowców i okrytych miękkim puchem strzelistych szczytów.

W takich okolicznościach nie ma znaczenia już zagubiony gdzieś po drodze namiot dla Oxra xushi, bo być może to jeden z najlepszych przypadków ostatnich dni. Myślę, ba jestem pewna, że tę noc Piotrek będzie wspominać jeszcze bardzo długo, a być może i przekaże ją swoim potomnym. No cóż ciepła noc pod rozgwieżdżonym niebem przy ognisku latem , to dla wielu nic nadzwyczajnego ale 6 października na wysokości 2500m.np.m. to już już zakrawa na fenomen. Powiem szczerze, Oxra xushi – zazdroszczę Ci, i nie jesteś moim kumplem, bo się nie podzieliłeś, ja musiałam niestety pocić się w namiocie. No cóż nie dziwi mnie jednak twoja zachłanność na doznania. Towarzystwo w nocy miał nasz Piotrek doborowe: Bebe, która z każdym przygasaniem ogniska wylizywała namiętnie jego twarz; Shamila – ogier, szukających miłosnych wrażeń z naszymi klaczami i w odpowiedzi zbierający coraz to bardziej siarczyste strzały z zada naprzemiennie od Jamali i Oboli. 

_MG_1772.jpg

Jednego jednak Oxra xushi nie doczekał się – wilków. Gdy rano zapytany,

– byli wilcy? Z pewną dozą rozżalenia i nutką niespełniania odpowiedział:

– niestety nie, nikt nie przyszedł.  

– Nie martw się kiedyś jeszcze to powtórzymy, tylko w takim stadzie sulelebi po co ci jeszcze wilcy? Czy nie wystarczające było zderzenie samolotu z wielkim wozem i rozwalona przednia ośka ? Uciekający w pośpiechu księżyc, by ten sam lub kolejny samolot nie zarysował jego srebrzystego lica?

Wiele tu stron trzeba byłoby zapełnić aby opisać szaleństwa dwóch dni w górach. Ale jest kilka momentów, których pominięcie zakrawa na grzech. Zapewne nie każdy z czytelników wie, że Ewa jest mistrzem w nowej dziedzinie sportu – skoki przez ognisko z telemarkiem, mamy nadzieję, że w przyszłym roku będzie to dyscyplina olimpijska. Ta kobieta jest niesamowita, bo potrafi również na zawołanie i wedle potrzeb zamienić na grzbiecie końskim spodnie we wzorcowe bryczesy. A jak to zrobić, to już jej słodka opatentowana tajemnica. Jedyny feler tego modelu bryczesów to, że wracają do wcześniejszych postaci po każdym praniu.

Ludziska powiem na koniec tylko tyle, to naprawdę szalona przyjemność spędzić z Wami czas w otchłaniach przyrody i poczuć, że nie jestem tak całkiem inna w swojej dzikości. Wcale nie dziwię się, że Msisiara była zazdrosna;) 

_MG_1912-.jpg

Zazdrosna to mało powiedziane. Ale zobaczycie, jak ja pójdę to będą wilcy, będą!

– i wywołasz wilka z lasu!! hahahaha

Kaukaski spektakl

10517665_420211854852478_2327596232879133552_o

Dzień zupełnie niepodobny do innych, a zarazem jak każdy: osobliwy, wyjątkowy, niewyobrażalnie piękny i dobry. Bo dzień tutaj, to nie tylko ludzie, ich trud i miłość, ale to też inny rodzaj miłości, którą Szef nas otula. – Tą miłością jest natura.

Po kilku nieznośnie ulewnych a potem mroźnych dniach wróciło słońce. Wróciło ono z takim impetem, że góry spowite na szczytach iskrzącym śniegiem a niżej niczym woalem lasów, mienią się coraz to nowymi odcieniami złota i czerwieni. Na tym przecudownym tle pojawiają się roje biedronek, skąd ? Nikt nie wie. Przemykają one lub prześcigają się w obłędnym tańcu z pajęczynami znanego nam „babiego lata” .

A ja popijam ciepłą herbatę z liści białego rododendronu i z rozdziawioną gębą upajam się tym widokiem, nie zważając na oblegające moje ciało biedronki.

Z zachodem słońca wszystko milknie i poświata złota nabiera stonowanych barw.

Lecz zaraz rozpoczyna się kolejny spektakl – światła. Tym razem krwiście czerwone promienie słońca penetrują wyniosłe, białe szczyty i niczym w tańcu przemykają pomiędzy najbardziej ostrymi skałami. Och jakbym chciała, żeby choć jeden promień zahaczył się i został tutaj do jutra, żeby chociaż na jeden dzień słońce zapomniało schować się za horyzontem.  Hmm głupie marzenie, bo przecież noc … to kolejny niebywały spektakl… ale o tym kiedy indziej.

 

 

 

 

Ja ci dam debilo!

