wyjątkowa Wigilia

P1140704.JPG

Czasem życie robi nam niespodzianki , że tylko pomyślimy a wszystko zaczyna się układać i realizować z naszym małym lub większym zaangażowaniem. Ok małe sprostowanie nie tyle życie co Szef. I w tej Wigilii do końca przygotowanej po polsku też Szefuńcio maczał swoje boskie palce).

Zanosiło się, że kolejne święta w Gruzji Chuliganka spędzi sama …  od 5 lat przywykła. Ciągle na obczyźnie a to tu, to tam.

Jednak pewna, niedawna i nic nieznacząca rozmowa powróciła w zupełnie innej odsłonie. Dla kogoś byłaby to pierwsza Polska Wigilia a dla Chuliganki cóż niby nie chciana,  a jednak gdzieś w głębi serca – wytęskniona. No i bach na 3 dni przed, rozbrzmiewa telefon …

–   robimy… udało się!!! mam tydzień wolnego, przyjeżdżam!!! Chuliganka starym zwyczajem wpadła w panikę

–   nie zdążę wszystkiego przygotować !

–   ok, to zrobimy kilka dni później, albo może nie szykuj wszystkiego jak tradycja przewiduje…

–   o nie !!! tak to nie będzie , bo widzisz to nie są moje czy twoje urodziny, które można obchodzić kiedy się chce i kiedy jest się na to gotowym …

–   rozumiem, spokojnie, będzie dobrze. oddychaj – wdech, wydech, wdech…))) no już, a teraz usiądź i na spokojnie zrób listę zakupów i wieczorem mi wyślij.

–   ale ja już mam listę – odparła Chuliganka dumna, że nie porzuciła nadziei na wspólne święta. Głos w telefonie nie pytał już na co , po co, skrzętnie notował z kilku powodów: wiedział jak ważne jest dla Chuliganki, żeby wypadło wszystko dobrze. Sam bardzo chciał przeżyć taką Wigilię pierwszy raz i najważniejszy z ważnych powodów: żeby, gdy wróci, Chuliganka nie „zjadła mu mózgu”, jeśli o czymś by zapomniał. I tak zakupy odbyły się nie po „Chuligańsku” ale na całe szczęście obyło się bez większego „wytaskiwania mozga” (zamęczania).

Gdy już wszystko było pewne a  (nazwijmy głos z telefonu) Śniegożerca wyjechał z Tbilisi, Chuliganka złapała co prędzej za telefon i zadzwoniła do Mariki.

–   Grażdanka, nu kak ti? – nie czekając klasycznej odpowiedzi, rozemocjonowana zaprosiła rodzinkę na pierwszą polską Wigilię w Ghebi.

–   ale przyjdźcie wszyscy, niet drugowo warianta, wse eta znacit wse, xo? – czuć było obopólną radość na łączach.

I wtedy wielki przedświąteczny ogień zapłonął w domku na górce. Ile Chuliganka mogła przygotować z tego co miała, to zrobiła. Na stole stały już tylko miski, garnki i wszelkie niezbędne instrumenty, których zazwyczaj używa się w kuchni, jakby czekały na powrót Śniegożercy aby mógł tylko wrzucić produkty. I tak też się stało. dzień, nie dzień, noc nie noc. Sytuacja wymagała sprężenia a to dla Chuliganki chleb powszedni, więc do dzieła.

Zaczęły lepić się pierogi, uszka kipiały, ciasto na piernik dojrzewało. Nieświadomy          (albo może jednak świadomy) szaleństwa, które właśnie się odbywało pod osłoną nocy , Śniegożerca smacznie spał. Raz po raz jednak otwierał jedno oko, jakby sprawdzając czy wszystko w porządku. Lecz gdy pokaźny piernik wyjechał z duchowki (piekarnika) i zapach wypełnił komnatę, rozbrzmiał głos :

–   jak dla mnie te 12 potraw może być właśnie takie…po czym rozległo się ponownie przeciągłe chrapanie.

