wyjątkowa Wigilia

P1140704.JPG

Czasem życie robi nam niespodzianki , że tylko pomyślimy a wszystko zaczyna się układać i realizować z naszym małym lub większym zaangażowaniem. Ok małe sprostowanie nie tyle życie co Szef. I w tej Wigilii do końca przygotowanej po polsku też Szefuńcio maczał swoje boskie palce).

Zanosiło się, że kolejne święta w Gruzji Chuliganka spędzi sama …  od 5 lat przywykła. Ciągle na obczyźnie a to tu, to tam.

Jednak pewna, niedawna i nic nieznacząca rozmowa powróciła w zupełnie innej odsłonie. Dla kogoś byłaby to pierwsza Polska Wigilia a dla Chuliganki cóż niby nie chciana,  a jednak gdzieś w głębi serca – wytęskniona. No i bach na 3 dni przed, rozbrzmiewa telefon …

–   robimy… udało się!!! mam tydzień wolnego, przyjeżdżam!!! Chuliganka starym zwyczajem wpadła w panikę

–   nie zdążę wszystkiego przygotować !

–   ok, to zrobimy kilka dni później, albo może nie szykuj wszystkiego jak tradycja przewiduje…

–   o nie !!! tak to nie będzie , bo widzisz to nie są moje czy twoje urodziny, które można obchodzić kiedy się chce i kiedy jest się na to gotowym …

–   rozumiem, spokojnie, będzie dobrze. oddychaj – wdech, wydech, wdech…))) no już, a teraz usiądź i na spokojnie zrób listę zakupów i wieczorem mi wyślij.

–   ale ja już mam listę – odparła Chuliganka dumna, że nie porzuciła nadziei na wspólne święta. Głos w telefonie nie pytał już na co , po co, skrzętnie notował z kilku powodów: wiedział jak ważne jest dla Chuliganki, żeby wypadło wszystko dobrze. Sam bardzo chciał przeżyć taką Wigilię pierwszy raz i najważniejszy z ważnych powodów: żeby, gdy wróci, Chuliganka nie „zjadła mu mózgu”, jeśli o czymś by zapomniał. I tak zakupy odbyły się nie po „Chuligańsku” ale na całe szczęście obyło się bez większego „wytaskiwania mozga” (zamęczania).

Gdy już wszystko było pewne a  (nazwijmy głos z telefonu) Śniegożerca wyjechał z Tbilisi, Chuliganka złapała co prędzej za telefon i zadzwoniła do Mariki.

–   Grażdanka, nu kak ti? – nie czekając klasycznej odpowiedzi, rozemocjonowana zaprosiła rodzinkę na pierwszą polską Wigilię w Ghebi.

–   ale przyjdźcie wszyscy, niet drugowo warianta, wse eta znacit wse, xo? – czuć było obopólną radość na łączach.

I wtedy wielki przedświąteczny ogień zapłonął w domku na górce. Ile Chuliganka mogła przygotować z tego co miała, to zrobiła. Na stole stały już tylko miski, garnki i wszelkie niezbędne instrumenty, których zazwyczaj używa się w kuchni, jakby czekały na powrót Śniegożercy aby mógł tylko wrzucić produkty. I tak też się stało. dzień, nie dzień, noc nie noc. Sytuacja wymagała sprężenia a to dla Chuliganki chleb powszedni, więc do dzieła.

Zaczęły lepić się pierogi, uszka kipiały, ciasto na piernik dojrzewało. Nieświadomy          (albo może jednak świadomy) szaleństwa, które właśnie się odbywało pod osłoną nocy , Śniegożerca smacznie spał. Raz po raz jednak otwierał jedno oko, jakby sprawdzając czy wszystko w porządku. Lecz gdy pokaźny piernik wyjechał z duchowki (piekarnika) i zapach wypełnił komnatę, rozbrzmiał głos :

–   jak dla mnie te 12 potraw może być właśnie takie…po czym rozległo się ponownie przeciągłe chrapanie.

Za oknem sypał śnieg na potęgę, a to dodawało jeszcze większej radości i animuszu Chuligance. Oj nie pamiętała ona tak śnieżnych świąt w swoim życiu. – padaj śniegu, padaj – śpiewała pod nosem, mając nadzieję, że na następny dzień Śniegożerca wyruszy w góry i nikt nie będzie się kręcił jej po kuchni i wchodził pod nóż. A wszystkie gospodynie świata wiedzą najlepiej , że święty spokój w kuchni to połowa sukcesu udanej wieczerzy.

Nadmiar mokrego i ciężkiego śniegu pokrzyżował plany, awaria prądu i nastała wszechogarniająca ciemność . Czołówka na głowę, dwie świeczki i jazda dalej, choć już nie z takim rozmachem, tak więc cały rozgrzany do czerwoności piec zajęły garnki z warzywami do sałatek a Chuliganka legła w pościeli.

Jak wiecie, nie może być tak, żeby ktoś lub coś nie pomieszało szyków Chuliganki. I tak tym razem kolejny dzień przyniósł kolejny atak paniki. W związku z tym, że nie wszystkie produkty były odpowiednie lub wystarczające, a przy okazji Śniegożerca chciał sprawdzić jedno miejsce padło hasło:

–   jedziemy do Oni.

–   Nie, nie, nie zdążę ze wszystkim , a jeszcze wieczorem mamy odwiedzić Marikę? I jeszcze wjedziemy do Rezo??? O matko, nie zdążę!!!

–   spokojnie damy radę.

–   damy? chyba chciałeś powiedzieć ja dam radę)

–   tak, „damy” bo pomogę Ci.

–   dobra nie trzeba, jakoś to ogarnę, to jedziemy. Nie myślcie, że Chuliganka tak ugodowo od razu podeszła do sprawy ) w jej głowie rosła … choinka i wyrosła już do takich rozmiarów, że trzeba było ją ściąć. No bo jak Wigilia bez zielonego drzewka?

DSC_0374.JPG

Nie obyło się bez długiego dialogu o ekologii i wicince drzew, jednak „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki dokonały swego. Piękna dwumetrowa jodełka znalazła się w samochodzie. A tam już rozpoczęło się szaleństwo małego dziecka – całowanie gałązek, gadanie do drzewka i wszechogarniający śmiech radości.

Po drodze w takiej śnieżycy  przygód w postaci przerwanej drogi nie brakowało, ale obfity śnieg potęgował radość i Śniegożercy i uhahanej od ucha do ucha wariatki, która gotowa była robić orły lub anioły przy każdym postoju.