20160605_103304.jpg

Sobota rano:

To co, że przygotowania (Chleb rośnie też nocą) trwają już dobre kilka godzin. Teraz pakowanie nabiera rozpędu i w pokoju jest już chyba więcej bagaży niż ludzi. Iva siodła konie, Msisiara pakuje rzeczy chłopaków, Chuliganka planuje rozłożenie bagaży, maluchy szaleją wśród rzeczy przywiezionych przez Marikę. W torbach chłopcy znajdują ciepłe swetry, skarpety i kalosze, które zdecydowanie przydadzą się na wyprawę. Pogoda od rana nas nie rozpieszcza i kiedy jesteśmy już wreszcie prawie gotowi do drogi, zaczyna padać na dobre. Torby, mieszki, plecaki, rzemienie trafiają na konie. Trochę to trwa, bo to nie takie chop siup, jak z pakowaniem bagażnika, więc w powietrzu oprócz deszczu czuć lekki zapach niecierpliwości. Wreszcie ruszamy, ale za mzave cxali Msisiara zauważa, że Otiko nie ma swojego plecaka z częścią jedzenia. 

– Iva skocz szybko na Oboli i weź ten plecak. My pójdziemy nela (powoli). – Otiko i Rostoma zostają schowani pod płaszczami przeciwdeszczowymi i ruszamy dalej. 

Iva wraca i chwilę idziemy spokojnie. Jednak przed rzeczką w drodze do Tevresho, na Coriy luzują się bagaże i okazuje się, że plecaka Rostomy z kurczakiem też brakuje. No pięknie, wychodzi na to, że wzięliśmy wszystko oprócz plecaków, które miały iść na chłopaków. Pakowanie trzeba będzie jeszcze poćwiczyć. Zaraz będzie krzyk ale…

– Iva, musisz jeszcze raz wrócić do domu… – jest krzyk, po gruzińsku. Zapewne o tym, że chyba zwariowałyśmy, bo on przed sekundą się wracał po plecak, i że w życiu już nigdzie nie idzie, i że musimy iść bez tego plecaka.  

– Tam są też cukierki… – Iva milknie, co znaczy, że już zmienił zdanie.

– Dobra, dogonię Was. 

 Leje jak z cebra. Iva dogania nas w Tevresho i pakuje się wraz z Oto i Rostomą na Obole. Chuliganka znajduje kamień do odbicia się, bo w błocie to zbyt ryzykowne biorąc pod uwagę temperament jej wierzchowca. Po chwili uśmiecha się siedząc już na Coryi i woła do zamykającej pochód Msisiary:

– Wskakuj na Jamalę! Ona pójdzie sama. – Msisiara widząc, że nie ma innego wyboru musi ekspresowo opanować kierowanie koniem. Na szczęście Jamala to najwspanialszy koń do nauki i bez problemu rusza za Obolą. Za to Chuliganka to jeden z najskrupulatniejszych nauczycieli i wykorzystuje każdy moment trasy do wpajania Msisiarze podstaw górskiej jazdy konnej. Wygląda to mniej więcej tak: kiedy tylko Jamala z kiełkującym jeźdźcem znajdą się w zasięgu jej wzroku i głosu pada grad gromkich komend: 

– Dociskaj kolana! Nie ciągnij tak za wodze! Jak trzymasz stopy w strzemionach? Kieruj nią! Nie wyprzedzaj! Co się tak wleczesz?  Ściągnij wodze! Poluzuj wodze! nie szarp nią tak! Kieruj nogami! Przyspiesz! Co tak pędzisz?! Odchylaj się do tyłu, pomóż jej! Przechyl się do przodu jak idziemy pod górę… No co tak siedzisz jak worek ziemniaków?!?

Jamala szkolona przez Chuligankę wyjściami w góry i kilogramami cukierków chodzi teraz jak złoto. Czy Msisiara nauczy się jak worek ziemniaków przestaje być workiem ziemniaków, to jeszcze wyjdzie w praniu.

Jedno jest pewne, dżygita z worka ziemniaków nawet Chuliganka nie wyrzeźbi !

Pogoda dalej nas nie rozpieszcza, pomiędzy nieustanną siąpawicą wali w nas oberwanie chmury. Na Oboli widać tylko 2 pary oczu: Rostomy z przodu w czarnym kapturze i Otiko na zadzie w zielonym kapturze, Iva schował się w płaszczu Rostomy i wcale go nie widać. Chuliganka, choć twardziel zaczyna się zastanawiać czy jest sens ich ciągnąć w ścianie deszczu:

Biczebi, ginda dalej na Sartsi ili wracamy saxshi? (Chłopacy chcecie iść dalej czy wracamy do domu) Didi zvima (Deszcz jest duży)…

Ara! Eta niczievo (Nie! To nic) – te słowa potwierdzają tylko, że nasze chłopaki nie wymiękają i możemy być naprawdę z nich dumne.

Idziemy dalej. Jijishori (czarna rzeka) jest wysoka, ale do przejścia, i dla tygodniowego źrebaka Nicory i dla najmniejszej Bebe i dla Msisary lądującej bez kalosza pod Jamalą.  

