wyjątkowa Wigilia

P1140704.JPG

Czasem życie robi nam niespodzianki , że tylko pomyślimy a wszystko zaczyna się układać i realizować z naszym małym lub większym zaangażowaniem. Ok małe sprostowanie nie tyle życie co Szef. I w tej Wigilii do końca przygotowanej po polsku też Szefuńcio maczał swoje boskie palce).

Zanosiło się, że kolejne święta w Gruzji Chuliganka spędzi sama …  od 5 lat przywykła. Ciągle na obczyźnie a to tu, to tam.

Jednak pewna, niedawna i nic nieznacząca rozmowa powróciła w zupełnie innej odsłonie. Dla kogoś byłaby to pierwsza Polska Wigilia a dla Chuliganki cóż niby nie chciana,  a jednak gdzieś w głębi serca – wytęskniona. No i bach na 3 dni przed, rozbrzmiewa telefon …

–   robimy… udało się!!! mam tydzień wolnego, przyjeżdżam!!! Chuliganka starym zwyczajem wpadła w panikę

–   nie zdążę wszystkiego przygotować !

–   ok, to zrobimy kilka dni później, albo może nie szykuj wszystkiego jak tradycja przewiduje…

–   o nie !!! tak to nie będzie , bo widzisz to nie są moje czy twoje urodziny, które można obchodzić kiedy się chce i kiedy jest się na to gotowym …

–   rozumiem, spokojnie, będzie dobrze. oddychaj – wdech, wydech, wdech…))) no już, a teraz usiądź i na spokojnie zrób listę zakupów i wieczorem mi wyślij.

–   ale ja już mam listę – odparła Chuliganka dumna, że nie porzuciła nadziei na wspólne święta. Głos w telefonie nie pytał już na co , po co, skrzętnie notował z kilku powodów: wiedział jak ważne jest dla Chuliganki, żeby wypadło wszystko dobrze. Sam bardzo chciał przeżyć taką Wigilię pierwszy raz i najważniejszy z ważnych powodów: żeby, gdy wróci, Chuliganka nie „zjadła mu mózgu”, jeśli o czymś by zapomniał. I tak zakupy odbyły się nie po „Chuligańsku” ale na całe szczęście obyło się bez większego „wytaskiwania mozga” (zamęczania).

Gdy już wszystko było pewne a  (nazwijmy głos z telefonu) Śniegożerca wyjechał z Tbilisi, Chuliganka złapała co prędzej za telefon i zadzwoniła do Mariki.

–   Grażdanka, nu kak ti? – nie czekając klasycznej odpowiedzi, rozemocjonowana zaprosiła rodzinkę na pierwszą polską Wigilię w Ghebi.

–   ale przyjdźcie wszyscy, niet drugowo warianta, wse eta znacit wse, xo? – czuć było obopólną radość na łączach.

I wtedy wielki przedświąteczny ogień zapłonął w domku na górce. Ile Chuliganka mogła przygotować z tego co miała, to zrobiła. Na stole stały już tylko miski, garnki i wszelkie niezbędne instrumenty, których zazwyczaj używa się w kuchni, jakby czekały na powrót Śniegożercy aby mógł tylko wrzucić produkty. I tak też się stało. dzień, nie dzień, noc nie noc. Sytuacja wymagała sprężenia a to dla Chuliganki chleb powszedni, więc do dzieła.

Zaczęły lepić się pierogi, uszka kipiały, ciasto na piernik dojrzewało. Nieświadomy          (albo może jednak świadomy) szaleństwa, które właśnie się odbywało pod osłoną nocy , Śniegożerca smacznie spał. Raz po raz jednak otwierał jedno oko, jakby sprawdzając czy wszystko w porządku. Lecz gdy pokaźny piernik wyjechał z duchowki (piekarnika) i zapach wypełnił komnatę, rozbrzmiał głos :

–   jak dla mnie te 12 potraw może być właśnie takie…po czym rozległo się ponownie przeciągłe chrapanie.

