wyjątkowa Wigilia

P1140704.JPG

Czasem życie robi nam niespodzianki , że tylko pomyślimy a wszystko zaczyna się układać i realizować z naszym małym lub większym zaangażowaniem. Ok małe sprostowanie nie tyle życie co Szef. I w tej Wigilii do końca przygotowanej po polsku też Szefuńcio maczał swoje boskie palce).

Zanosiło się, że kolejne święta w Gruzji Chuliganka spędzi sama …  od 5 lat przywykła. Ciągle na obczyźnie a to tu, to tam.

Jednak pewna, niedawna i nic nieznacząca rozmowa powróciła w zupełnie innej odsłonie. Dla kogoś byłaby to pierwsza Polska Wigilia a dla Chuliganki cóż niby nie chciana,  a jednak gdzieś w głębi serca – wytęskniona. No i bach na 3 dni przed, rozbrzmiewa telefon …

–   robimy… udało się!!! mam tydzień wolnego, przyjeżdżam!!! Chuliganka starym zwyczajem wpadła w panikę

–   nie zdążę wszystkiego przygotować !

–   ok, to zrobimy kilka dni później, albo może nie szykuj wszystkiego jak tradycja przewiduje…

–   o nie !!! tak to nie będzie , bo widzisz to nie są moje czy twoje urodziny, które można obchodzić kiedy się chce i kiedy jest się na to gotowym …

–   rozumiem, spokojnie, będzie dobrze. oddychaj – wdech, wydech, wdech…))) no już, a teraz usiądź i na spokojnie zrób listę zakupów i wieczorem mi wyślij.

–   ale ja już mam listę – odparła Chuliganka dumna, że nie porzuciła nadziei na wspólne święta. Głos w telefonie nie pytał już na co , po co, skrzętnie notował z kilku powodów: wiedział jak ważne jest dla Chuliganki, żeby wypadło wszystko dobrze. Sam bardzo chciał przeżyć taką Wigilię pierwszy raz i najważniejszy z ważnych powodów: żeby, gdy wróci, Chuliganka nie „zjadła mu mózgu”, jeśli o czymś by zapomniał. I tak zakupy odbyły się nie po „Chuligańsku” ale na całe szczęście obyło się bez większego „wytaskiwania mozga” (zamęczania).

Gdy już wszystko było pewne a  (nazwijmy głos z telefonu) Śniegożerca wyjechał z Tbilisi, Chuliganka złapała co prędzej za telefon i zadzwoniła do Mariki.

–   Grażdanka, nu kak ti? – nie czekając klasycznej odpowiedzi, rozemocjonowana zaprosiła rodzinkę na pierwszą polską Wigilię w Ghebi.

–   ale przyjdźcie wszyscy, niet drugowo warianta, wse eta znacit wse, xo? – czuć było obopólną radość na łączach.

I wtedy wielki przedświąteczny ogień zapłonął w domku na górce. Ile Chuliganka mogła przygotować z tego co miała, to zrobiła. Na stole stały już tylko miski, garnki i wszelkie niezbędne instrumenty, których zazwyczaj używa się w kuchni, jakby czekały na powrót Śniegożercy aby mógł tylko wrzucić produkty. I tak też się stało. dzień, nie dzień, noc nie noc. Sytuacja wymagała sprężenia a to dla Chuliganki chleb powszedni, więc do dzieła.

Zaczęły lepić się pierogi, uszka kipiały, ciasto na piernik dojrzewało. Nieświadomy          (albo może jednak świadomy) szaleństwa, które właśnie się odbywało pod osłoną nocy , Śniegożerca smacznie spał. Raz po raz jednak otwierał jedno oko, jakby sprawdzając czy wszystko w porządku. Lecz gdy pokaźny piernik wyjechał z duchowki (piekarnika) i zapach wypełnił komnatę, rozbrzmiał głos :

–   jak dla mnie te 12 potraw może być właśnie takie…po czym rozległo się ponownie przeciągłe chrapanie.