20160604_152749Na szczęście do Jirhali Kana jest już blisko, a tam w domku Niny będzie można się wysuszyć i trochę odpocząć. Osada liczy kilka małych, już prawie nieużywanych domków- nikt nie chodzi tak daleko wypasać bydła, bo bliżej są pola Tevresho. Domki i ogrody po cichu zaczął obrastać las wplatając połyskujące włosy traw w szczerbate płoty i dziurawe wiadra. Na zakręcie przy pierwszym domku przestaje padać. To jeden z tych momentów kiedy aura w tej okolicy rozdziawia nam paszcze ze zdziwienia. To jakby przejście z jednego pokoju do drugiego, za nami widoczna ściana deszczu nad nami palące słońce. Cieszymy się na hasanie po pas w chaszczach.

Kiedy tego najmniej oczekujesz, życie nagle daje Ci cukierki- po domku Niny, już dawno nie odwiedzanym, nie spodziewaliśmy się wiele. A tam: piecyk, drzewo, 2 łóżka na klepisku i linki do suszenia! Ten luksus zawrócił nam w głowach. Do tego jeszcze włączone nagle na full słońce… Wszyscy jak po zastrzyku glukozy zaczęli wyskakiwać z mokrych ciuchów, składać trubę (rura do pieca) rozpalać, przynosić wodę na herbatę. Po chwili znalazły się jeszcze garnki i sztućce, przez co Chuliganka już miała ułożony plan kulinarny na całą wyprawę. W domku zrobiło się cicho, bo chłopcy czmychnęli w las bawić się w Robin Hoodów, Robinsonów Cruzoe i gruzińskich Indian, wracając z naręczem świeżo zrobionych łuków i strzał. Chuliganka i Msisiara też poszły wytyczać swoje ścieżki w wysokich trawach i podziwiać widoki rozległych łąk Xopito, aż wszyscy spotkali się znów przy rzece. Zabawom i żartom nie było końca. Wtedy też miała miejsce słynna już akcja Titanic z Kasią i Otiko w rolach głównych: ona balansując na strzępach zwalonego mostu nad wzburzonym turkusem lodowcowej rzeki Zophituri, on widząc kolejną nadchodzącą katastrofę krzyczy z wysokiego kamienia:

– Kasia złaź, zaraz wlecisz! – no i wykrakał. Msisiara chlupnęła i wyskakuje udając, że niby nic się nie stało. Otiko woła zaś wzburzony w wersji gruzińsko-rosyjskiej:

– Kasia, ja ci dam debilo!!! No mówiłem, że zaraz wlecisz!!!

dsc_0580

Iva z złotym łańcuchem na szyi i wyostrzoną pałeczką pomyka między kamieniami odgrywając dla nas komediowe sceny. Oto zamienia się w Robin Hooda broniąc nas z dachu, Rostoma jak zawsze myszkuje przynosząc z niegdyś ogrodu szczypior, por i czosnek do zupy. Chuliganka znajduje zioła i szczaw goniąc za Coriya i Jamalą- stara się uchwycić na zdjęciu ich flirty. Msisiara zaczyna jeszcze mecz tenisa patykami i butelką. (I wierzcie nam, w życiu nigdy nie pomyśleli byśmy, że parę miesięcy później rozegramy mecz prawdziwymi rakietami!)

Wieczór w nowym miejscu oczywiście nie może się obyć bez dyskusji pt: “Kto, gdzie, z kim”… Śpi, oczywiście. Łóżka są dwa, więc opcja dziewczyny z lewej, chłopaki z prawej wydaje się zupełnie przyzwoita. Jednak chłopcy wyskakują (dosłownie) z pomysłem wniesienia do naszej malutkiej izby leżanki, którą spostrzegli wcześniej w komórce. Już nie ma co oponować, choć jedna noga się chybie, i materiał trochę nie trzyma się ramy…

– To tu położymy skórę barana z domku Gio i Gurami! Będzie miękko i ciepło 

– No to w sam raz dla Msisiary! Jej jest zawsze zimno 

Zanim przygotujemy się do zasypiania przy migającym płomieniu lampki naftowej, tradycji musi stać się zadość- Chuliganka nie przepuści okazji zaprzyjaźnienia się z nowym piecem. W trymiga rozbujała go do czerwoności. Chłopcy porozbierali się chyba do majtek, Msisiara szybko uciekła z wymoszczonej baranią skórą “podpiekanej” leżanki (na której, koniec końców nocowała Bebe), a Chuliganka z czystym sumieniem ogłasza, że pierwszy dzień ekskursji możemy uznać za zakończony. A kto buszuje nocą w domku Niny dowiecie się rano…

tennis.jpg

Wschód pod Sartsividziri

20160526_055242

Połowa maja na ponad 2000 m n.p.m. w gruzińskich górach; ale nam w nocy tyłki zmarzły. Kasia-Msisiara to już na samą myśl o chłodzie szczęka zębami i zakłada na siebie co jej w ręce wpadnie, a w domu śpi przykryta po czubek głowy. Ale taka noc pod namiotem wcale nie musi boleć, nawet bez super drogiego sprzętu! Kilka wypracowanych sposobów i zmarzlak też może cieszyć się urokami wysokich gór, Syberii lub Mongolii zimą.