Za oknem sypał śnieg na potęgę, a to dodawało jeszcze większej radości i animuszu Chuligance. Oj nie pamiętała ona tak śnieżnych świąt w swoim życiu. – padaj śniegu, padaj – śpiewała pod nosem, mając nadzieję, że na następny dzień Śniegożerca wyruszy w góry i nikt nie będzie się kręcił jej po kuchni i wchodził pod nóż. A wszystkie gospodynie świata wiedzą najlepiej , że święty spokój w kuchni to połowa sukcesu udanej wieczerzy.

Nadmiar mokrego i ciężkiego śniegu pokrzyżował plany, awaria prądu i nastała wszechogarniająca ciemność . Czołówka na głowę, dwie świeczki i jazda dalej, choć już nie z takim rozmachem, tak więc cały rozgrzany do czerwoności piec zajęły garnki z warzywami do sałatek a Chuliganka legła w pościeli.

Jak wiecie, nie może być tak, żeby ktoś lub coś nie pomieszało szyków Chuliganki. I tak tym razem kolejny dzień przyniósł kolejny atak paniki. W związku z tym, że nie wszystkie produkty były odpowiednie lub wystarczające, a przy okazji Śniegożerca chciał sprawdzić jedno miejsce padło hasło:

–   jedziemy do Oni.

–   Nie, nie, nie zdążę ze wszystkim , a jeszcze wieczorem mamy odwiedzić Marikę? I jeszcze wjedziemy do Rezo??? O matko, nie zdążę!!!

–   spokojnie damy radę.

–   damy? chyba chciałeś powiedzieć ja dam radę)

–   tak, „damy” bo pomogę Ci.

–   dobra nie trzeba, jakoś to ogarnę, to jedziemy. Nie myślcie, że Chuliganka tak ugodowo od razu podeszła do sprawy ) w jej głowie rosła … choinka i wyrosła już do takich rozmiarów, że trzeba było ją ściąć. No bo jak Wigilia bez zielonego drzewka?

DSC_0374.JPG

Nie obyło się bez długiego dialogu o ekologii i wicince drzew, jednak „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki dokonały swego. Piękna dwumetrowa jodełka znalazła się w samochodzie. A tam już rozpoczęło się szaleństwo małego dziecka – całowanie gałązek, gadanie do drzewka i wszechogarniający śmiech radości.

Po drodze w takiej śnieżycy  przygód w postaci przerwanej drogi nie brakowało, ale obfity śnieg potęgował radość i Śniegożercy i uhahanej od ucha do ucha wariatki, która gotowa była robić orły lub anioły przy każdym postoju.

Nastał wieczór, prądu brak ale:

–   chwila, chwila przecież mamy generator, – a to już pole do popisu dla Śniegożercy. Moment i cały dom rozbłysnął światłem i radością, że Chuliganka może spokojnie kontynuować swoje przedświąteczne szaleństwo. W międzyczasie do domku na górce dotarł Alex – wolontariusz z Francji, który zapowiadał się od dwóch miesięcy. A jednak dotarł … przemoczony do suchej nitki, wymęczony podróżą ale dotarł. Błysk w oku Śniegożercy był znajomy – będzie komu odśnieżać)

–   daj mu odpocząć, zobacz jaki wymęczony drogą…

–   dzisiaj tak ale jutro…))) Fakt faktem śniegu przybywało w zastraszającym tempie. I tak też wigilijny poranek panowie rozpoczęli od torowania dróg do miejsc strategicznych. Czyli na pierwszy ogień poszedł wychodek.

Chuliganka miała święty spokój w kuchni, więc wszystko grało. Konie tylko w lekkim szoku, zapadając się po brzuchy w białym proszku, z niedowierzaniem mrużąc oczy i szukając pocieszenia na Chuliganki ramieniu, głowie lub twarzy, gdy prowadziła je do wodopoju. Nawet Coriyi wywietrzały z głowy ostatnie szaleństwa, szedł za swoją panią jak pokorne cielątko.