Za oknem sypał śnieg na potęgę, a to dodawało jeszcze większej radości i animuszu Chuligance. Oj nie pamiętała ona tak śnieżnych świąt w swoim życiu. – padaj śniegu, padaj – śpiewała pod nosem, mając nadzieję, że na następny dzień Śniegożerca wyruszy w góry i nikt nie będzie się kręcił jej po kuchni i wchodził pod nóż. A wszystkie gospodynie świata wiedzą najlepiej , że święty spokój w kuchni to połowa sukcesu udanej wieczerzy.

Nadmiar mokrego i ciężkiego śniegu pokrzyżował plany, awaria prądu i nastała wszechogarniająca ciemność . Czołówka na głowę, dwie świeczki i jazda dalej, choć już nie z takim rozmachem, tak więc cały rozgrzany do czerwoności piec zajęły garnki z warzywami do sałatek a Chuliganka legła w pościeli.

Jak wiecie, nie może być tak, żeby ktoś lub coś nie pomieszało szyków Chuliganki. I tak tym razem kolejny dzień przyniósł kolejny atak paniki. W związku z tym, że nie wszystkie produkty były odpowiednie lub wystarczające, a przy okazji Śniegożerca chciał sprawdzić jedno miejsce padło hasło:

–   jedziemy do Oni.

–   Nie, nie, nie zdążę ze wszystkim , a jeszcze wieczorem mamy odwiedzić Marikę? I jeszcze wjedziemy do Rezo??? O matko, nie zdążę!!!

–   spokojnie damy radę.

–   damy? chyba chciałeś powiedzieć ja dam radę)

–   tak, „damy” bo pomogę Ci.

–   dobra nie trzeba, jakoś to ogarnę, to jedziemy. Nie myślcie, że Chuliganka tak ugodowo od razu podeszła do sprawy ) w jej głowie rosła … choinka i wyrosła już do takich rozmiarów, że trzeba było ją ściąć. No bo jak Wigilia bez zielonego drzewka?

DSC_0374.JPG

Nie obyło się bez długiego dialogu o ekologii i wicince drzew, jednak „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki dokonały swego. Piękna dwumetrowa jodełka znalazła się w samochodzie. A tam już rozpoczęło się szaleństwo małego dziecka – całowanie gałązek, gadanie do drzewka i wszechogarniający śmiech radości.

Po drodze w takiej śnieżycy  przygód w postaci przerwanej drogi nie brakowało, ale obfity śnieg potęgował radość i Śniegożercy i uhahanej od ucha do ucha wariatki, która gotowa była robić orły lub anioły przy każdym postoju.

Nastał wieczór, prądu brak ale:

–   chwila, chwila przecież mamy generator, – a to już pole do popisu dla Śniegożercy. Moment i cały dom rozbłysnął światłem i radością, że Chuliganka może spokojnie kontynuować swoje przedświąteczne szaleństwo. W międzyczasie do domku na górce dotarł Alex – wolontariusz z Francji, który zapowiadał się od dwóch miesięcy. A jednak dotarł … przemoczony do suchej nitki, wymęczony podróżą ale dotarł. Błysk w oku Śniegożercy był znajomy – będzie komu odśnieżać)

–   daj mu odpocząć, zobacz jaki wymęczony drogą…

–   dzisiaj tak ale jutro…))) Fakt faktem śniegu przybywało w zastraszającym tempie. I tak też wigilijny poranek panowie rozpoczęli od torowania dróg do miejsc strategicznych. Czyli na pierwszy ogień poszedł wychodek.

Chuliganka miała święty spokój w kuchni, więc wszystko grało. Konie tylko w lekkim szoku, zapadając się po brzuchy w białym proszku, z niedowierzaniem mrużąc oczy i szukając pocieszenia na Chuliganki ramieniu, głowie lub twarzy, gdy prowadziła je do wodopoju. Nawet Coriyi wywietrzały z głowy ostatnie szaleństwa, szedł za swoją panią jak pokorne cielątko.

A w domu … obrus już błyszczał na stole, panika gospodyni jednak się wzmagała. Wtem do domu wkroczyła choinka a za nią Śniegożerca z pełnymi kieszeniami siana. Chuliganka z wielkimi roześmianymi oczami zdążyła powiedzieć:

–   nie tak dużo, symbolicznie miało być

–   miało być siano, jest siano, dawaj podnoś obrus i nie marudź ) „Symboliczne sianko” zakryło połowę stołu. Kiedy w garnkach odbywało się ostatnie mieszanie, zastawa błyskawicznie pojawiła się na stole

–   pamiętasz o dodatkowym pustym miejscu?