Za oknem sypał śnieg na potęgę, a to dodawało jeszcze większej radości i animuszu Chuligance. Oj nie pamiętała ona tak śnieżnych świąt w swoim życiu. – padaj śniegu, padaj – śpiewała pod nosem, mając nadzieję, że na następny dzień Śniegożerca wyruszy w góry i nikt nie będzie się kręcił jej po kuchni i wchodził pod nóż. A wszystkie gospodynie świata wiedzą najlepiej , że święty spokój w kuchni to połowa sukcesu udanej wieczerzy.

Nadmiar mokrego i ciężkiego śniegu pokrzyżował plany, awaria prądu i nastała wszechogarniająca ciemność . Czołówka na głowę, dwie świeczki i jazda dalej, choć już nie z takim rozmachem, tak więc cały rozgrzany do czerwoności piec zajęły garnki z warzywami do sałatek a Chuliganka legła w pościeli.

Jak wiecie, nie może być tak, żeby ktoś lub coś nie pomieszało szyków Chuliganki. I tak tym razem kolejny dzień przyniósł kolejny atak paniki. W związku z tym, że nie wszystkie produkty były odpowiednie lub wystarczające, a przy okazji Śniegożerca chciał sprawdzić jedno miejsce padło hasło:

–   jedziemy do Oni.

–   Nie, nie, nie zdążę ze wszystkim , a jeszcze wieczorem mamy odwiedzić Marikę? I jeszcze wjedziemy do Rezo??? O matko, nie zdążę!!!

–   spokojnie damy radę.

–   damy? chyba chciałeś powiedzieć ja dam radę)

–   tak, „damy” bo pomogę Ci.

–   dobra nie trzeba, jakoś to ogarnę, to jedziemy. Nie myślcie, że Chuliganka tak ugodowo od razu podeszła do sprawy ) w jej głowie rosła … choinka i wyrosła już do takich rozmiarów, że trzeba było ją ściąć. No bo jak Wigilia bez zielonego drzewka?

DSC_0374.JPG

Nie obyło się bez długiego dialogu o ekologii i wicince drzew, jednak „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki dokonały swego. Piękna dwumetrowa jodełka znalazła się w samochodzie. A tam już rozpoczęło się szaleństwo małego dziecka – całowanie gałązek, gadanie do drzewka i wszechogarniający śmiech radości.

Po drodze w takiej śnieżycy  przygód w postaci przerwanej drogi nie brakowało, ale obfity śnieg potęgował radość i Śniegożercy i uhahanej od ucha do ucha wariatki, która gotowa była robić orły lub anioły przy każdym postoju.

Nastał wieczór, prądu brak ale:

–   chwila, chwila przecież mamy generator, – a to już pole do popisu dla Śniegożercy. Moment i cały dom rozbłysnął światłem i radością, że Chuliganka może spokojnie kontynuować swoje przedświąteczne szaleństwo. W międzyczasie do domku na górce dotarł Alex – wolontariusz z Francji, który zapowiadał się od dwóch miesięcy. A jednak dotarł … przemoczony do suchej nitki, wymęczony podróżą ale dotarł. Błysk w oku Śniegożercy był znajomy – będzie komu odśnieżać)

–   daj mu odpocząć, zobacz jaki wymęczony drogą…

–   dzisiaj tak ale jutro…))) Fakt faktem śniegu przybywało w zastraszającym tempie. I tak też wigilijny poranek panowie rozpoczęli od torowania dróg do miejsc strategicznych. Czyli na pierwszy ogień poszedł wychodek.

Chuliganka miała święty spokój w kuchni, więc wszystko grało. Konie tylko w lekkim szoku, zapadając się po brzuchy w białym proszku, z niedowierzaniem mrużąc oczy i szukając pocieszenia na Chuliganki ramieniu, głowie lub twarzy, gdy prowadziła je do wodopoju. Nawet Coriyi wywietrzały z głowy ostatnie szaleństwa, szedł za swoją panią jak pokorne cielątko.