Nastał wieczór, prądu brak ale:

–   chwila, chwila przecież mamy generator, – a to już pole do popisu dla Śniegożercy. Moment i cały dom rozbłysnął światłem i radością, że Chuliganka może spokojnie kontynuować swoje przedświąteczne szaleństwo. W międzyczasie do domku na górce dotarł Alex – wolontariusz z Francji, który zapowiadał się od dwóch miesięcy. A jednak dotarł … przemoczony do suchej nitki, wymęczony podróżą ale dotarł. Błysk w oku Śniegożercy był znajomy – będzie komu odśnieżać)

–   daj mu odpocząć, zobacz jaki wymęczony drogą…

–   dzisiaj tak ale jutro…))) Fakt faktem śniegu przybywało w zastraszającym tempie. I tak też wigilijny poranek panowie rozpoczęli od torowania dróg do miejsc strategicznych. Czyli na pierwszy ogień poszedł wychodek.

Chuliganka miała święty spokój w kuchni, więc wszystko grało. Konie tylko w lekkim szoku, zapadając się po brzuchy w białym proszku, z niedowierzaniem mrużąc oczy i szukając pocieszenia na Chuliganki ramieniu, głowie lub twarzy, gdy prowadziła je do wodopoju. Nawet Coriyi wywietrzały z głowy ostatnie szaleństwa, szedł za swoją panią jak pokorne cielątko.

A w domu … obrus już błyszczał na stole, panika gospodyni jednak się wzmagała. Wtem do domu wkroczyła choinka a za nią Śniegożerca z pełnymi kieszeniami siana. Chuliganka z wielkimi roześmianymi oczami zdążyła powiedzieć:

–   nie tak dużo, symbolicznie miało być

–   miało być siano, jest siano, dawaj podnoś obrus i nie marudź ) „Symboliczne sianko” zakryło połowę stołu. Kiedy w garnkach odbywało się ostatnie mieszanie, zastawa błyskawicznie pojawiła się na stole

–   pamiętasz o dodatkowym pustym miejscu?

–   pamiętam ale przecież mamy wędrowca … no i jak tu nie zgodzić się ze Śniegożercą, Alex to typowy wędrowiec, obrał właśnie taki styl życia. A swoją drogą Śniegożerca nieźle zapamiętał moją opowieść o tradycyjnej katolickiej Wigilii.

–   Gosia, ktoś Cię woła. Chuliganka spojrzała na zegarek, zakładając gruzińskie zamiłowanie do niepunktualności odparła:

–   nie to nie może być jeszcze Marika, choć do dwudziestej brakowało minuty. I wtem na balkonie rozbrzmiał świąteczny gruziński śpiew. Jako gospodyni tego domu wprowadziła kolędników i wszyscy razem usiedli do stołu. Żeby tradycji stało się zadość była modlitwa, przetłumaczona na 3 języki, były życzenia, i skrycie łezki uronione. Zabrakło opłatka ale wszyscy podzielili się sercem, tym, gdzie w każdym człowieku niezależnie od światopoglądu i religii, Bóg mieszka. Dom wypełnił się śmiechem, radością i ciepłymi spojrzeniami.

I nie miały znaczenia: nieustrojona choinka, brak opłatka, brak prezentów, bo o szczęśliwych świętach stanowili ludzie, którzy zasiedli w tym dniu do wspólnego stołu … ci najbliżsi sercu Chuliganki. A choć wielu jeszcze chciałaby wtedy widzieć, była z nimi myślami i sercem…

Równie szczęśliwych Świąt i Nowego Roku oraz dni w naszym życiu, każdemu życzę, by umieć cieszyć się drobiazgami i każdą daną nam chwilą. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce a po nocy przychodzi dzień. Niech każdy kolejny dzień będzie dla nas świętem, skoro otworzyliśmy oczy i możemy go przeżyć.

DSC_0355.JPG

 

 

 

 

Reklamy

Urodziny Otiko

_MG_1153

Rok 2017 w naszej „rodzinie” okazał się rokiem wielu zawirowań i zmian. Pomimo nawału pracy i wyzwań udaje się nam znaleźć czas na specjalne chwile. O pewnych dniach pamiętamy, pomimo zapełnionego ponad brzegi grafiku. A oto jak przy odrobinie inwencji twórczej udało nam się zapełnić po brzegi dzień urodzin Oto.

Co tu zrobić, jak to ogarnąć bo przecież musimy pojechać do Oni odebrać Ewkę, w domu pozostawić całą naszą menażerię, czyli 3 szalonych wolontariuszy, psa, 10 kurczaków i kaczkę – Daisy-dziwaczkę? Trzeba wcześniej załadować opiłki z lesopiłki (tartak), zakupy a jeszcze lista próśb od sąsiadów. Kiedy wrócimy tego nie wie nikt. I odwieczny problem co na prezent dla Oto. Choć on nie należy ani do wymagających ani wybrednych dzieci, to my zawsze mamy z tym problem. Bo nasze prezenty muszą być wyjątkowo radosne i niezapomniane. Czasem jednak nie trzeba mocno się głowić , bo najprostsze pomysły są najlepsze. I tak też okazało się tym razem.

  • co ty na to, żeby Otiko pojechał z nami ? wiem, że mamy wiele spraw do załatwienia ale napewno znajdziemy czas, żeby mu coś pokazać czego nie widział?
  • jasne !!! a co ty na muzeum i synagogę, a może coś po drodze i Ewa też skorzysta…
  • ok dzwonię,  żeby Oto był rano gotowy.
  • oooo i pójdziemy na urodzinowe xinkali tak jak tu młodzi miastowi mają w zwyczaju .

Plan na kolejny dzień ułożony, Marika wie, że rano ma obudzić solenizanta, więc dziewczyny spokojnie zasunęły nosy w swoje krawatki.

Z samego rana w pięknym słońcu rozbrzmiewało „Gilocav Otiko!” a chłopak zwarty i gotowy z trudną do ukrycia radością oczekiwał wyjazdu do Oni.

Dziewiąta wybiła, no to witaj przygodo!!!

SONY DSC

  • Gosia da Kasia można wystawić głowę ponad szyberdach? a może usiąść tam, a teraz zatrzymać się można?
  • Ależ Otiko dzisiaj są twoje urodziny, a to znaczy, że wszystko można … no prawie (z lekkim przekąsem zaśmiały się dziewczyny).