–   pamiętam ale przecież mamy wędrowca … no i jak tu nie zgodzić się ze Śniegożercą, Alex to typowy wędrowiec, obrał właśnie taki styl życia. A swoją drogą Śniegożerca nieźle zapamiętał moją opowieść o tradycyjnej katolickiej Wigilii.

–   Gosia, ktoś Cię woła. Chuliganka spojrzała na zegarek, zakładając gruzińskie zamiłowanie do niepunktualności odparła:

–   nie to nie może być jeszcze Marika, choć do dwudziestej brakowało minuty. I wtem na balkonie rozbrzmiał świąteczny gruziński śpiew. Jako gospodyni tego domu wprowadziła kolędników i wszyscy razem usiedli do stołu. Żeby tradycji stało się zadość była modlitwa, przetłumaczona na 3 języki, były życzenia, i skrycie łezki uronione. Zabrakło opłatka ale wszyscy podzielili się sercem, tym, gdzie w każdym człowieku niezależnie od światopoglądu i religii, Bóg mieszka. Dom wypełnił się śmiechem, radością i ciepłymi spojrzeniami.

I nie miały znaczenia: nieustrojona choinka, brak opłatka, brak prezentów, bo o szczęśliwych świętach stanowili ludzie, którzy zasiedli w tym dniu do wspólnego stołu … ci najbliżsi sercu Chuliganki. A choć wielu jeszcze chciałaby wtedy widzieć, była z nimi myślami i sercem…

Równie szczęśliwych Świąt i Nowego Roku oraz dni w naszym życiu, każdemu życzę, by umieć cieszyć się drobiazgami i każdą daną nam chwilą. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce a po nocy przychodzi dzień. Niech każdy kolejny dzień będzie dla nas świętem, skoro otworzyliśmy oczy i możemy go przeżyć.

DSC_0355.JPG

 

 

 

 

wywiad z Życiem albo rozmowa o błocie

to nie będzie wpis okraszony zdjęciami lub słodkimi , zabawnymi rysunkami. to będzie suche, zimne brutalne życie a raczej wywiad z nim. który nie nastraja  ani świątecznie ani jakkolwiek optymistycznie. więc jeśli ktoś nie chce psuć sobie nastroju to zaleca się zakończyć czytanie w tym miejscu.

–   hej co tam u ciebie Życie, dawno nie rozmawialiśmy…

–   nie wiem, jakoś leci. co ja tam wiem, wszystko normalnie , po staremu znaczy.

–   usiądź, masz ochotę na coś? xaciapuri, lobiani, kawa?

–   nie, nie jestem pełne…. odparło Życie i długa chwila milczenia zaległa pokój. Życie usiadło ze zwieszoną głową, tępo wpatrując się w podłogę, jakby przeliczając ziarna piasku w szparach pomiędzy deskami.

–   no co tam opowiadaj, co słychać w domu, u kolegów, w szkole? nie chcę ciągnąć cię za język pytaniami, opowiadaj, jak starzy kumple pogadajmy.

–   co ja tam wiem, nic nie wiem ………… siedziało tak Życie dalej nie wiedząc nic, jednak nie chcąc wyjść, uciec przed rozmową, oczekiwało czegoś. jednak trudno było mi zbliżyć się jak dawniej. wiedziałam, że jest jakiś ogromny problem, tylko jak go wyłuskać?

–   ok, to może w inny sposób … dlaczego palisz? wiem też, że pijesz już, dlaczego? co się dzieje? dlaczego nie chodzisz do szkoły?

chyba Życie spodziewało się tych pytań, a być może i czekało na nie. podniosło głowę i lakonicznym uśmiechem na zaciśniętych ustach, znacząco wzdrygnęło ramionami  -„nie wiem” – ale nie powiesz matce? wycedziło, wiedząc tak czy tak, że pomimo, że nie pochwalam to trzymam sztamę.

–   bo widzisz tutaj tak jest, wszyscy tak robią, a ja też jestem wszyscy, bo dlaczego nie? mój ojciec tak robił, mój brat, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. odpowiedz mi, dlaczego ja mam być inne? tutaj nie możesz być inny, tutaj musisz być taki sam. nie chcę już być inne, zmęczone jestem.