IMG-20160613-WA0013

Oto kilka sposobów na przetrwanie chłodnych eskapad:

  • ubieranie „na cebulkę”. Mniej do noszenia, więcej do zobaczenia. Pod względem ubrań preferuje naturalne materiały, koniecznie wełniana bielizna oddychająca! (ten wydatek się zwraca)
  • czapka! A najlepiej czapka i kaptur lub 2 kaptury, lub turban z chustki i czapka- zasada ubierania „na cebulę” od stóp do głów!
  • ciepły śpiwór ( Husky się sprawdza od kilku lat. Oczywiście nie pod namiotem na Syberii, ale przy małych mrozach tak)
  • folia NRC!!! tania + lekka = zawsze, wszędzie, obowiązkowo. Może służyć jako izolator, ochrona od deszczu, kołdra, prześcieradło. Najlepiej zawinąć w nią śpiwór przed włożeniem do pokrowca i nie trzeba obawiać się deszczu (sposób Chuliganki) I przypominamy: S.O.S.= SREBRO ODBIJA SŁOŃCE, czyli kiedy chcemy się ogrzać srebrną częścią do siebie, kiedy jest za gorąco srebrną częścią na zewnątrz.
  • termos. Jeśli mamy możliwość zrobienia czegoś ciepłego do picia lepiej, żeby miało to właściwości rozgrzewające. Większość herbat, np. czarna lub zielona ma właściwości ochładzające. Więcej poczytać można na stronach o termice produktów.
  • ognisko lub palnik
  • unikać spania solo :))) razem raźniej i cieplej. A czy przyjemniej i wygodniej to zwykle zależy od towarzystwa i kwestii gustu.
  • Chuligański sposób : hartować ciało cały rok a krótkie kąpiele naprzemiennie w bardzo zimnej i gorącej wodzie dają rewelacyjne efekty.

Jeśli chodzi o Chuligankę, to wręcz przeciwnie oblewa się zimnym potem na myśl o upale, a gruzińskie noce w górach przesypia bez śpiwora. Tym razem chyba trochę zmarzła… a trzeba było Msisiarowym sposobem spać w rękawiczkach i 3 kapturach.

14074628_509208495952813_954314127_o.jpgfot: odsłonięta góra Sartsividziri

– Zimno, ale za to jaki widok… Sartsividziri się odsłoniła.Oczywiście ty jak zwylke spałaś, matko z córką… a ŻADNEJ CHMURY NIE BYŁO!!! Słyszysz?! Ajajajajaj, jakie zimne spodnie…- Chuliganka rozbija się jak mała torpeda. Jak widać mróz i poranne, górskie widoki działają na nią 1000 razy lepiej niż najmocniejsze espresso. 

– Trzeba się było ubrać i spać z rzeczami w śpiworze to byś teraz nie kwiczała – Msisiara wydaje się ociągać, ale tylko zbiera siły by wystartować sprintem kiedy wychyli głowę ze śpiwora i nie myśleć o tym, że nie ma swojego ulubionego termosu z cxeli cxali (gorącą wodą). Jest 6.00 rano, cały wąwóz pogrążony jest jeszcze w chłodnych szarościach, trawa oszroniona, za to zza szczytu Sartsividziri rośnie różowo-pomarańczowa łuna. Niestety, do szczytu już klei się chmura- naprawdę trudno jest złapać tą górę zupełnie odsłoniętą… wstydliwa ta góra. 20160526_054934fot: Sartsividziri już w chmurze

Dziewczyny ruszają drogą prowadzącą trawersem na górę Ghorebi, z której można odbić do starej kopalni. Chuliganka kiedyś już tam trafiła, podczas pierwszego rekonesansu i podobno… spała w traktorze ( jak ktoś ładnie poprosi to może opowie). Jest to nowa droga, powstała dzięki aktywności geologów i jak się pózniej okazuje, biegnie ona niedaleko starego trawersu. Ze względu na późną i chłodna wiosnę, zalega jeszcze dużo śniegu i trawers jest prawie całkowicie przykryty. Nie udaje się im znaleźć odbicia na kopalnie, ale widok zalewanego powoli słoncem wąwozu jest tak cudny, że idą dalej jak się da i gdzie się da. Czekany są, ręce i kolana też, dadzą radę. Na chwilę się rozdzielają, obie lubią czasem pochodzić swoimi ścieżkami. 

20160526_082015fot: widok na drogę, Gohrebi

14060384_509207655952897_1104464930_o

14113961_509208289286167_1263331363_o.jpg

Msisiara po przypadkowym wejściu na starą drogę, postanawia dojść do skąpanych w słońcu skałek, to jeszcze nie szczyt, ale widok na dolinę będzie boski. Trawers stromym zboczem pokrytym śliską, uklepaną pod śniegiem trawą nie należy do najłatwiejszych, ale skałki są tuż tuż, a po nich wspinać się powinno być zdecydowanie łatwiej. Teraz idzie już w pełnym słońcu i kiedy brak jej tchu wystarcza że się odwraca, by spojrzec wokoło, a nogi same ida dalej. Po skałkach rzeczywiście idzie się łatwiej, ale… syk. Oj oj… żmija. Malutka. W sumie nic dziwnego: nagrzane kamienie, gęsta trawa, są żmije. Tylko że na nogach lniane spodnie po dziadku, więc chronić to one mogą swoim dobrym czarem. Ostrożnie, ale postanawia iść dalej, jeszcze kawałek, jeszcze zota zota (ciut ciut). Po kilku krokach, kolejny syk. Skubane gadziny, uwzięły się na tą ścieżkę! Najgorsze, że leżą na kamieniach i nie da się ich zobaczyć z dołu.  „Dobra Szefie, do 3 razy sztuka. Jak mówisz, że lepiej schodzić to niech będzie” – myśli Msisiara. „Jeszcze jedna żmija i ja się zwijam”- Na następnym kamieniu rozlega się już bardzo donośny syk dorosłej żmii zygzakowatej. Ta nie schodzi z drogi. Wszystko jasne, Msisiara robi ostatnie zdjęcia i ostrożny w tył zwrot. 