SONY DSC

  • Otiko… xociesh do Xatii i Tamari?
  • xoooo! – i już rozsuwają się drzwi Deliki
  • hej hej poczekaj podjedziemy tam!!! przecież nie musisz biec tam piechotką.

Kolejny pomysł okazał się trafny.

SONY DSC

  • akoce Tamari, akoce !!…. małej siostrzenicy Otiko nie trzeba było specjalnie zachęcać bo Tamara obdarowywała go niekończącym się potokiem buziaków.

Przekraczając rogatki Oni przyszedł czas na obowiązki, ale nasz solenizant we wszystkim nam towarzyszył. Z ciekawością oglądał maszyny i ludzi pracujących w tartaku. Wtem rozbrzmiewa tel od nieznanego nam numeru , któż to , któż to ?

  • Cześć sulelo!!! – słychać znajomy głos – Ewa już jedzie do Ambrolauri,

więc my mamy jeszcze czas by gdzieś wyskoczyć z Otiko, przed nami piękny leśny trakt, więc czemu nie? jedziemy?

  • tak, tak mne lutshe w gory i les cem w museum – krzyczy jubilat.

Już za zakrętem czeka nas moc atrakcji z najsłodszymi poziomkami na świecie.

_MG_1146

 

Male Ghebshi

Ostatnimi czasy pojawiało się mniej wiadomości o naszej nietypowej rodzince Chemi Family. O chłopcach, wyzwaniach i przygodach. Główną przyczyną jest nasza zimowa rozłąka, którą Chuliganka z Msisiarą i końską łobuzerią spędzają w Tsesi. Choć czasu nie marnujemy i staramy się wyjść naprzeciw pracom w nadchodzącym sezonie, do Ghebi strasznie tęskno. Ghebi menatreba.

13867136_500344180172578_910945793_n

Marika planuje zakup kurczaków, chłopcy oczekują wakacji. Iva koni. Rostoma jabłek. Vaso szaszłyków, a Oto wycieczek. W Tsesi wiosna rozkwitła już w pełni, zaczęły się prace w winnicach, zbieranie ziela na Phali* i co najważniejsze przygotowywanie koni do sezonu. Coriya ma się coraz lepiej po zabiegu pozbawienia go pisanek. Teraz stał się jeszcze większym pieszczochem, a oko Pana (strzegącej go pilnie Chuliganki) konia tuczy. Zabieg przebiegł wyjątkowo spokojnie i pomyślnie, biorąc pod uwagę tutejsze warunki i liczbę pomocników. Miało być 4 chłopa do trzymania, z braku laku musiał wystarczyć Vasiko, kierowca Shalva i Msisara. Na szczęście operacją dowodził nasz zaufany ghebiński weterynar Grisha z najlepszą siostrą na sali- Siostrą Chuliganką.

20170325_110227

Chemi stopniowo i spontanicznie się powiększa. Nie, nie jest to jeszcze wyczekiwana Franciszka Junior Jamala. Mamy nadzieję, że wiosenny romans z naszym Corisiem przyniesie jesienią małego Jamalo-Coriovego kvici (źrebaka). Kto wie, a nóż im się powiodło?  Szef bezustannie podsyła nam dobrych ludzi, którzy nie dają nam się nudzić i poszerzają horyzonty naszych aktywności. Jak więc widać zimowa hibernacja, okazała się nie tylko przeczekaniem chłodu z końmi na nizinach Rachy. Nowe znajomości, wiedza i doświadczenia są cholernie przydatne. Jednak gdy wiosną natura, ludzie i zwierzęta budzą się do życia, nogi rwą tam, gdzie chce się zapuszczać świeże korzenie. Tam, gdzie w domku nad mzave cxali (woda mineralna), dla serca zawsze znajdzie się miejsce. Bo bez tego nie byłoby nas. I dobrze jest to wiedzieć, ale lepiej to czuć patrząc nocą na Shodę oświetloną milionem gwiazd. W Ghebi, którego uśmiech nie zgubił się jeszcze w dzikim kapitalizmu pędzie. U źródeł, gdzie Bóg nie przestał być jeszcze zupełnie niepotrzebny, a człowiek całkiem samotny. 

Dlatego, za rodzinę i za tych, dzięki którym tutaj jesteśmy pijemy zawsze bolomde (do końca). By rosła dalej. Duża, zdrowa i piękna jak orzech sadzany w nowym ogrodzie. Nasza rodzina do tradycyjnych nie należy i dobrze, bo w tym swoim nieco nieokiełznanym sulelstwie (szaleństwie) czai się ogromna siła otwartych serc i śmiałych gestów. Wspaniale, bo przy takim wsparciu będziemy mogli działać dalej i marzyć o kolejnych odważnych planach. Dla chłopców, dla Mariki, dla Ghebińców, dla koni, dla Was i dla nas. W tym Ghebi. By mimo nieuniknionych zmian, takim zostało.

Ghebi, które kocha wariatów.

A w głowie czai się już tylko ten jeden moment. Kiedy przyciśniemy razem gaz do dechy i pojedziemy …

…male Ghebshi

DSC_0690

*Phali – pyszna gruzińska potrawa z zieleniny, czosnku i orzechów.

Udany szpionaż

Ostatnio głowy mamy zaprzątnięte zimowo-zwierzęcymi sprawami. Dużo piszemy o koniach i psach. Niestety mniej jest wieści o naszych Ghebińskich chłopcach i Marice, i przez to ciężko nam znieść tą rozłąkę. Chyba wszelkie tęsknoty, przetwarzamy na energię twórczą podczas opieki nad końmi. Ferma wysprzątana, boksy i podłoga odnowiona, okna zabite folią, siano zwiezione, konie chodzą na spacery do zielonej trawki na haftowanych smyczach i kokardach. 