–   eh Życie co ty gadasz… nie chciałam przerywać myśli, bo widziałam, że w końcu Życie się otworzyło. zawołało tylko psa by móc go głaskać, jakby to przydawało mu pewności i łagodności. i tak jednostajnym monotonnym ruchem wtapiało swoje palce we włosy psa, nie spoglądając już na mnie.

–   widzisz mam błoto na walonkach – to jest moje, nasze, tutejsze błoto , nawet jeśli je strzepnę, zmyję w strumieniu; za czas jakiś, zanim dojdę do domu znowu się przyklei. widzisz mam w podeszwie kupę krowy… to tutejsze, nasze i nawet jeśli zmyję, albo zmienię buty jutro, pojutrze znowu kolejne mi się przyklei…

–   ja mam to samo błoto , ale przecież nie o błoto cię pytałam, co się dzieje i dlaczego tak się dzieje?

–   tak. tylko ty wsiądziesz do samolotu, wrócisz do siebie i będziesz mieć już tylko czyste buty…

–   być może ale ja jestem tutaj, jeśli potrzebujesz pomocy ty lub ktokolwiek, to ja jestem tutaj .. z waszego powodu.

–   hmmm … zamyśliło się Życie spojrzało jeszcze raz na mnie i znów wymownym wzdrygnięciem ramion odpowiedziało „nie wiem”. –  Ty ? już nie możesz, bo jak? ty już nie masz pieniędzy. widzisz …nie możesz pomóc. ok, tez masz to samo błoto na butach, trudzisz się tak samo jak my. ale patrz przed tobą stoi wielka brama, a przede mną drewniana rozklekotana furtka. za twoją bramą jest inne życie, czysty świat. popatrz, przejdź przez moją … co widzisz? nadal to samo błoto i gówna.

–    ok, ok rozumiem o czym mówisz, ale ja nadal tu jestem, obiecałam i dopóki sił i zdrowia wystarczy będę tutaj. i będę codziennie z tobą przechodzić przez tą rozklekotaną drewnianą furtkę. więc w czym problem? starałam się bardziej stanowczo zaakcentować fakt, że nadal tu trwam, jednak tak aby nie spłoszyć myśli i słów Życia.

–   mogę nadal tobie i wam pomóc, i do tego nie są potrzebne pieniądze…pamiętasz twój i kuzyna pomysł na przyszłość, na wasz biznes w przyszłości? na tej polanie, gdzie kosiliśmy razem siano, wtedy wieczorem przy ognisku.. mogę wam pomóc, pokazać jak do tego dojść.

–   hahhaha- roześmiało się już w głos Życie – to były wygłupy, to się nie uda bez pieniędzy. i co z tego, że ja będę się trudzić, nie jestem tutaj samo. jestem zmęczone robieniem wciąż za kogoś, a ten ktoś mi nie pomaga i zabiera to co wypracuję.  jasne ty mi pomagałaś ale ty to nie wszystko w wielu sprawach ty nie możesz… eh – zasępiło się znowu Życie wtapiając palce w sierść psa który owinął się z pełnią zaufania wokół jego nóg.

bolesna cisza zaległa po tych słowach znowu komnatę, wciskała się boleśnie w uszy i w serce.

–   i wiesz co ? – spojrzało Życie swym przenikliwym wzrokiem jeszcze raz, jakby w głąb mojej duszy…- ja już nie wierzę, jedno wiem, ty też  wyjedziesz. wyjedziesz zanim…, zanim cokolwiek będzie inaczej. Nie wierzę już w obiecywanie, nie wierzę w słowa. wierzę tylko w moje błoto, które jutro znowu będzie takie samo i tak samo będzie kleić się do moich walonek.

 

Biało … pusto … zimno

SONY DSC

Zima na ramiona moje spadła
Niewinnością białym śniegiem
Pierwsza gwiazda już na niebie
Nie ma nie ma ciebie

Ogień tańczyć zaczął już w kominie
A choinka się zieleni
Serca ludziom opromieni
Moje w kamień zmieni

Śnieg zasypał dzisiaj wszystkie drogi
Niewinnością białym płaszczem
Twoich śladów nie wypatrzę
Nie mam cię na zawsze

_DSC0172.JPG

Lacrimosa

 

DSC00856.JPGBrakuje mi Ciebie… Ty – kimkolwiek jesteś

złudnym marzeniem, jawą we śnie, snem na jawie

kimkolwiek jesteś.