A w domu … obrus już błyszczał na stole, panika gospodyni jednak się wzmagała. Wtem do domu wkroczyła choinka a za nią Śniegożerca z pełnymi kieszeniami siana. Chuliganka z wielkimi roześmianymi oczami zdążyła powiedzieć:

–   nie tak dużo, symbolicznie miało być

–   miało być siano, jest siano, dawaj podnoś obrus i nie marudź ) „Symboliczne sianko” zakryło połowę stołu. Kiedy w garnkach odbywało się ostatnie mieszanie, zastawa błyskawicznie pojawiła się na stole

–   pamiętasz o dodatkowym pustym miejscu?

–   pamiętam ale przecież mamy wędrowca … no i jak tu nie zgodzić się ze Śniegożercą, Alex to typowy wędrowiec, obrał właśnie taki styl życia. A swoją drogą Śniegożerca nieźle zapamiętał moją opowieść o tradycyjnej katolickiej Wigilii.

–   Gosia, ktoś Cię woła. Chuliganka spojrzała na zegarek, zakładając gruzińskie zamiłowanie do niepunktualności odparła:

–   nie to nie może być jeszcze Marika, choć do dwudziestej brakowało minuty. I wtem na balkonie rozbrzmiał świąteczny gruziński śpiew. Jako gospodyni tego domu wprowadziła kolędników i wszyscy razem usiedli do stołu. Żeby tradycji stało się zadość była modlitwa, przetłumaczona na 3 języki, były życzenia, i skrycie łezki uronione. Zabrakło opłatka ale wszyscy podzielili się sercem, tym, gdzie w każdym człowieku niezależnie od światopoglądu i religii, Bóg mieszka. Dom wypełnił się śmiechem, radością i ciepłymi spojrzeniami.

I nie miały znaczenia: nieustrojona choinka, brak opłatka, brak prezentów, bo o szczęśliwych świętach stanowili ludzie, którzy zasiedli w tym dniu do wspólnego stołu … ci najbliżsi sercu Chuliganki. A choć wielu jeszcze chciałaby wtedy widzieć, była z nimi myślami i sercem…

Równie szczęśliwych Świąt i Nowego Roku oraz dni w naszym życiu, każdemu życzę, by umieć cieszyć się drobiazgami i każdą daną nam chwilą. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce a po nocy przychodzi dzień. Niech każdy kolejny dzień będzie dla nas świętem, skoro otworzyliśmy oczy i możemy go przeżyć.

DSC_0355.JPG

 

 

 

 

wywiad z Życiem albo rozmowa o błocie

to nie będzie wpis okraszony zdjęciami lub słodkimi , zabawnymi rysunkami. to będzie suche, zimne brutalne życie a raczej wywiad z nim. który nie nastraja  ani świątecznie ani jakkolwiek optymistycznie. więc jeśli ktoś nie chce psuć sobie nastroju to zaleca się zakończyć czytanie w tym miejscu.

–   hej co tam u ciebie Życie, dawno nie rozmawialiśmy…

–   nie wiem, jakoś leci. co ja tam wiem, wszystko normalnie , po staremu znaczy.

–   usiądź, masz ochotę na coś? xaciapuri, lobiani, kawa?

–   nie, nie jestem pełne…. odparło Życie i długa chwila milczenia zaległa pokój. Życie usiadło ze zwieszoną głową, tępo wpatrując się w podłogę, jakby przeliczając ziarna piasku w szparach pomiędzy deskami.

–   no co tam opowiadaj, co słychać w domu, u kolegów, w szkole? nie chcę ciągnąć cię za język pytaniami, opowiadaj, jak starzy kumple pogadajmy.

–   co ja tam wiem, nic nie wiem ………… siedziało tak Życie dalej nie wiedząc nic, jednak nie chcąc wyjść, uciec przed rozmową, oczekiwało czegoś. jednak trudno było mi zbliżyć się jak dawniej. wiedziałam, że jest jakiś ogromny problem, tylko jak go wyłuskać?

–   ok, to może w inny sposób … dlaczego palisz? wiem też, że pijesz już, dlaczego? co się dzieje? dlaczego nie chodzisz do szkoły?

chyba Życie spodziewało się tych pytań, a być może i czekało na nie. podniosło głowę i lakonicznym uśmiechem na zaciśniętych ustach, znacząco wzdrygnęło ramionami  -„nie wiem” – ale nie powiesz matce? wycedziło, wiedząc tak czy tak, że pomimo, że nie pochwalam to trzymam sztamę.