I jak tak sobie Jamala chodziła z Ewą, a Coriś biegał z Chuliganką. Msisiara ni stąd ni z owąd, zawróciła i zamiast biec z Coriyą, pobiegła do wioski. Mimo, że podczas kilku poprzedzających dni, łącza Msisiara-Marika były niemal tak gorące jak wariennaja żopa Ewy (czyt. Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy), wszystko udało się skrzętnie ukryć przed solenizantką. I tak, niczym nie uprzedzona i niespodziewająca się Chuliganka zobaczyła jak przed fermę zajechał samochód, a z niego wysypały się nasze Ghebińskie skarby. Marika w pięknym czarnym koku, Iva w ciemnych okularach, ogorzały od słońca Vasiko, Rostoma w kurtce od Ewy, roześmiany Otiko i nawet Lasha! (Lasha to syn sąsiada, którego zabrał spod szkoły Iva, aby mógł się z nami spotkać) Nagle w fermie zrobiło się nas więcej niż koni i psów razem wziętych! Ah, jak dobrze było się w końcu wyściskać. Środkiem drogi dumnie przemaszerował pokaźny orszak  3km do domu. Gdy nie pada śnieg czy deszcz z nieba , wtedy na Chuligankę liczyć można, ona potrafi nawilżyć powietrze niczym fontanna. Łzy szczęścia to dobre łzy. A i Marice oko się zeszkliło, choć to twarda Osetynka jest. Przejściowy dom w Tsesi (bo tak to miejsce nazywamy) wypełnił się gwarem, radością i dzieciakami po brzegi.

 

Nie było się bez lekkiego kuchennego stresu- nie dość, że goście niezapowiedziani to jeszcze kucharek prawie 6!!! Na szczęście tylko 4, więc było co jeść, co pić i co świętować. Nie zabrakło świeczki na torcie podczas chórowego „Ra lamazi dgea” (gruzińskie „sto lat”) ani tortu na twarzy solenizantki. Torty znane są przecie z tego, że rozmazują się przewspaniale po wszelkich płaszczyznach twarzy i okolic. Ten tort tylko potwierdził regułę, a Chuliganka tym razem jadła go dosłownie oczami, bo rąk jej nie wystarczyło.

Choć by dusza do Ghebi chciała, tylko Ewa tam pojechała. Msisiara i Chuliganka nie mogły zostawić swoich zimowo-zwierzęcych obowiązków. Zamiast Ewy, w Tsesi został Otiko, którego nie trzeba było dwa razy pytać czy chce zostać i pomagać w stajni. Co się okazało później, Otiko był od początku przygotowany, żeby z nami zostać- w spodniach wziął ze sobą szczoteczkę do zębów.

Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy

Ten post pozostawiamy bez komentarza, bo do tych słów dodawać już nic nie należy.

„Wychodzę z lotniska 7,45, ciepły dzień, słońce nieśmiało przebija się przez chmury, bagaż, plecak, telefon po przewóz na parking. Józik pobiegł na następny samolot-zdążył, czy nie, czekam rozglądam się-chyba zdążył! Telefon do mamy, sms do dzieci. Jadę zmęczona okrutnie. Jestem już przy Jeziorze Rożnowskim, pięknym, spokojnym, otoczonym kolorowymi jesiennymi drzewami. Rozglądam się po górach nie widać majestatycznych ośnieżonych szczytów pasma Shody czy pięciu panien Uvali, Notsary czy rzeki Rioni.

20161019_144643.jpg

Jestem w domu. Drzewka w ogródku przybrały jesienne złociste barwy, hortensje kwitną podobnie jak pelargonie zwisające że stu letniej wagi. Wnoszę bagaż. Od czego zacząć? Herbata, piję ją (czarna z Gruzji), ale to nie ten smak co herbata z liści białego rododendronu, zbieranych wysoko w górach Kaukazu. Cisza, spokój Bebe nie skamle za drzwiami. Szybki prysznic (ciepła woda wow!), padam na „na pysk” , zasypiam. Budzi mnie bardzo mocny uścisk Otiko i Rostomy i jego łzy, ściska mnie w gardle, serce wali jak młot, łzy napływają do oczu. Nawet Ivane uścisnął mnie mocno! Marika piękna kobieta o spracowanych dłoniach (maja podruga), ściskałyśmy się często, a teraz mocno i czule. Kasia i Gosia żegnamy się-szalone dziewczyny o pięknych sercach. Vai me deda!!! Zasypiam- śni mi się czekanie na „maszyne” , jazda na gorącym silniku (wariennaja żopa) do polany Didi Xopito – ech te ośnieżone szczyty Kaukazu.

20161020_110615

Jadę na „Jamajce”Jamali, masakra!!! Otarte łydki i bolący tyłek! Przed zmierzchem dotarliśmy na miejsce. Namiot geologów, rozgrzany piecyk, pyszny kurczak i ziemniaki, herbata, myszki i kochana Bebe. Godzina 4,15 rano i to niebo usłane gwiazdami, a wokół białe szczyty gór.  Zasypiam- śni mi się powrót do domu w Ghebi. Jadąc na Jamali nie widziałam pięknych widoków. Teraz mogę podziwiać piękny raczyński szlak Sartsividziri!(opis szlaku/ Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie) Jadę na klaczy Obola, przechodzimy (tak mi się wydaje) obok osady pasterskiej Tevresho, jest ciemno, a tu pada hasło „za nami jest ogier postrach wioski!”. Adrenalina strzela w górę, Józik i Bebe pobiegli odgonić narwanego ogiera, a ja zaskakuje z Oboli, biorę za lejce Jamalę, mam iść szybko. (Achu modi!) Jamala  potyka się raz po raz, za mną Coriya za nim Obola dla obrony. I znowu masakra!!! Idziemy szybko, gdzie te światła Ghebi, i te słowa Gosi – będziesz wiedzieć z przodu ogiera to krzycz głośno! Vai me deda! Na drodze utknęli chłopcy z tiva*– dobrze jest, zobaczą ogiera to go odstraszą. Idziemy, w oddali widać światełka Ghebi i tam może pojawić się następny ogier. Byle szybciej do domu po błocie i po wodzie. Jesteśmy! Chciałam masakrę to miałam!!! Zasypiam-śni mi się ciężkie życie w Ghebi, Marika ze szczerym uśmiechem, Vasiko z promiennym spojrzeniem i szerokim uśmiechem kiedy ma szlifierkę w rękach, Ivane pędzący na koniu, Otiko który zrobił dla nas pałkę z wyrytym serduszkiem i naszymi imionami, Rostoma i jego rączki zarzucone na moją szyję i łzy, Kasia robiąca śniadanie chłopcom (obiecuję jeszcze kiedyś zrobię popcorn) i Gosia szalona kobieta robiąca wieszaki i przekomarzająca się z Mariką. Ech działo się!!! Dziękujemy! „

Dziękujemy to my, Szefowi. Za Was- Chemi Sulelebi.