A w domu … obrus już błyszczał na stole, panika gospodyni jednak się wzmagała. Wtem do domu wkroczyła choinka a za nią Śniegożerca z pełnymi kieszeniami siana. Chuliganka z wielkimi roześmianymi oczami zdążyła powiedzieć:

–   nie tak dużo, symbolicznie miało być

–   miało być siano, jest siano, dawaj podnoś obrus i nie marudź ) „Symboliczne sianko” zakryło połowę stołu. Kiedy w garnkach odbywało się ostatnie mieszanie, zastawa błyskawicznie pojawiła się na stole

–   pamiętasz o dodatkowym pustym miejscu?

–   pamiętam ale przecież mamy wędrowca … no i jak tu nie zgodzić się ze Śniegożercą, Alex to typowy wędrowiec, obrał właśnie taki styl życia. A swoją drogą Śniegożerca nieźle zapamiętał moją opowieść o tradycyjnej katolickiej Wigilii.

–   Gosia, ktoś Cię woła. Chuliganka spojrzała na zegarek, zakładając gruzińskie zamiłowanie do niepunktualności odparła:

–   nie to nie może być jeszcze Marika, choć do dwudziestej brakowało minuty. I wtem na balkonie rozbrzmiał świąteczny gruziński śpiew. Jako gospodyni tego domu wprowadziła kolędników i wszyscy razem usiedli do stołu. Żeby tradycji stało się zadość była modlitwa, przetłumaczona na 3 języki, były życzenia, i skrycie łezki uronione. Zabrakło opłatka ale wszyscy podzielili się sercem, tym, gdzie w każdym człowieku niezależnie od światopoglądu i religii, Bóg mieszka. Dom wypełnił się śmiechem, radością i ciepłymi spojrzeniami.

I nie miały znaczenia: nieustrojona choinka, brak opłatka, brak prezentów, bo o szczęśliwych świętach stanowili ludzie, którzy zasiedli w tym dniu do wspólnego stołu … ci najbliżsi sercu Chuliganki. A choć wielu jeszcze chciałaby wtedy widzieć, była z nimi myślami i sercem…

Równie szczęśliwych Świąt i Nowego Roku oraz dni w naszym życiu, każdemu życzę, by umieć cieszyć się drobiazgami i każdą daną nam chwilą. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce a po nocy przychodzi dzień. Niech każdy kolejny dzień będzie dla nas świętem, skoro otworzyliśmy oczy i możemy go przeżyć.

DSC_0355.JPG

 

 

 

 

თქვენი ოჯახის

20160508_112330

Ta pomyłka przy powstawaniu nazwy bloga czyli „moja” nie „nasza” w tym momencie staje się bardzo wymowna. Nadal jednak zostaje moja rodzina i choć w brutalnej rzeczywistości już nie jest nasza to wciąż moja.

Życie dostarcza nam wielu miłych, wspaniałych i wzniosłych chwil ale również i tych trudnych, mozolnych i nudnych. To od nas tylko zależy jakiego dokonamy wyboru. Są ludzie, którzy wciąż szukają swojej drogi, swojego miejsca, swojego powołania. I to jest w mojej osobistej opinii bardzo dobre, na pewno lepsze niż pozostawanie na jednej drodze, która nie daje nam radości, jest wegetacją lub prymitywnym zaspokajaniem potrzeb czasem tylko tych fizjologicznych.