Brakuje mi Ciebie

gdy chmury ponuro zakrywają nieboskłon

i gdy szczyty lśnią srebrem kuszącym

brakuje mi Ciebie

Twoje miejsce przy stole krzyczy pustką

i słoneczniki smutno głowy zwiesiły

a gorzka kawa jest słodsza niż każda kolejna chwila.

Brakuje mi Ciebie

Twego szaleństwa, zwariowanego gwaru

apetytu na europejską kawę

brakuje odgłosu Twych kroków

głośniejszych niż wszystko wokół.

Brakuje mi Ciebie

w prozie życia

w szarości poranków

w zmęczeniu wieczorów.

To miejsce jest martwe …

a chleb nie rośnie już jak dawniej

Instrukcja przewozu bagażu nietypowego

To, że dzień bez hardcoru dla Chuliganki jest dniem straconym, to już zapewne wszyscy wiedzą. Dzisiaj przypatrzymy się Msisiarze, bo osoba to nietuzinkowa.

Nie taka Msisiara (tchórz) z niej, jak ją malują. Każdy przyzna, że wymaga wielkiej odwagi pakowanie się na odprawę na lotnisku z bagażem podręcznym, którym jest … niewymiarowa KOBIAŁKA. Tak proszę Państwa, łubianka, koszyk bambusowy (w tym przypadku) pewnego pięknego wczesnego poranka stanowił bagaż podręczny naszej bohaterki ulatującej do Polski. Bidula całą noc nie spała kombinując jak go przemycić i jak przekonać służby lotniska aż wreszcie obsługę samolotu. Kilka wersji trzymała w zanadrzu: prezenty Bożonarodzeniowe dla rodziny (co oczywiście było prawdą), „wersja na debila”, „na początkującego turystę” (co w realizacji bardzo przypomina wersję na debila), „na Swańskiego Kapturka” (nie dysponowała czerwonym kapturem więc posiłkowała się czapką swańską). Myślała również o wersji „koszyk pełen granatów” – ale staraliśmy wszyscy wybić jej to z głowy. Takiego stresu dziewczę jeszcze dotąd nie przeżywało.

received_10154803894697065

„A cóż w koszyczku nasz Kapturku niesiesz?”- zapyta niejeden z nas. Wszystko co gruzińskie: ser, przyprawy, herbatę, wino i drobne upominki dla rodzinki. Cóż, faktu, że wino w podręcznym nie przejdzie przez odprawę, była świadoma, więc upchnęła nieświadomemu koledze w duży bagaż rejestrowalny. Trzeba sobie przecież jakoś radzić, bo jak wrócić z Gruzji bez wina, cóż za faux pas, nie przystoi to przyszywanej Ghebince.

Gdy wybiła godzina O (odprawy) odważnie pomknęła do kolejki, ani jednego nerwowego ruchu czy mrugnięcia powieką. Okazało się jednak, że lot odwołany. Nie znając przyczyn jeszcze owego zdarzenia, wszyscy, którzy z daleka śledzili losy Kasi i KOBIAŁKI byli przekonani a zarazem przerażeni, że Msisiara zastosowała metodę „koszyk pełen granatów”. Z jaką ulgą przyjęliśmy informację, że problemy techniczne i odwołany lot wynikały z nieodśnieżonej płyty lotniskowej. No cóż zdarza się najlepszym 🙂

Stres przedłużał się i narastał, ale nasza dzielna przemytniczka kobiałek nie próżnowała – wymyśliła kolejny wariant: „na wdzięki”. Metoda przetestowana dokładnie w Gruzji, więc mogło się udać. W przypadku żeńskiej obsługi odprawy miały mieć zastosowanie wcześniej wymienione warianty.

  • ” już po odprawie !!!” – wrzask szczęśliwej Msisiary uspokoił mnie, choć przyznam, że do dzisiaj nikt nie wie jaka metoda została zastosowana. Nie mniej jednak ja typuję „na wdzięki” – wiało wtedy okrutnie, śnieg zniknął nagle z lotniska a to wszystko wskazuje, że nasza dzielna Kasia trzepotała swoimi rzęsami jak flaming podnoszący się do lotu.