20161019_150226

Kravatkowe wariacje

Wstawanie nie należy do naszych ulubionych, no może z wyjątkiem Bebito i Pitucha (koguta). Za to wskakiwanie do kravatek (łóżek) wieczorową porą, to to co małe i duże Chuligany lubią najbardziej. To momenty kiedy tworzą się wyjątkowe historie. Historie do poduchy i z do zrywania boków. Wieczorami górna komnata potrafi zamienić się w dyskotekę, salę gimnastyczną, salon gier i zawsze, bez wyjątków scenę komediantów. 

dsc_0213

Nie było tak zawsze, bo pamiętamy jeszcze czasy kiedy chłopcy bez końca przedłużali mycie nóg, jedzenie kolacji i pójście na górę. Jednak te czasy kiedy malcziki (chłopcy) trzeba było zaganiać na wierch minęły już bezpowrotnie. Teraz kładą się do łózek wręcz za wcześnie, bo polubili przytulną atmosferę przemeblowanej „górnej komnaty”, która przy rozpalonym do czerwoności piecyku  (z pewnością wiecie już, że Chuliganka ma niesamowitą smykałkę do ognia…) i połączonych łóżkach jest idealnym polem do poduszkowych bitew i fikania koziołków. Łóżka często są przestawiane, a układów było u nas wiele. Obecny układ 3 na 3, czyli Vasiko, Ivane i Rostoma po lewej nazwani Patara Ghebi* i Chuliganka, Msiaiara i Otiko po lewej jako Ghebi. Rostoma uwielbia przeskakiwać z jednej kravatkowej wioski do drugiej, udając batmana lub wślizgiwać się po ciemku i straszyć łaskotkami wykrzykując “Myszka, Myszka”, kiedy pisk Msisiary wywołuje salwy śmiechu. Jednak najulubieńszy i najmojszy układ to 4 na 2, gdzie jedno łózko stało puste, a nocami miały miejsce dantejskie sceny zazdrości pomiędzy Rostomą i Otiko. Kto śpi z Ivane, a kto między Chuliganką a Msisiarą.  

Kiedy pewnego razu w górnej komnacie znalazł się stary wózek (po wizycie córki Mariki Xatii z meżem i małą Tamarą) przetestowaliśmy grata i po przejażdżce z Rostomą a potem Otiko, o mały włos nie wylądował w nim 14-letni wówczas Ivane. Innym razem sprężynowe łóżka posłużyły nam za ‘trampolinową’ arenę podczas bitwy butelkami mzave zchali (woda mineralna, zawsze pochowana w materacach) i tak rozhuśtały sufit, że pseudo-kryształowa lampa zaczęła spadać Marice na głowę nie wspominając o tonach kurzu z sufitu w dolnej komnacie. Kiedy Marika dotarła na vierch, wyglądając jak rozwścieczony Chopin po koncercie, nie pomogło zgaszone światło i udawane chrapanie, dostaliśmy wtedy gruźińsko-polsko-rosyjskie OPR.

Teraz kiedy wieczorami sytuacja nabiera rozpędu, jak podczas rzucaniem popcornem, na podniesiony głos Marki w nizu i hasło “Marika idziot” wszyscy jak jeden mąż, nakrywają po uszy sabani (kołdry) i chrapią głośniej niż Vasiko w oryginale.

20161011_213017

Dlatego rozmowa telefoniczna w godzinach kravatkowych (21-23) jest praktycznie niemożliwa o czym przekonał się niedawno nasz przyjaciel Józek i grozi rykoszetem. Nawet powtarzany z uporem maniaka ciumat (cisza) nie daje oczekiwanych efektów. A kiedy szał ciał ustaje z powodu bolących brzuchów i gardeł, Rostoma nigdy nie przegapi możliwości zarzucenia ostrej riposty:

– Szto eta za bardach? Ugładzi male!(Co to za bałagan? Posprzątaj i to szybko)- Władczym i nieuznającym sprzeciwu tonem Rostoma naśladuje pilnującą porządku Chuligankę. Rozbrajająca mina starego wygi kiedy z satysfakcją wskazuje na łóżko Msisiary. 

20161011_211124

*Patara Ghebi to mniejsza część wioski leżąca po drugiej, lewej stronie Rioni.

„Crecker” tudzież „Cake”

20160927_154357

PL + EN!!!

Szkoda było żegnać naszego rubasznego Craiga. Może raczyńskie wiatry przywieją go znów w skromne progi Naszej Rodzinki, bo dobry z niego wariat. Nic dziwnego, że trafił do nas przez przypadkową pomyłkę lub pomylony przypadek, bo my jesteśmy po prostu takim niepospolitym, Szefoskim przypadkiem. U nas radość wybucha nagle i nierozmyślnie, bo życiu dajemy płynąć nieokrzesanie jak Rioni śmiejącej się odblaskami słońca. I dobrze nam było z szerokim uśmiechem Craiga, błyskającym spomiędzy gęstej i długiej (jak stąd do Nowego Jorku) brody, kiedy patrzył na fikającego jak młody koziołek – Rostomy chuligana:

-Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi – siedząc przy piecu powtarzał podchwycone u nas poranne hasło obowiązujące przed szkołą. A Rostoma szukał niebrodatego miejsca na policzku, żeby wlepić mu buziaka.

14446417_521786284695034_761619123_o (1).jpg
Przez tydzień opanował władanie toporem, aż pewnego dnia wraz z Vasiko zasypali podwórko górą szeszy (drewna). Próbował nawet przekonać chłopców, żeby układali drewno podając je sobie z rąk do rąk- chłopcy od razu powiedzieli, że tak jest wolno, niewygodnie i okropnie nudno:

– Ehhh i jak ich zagonić do pracy? Po 3 minutach robi się nudno i albo uciekają albo zaczynają szaleć…- w głosie Craiga zabrzmiała nutka rezygnacji, ale i tak się chłopak nie poddał. Wtem na zarządzenie Chuliganki, żeby część szeszy przenieść do górnej komnaty, Rostoma nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmił:

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i tak male na vierch!- tłumaczy gestykulując żywo: „Drewno na górę? ha! Mam idealny plan! ja i Otiko na balkon, Craig na dole. Ja wezmę wiadro na linie i szybko się będzie wciągało!” Jeszcze pięć minut temu Craig dumał jak zagnać małych chuliganów do układania drewna, bo po chwili tracili zainteresowanie. Nagle musiał stosować uniki niczym w ringu bokserskim, bo wokół jego głowy fruwało wiadro pełne szczapek. A w głosie brzmiała już tylko nutka rozbawionego niedowierzania.