–   bo widzisz tutaj tak jest, wszyscy tak robią, a ja też jestem wszyscy, bo dlaczego nie? mój ojciec tak robił, mój brat, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. odpowiedz mi, dlaczego ja mam być inne? tutaj nie możesz być inny, tutaj musisz być taki sam. nie chcę już być inne, zmęczone jestem.

–   eh Życie co ty gadasz… nie chciałam przerywać myśli, bo widziałam, że w końcu Życie się otworzyło. zawołało tylko psa by móc go głaskać, jakby to przydawało mu pewności i łagodności. i tak jednostajnym monotonnym ruchem wtapiało swoje palce we włosy psa, nie spoglądając już na mnie.

–   widzisz mam błoto na walonkach – to jest moje, nasze, tutejsze błoto , nawet jeśli je strzepnę, zmyję w strumieniu; za czas jakiś, zanim dojdę do domu znowu się przyklei. widzisz mam w podeszwie kupę krowy… to tutejsze, nasze i nawet jeśli zmyję, albo zmienię buty jutro, pojutrze znowu kolejne mi się przyklei…

–   ja mam to samo błoto , ale przecież nie o błoto cię pytałam, co się dzieje i dlaczego tak się dzieje?

–   tak. tylko ty wsiądziesz do samolotu, wrócisz do siebie i będziesz mieć już tylko czyste buty…

–   być może ale ja jestem tutaj, jeśli potrzebujesz pomocy ty lub ktokolwiek, to ja jestem tutaj .. z waszego powodu.

–   hmmm … zamyśliło się Życie spojrzało jeszcze raz na mnie i znów wymownym wzdrygnięciem ramion odpowiedziało „nie wiem”. –  Ty ? już nie możesz, bo jak? ty już nie masz pieniędzy. widzisz …nie możesz pomóc. ok, tez masz to samo błoto na butach, trudzisz się tak samo jak my. ale patrz przed tobą stoi wielka brama, a przede mną drewniana rozklekotana furtka. za twoją bramą jest inne życie, czysty świat. popatrz, przejdź przez moją … co widzisz? nadal to samo błoto i gówna.

–    ok, ok rozumiem o czym mówisz, ale ja nadal tu jestem, obiecałam i dopóki sił i zdrowia wystarczy będę tutaj. i będę codziennie z tobą przechodzić przez tą rozklekotaną drewnianą furtkę. więc w czym problem? starałam się bardziej stanowczo zaakcentować fakt, że nadal tu trwam, jednak tak aby nie spłoszyć myśli i słów Życia.

–   mogę nadal tobie i wam pomóc, i do tego nie są potrzebne pieniądze…pamiętasz twój i kuzyna pomysł na przyszłość, na wasz biznes w przyszłości? na tej polanie, gdzie kosiliśmy razem siano, wtedy wieczorem przy ognisku.. mogę wam pomóc, pokazać jak do tego dojść.

–   hahhaha- roześmiało się już w głos Życie – to były wygłupy, to się nie uda bez pieniędzy. i co z tego, że ja będę się trudzić, nie jestem tutaj samo. jestem zmęczone robieniem wciąż za kogoś, a ten ktoś mi nie pomaga i zabiera to co wypracuję.  jasne ty mi pomagałaś ale ty to nie wszystko w wielu sprawach ty nie możesz… eh – zasępiło się znowu Życie wtapiając palce w sierść psa który owinął się z pełnią zaufania wokół jego nóg.

bolesna cisza zaległa po tych słowach znowu komnatę, wciskała się boleśnie w uszy i w serce.

–   i wiesz co ? – spojrzało Życie swym przenikliwym wzrokiem jeszcze raz, jakby w głąb mojej duszy…- ja już nie wierzę, jedno wiem, ty też  wyjedziesz. wyjedziesz zanim…, zanim cokolwiek będzie inaczej. Nie wierzę już w obiecywanie, nie wierzę w słowa. wierzę tylko w moje błoto, które jutro znowu będzie takie samo i tak samo będzie kleić się do moich walonek.