Tak więc bywalczyni bazarów, prawie jak gruzińska haziajka-przekupka, przemytniczka KOBIAŁKI szczęśliwie doleciała do Polski. Teraz musi się tylko szybko przeobrazić w wielbłądzicę trójgarbną i może wracać do Gruzji, gdzie wszyscy czekają na nią w utęsknieniem.

_20161225_203646

 

Niestałość natury

Nie mam sposobu na chwile słabości, 

daje im przychodzić kiedy jestem sama, 

kiedy bolą mnie ramiona, 

kiedy sen zapomniał, że na niego czekam.

Nie zawsze potrafię wejść na drabinę własnego strachu, 

wypuścić ze świstem stopy w powietrze.

Przekonać się, 

czy spadanie jest formą wzlatywania. 

Nieustannie mknąc przez świata krainy 

w rozbierające błyski słonecznych dobroci

w ziąb przeciwności sypiącej piach w oczy 

w zachód spokoju zachodząc z rzadka

 Choć dalej przestworza niepewnych spojrzeń

nici dróg w kłębki poplątane

morza krwi płynące z serc niepewnych bić

nie ustanę

20161021_090951.jpg

Na chwilę

usiądźmy tam gdzie myśli nie dochodzą

gdzie wiatr tańczy pod ramię z księżycem

gdzie marzenia najskrytsze kąpią sie w wina słodyczy

dotknijmy nagimi stopami chmur wilgoci

bezkresu błękitu, jaskrawości zachodu

dotknijmy wszytkiego co nas dzieli

spójrz to nasze wspólne niebo

Chuliganka

rest where the thoughts cannot follow

where the wind makes the moon gently spin

where the dreams unborn dive in the wine sweetness

feel the dew between the toes walking through the clouds

the depth of blue, the sunset’s scream

feel all what between us

and look, that is our sky

Tłumaczenie – Misisiara

8953498_tchocia--podejscie-z-shovi-.jpg

Na vierno Obola

Siedem osób w jednym domu. Każda z dość zdecydowanym charakterem- jest ogień. W grupie jest ciekawiej, jest z kim płatać figle i grabić siano albo… na kogo zrzucić winę.

Każdy, kto ma rodzeństwo coś o tym wie. Jak pojawia się problem, to najlepiej jest się nim trochę podzielić… i ‘zwalić winę’ lub podejrzenie na kogoś innego. Zyskuje się wtedy czas, a problem jakby odrobinę łagodnieje. To znany, cwaniacki sposób na sytuacje kiedy coś znika i nie wiadomo kto to wziął, zjadł lub zaprzepaścił. 

Czyli klasyczne ‚spychactwo, zwalactwo i ogólny tumiwisizm’ (terminy zostały wyjaśnione w rozdziale Poszukiwacze skarbów)

W Naszej Rodzinie spychaczy nie brakuje. Dzieje się dużo, więc jest co spychać. Ze spychaniem na Marikę, Chuligankę lub Msisiarę trzeba trochę uważać, ale maluchy to łebskie chłopaki, i to czasem potrafią…

Palatience…? Kasha!

Kasha kasha, sadari palatience? (Kasia, gdzie jest ręcznik?) 

– No jak to gdzie, wisi przy piecu.

– Ale nie ten. Taki mały różowy

– To przy drzwiach, albo w szafie – O co tym razem chodzi? Msisiara już nabiera podejrzeń.

– Nie ten! Ten co mieliśmy przy wyrębie lasu.

– Aaaa, wtedy co Otiko wpadł do rzeki? Suszył się obok Was, na drzewie… tam raczej nie został, ale albo zabyli (zapomnieliśmy) albo… dzrocha-kurduna! (krowa-złodziejka)

20160523_135135.jpg

Ręcznik rzeczywiście przepadł. Stanęło na krowę-złodziejkę. Za to innym razem, kiedy rozbijało się nie o ręcznik tylko o coca-colę:

– Kaśka! Kaśka, posikasz się jak usłyszysz, co Rostoma zrobił. – Chuliganka ciągnie mnie w ustronny kąt

– Słuchaj, wiesz pod poduszką jest schowana coca-cola. 