20160927_154443

Tak jak my nie potrafił oprzeć się ciepłym kartoszkom i puri (chleb) z masłem. I stał się nieposkromionym zjadaczem placka na matsoni (Szybki placek na kwaśnym mleku (lub jogurcie)- nasze dzieci w kuchni.), nawet choroba nie była w stanie powstrzymać jego łakomstwa.  Przetrwał chrzest bojowy, czyli przejażdżkę z Chuliganka na Coryi. Ba! Nawet nie krzyczał gdy pokaźna gałąź orzecha wysadziła go z siodła, bo przecież nikt nie powie, że Craig spadł z konia. Przeżył także zjadliwego wirusa grypy żołądkowej i tylko byk go nie pogonił (Jak byk gonił Msisare)
– Crecker sadari (gdzie)? Było słychać wszędzie i co chwilę. Craig jako pierwszy z naszych gości został zaproszony przez starszych chłopaków z sąsiedztwa na wieczorne męskie pogaduszki pod latarnią. Co oznacza tylko jedno- jest Nasz (Chemi Family).

Wiec wracaj Craig, kiedy zatęsknisz za kartoszkami i plackiem i wieczorami z naszymi chuliganami i ich buziakami!

14407950_520969738110022_164605722_o.jpg

This time in English as well. For Craig and his family.

It was sad to bid farewell to our jolly Craig. Perhaps the winds of Racha bring him back to the modest doorsteps of Our Family, because he is good bonkers. It wasn’t unusual that he found us because of an accidental mistake or a mistaken accident, we are simply a one-big-special God’s mishap. We let joy flare suddenly and unthinkingly, just the way we let the life flow. Fast as river Rioni, full of sun blinking laughter. And we liked his wide smile showing up in the midst of thick and long (like from here to New York) beard, when he watched Rostoma jumping around like a young „billy”:

– Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi (give a kiss, kiss) – Sitting next to the fire place he was repeating our morning/before school motto, while Rostoma was searching for a no beardy place on his cheek to give him a kiss.

14438987_524103307796665_502371334_o.jpg

In a week he mastered the art of the ax untill one day him and Vasiko covered the whole yard with a massive pile of szesza (wood). Then he tried to convince the boys to calmly pass the wood pieces from hand to hand (…hahahaha, good try), but they didn’t like this idea- it was too slow, too boring and no fun at all.

– Ehhh, little chuligani, it is so hard to make them work and not run away after 3 minutes…- there was a note of disappointment in his voice, but he didn’t give up. Then, when Chuliganka ordered some wood to be brought upstairs to our  bedroom, Rostoma stopped everyone to tell his master plan and everything changed…

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i o tak, male na vierch!- he was explaining drawing funny air pictures with his hands: „Wood upstairs? I have the best idea! Me and Otiko on the balcony, Crecker downstairs. We take a bucket on a rope and pull the wood up, fast and cool!” So when few minutes before Craig had been wondering how to keep the boys interested in piling up wood, suddenly 10 minutes later he was escaping the flying bucket and looking with disbelief on the balcony getting quickly covered with wood.

Just like us, he couldn’t resist warm kartoszki (potatoes) and puri (bread) with butter. He also become an unstoppable Matsoni cake devourer, even the illness didn’t stop him! He passed the baptism of fire, which was a ride on Coriya with Chuliganka. Well, he didn’t even make a noise when a huge branch put him out of the saddle. And did anyone ever say he fell of the horse? He coped with the vicious virus of stomach flu and the only thing he missed was a bull chase and Kirtishio glacier (now that we know this, you have to come back!)

-Crecker sadari (where)? We could hear all the time. Craig was the very first guest who got invited to the evening hang out with the older boys. This means only one thing- he is already Ours (Chemi)

So come back Craig whenever you miss evenings with kartoszki and cake, with our chiluganis’ kisses.

20161001_143128

 

Życie bardziej niż ‚mojsze’

Przepraszamy naszych czytelników za przestój na blogu. Nie myślcie Kochani, że nie mamy o czym pisać, lub że nic się nie dzieje w Naszej Rodzinie. Wręcz przeciwnie, nasza nieobecność w tym miejscu jest podyktowana intensywnością działań i prac w domu i po za nim.

Jak zapewne wiecie zwariowany tandem Msisiara – Chuliganka jest chwilowo w rozłące, to wcale nie znaczy, że cały ten przedziwny „mechanizm” traci na działaniu lub sile. Dziewczyny tak podzieliły się rolami, że każdej dobrze jest w jej „ubraniu” jednak jak tylko mogą uzupełniają się nawzajem. Czasem mam wrażenie, że ich trybiki pracują nawet lepiej na odległość.  Bywa, że jedna pomyśli, a druga już ubiera to w słowa- niesamowita jednorodność celu i myśli. Do tego tempo ich życia, wyzwań i prac nabrało takiej prędkości, że czasem wieczorami lub w głębokiej nocy słychać na łączach światłowodów, niczym ryk bolida F1 – „damy radę!!!” I jedyne na co zdarza się narzekać dwóm „Sulelebi”(wariatkom), to zbyt krótka doba. Dla nich, każda długość dnia zawsze będzie za krótka.

Sytuacja w domu: po dwóch dość poważnych kryzysach Chuliganki, gdy rozsądek podpowiadał jej – wyjeżdżaj, głową muru nie przebijesz… Atmosfera wreszcie się uspokoiła. Powód zwątpienia ten co zawsze – najstarszy z chłopców i matka, która nie może przeciąć przysłowiowej pępowiny. Jak na razie do Mariki nie dociera tłumaczenie, że pozwalając mu na wszystko i nie wymagając niczego, wyrządza mu więcej krzywdy niż pożytku. Ostatni kryzys był poważny. Gdyby nie fakt, że koniec końców to serce rządzi Chuliganką, a Kasia-Msisara wie, co pobudza je do życia, ten blog i Nasza Rodzina stałyby pod znakiem zapytania. Trzeba koniecznie wspomnieć, że Msisiara potrafi wyciągnąć za uszy i podnieść skrzydła swojej kompanki. I choćby Chuliganka nie wiadomo jak twardo broniła swojej „najmojszej racji”, to w emocjonalnie trudnych sytuacjach słucha drugiej połowy tandemu. Mechanizm działa w obie strony. Jak w zegarku, jeden tryb nakręca drugi, popycha kolejny, wspierając wszystkie części, trybiki i drobinki. Tyk, tyk, tyk, tykają dalej.