 

Biało … pusto … zimno

SONY DSC

Zima na ramiona moje spadła
Niewinnością białym śniegiem
Pierwsza gwiazda już na niebie
Nie ma nie ma ciebie

Ogień tańczyć zaczął już w kominie
A choinka się zieleni
Serca ludziom opromieni
Moje w kamień zmieni

Śnieg zasypał dzisiaj wszystkie drogi
Niewinnością białym płaszczem
Twoich śladów nie wypatrzę
Nie mam cię na zawsze

_DSC0172.JPG

Lacrimosa

 

DSC00856.JPGBrakuje mi Ciebie… Ty – kimkolwiek jesteś

złudnym marzeniem, jawą we śnie, snem na jawie

kimkolwiek jesteś.

Brakuje mi Ciebie

gdy chmury ponuro zakrywają nieboskłon

i gdy szczyty lśnią srebrem kuszącym

brakuje mi Ciebie

Twoje miejsce przy stole krzyczy pustką

i słoneczniki smutno głowy zwiesiły

a gorzka kawa jest słodsza niż każda kolejna chwila.

Brakuje mi Ciebie

Twego szaleństwa, zwariowanego gwaru

apetytu na europejską kawę

brakuje odgłosu Twych kroków

głośniejszych niż wszystko wokół.

Brakuje mi Ciebie

w prozie życia

w szarości poranków

w zmęczeniu wieczorów.

To miejsce jest martwe …

a chleb nie rośnie już jak dawniej

თქვენი ოჯახის

20160508_112330

Ta pomyłka przy powstawaniu nazwy bloga czyli „moja” nie „nasza” w tym momencie staje się bardzo wymowna. Nadal jednak zostaje moja rodzina i choć w brutalnej rzeczywistości już nie jest nasza to wciąż moja.

Życie dostarcza nam wielu miłych, wspaniałych i wzniosłych chwil ale również i tych trudnych, mozolnych i nudnych. To od nas tylko zależy jakiego dokonamy wyboru. Są ludzie, którzy wciąż szukają swojej drogi, swojego miejsca, swojego powołania. I to jest w mojej osobistej opinii bardzo dobre, na pewno lepsze niż pozostawanie na jednej drodze, która nie daje nam radości, jest wegetacją lub prymitywnym zaspokajaniem potrzeb czasem tylko tych fizjologicznych.

Wszystko co nowe wydaje nam się cudowne, ciekawe, ale gdy opada zasłona oczarowania i zaczyna się szarość życia i ciężka praca, problemy, czasem monotonia, wtedy właśnie poznajemy samych siebie najlepiej . Wtedy właśnie mamy zwycięzców i przegranych, wtedy człowiek człowiekowi – wilkiem lub człowiekiem. Ale dopóki żyjemy zawsze mamy szansę naprawić to co się popsuło, możemy wrócić i spróbować pójść trudną drogą jeszcze raz bo na szczyt nie ma łatwych dróg. Miłość ta prawdziwa też nie jest łatwa , wymaga wyrzeczeń , jest sztuką wybaczania i dawania kolejnych szans, przepraszania i próbowania. I gdy opadną już emocje, gdy minie oczarowanie i zachwyt tym nowym , pięknym, łatwiejszym ta stara dobra miłość zawsze na nas czeka. Bo ona nigdy się nie kończy , nie umiera, nie starzeje się. I choć nie bywa wylewna to zawsze poukłada ubrania w szafie , poda gorący posiłek po ciężkim dniu, położy dodatkowy materac do snu i zawsze będzie się o nas martwić, nawet marudząc, żeby założyć bandaż  na obolały staw . I jak przyjdzie co do czego nigdy nas nie zostawi.

W związku z tym, że chemi family żyje, chemi da tkveni ojakhi nadal istnieje postaram się kontynuować  blog, pomimo wszystko.