– No, i cukierki. 

– Cukierków już nie ma, coli zresztą też nie… ale słuchaj co z tą cola. Poszłam do góry, i pić mi się chce jak małemu dziecku płakać, a tam co? Pusta butelka pod poduszką!

– Hahahaha, wypili i zostawili Ci pustą butelkę?  No ładnie…

– Tak, więc czekam aż któryś przyjdzie. Akurat robiłam coś na komputerze i przyszedł Rostoma, wiec go pytam czy wie kto wypił: Shen (ty?). Schował się na łóżku i woła: Me ara (ja nie!) Pytam kolejnych chłopców, układających się do łóżek. Jak klasyczny refren…

– Tylko ara i ara (nie, nie, nie)

 – Słyszę: Me ara, me ara.  A ja czekam i pytam: Tak? A Myszka* Rostoma nie wypił? Co Myszka? – Me ara! (Ja nie!)… Jasne, nikt nie wypił. Samo się! A on wtedy do mnie przychodzi i mówi z taka mądrą i przekonującą miną: – Me ara na verno Obola!!!

– Hahaha, nie wierzę!!!

– Rozwalił mnie tym…  tak tak, na verno Obola! (To na pewno Obola)

I tym sposobem Obola, nasza stateczna klacz, została naszym tajemniczym ‚spijaczem’ coca-coli, a ten krótki tekst wpisał się na stałe do rodzinnego języka i dialogów. Zamiast ar vici, me ara ( ja nie wiem, to nie ja) wystarczy powiedzieć „naverno Obola” i wszystko jasne.

*Rostoma mimo że najmłodszy, a może właśnie dlatego, jest największą ‚Myszką’ i zawsze zwęszy okazję. Czy są to cukierki czy lemoniada, czy możliwość zamoczenia palca w ukrytej w lodówce misce z kremem.

Mgła i dzban

Czasem przychodzą momenty, gdy po stokroć zastanawiam się nad sensem tego co robię. To są te chwile, gdy czujesz jakbyś miała 1000 igieł w sercu, gdy płuca ściska, że oddychać nie możesz, a z oczu płynie Rioni łez bezsilności. To są te momenty, gdy pomimo, że widzisz rozmyte światło w dali,  jednak kontury celu i droga spowite są ponurą mgłą. Mgłą tak obrzydliwą, która oblepia twoje ciało, wnika i wypełnia trzewia. Ta mgła nazywa się kryzys.

Przyczyny kryzysów są różne, ale na pewno nie wynikają z obolałych kolan, z posiniaczonej skóry czy nadwyrężonych pracą mięśni. Ok zgodzę się zmęczenie ciała i umysłu potęguje te stany. Jednak są to chwile gdy serce i tak pęka jak pełny po brzegi dzban, który nie może więcej udźwignąć i to nie tylko samo ucho się urywa. Bo chciałby przyjąć i pomieścić jeszcze więcej i więcej, a wtedy ta jedna kropla może wszystko zniszczyć.

Kroplą bywa czasami (chwilowy tak naprawdę) brak jakichkolwiek efektów pracy. Kroplą bywa brak zrozumienia otoczenia. Kroplą bywa samotność w tym co robisz.  Kroplą bywa przewaga rozumu nad sercem, który w swojej ograniczoności tłumi okrzyki serca „rób to nie zważaj na nic i na nikogo, po prostu kochaj i rób”.

Niestety w tak gęstej mgle nie widać i nie słychać już nic. Tylko gdzieś w oddali, jak mantra tłuką się nuty „Didou nana”, ale nie smakują już jak dawniej.

mgla4

I nagle jak grom z jasnego nieba, z mgły tuż obok mnie, ramię w ramię wyłania się wyraźna postać w klasycznie obłoconych butach. Niczym anioł stróż, który tylko czeka, by dać mi kopniaka na zachętę, przytulić, wysłuchać aż wreszcie złapać mnie za rękę. Szepcze mi do ucha: choć babo nie wymiękaj, patrz tam jest jasny, ciepły i dobry świat. Tam kończy się mgła. No już, rusz się!

No i jest !!!! Faktycznie jest !!!