A teraz do rzeczy: nadal trwa gorący okres sianokosów, jak dotąd mamy zebrane 4 tiwy (olbrzymie stogi), potrzebujemy jeszcze drugie 4. Koszenie i stawianie takiego stogu trwa, przy zaangażowaniu 4 chłopców min 10 godzin codziennie,  3-4 dni. Po ostatniej ‚trzeciej wojnie światowej’ czyli wojnie z Wasiko, młodsi chłopcy postawili brata pod ścianą, wymusili na nim współpracę i dostosowanie się do zasad panujących w domu. Efekt? Bez marudzenia, krzyków, fochów codziennie o 7 wstaje i chodzi z Ivane w góry kosić, a maluchom kazał póki co zostać w domu i pomagać kobietom. W nich jest siła, trzeba dać tylko prawo głosu Naszym Biczebi (chłopcom). Z odpowiednim nadzorem oczywiście.

Ostatnie dwa tygodnie Marika też zaskoczyła i zaczęła chodzić na przyspieszonych obrotach. A to zaprawy na zimę, a to goście, a to znowu trzeba nadążać za nowymi pomysłami Chuliganki. A ta jeżeli już coś wymyśli, to nie ma zmiłuj zanim nie będzie zrobione ‚do końca’. Toasty pijemy ‚do końca’, prace też robimy ‚do końca’. Nawet dzieci to wiedzą. Tak więc Marika przestała już stawać okoniem. To co, że zapłon ma jeszcze czasem opóźniony, najważniejsze, że się stara i dotrzymuje tempa. Efekt? Posiłki dla dzieci na czas, wcześniejsze wstawanie, wieczorne planowanie kolejnego dnia i ………..

REMONT ściany za piecem!!! czyli sztuka kompromisu

14341862_518415838365412_1295255005_n

 

Ściana za piecem od dawna spędzała nam sen z powiek i niszczyła zdrowie rodziny, a zwłaszcza Otiko. Przez mieszkającego w niej grzyba Otiko od małego łapie zapalenia płuc od czego ma zdeformowaną klakę piersiową. Owszem remont dolnej „komnaty” był w planach ale raczej wiosennych, jednak Marika chciała chociaż tylko pomalować przybrudzone od pieca i sypiące się od grzyba ściany. Na co Chuliganka kręciła nosem, bo dla niej to znowu „leczenia syfa pudrem”.

14285574_518455725028090_1350176151_o– po co kupiłaś farbę?  do czego Ci emulsja? o nie! tym …. czymś nie będziemy tutaj malować, te ściany musza oddychać, schnąć, kobieto wałkowałyśmy ten temat pół roku a ty … eh znowu nie konsultujesz

– zakryje trochę te obrzydliwe ściany. Do wiosny wystarczy…

– ok ale zrobimy to po mojemu

Vaime deda (o matko)!!! Ty wytaszczysz mne mozg !!! ( ty wyciągniesz mi mózg) no ok, jak chcesz, ale nie dzisiaj. Xwal*(jutro) …

– A dlaczego nie dziś? Za 4 dni znowu mamy gości a  ja, jak wiesz mam jeszcze inną robotę. Jak można, trzeba działać! pogoda nam dopisuje więc musimy się uwinąć w 3-4 dni

  • Raooooooo??????????????? (Cooooo) 3-4 dni? pomalujemy w dwa – w tym momencie Marika wymiękła. Zdała sobie bowiem sprawę, że darowizna narzędzi z Polski, która tak bardzo ucieszyła dzieci i Chuligankę, to  znak wielkiej domowej rewolucji. Czyli będzie dym, tym razem dosłownie, a na to Marika patrzy z przerażeniem. Jednak wie, że nie ma odwrotu. Zadania podzielone : Chuliganka przejmuje komnatę, Marika zajmuje się zabezpieczeniem jedzenia na 2-3 dni dla chłopców w góry i dla reszty rodziny, bo piec będzie wkrótce odłączony.

– Ok wszystko mamy, to ty teraz idź jeszcze do sklepu a ja się zabieram do roboty- wygania Chuliganka. To jest ten moment, którego niestety Marika nie przewidziała. Łobuz-Hardcore-Demolka wpada z ciężkim sprzętem i zabiera się do gruntownego oczyszczania ściany, czyli skrobania, odkuwania i szlifowania. Otiko i Rostoma otwierają oczy ze zdziwienia, gdy Chuliganka wyłania się z kłębów pyłu. Po godzinie wraca Marika z wioski i …. kapituluje.

  • Rozumiem teraz dlaczego kazałaś mi spać na górze i wynieść telewizor. Koniec świata!!! Marika jednak zaczyna wreszcie dostrzegać jak głęboko „zakorzeniony” jest problem i ile jest do zrobienia. Dwa dni mijają w gruzie i pyle. Jednak od razu widać pierwsze efekty, a to  daje jej siłę i powód do dumy przed odwiedzającymi, ciekawymi hałasu sąsiadami. Nawet fakt, że posiwiała od ton pyłu we włosach nie jest w stanie przyćmić jaśniejącej satysfakcji. Wasiko i Ivane też są pod wrażeniem, a sprawia, że ich kosy suną ramię w ramię. Motywacja dyktuje im tempo pracy.

13920154_501075900099406_3389672795120611150_o

W trzeci dzień czas zamienić się miejscami na stole. Chuliganka uzbrojona w szlifierkę ustępuje miejsca Marice z wodą z mydłem, a następnie z wałkiem i pędzlem. Wszystko działa jakby powiedziała Msisiara – ideolo! Kiedy Marika pochłonięta jest malowaniem, Chuliganka nadrabia obowiązki matki i przygotowuje chłopców na pierwszy dzwonek po wakacjach. Tak to już jutro …

 

 

 

 

Zielono nam!

Po kilku dniach przestoju, zwolnienia tempa pracy i małego spadku zaangażowania, nadszedł ważny dzień. Dzień odbudowy nadziei i ożywienia ducha działania.

DSC_0190.JPG

To dzień pierwszych zbiorów w Chialashi. Lobio (fasola) dojrzewa na potęgę, co cieszy nie tylko oko, ale i nasze żołądki. Pierwszą, tegoroczną fasolę z małego ogródka (bostani) już skonsumowaliśmy, ale ten zbiór z Chialashi ma całkowicie inny wymiar. Zebrane pierwsze 6 kg fasoli, to nagroda i  uznanie dla dzieciaków za ich wytrwałość i zaangażowanie w odzyskanie i zagospodarowanie ponad hektara ziemi. Ziemi, od 10 lat leżącej odłogiem. Radość podwójna, bo część zebranego lobio już pakuje się w słoiki na zimę. – Hurra! W tym roku będziemy jeść zimą też lobio, a nie tylko kartoszki i puri !!! (ziemniaki z chlebem) –  wykrzykują najmłodsi.