zmija.jpg

20160526_08420220160526_084206

Gdzieś na zboczu spotykają się Chuliganka i Msisiara, następuje kilkuminutowa wymiana wrażeń i schodzenie. Schodzenie to jednak dużo powiedziane…

– Nie wiem jak ty, ale na te góry jest tylko jeden bezpieczny sposób… jeden Gruzin mi to pokazał jak szliśmy na Shodę. Dumę lepiej pakuj w gacie, będzie Ci wygodniej i zjeżdżamy na dół, nie ma co niszczyć kolan. Zjeżdżałaś już kiedyś?- pyta Chuliganka podciągając spodnie

– Nieeee…

– No patrz, człowiek uczy się całe życie. To ręce do góry, w razie czego łap się gałęzi i módl się żeby tu nie było kamieni. 

Lokalny sposób na pokonywanie stromego zbocza okazuje się NAJLEPSZY. Bezpiecznie lądujemy przy przy ścieżce z dobrze wymasowanymi pośladkami.

20160526_093256

– To co, jeszcze szybki wypad na lodowy zwał na rzece? Spróbujemy rzeki lodowcowej i zwijamy się w Ghebshi? (Gruzini mówiąc, że gdzieś idą na końcu słowa dodają końcówkę -shi. Sachshi= do domu, Onshi= do Oni)

Khai khai, xo xo (tak tak… charakterystyczne tylko dla tego regionu)

Po sprzątaniu obozu, pakujemy Pana Konia, który tak się najadł że ledwo można na nim siodło zapiąć i ruszamy w drogę… kombinując, jak by tu wrócić z chłopakami. Ile jedzenia trzeba wziąć, na ile dni, żeby szkoły nie opuścili, jak się zapakujemy i ile koni trzeba będzie wziąć. Po drodze zbieramy jeszcze po worku mięty i babki lancetowatej do suszenia.

fot: przerwa w przebiśniegach

Na ostatniej prostej czyli za Tevresho widać nadciągające znad Ghebi ciemne chmury.

– Tak nam się udało z pogodą przez te 2 dni, że teraz to już może padać. 

– Słyszysz Szefie, możesz włączyć pralkę!

20 minut od domu łapie nas burza z gradem. Jak się szybko okazuje, te burzowe chmury są zapowiedzią bardzo ‚burzowych’ zdarzeń… 

Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie

  Wieczorem padł pomysł wycieczki do starej kopalni pod górą Sartsividziri. Najbliższe 3 dni ma być ładnie, to grzech nie skorzystać. Skoro Vasiko ma nogę w gipsie, a chłopaki szkołę, to i tak nie ruszą żadne prace. Siedzenie w domu to proszenie się o kłopoty; Chuliganka i Msisiara są uzależnione od akcji i atrakcji. Czas na przerwę od domowych rewolucji i wietrzenie głów.

20160525_162823

Bez kombinowania nie ma… całusów

Plan na wyjście (śniadanie, plecaki i marsz) jest tak dziecinnie prosty, że nie nadaje się do naszej historii- ulega zmianie w połowie dopijanej przez Chuligankę kawy Lobjanidze* 

Dla kombinatora specjalisty każdy pomysł jest wystarczająco dobry, by coś dobrego z niego wynikło. A pomysłem jest koń, ale nie nasz, bo nasze konie źrebate lub w Tevresho. A skoro koń nie nasz, to trzeba pożyczyć. Od kogo? Od sąsiada Temo. Gdzie Temo? Właśnie wyszedł do wioski i zapomniał telefonu. To czemu nie zadzwonić do kogoś, kto mieszka po drodze do wioski, żeby podać mu telefon, niemożliwe? Niemożliwe nie istnieje! Ale zanim wyjście będzie możliwe trzeba spakować konia, vai me deda (o matko)… Msisiara zaczyna się już widocznie niecierpliwić, ale na czole Chuliganki widać zmarszczkę determinacji. Będzie koń i kropka. Powietrze lekko gęstnieje, ale staje na kropce. Idziemy z koniem, a że nie wiemy jak mu na imię, nazywamy go Panem Koniem. 