To miejsce, gdzie miłość rozświetla największe ciemności, to miejsce gdzie miłość poprawia poduszkę do snu dla małego Rostomy. To miejsce, gdzie miłość rozchyla usta Ivane do najpiękniejszego uśmiechu na świecie. Gdzie miłość ujmuje z pleców Otiko zmęczenie po całodziennym przerzucaniu siana. Gdzie miłość nosi wiadrami wodę z Vasico.

Ps. Ty już wracaj z tej cholernej Szwecji!!!!

 

 

Gaimeore: „damy radę”

Leżę w nocy nie mogąc spać, szczęśliwa, że olewam studia w Szwecji na rzecz rozkręcania projektu w Gruzji i w Ghebi, a w głowie huczy mi od pomysłów, planów i list rzeczy, które muszę zrobić. Kupić bagaż, odmowić mieszkanie w Szwecji, zrobić z Chuliganką listę potrzebnych rzeczy na zimę… wysłać jeszcze z 10 zaległych wiadomości… zrobić listę pomysłów na stronę…  przejrzeć dom pod względem starych narzędzi, które mogę przydać się w Ghebi… kurki i uszczelki, bo kran zawsze cieknie… przybory szkolne dla chłopców… liny, nasiona. Czy można kupić gruzińskie książki na kindle, żeby chłopcy mogli czytać na zmianę ze mną…. Myśli się po prostu nie kończą! Od paru dni jest urwanie głowy, śpię po 6 godzin (co dla mnie nie jest normalne), bo tyle się dzieje! Bo strony są w trakcie budowy i moderujemy je z Chuliganką na odległość, bo… ale w głowie zamiast gedzineba (spania) mam szał.

I nagle powracają do mnie słowa Rostomy – do 3 Octabra (października) jeszcze tak daleko…- i nie mogę się powstrzymać, i wyobrażam sobie jak tam dojadę i ich uściskam. I to będzie szczęśliwy uścisk. Nie ten, który teraz tak dobrze pamiętam, smutny albo bezsilny i bolesny, kiedy brakowało mi słów otuchy po polsku, a co dopiero po gruzińsku. Bo taka bezsilność boli i długo się ją pamięta. Kiedy szeptałam do małego zapłakanego ucha „będzie dobrze”, ale wiedziałam, że sama wcale nie jestem tego pewna. Teraz wiem co powiedzieć nam, sobie i nie tylko wtedy jak jest źle:

Gaime ore: Damy radę.= powtórz po mnie: Damy radę

11118625_379524565587874_3155004420298060713_oI to wcale nie znaczy, że teraz wiem, że wszystko jakoś cudownie się ułoży. wiem jedno : będzie ciężko, czasami nawet bardzo, ale poradzimy sobie. Ostatnie dni są najlepszym dowodem na to, że… to jest to. Cokolwiek jeszcze się zdarzy, jak się życie potoczy nam wszystkim, nie ma teraz innych planów. Plan jest jeden. Kilka razy w życiu, nie ważne jak dziwne decyzje podejmowałam, wiedziałam, że dam sobie rade i wiem jak cholernie budujące jest mieć taka pewność…wiem, jestem szczęściarą. I teraz zrobię co mogę, żeby chłopcy też poznali to uczucie, żeby wiedzieli co naprawdę znaczy „damy radę!”. Szczęściem trzeba się dzielić, bo to daje siłę, kiedy inni pukają się w głowę. Amen 🙂

Pozdrawiam, Wasza Msisiara

P.S. Chuliganka, dzięki, że we mnie wierzyłaś, że pójdę po rozum do głowy i nie będę sobie utrudniać życia tylko wrócę do Was jako najemnik od czarnej roboty, któremu płacisz w cukierkach 😉 serio dzięki.

20160529_185645.jpg

A stara Chuliganka powie tylko tyle – pamiętasz co wyryłam na kamieniu?

  • Bo widzisz moja droga,- wierzyć w drugiego człowieka, niczego nie oczekiwać , niczego nie chcieć w zamian – to jest ta prawdziwa miłość od Szefa, – i to jest pełnia szczęścia.           – Drzewo daje owoce …

PS. mam nadzieję, że mandatu nie dostałaś wczoraj za przekroczenie prędkości światła na rowerze?