 

Udany szpionaż

Ostatnio głowy mamy zaprzątnięte zimowo-zwierzęcymi sprawami. Dużo piszemy o koniach i psach. Niestety mniej jest wieści o naszych Ghebińskich chłopcach i Marice, i przez to ciężko nam znieść tą rozłąkę. Chyba wszelkie tęsknoty, przetwarzamy na energię twórczą podczas opieki nad końmi. Ferma wysprzątana, boksy i podłoga odnowiona, okna zabite folią, siano zwiezione, konie chodzą na spacery do zielonej trawki na haftowanych smyczach i kokardach. 

I jak tak sobie Jamala chodziła z Ewą, a Coriś biegał z Chuliganką. Msisiara ni stąd ni z owąd, zawróciła i zamiast biec z Coriyą, pobiegła do wioski. Mimo, że podczas kilku poprzedzających dni, łącza Msisiara-Marika były niemal tak gorące jak wariennaja żopa Ewy (czyt. Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy), wszystko udało się skrzętnie ukryć przed solenizantką. I tak, niczym nie uprzedzona i niespodziewająca się Chuliganka zobaczyła jak przed fermę zajechał samochód, a z niego wysypały się nasze Ghebińskie skarby. Marika w pięknym czarnym koku, Iva w ciemnych okularach, ogorzały od słońca Vasiko, Rostoma w kurtce od Ewy, roześmiany Otiko i nawet Lasha! (Lasha to syn sąsiada, którego zabrał spod szkoły Iva, aby mógł się z nami spotkać) Nagle w fermie zrobiło się nas więcej niż koni i psów razem wziętych! Ah, jak dobrze było się w końcu wyściskać. Środkiem drogi dumnie przemaszerował pokaźny orszak  3km do domu. Gdy nie pada śnieg czy deszcz z nieba , wtedy na Chuligankę liczyć można, ona potrafi nawilżyć powietrze niczym fontanna. Łzy szczęścia to dobre łzy. A i Marice oko się zeszkliło, choć to twarda Osetynka jest. Przejściowy dom w Tsesi (bo tak to miejsce nazywamy) wypełnił się gwarem, radością i dzieciakami po brzegi.

 

Nie było się bez lekkiego kuchennego stresu- nie dość, że goście niezapowiedziani to jeszcze kucharek prawie 6!!! Na szczęście tylko 4, więc było co jeść, co pić i co świętować. Nie zabrakło świeczki na torcie podczas chórowego „Ra lamazi dgea” (gruzińskie „sto lat”) ani tortu na twarzy solenizantki. Torty znane są przecie z tego, że rozmazują się przewspaniale po wszelkich płaszczyznach twarzy i okolic. Ten tort tylko potwierdził regułę, a Chuliganka tym razem jadła go dosłownie oczami, bo rąk jej nie wystarczyło.

Choć by dusza do Ghebi chciała, tylko Ewa tam pojechała. Msisiara i Chuliganka nie mogły zostawić swoich zimowo-zwierzęcych obowiązków. Zamiast Ewy, w Tsesi został Otiko, którego nie trzeba było dwa razy pytać czy chce zostać i pomagać w stajni. Co się okazało później, Otiko był od początku przygotowany, żeby z nami zostać- w spodniach wziął ze sobą szczoteczkę do zębów.

Wigilia prawdy

To post przede wszystkim dla tych co obchodzą święta bardzo tradycyjnie i  dla tych również, co unikają świąt w domu, z rodziną i dla tych ludzi, dla których najważniejsza jest mistyka tych dni a nie cała ta kolorowa otoczka. Mam nadzieję, że każdy odnajdzie odrobinę  siebie w tym tekście.

szopka.png

„W wigilię rano na yr.no sprawdziłam pogodę w Betlejem, tak po prostu. Być może z ciekawości, być może chcąc nie chcąc, gdzieś w moim sercu i głowie budziła się wigilia Bożego Narodzenia. Z daleka od rodziny, od przyjaciół, z daleka od kościoła, z daleka od wszelkich wygód, z daleka od obłudnych i znanych tylko przy okazji świąt uśmiechów i życzeń. Z daleka od tego co bliskie memu sercu i z daleka tego co dalekie. Decyzja o pozostaniu tutaj pomiędzy górami, pośród biednych ludzi, w trudnych warunkach, (bo nie są one najcięższe z tych, jakie w życiu widziałam) była moja i tylko moja i ani przez chwilę jej nie żałuję. Wiem, że wielu ze znajomych, dawnych pseudoprzyjaciół, czy nawet z rodziny nadal nie akceptują mojej decyzji, dziwią się, negują. To wszystko wrzucam do worka zwanego „motywacja”.