Jeszcze w drodze do Tevresho przestajemy wierzyć w plotkę, że Koń jest rzekomo zrywny i płochliwy. Kiedy niespodziewanie rozlega się huk, przez sekundę nie wiemy co się dzieje. To tylko strzały polowania, a Koń wcale się nie płoszy. On przynajmniej nie kojarzy tego z wojną. Szczęściarz z niego. Za Tevresho i blaszanym mostem bierzemy trochę sałatki na wynos; po garści młodego szczawiu i szczawiku zajęczego. Smaczne, zdrowe i darmowe! Kasia wcina, Koń wcina, a Chuliganka soczyście komentuje. To znaczy, że humor też już nam zzieleniał…  

Rzeka Dzidzishori jest niemal do kolan, ale pokonujemy ją stopa w stopę i w kopyto i odpoczywamy na chame (jedzenie) przy kapliczce i stadzie jaszczurek.20160525_130754

Kiedy dochodzimy po raz kolejny do rzeki (Rioni) odbijamy w prawo, tak jak prowadzi główna droga. Przejście przez drewniany most i dalej już tylko prosto. W Dzirxali Kana, jesteśmy tak wcześnie, że decydujemy się chapnąć trasę na raz i nocować przy obozie geologów. To w końcu ok 20km bez większych wzniesień terenu, taki dłuższy spacer.

Słonko grzeje, Pan Koń chętnie idzie podjadając szczaw, a za każdym zakrętem oczy śmieją nam się coraz bardziej wariacko. Nikt nas tu nie widzi i nie słyszy, to czemu nie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa? Zaczyna się skakaniem po łąkach, błotnych kałużach i niewinnych flirtach z Panem Koniem. Kiedy w połowie drogi miedzy Brili, a obozem geologów wychodzimy na górkę, skąd widać Zopxito przed nami, łąkę górskich kwiatów obok, a za nami ogromne łąki Didi Xopito to … głupawka zostaje z nami na dobre. 

Pan Koń dostaje nieprzyzwoitą ilość całusów, a od naszego podsyconego endorfinami szczebiotu mógłby się co najmniej uśmiać. Przekupiły go chyba jednak te buziaki i obietnice całonocnej biesiady na łące, bo niesie nasze toboły bez marudzenia. Wreszcie wkraczamy w rozległą dolinę, którą zamyka Sartsividziri, a w oddali widać już maleńkie punkciki – domki geologów. Pytanie tylko, czy będzie most. Skoro już nam tak dobrze idzie, to trudno żeby Szef nie zadbał o ten most, prawda? Prawda, dobra passa nam sprzyja. Jeszcze jedna mała rzeka pod kolano, no bo chyba nie myśleliście, że dojdziemy na miejsce suchą stopą… Bez chlupiących butów nie byłoby czego suszyć. A tak mamy zadanie na wieczór. Za mostem ostatnia prosta i jesteśmy w miejscu, które jak możecie się spodziewać, jest ważnym punktem na naszej Tajemnej mapie (Wcześniej pisaliśmy o miejscu zwanym Jacuzzi)

20160525_16121020160525_180334

Tajemna Mapa- Górskie Ucho przy Sartsividziri

Trasa pod Sartsividziri jest łatwa i łagodna, chociaż atrakcji przy przechodzeniu przez rzeki i okazjonalne osuwiska nie brakuje. Ale cały czas idzie się drogą. Droga nie prowadzi co prawda pod samą górę, ale można podejść na tyle blisko, żeby wypływająca woda miała smak i kolor topniejącego lodowca a widok 6 kobiecych głów (jak wskazuje nazwa Sartsividziri) zapierał dech w piersi. Dlaczego Górskie Ucho? Po pierwsze; wygląd doliny. Głęboki wąwóz zakręca delikatnie i kończy się tutaj, sprawiając wrażenie schowanego wgłębiania. Po drugie: to miejsce słucha. Nawet tego, do czego czasem boimy się przyznać przed samym sobą. 

Pierwszy wieczór pod Sartsividziri, co tu dużo mówić: idealny. W nieczynnym obozie geologów urządzamy sobie najwspanialszy pokój z kominkiem, podłogą, stołem, krzesłami, wieszakiem i… widokiem 8D na otaczające nas góry, rzekę, niebo, zachodzące słońce i chmury lepiące się do szczytów jak cukrowa wata. Stereo gra szumem Zopxituri i trzaskiem palonego drewna, buty suszą się przy ogniu obok podpiekających się xachapuri. O kapciach nikt nie pomyślał, ale bieganie boso po górach w maju to dopiero okazja, a na dodatek po podłodze! Bo znalazły się i deski, żeby ułożyć podłogę od kominka-ogniska do łazienki-kranu z woda i sypialni-namiotu. Czego potrzeba, żeby sprawić sobie taki domek w środku gór? Godzinkę czasu, Szefa od szczęśliwych zbiegów okoliczności, dwie szalone kombinatorki i specjalizację w budownictwie górskim w stylu “coś z niczego”.

– kurcze, trochę szkoda, że wina nie mamy

– oj tak. Winko tutaj przy kominku idealnie by pasowało…

20160525_182937

20160525_193049.jpg

I kiedy nie mając nic konkretnego, masz wszystko, co daje ci radość. Wiesz, że dla takich chwil watro żyć. A doceniając czar danych chwil i ludzi, z którymi możesz je dzielić zdobywasz coś bezcennego. 

20160525_195227

– wiesz, musimy tu przyjść z chłopcami. Nigdy nie byli na żadnej wycieczce, mieszkają tutaj, a znają góry tylko przez pracę. Tyle ich można nauczyć, pokazać… A jak nie my, to nikt ich tutaj nie weźmie. 