Wszystko co nowe wydaje nam się cudowne, ciekawe, ale gdy opada zasłona oczarowania i zaczyna się szarość życia i ciężka praca, problemy, czasem monotonia, wtedy właśnie poznajemy samych siebie najlepiej . Wtedy właśnie mamy zwycięzców i przegranych, wtedy człowiek człowiekowi – wilkiem lub człowiekiem. Ale dopóki żyjemy zawsze mamy szansę naprawić to co się popsuło, możemy wrócić i spróbować pójść trudną drogą jeszcze raz bo na szczyt nie ma łatwych dróg. Miłość ta prawdziwa też nie jest łatwa , wymaga wyrzeczeń , jest sztuką wybaczania i dawania kolejnych szans, przepraszania i próbowania. I gdy opadną już emocje, gdy minie oczarowanie i zachwyt tym nowym , pięknym, łatwiejszym ta stara dobra miłość zawsze na nas czeka. Bo ona nigdy się nie kończy , nie umiera, nie starzeje się. I choć nie bywa wylewna to zawsze poukłada ubrania w szafie , poda gorący posiłek po ciężkim dniu, położy dodatkowy materac do snu i zawsze będzie się o nas martwić, nawet marudząc, żeby założyć bandaż  na obolały staw . I jak przyjdzie co do czego nigdy nas nie zostawi.

W związku z tym, że chemi family żyje, chemi da tkveni ojakhi nadal istnieje postaram się kontynuować  blog, pomimo wszystko.

 

Wigilia prawdy

To post przede wszystkim dla tych co obchodzą święta bardzo tradycyjnie i  dla tych również, co unikają świąt w domu, z rodziną i dla tych ludzi, dla których najważniejsza jest mistyka tych dni a nie cała ta kolorowa otoczka. Mam nadzieję, że każdy odnajdzie odrobinę  siebie w tym tekście.

szopka.png

„W wigilię rano na yr.no sprawdziłam pogodę w Betlejem, tak po prostu. Być może z ciekawości, być może chcąc nie chcąc, gdzieś w moim sercu i głowie budziła się wigilia Bożego Narodzenia. Z daleka od rodziny, od przyjaciół, z daleka od kościoła, z daleka od wszelkich wygód, z daleka od obłudnych i znanych tylko przy okazji świąt uśmiechów i życzeń. Z daleka od tego co bliskie memu sercu i z daleka tego co dalekie. Decyzja o pozostaniu tutaj pomiędzy górami, pośród biednych ludzi, w trudnych warunkach, (bo nie są one najcięższe z tych, jakie w życiu widziałam) była moja i tylko moja i ani przez chwilę jej nie żałuję. Wiem, że wielu ze znajomych, dawnych pseudoprzyjaciół, czy nawet z rodziny nadal nie akceptują mojej decyzji, dziwią się, negują. To wszystko wrzucam do worka zwanego „motywacja”.

W dzisiejszą Wigilię Bożego Narodzenia w Betlejem powinno być ok 5-6 stopni , cóż zimno. Ale może wtedy 2016 lat temu może było cieplej w tamtym rejonie , a może jednak zimniej biorąc pod uwagę ocieplenie klimatu. Tak czy siak za zimno, by w stajni, obórce, boseli mogło narodzić się dziecko. Wyobrażam sobie, jak w naszej obecnej stajni, (która i tak jest niezła), lub Ghebińskim boseli, w temperaturze jaka towarzyszy mi od dwóch tygodni w pokoju gdzie śpię,  i to w takich warunkach miałby narodzić się Jezus??? Ciarki mnie przeszywają, przyzwyczajona do podgrzewanych, klimatyzowanych, dobrze wyposażonych porodówek, ciężko mi to pojąć. Siedzę na sianie w zimnej stajni, dotykam kłującego źdźbła rękoma i moja wyobraźnia wariuje, odrzuca to co było faktem.

Jak mogłeś Boże, w takich warunkach? I dlaczego od razu wszystko co najgorsze wziąłeś sobie na głowę – bezdomność, uchodźstwo, odrzucenie, margines społeczny, dlaczego?????????  Zastanawiam się, kto w Polsce odważyłby się teraz o zmierzchu przyjąć pod swój dach rodzącą bezdomną uciekinierkę? Może Ty?