DSC_0187.JPG

Pierwszy błysk w oku pojawił się na widok pierwszego plonu, bo nikt nie dowierzał że tyle tego będzie. Drugi błysk rozświetlił wielki garnek kipiącej, zielonej fasoli. W naszą młodzież wstąpił nowy duch. Nawet najstarszy „zarmatsi” (leń) – Vasiko wziął się do roboty. Od śniadania jak zacięty rąbał drzewo. Wióry leciały, a dźwięk piły łańcuchowej i topora brzmiały dzisiaj jak najpiękniejsza melodia.  A do tego wszystkiego- rozśpiewany w pracy Vaso, niebywałe!!!!!!!!

Od kilku dni znów dręczą nas deszcze, a przez to ograniczone możliwości pracy. Na szczęście i dzięki Szefowi zdążyliśmy wykonać plan. Teraz na polu walki pozostała już tylko Marika. Jak na dobrego dowódcę przystało z pola bitwy schodzi ostatnia, teraz pilnuje pieca, na którym kipi mus jabłkowy, słoiki z kompotem śliwkowym, zielone tkemali i ogromny garnek zielonego lobio.

„Siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki (teraz nazywanej Suleli= ta, co straciła rozum, szaleniec) spowodował, że Marika zasmakowawszy zielonego, niesamowicie wyrazistego sosu, postanowiła ugotować dodatkowe kilka butelek. Dotychczas w domu nad mzave cxali królowało tylko czerwone tkemali, czyli gruziński sos z dojrzałych czerwonych i fioletowych śliwek-mirabelek. Rok temu w Kutaisi, u drugiej rodziny, nad którą sprawujemy „opiekę”, Chuliganka spróbowała zielonego tkemali, i ten właśnie smak przywlokła teraz do Ghebi.

Dzisiaj nasz dom pachnie na zielono: tkemali i lobio. A wszystko okraszone sercem Mariki i radością dzieci- smakuje najlepiej!

DSC_0155.JPG

śliwki „kompotowe”

DSC_0156.JPG

mirabelki na zielone tkemali, a poniżej zaczarowany, pełen niebywałego aromatu sos:

DSC_0169.JPG

 

 

Na vierno Obola

Siedem osób w jednym domu. Każda z dość zdecydowanym charakterem- jest ogień. W grupie jest ciekawiej, jest z kim płatać figle i grabić siano albo… na kogo zrzucić winę.

Każdy, kto ma rodzeństwo coś o tym wie. Jak pojawia się problem, to najlepiej jest się nim trochę podzielić… i ‘zwalić winę’ lub podejrzenie na kogoś innego. Zyskuje się wtedy czas, a problem jakby odrobinę łagodnieje. To znany, cwaniacki sposób na sytuacje kiedy coś znika i nie wiadomo kto to wziął, zjadł lub zaprzepaścił. 

Czyli klasyczne ‚spychactwo, zwalactwo i ogólny tumiwisizm’ (terminy zostały wyjaśnione w rozdziale Poszukiwacze skarbów)

W Naszej Rodzinie spychaczy nie brakuje. Dzieje się dużo, więc jest co spychać. Ze spychaniem na Marikę, Chuligankę lub Msisiarę trzeba trochę uważać, ale maluchy to łebskie chłopaki, i to czasem potrafią…

Palatience…? Kasha!

Kasha kasha, sadari palatience? (Kasia, gdzie jest ręcznik?) 

– No jak to gdzie, wisi przy piecu.

– Ale nie ten. Taki mały różowy

– To przy drzwiach, albo w szafie – O co tym razem chodzi? Msisiara już nabiera podejrzeń.

– Nie ten! Ten co mieliśmy przy wyrębie lasu.

– Aaaa, wtedy co Otiko wpadł do rzeki? Suszył się obok Was, na drzewie… tam raczej nie został, ale albo zabyli (zapomnieliśmy) albo… dzrocha-kurduna! (krowa-złodziejka)

20160523_135135.jpg

Ręcznik rzeczywiście przepadł. Stanęło na krowę-złodziejkę. Za to innym razem, kiedy rozbijało się nie o ręcznik tylko o coca-colę:

– Kaśka! Kaśka, posikasz się jak usłyszysz, co Rostoma zrobił. – Chuliganka ciągnie mnie w ustronny kąt

– Słuchaj, wiesz pod poduszką jest schowana coca-cola. 

– No, i cukierki. 

– Cukierków już nie ma, coli zresztą też nie… ale słuchaj co z tą cola. Poszłam do góry, i pić mi się chce jak małemu dziecku płakać, a tam co? Pusta butelka pod poduszką!

– Hahahaha, wypili i zostawili Ci pustą butelkę?  No ładnie…

– Tak, więc czekam aż któryś przyjdzie. Akurat robiłam coś na komputerze i przyszedł Rostoma, wiec go pytam czy wie kto wypił: Shen (ty?). Schował się na łóżku i woła: Me ara (ja nie!) Pytam kolejnych chłopców, układających się do łóżek. Jak klasyczny refren…

– Tylko ara i ara (nie, nie, nie)

 – Słyszę: Me ara, me ara.  A ja czekam i pytam: Tak? A Myszka* Rostoma nie wypił? Co Myszka? – Me ara! (Ja nie!)… Jasne, nikt nie wypił. Samo się! A on wtedy do mnie przychodzi i mówi z taka mądrą i przekonującą miną: – Me ara na verno Obola!!!

– Hahaha, nie wierzę!!!

– Rozwalił mnie tym…  tak tak, na verno Obola! (To na pewno Obola)

I tym sposobem Obola, nasza stateczna klacz, została naszym tajemniczym ‚spijaczem’ coca-coli, a ten krótki tekst wpisał się na stałe do rodzinnego języka i dialogów. Zamiast ar vici, me ara ( ja nie wiem, to nie ja) wystarczy powiedzieć „naverno Obola” i wszystko jasne.

*Rostoma mimo że najmłodszy, a może właśnie dlatego, jest największą ‚Myszką’ i zawsze zwęszy okazję. Czy są to cukierki czy lemoniada, czy możliwość zamoczenia palca w ukrytej w lodówce misce z kremem.