W dzisiejszą Wigilię Bożego Narodzenia w Betlejem powinno być ok 5-6 stopni , cóż zimno. Ale może wtedy 2016 lat temu może było cieplej w tamtym rejonie , a może jednak zimniej biorąc pod uwagę ocieplenie klimatu. Tak czy siak za zimno, by w stajni, obórce, boseli mogło narodzić się dziecko. Wyobrażam sobie, jak w naszej obecnej stajni, (która i tak jest niezła), lub Ghebińskim boseli, w temperaturze jaka towarzyszy mi od dwóch tygodni w pokoju gdzie śpię,  i to w takich warunkach miałby narodzić się Jezus??? Ciarki mnie przeszywają, przyzwyczajona do podgrzewanych, klimatyzowanych, dobrze wyposażonych porodówek, ciężko mi to pojąć. Siedzę na sianie w zimnej stajni, dotykam kłującego źdźbła rękoma i moja wyobraźnia wariuje, odrzuca to co było faktem.

Jak mogłeś Boże, w takich warunkach? I dlaczego od razu wszystko co najgorsze wziąłeś sobie na głowę – bezdomność, uchodźstwo, odrzucenie, margines społeczny, dlaczego?????????  Zastanawiam się, kto w Polsce odważyłby się teraz o zmierzchu przyjąć pod swój dach rodzącą bezdomną uciekinierkę? Może Ty?

Boże !!! dobrowolnie odrzuciłeś to, co dla człowieka w życiu jest istotne i co dla wielu stało się celem samym w sobie, celem życia? Zrównałeś się od samego początku z tymi, których my odrzucamy lub przynajmniej nie zauważamy?  Rozumiem to, więc nie pytam już dlaczego. Zrozumiałam to jakiś czas temu pośród bezdomnych i chorych. Zrozumiałam w podartych namiotach Syryjczyków, zrozumiałam w każdej ranie zadanej przez drugiego człowieka, zrozumiałam w zapłakanych oczach sierot i ponownie zrozumiałam tutaj w zimnej stajni w biednej wiosce, gdzie bardzo często kilka ziemniaków musi wystarczyć na sutą kolację. Właśnie po to przyszedłeś w takich okolicznościach i warunkach bym to wszystko zrozumiała. Dziękuję. Od narodzin Jezusa w Betlejem nic się nie zmieniło: żyją pośród nas bezdomni,  uchodźcy, brat zabija brata, owszem cywilizacja rozwinęła się bardzo a z nią znieczulica, wygodnictwo, ślepota na najbardziej potrzebujących, pieniądz i rzeczy materialne stał się bożkami a symbole wzięły górę nad sensem wiary.

Boże jestem szczęśliwa i dumna, że jesteś moim Bogiem. Przepraszam, że nie w każdym człowieku od razu widzę Ciebie”

Niestałość natury

Nie mam sposobu na chwile słabości, 

daje im przychodzić kiedy jestem sama, 

kiedy bolą mnie ramiona, 

kiedy sen zapomniał, że na niego czekam.

Nie zawsze potrafię wejść na drabinę własnego strachu, 

wypuścić ze świstem stopy w powietrze.

Przekonać się, 

czy spadanie jest formą wzlatywania. 