Boże !!! dobrowolnie odrzuciłeś to, co dla człowieka w życiu jest istotne i co dla wielu stało się celem samym w sobie, celem życia? Zrównałeś się od samego początku z tymi, których my odrzucamy lub przynajmniej nie zauważamy?  Rozumiem to, więc nie pytam już dlaczego. Zrozumiałam to jakiś czas temu pośród bezdomnych i chorych. Zrozumiałam w podartych namiotach Syryjczyków, zrozumiałam w każdej ranie zadanej przez drugiego człowieka, zrozumiałam w zapłakanych oczach sierot i ponownie zrozumiałam tutaj w zimnej stajni w biednej wiosce, gdzie bardzo często kilka ziemniaków musi wystarczyć na sutą kolację. Właśnie po to przyszedłeś w takich okolicznościach i warunkach bym to wszystko zrozumiała. Dziękuję. Od narodzin Jezusa w Betlejem nic się nie zmieniło: żyją pośród nas bezdomni,  uchodźcy, brat zabija brata, owszem cywilizacja rozwinęła się bardzo a z nią znieczulica, wygodnictwo, ślepota na najbardziej potrzebujących, pieniądz i rzeczy materialne stał się bożkami a symbole wzięły górę nad sensem wiary.

Boże jestem szczęśliwa i dumna, że jesteś moim Bogiem. Przepraszam, że nie w każdym człowieku od razu widzę Ciebie”

Tu nie ma miejsca dla control freaków

DSC_0428.JPGDziękuję Bogu za najwspanialszy dar w moim życiu. To móc nauczyć się życia w Ghebi – prostego, prawdziwego, trudnego i brudnego. To owoc, który czasem bywa cierpki, gorzki ale zjadany pośród ludzi, którym przyszło tutaj żyć, smakuje niewyobrażalnie i jest słodszy niż największa słodycz tego świata. Dane mi jest być z nimi w każdym momencie, niezależnie czy kapie właśnie z dachu na głowę, czy słońce odbiera siły podczas ciężkiej pracy w polu, bo to jest nasze wspólne życie. Jestem jedną z nich, pomimo że nie urodziłam się tutaj, pomimo że pochodzę z całkiem innego świata. Ze świata wygodnego, luksusowego, ale wybaczcie brzydzę się nim, gdy odbiera ludziom ich humanitaryzm, braterstwo, współczucie, i podstawowe elementy altruizmu. Gdy celem nadrzędnym staje się pieniądz i ważniejsze jest mieć ponad być.
Bogu dziękuję, że tu jestem, pośród ludzi prostych, czasem nieudolnych, niewyedukowanych, zmęczonych i brudnych. Niczym od nich się nie różnię, poza tym, że dane było mi urodzić się w innym miejscu, ale wciąż pod tym samym niebem.
I nie jestem tutaj bo modne jest pomaganie, bo charytatywność jest na topie. Nie dla dobrego wizerunku, nie dla afiszu. Nie mam powodów, by się szczycić czymkolwiek, żadnych zasług nie przypisuję sobie poza tym, że nauczyłam się żyć tutaj, z tymi ludźmi. Czuć ich w sercu i kochać ………. bo od początku do końca tego świata jesteśmy tacy sami – jesteśmy ludźmi. I zawsze w drugim będę widzieć tylko człowieka, nie króla, nie biedaka, nie uczonego, nie prostaka nie bogacza, nie śmieciarza… Po prostu i tylko człowieka – jego serce i jego człowieczeństwo.
received_1216929418368411

Analiza przypadku gwiazdy na Sartsividziri

9291517_pod-shoda-.jpg

 

 

„Nie nastawiaj się od razu negatywnie lub z lękiem, gdy nie znasz człowieka lub jego nastawienia do ciebie i do tego co robisz. Nie pomaga się ludziom tylko dobrym, tylko tym, którzy oczekują pomocy, albo tylko tym, których znasz. Zaskakuj ludzi miłością !!!