– wiem. Myślę o tym samym. Przyprowadzimy ich tu…

Każda na swój sposób myśli o tym samym i daje ponieść się tym myślom, spoglądając w ogromne grafitowe niebo usiane milionami gwiazd. Kiedy jedna z nich spada nam nad głowami, spokojnie ciągnąc za sobą jasny zielonkawy ogon, wszystko zatrzymuje się na kilka sekund. Na moment tracimy głos, co w przypadku Chuliganki nie zdarza się często.

– widziałaś to? Nie wierze, uszczypnij mnie!

– widziałam. Boże… Szefie jesteś niesamowity!

– Wie co robi. 

fire.jpg

Już wkrótce, kolejne przygody spod Sartsividziri.

Śnieżne orzeźwienie na Chiorze

– Ooo, dzisiaj jest słońce!!!! krzyczę , otwierając jedno oko na Shodę, po wielu dniach obfitych wiosennych deszczy, zawitało słońce nad Ghebi.- tu Ryba!!!Ryba do akwarium… jak mnie słyszysz?Hej! Patrz szybko za okno, Shoda się świeci!- naciągam tylko kołdrę na głowę, zastanawiając się nad urokami tak żywego budzika. Chyba żaden iPhone ani Samsung nie jest w stanie zaprojektować takiego przeżycia jak rozbudzona Chuliganka… Nie ma mowy żebym teraz otworzyła oczy, jeszcze chwileczkę. Po paru minutach odzywa się ujadanie Bebe, a to znaczy, że Marika zaczęła karmić kury. Bebe jest zazdrosna, bo też lubi ziarna kukurydzy. Z resztą Bebito zjada wszystko co inne nasze zwierzęta. -Kurcze!!!- myślę- jak chłopaki mogą tak mocno spać?! Im żadne pianie i ujadanie nie przeszkadza…

Adjeki biczebi, adjeki Msisiara- Chuligankowy budzik znów się rozdzwonił. Tego już ignorować nie będę, bo niewychowawcze, wstajemy! Szybkie śniadanie, plecaki spakowane i chłopcy wychodzą do szkoły, patrząc zza płotu czy po buziaku ktoś im jeszcze pomacha na do widzenia- lubią nowe zwyczaje mimo większej ilości obowiązków.

A my co?

  • Kaśka, ty idź na Chiore. To znaczy na Notsare, czyli ten szczyt za Chiorą, bo Chiora to ta wioska przy dużym moście, którą się mija jadąc z Oni. Wiesz przecież, nie? Odpoczniesz sobie, pochodzisz, tam są super widoki i droga prosta, więc się nie zgubisz.- Chuliganka już układa plan i nie pozostawia miejsca na słowo sprzeciwu.

  • Dobra, czemu nie! To ja biorę Bebito i spadam. – Jest po 9, to zdążę przed zmrokiem. Plus droga do Chiory jest duża i widoczna, wiec nawet po ciemku można trafić. Pakuję kilka rzeczy do worka: butelka na wodę, folia przeciwdeszczowa, sweter, czapka i rękawiczki, scyzoryk, okulary przeciwsłoneczne, telefon, chleb, cebula i cukierki oraz keri (owies) ze śniadania. Gotowa do drogi! To którędy droga?

  • Idziesz do Chiory i w wiosce cały czas prosto główną drogą na eklesje, czyli kościół. W razie czego pytaj, tam przy głównym placu będzie woda to się dopełnij, bo dalej wody pitnej nie ma. No i za wioską dalej idzie droga na szczyt, taka duża, ładna, bo tam samochodami jeżdżą. Szybko chodzisz to zdążysz do wieczora, tylko wróć…

  • Kai kai, ho ho… (gruzińskie tak tak tak….)

I tyle nas widzieli. Droga nasza, psino kochana. Do Chiory jest dość monotonnie, ale spotykamy krowy, które przez chwilę nam towarzyszą. Niestety nie chcą one ze mną romawiać, więc pozostaje mi nadal monolog do Bebe. Co prawda nie wyglądają tak miło jak nasze ghebińskie krowy. Może im smutno, że nie chodzą po górkach? Do wioski Chiora, dochodzimy z Bebe po 2 godzinach marszu, plan jest znaleźć wodę i za wioską zrobić przerwę. Chiora jest malutka[ (mapa), ze szkołą do której chodzi sześcioro dzieci, tam pytam pana o wodę. Odpowiada, że nie chce… pewnie myślał, że mu proponuje tylko pytanie co 😀 To jeszcze raz:

  • ME minda cxali? Sadari? (Ja chcę wody? gdzie?) – I pokazuję, że do picia, bo tego jeszcze nie umiem powiedzieć po gruzińsku. Ho! Pan zrozumiał i pokazuje mi, że za szkołą. Za szkołą tylko brama na czyjeś podwórko, hmy..? Odwracam się i jeszcze raz wołam „sadari?”, a on pokazuje, że mam wchodzić za bramę. Kilkoro dzieci już zwęszyło co się dzieje i biegnie na pomoc zagubionej Msisiarze; prowadzą do kranu na podwórku i napełniają butelkę. Tak to już tutaj jest- wszystko się znajdzie, choć nie ma niby nic. Po kilku minutach widzę oficjalne ujęcie wody i lokalnych panów na lokalnej ławeczce. Nic nie szkodzi, jeszcze raz się napiję i pogadam z panami. Jak zawsze przy takich spotkaniach, jeden z grupy mówi lepiej po rosyjsku:
  • Ad kuda wy, i kuda idiosz. Aaaaa Polsza, znaju znaju. Eta wasza sabaka? ( Skąd jesteś i gdzie idziesz? Ah z Polski, to znamy. I to twój pies?)