Nieustannie mknąc przez świata krainy 

w rozbierające błyski słonecznych dobroci

w ziąb przeciwności sypiącej piach w oczy 

w zachód spokoju zachodząc z rzadka

 Choć dalej przestworza niepewnych spojrzeń

nici dróg w kłębki poplątane

morza krwi płynące z serc niepewnych bić

nie ustanę

20161021_090951.jpg

Analiza przypadku gwiazdy na Sartsividziri

9291517_pod-shoda-.jpg

 

 

„Nie nastawiaj się od razu negatywnie lub z lękiem, gdy nie znasz człowieka lub jego nastawienia do ciebie i do tego co robisz. Nie pomaga się ludziom tylko dobrym, tylko tym, którzy oczekują pomocy, albo tylko tym, których znasz. Zaskakuj ludzi miłością !!!

Wtedy dopiero zmienisz świat, choćby i 10 razy ci drzwi przed nosem zamknęli albo tyłek skopali, wtedy to właśnie ma sens.

Czy nie chciałbyś, żeby kochał cię ktoś, kto cię nie zna, tak po prostu? Czy nie chciałbyś, by dla kogoś całkowicie ci obcego twoje życie nie było obce? tylko dlatego, że żyjesz na tym samym świecie, co on? pod tym samym niebem, co on?

Tylko dlatego, bo jesteś, bo kiedyś cię zobaczył, bo kiedyś zobaczył twoje dzieła życia? Dla ciebie to może wcale nie są wielkie dzieła, a on zauważył w nich coś, co dla niego było ważne. Bo kiedyś może widział twoja słabość….

Z jednej strony, to najtrudniejsza miłość; z drugiej zaś najczystsza i najprostsza, bo nie oczekująca nic w zamian. Tylko ty dokonujesz wyboru, która strona jest bliższa twemu sercu. Wysiłek włożony w czynienie tej miłości jest niczym w porównaniu do szczęścia jakie ona daje. Myślę, że taka miłość jest jest największym darem i największym cudem.

To jest najjaśniejsza gwiazda spośród milionów wszystkich gwiazd nad Sartsividziri. Wpatruj się w tę gwiazdę i idź za jej światłem.”

2 lata temu

Dokładnie 2 lata temu, kiedy po raz pierwszy poznałam te dzieciaki, poczułam mieszankę nadziei i niepewności. Nadzieję, że jakoś się to życie ułoży, że Szef to trochę załatwi i wrócę pomalować z nimi kolejne kamienie. Może było jeszcze za wcześnie żeby zrozumieć, że te mieszane uczucia to niewiele więcej niż chęć odwagi by robić to co dyktuje serce. Nie zważając na przeszkody i konwenanse, na lata oczekiwań i życzeń od znajomych. I słuchając uważnie jak wiatr gra czasem na strunach przeznaczenia, puszczając w tan szanse i rozpryskując szczęścia łut.
W 10 urodziny mojego brata robiłam w Ghebi to zdjęcie wspólnych życzeń, bo nie mogłam być z nim. Kuba właśnie kończy 12 lat i wiem, że tym razem go wyściskam. Choć jeszcze nie wie, że zobaczymy się za chwilę (bo szykuje się niespodziankowa imprezka), to wie, co trzeba robić kiedy dyktuje nam coś serce. Trzymać się mocno razem i pamiętać, że “damy radę”. Teraz odliczam dni i godziny kiedy w Ghebi, z chłopakami zapiszemy to razem na kamieniach. I minuty do tegorocznego “Sto lat Kuba”

 

[EN] Exactly 2 years ago, when I first met these kids I had a mix feeling of hope and uncertainty. That the life and God will somehow, magically bend my path to paint stones with them again. Perhaps, it was too early to realise, that this vague feeling was nothing more than need of courage to say what I really want. Against all the odds and convenances, years of expectations and best wishes form my loved ones. And listening carefully how the wind plays the song of destiny spinning chances and dropping luck.
It was my brother’s 10th birthday when I took this picture and I couldn’t be there with him. So we sent him Polish “happy birthday” wishes from Ghebi. He is turning 12 now and I knew I have to be there for him. He doesn’t know that we meet in couple of hours yet (surprise party) but he knows what we do when we have a need in the heart. Stay strong together and say “damy radę” (we get there). Now I am counting days and hours till I am in Ghebi and we can write this in stones. And minutes till this year’s “Sto lat Kuba”

IMG_6759.JPG