Trzeba pilnować czasu, jeśli nie chcę się wpakować w popołudniowy deszcz będąc na szczycie, więc żegnam się gruzińskim „kargat” i zmykam za wioskę. Tam będę mogła wreszcie odpuścić Bebe ze smyczy i trochę odsapnąć. Krótka przerwa pod drzewem, przed strumieniem. Bebito chyba trochę dostała w kość, bo zamiast szaleć po polach kładzie się pod nogami i zjada ze mną resztki owsianki.

20160510_112842

Kiedy ruszamy, w psa wstępuje nowy duch! Pędzi po zboczach rozkopując nory i kopce, zjada kwiaty, poluje na motyle i wszystkiego próbuje, oczy aż błyszczą Bebe z nadmiaru energii. Wybaczcie kochani przyjaciele, z którymi przemierzałam szlaki, nadal jesteście niepowtarzalni… Ale Bebito po prostu wymiata na trasie! Ma idealne tempo, nie domaga się chałwy lub cukierków, rozumiemy się bez słów, bez komentarza wysłuchuje najdziwniejszych zwierzeń, a do tego jest wyjątkowo miękka i puszysta 🙂

20160510_114654fot/ Chiora i Rioni

20160510_120934fot/ Patara Ghebi i Rioni

Trasa wiedzie spokojnym trawersem. Najpierw przez łąki do małej cerkwi z cmentarzem. Stamtąd rozpościera się przepiękny  widok na dolinę Rioni i Ghebi. Później przez las, w którym zastanawiam się co powinnam zrobić jeśli spotkam misia i czy Bebe pogorszy czy polepszy taką sytuację. Tym razem obywa się bez misiów. Mijamy ścinkę drzew i pniemy się dalej w górę,  spragnione widoków. Trawers robi się coraz bardziej stromy, ale Bebito nie odpuszcza tempa, a ja mam ochotę się zmęczyć więc dotrzymuję jej kroku. Śnieg zaczyna się dość nisko, jeszcze na drodze i pokrywa cały grzbiet. Teraz nie ma już szans na widmo żadnej drogi, ślady pojawiają się tylko pojedyncze- zwierząt, ale śnieg jest dość twardy i zapadam się tylko po kostki. Za to Bebe po prostu szaleje! Taki z niej wariat na śniegu jak Chuliganka na jacuzzi, zatrzymać się nie da… Niestety niebo zaciągnęło się już chmurami i nie wystarczy mi czasu na pełną eksplorację grzbietu, który aż zaprasza, żeby iść dalej w stronę granicy, ale to co widzę dookoła siebie (pomimo chmur!) w zupełności wystarcza na dobrego energetycznego kopa.

 

Uwielbiam wejścia pod górę, uwielbiam mało uczęszczane trasy, uwielbiam porządnie się zmęczyć i moc gór. Ale najbardziej uwielbiam to, że kiedy mając już czasem serdecznie dość, podnoszę wzrok stojąc na szczycie i momentalnie zapominam o spoconej koszulce, zadyszce i mokrych skarpetach, a po spontanicznym okrzyku rozpierającej radości, mogę maszerować dalej. Może to kombinacja wysiłku fizycznego i świeżego powietrza doprowadza mnie do takiej ekscytacji, a może patrząc na góry automatycznie włącza mi się w mózgu filtr upiększający na wzór tych z photoshopa, ale będąc sama wśród gór czuje taki spokój, że nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy częścią czegoś niesamowicie pięknego.

20160510_144234

20160510_141629

Z Notsary (2368 m n.p.m.), czyli szczytu górujacego nad wioską Chiora widok jest w stylu pocztówkowo-panoramicznym na dolinę Rioni, Shodę-Kiedylę i Logorę od południa, pasmo wysokiego Kaukazu z lodowcem Kirtishio i szczytem Chanchaxi oraz na  Burjulę i szczyty okalające Maminsonskij Pereval.

kirtishio.jpg
 fot/ Lodowiec Kirtishio i granica z Rosją
 … ale to trzeba przeżyć, więc nie będę nawet próbować tak zaawansowanej gimnastyki literackiej jak opis powyższej panoramy. Tymczasem, na szczycie nadal pochmurnie, ostatnie kawałki chleba rozdzielone, więc w tył zwrot i do domu marsz! Wystarczy już tych mistycznych uniesień i spokoju, prawda Bebito? Jak dobrze pójdzie to zajdziemy do domu po 18.00 i zrobimy jeszcze angielski z chłopakami.

bebe wolf