Wtedy dopiero zmienisz świat, choćby i 10 razy ci drzwi przed nosem zamknęli albo tyłek skopali, wtedy to właśnie ma sens.

Czy nie chciałbyś, żeby kochał cię ktoś, kto cię nie zna, tak po prostu? Czy nie chciałbyś, by dla kogoś całkowicie ci obcego twoje życie nie było obce? tylko dlatego, że żyjesz na tym samym świecie, co on? pod tym samym niebem, co on?

Tylko dlatego, bo jesteś, bo kiedyś cię zobaczył, bo kiedyś zobaczył twoje dzieła życia? Dla ciebie to może wcale nie są wielkie dzieła, a on zauważył w nich coś, co dla niego było ważne. Bo kiedyś może widział twoja słabość….

Z jednej strony, to najtrudniejsza miłość; z drugiej zaś najczystsza i najprostsza, bo nie oczekująca nic w zamian. Tylko ty dokonujesz wyboru, która strona jest bliższa twemu sercu. Wysiłek włożony w czynienie tej miłości jest niczym w porównaniu do szczęścia jakie ona daje. Myślę, że taka miłość jest jest największym darem i największym cudem.

To jest najjaśniejsza gwiazda spośród milionów wszystkich gwiazd nad Sartsividziri. Wpatruj się w tę gwiazdę i idź za jej światłem.”

Pomiędzy liśćmi dzikich grusz

  • Widzę, że tutaj wszyscy cię kochają. Chyba cała wioska? – W przeciągniętym pytaniu słychać niedowierzanie.

  • Być może. A wiesz dlaczego? Bo szanuje nie tylko człowieka, ale i jego biedę i jego słabości.

DSC00960.JPG

Prawda jest taka, kocham tę biedę która wplata się w gałęzie dzikich grusz, kocham serdeczność, która odbija się głośnych echem pomiędzy ośnieżonymi szczytami. Kocham człowieka, którego zmęczony kręgosłup dogina kolejny olbrzymi stóg siana. I kocham jego uśmiech pomimo utrudzenia. Kocham gorący chleb, gdy garnek świeci pustkami. Kocham niezaradność prostego człowieka, bo ja też nie jestem mistrzem świata. Przecież nikt z nas nie jest. Kocham kobietę, która na widok strudzonego wędrowca biegnie z kawałkiem sera i masła, choć sama jutro być może nie będzie miała co zjeść. Kocham te dzieciaki w za krótkich spodniach, które oddadzą wszystko w zamian za poświęcony im czas. Kocham tych ludzi pachnących bydłem nie „diorem”, mlekiem nie pralnią lub najzwyczajniej zmęczeniem. A jeśli kocham tych wszystkich ludzi, to tak po prostu. Bez wyszukanych słów i górnolotnych wyznań. I przez to mogę ich zrozumieć i pomóc nie odbierając im tego, co oni kochają.

DSC00870.JPG

A miłość ta, to nic ponad uśmiech i serdeczne spojrzenie. To wspólna praca nie zważając na zmęczenie czy odciski, bo skoro oni są zmęczeni, to dlaczego ja nie powinnam być. To potrzymanie za rękę, poklepanie po plecach, przytulenie, wysłuchanie pomimo nieznajomości języka. To pochylenie się nad starcem, który być może nie mył się kilka dni i opatrzenie mu sączącej się rany. To każda minuta mojego dnia oddana drugiemu. W darze.

I niech nikt nie warzy się patrzeć na tych ludzi z góry, bo wydrapię mu oczy.

 

 

Modlitwa pewnej „suleli”

9030134_wymarzonych--szczesliwych-wakacji-i-rozpromienionego-usmiechu--w-kazdym-momencie-twojego-zycia.jpg

Szefie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! wybierz górę, a wlezę na nią na kolanach, na czworakach, nie ważne jak. Wejdę tam, bliżej chmur i Ciebie. I będę tam tylko ja i Ty. Tam będę tańczyć, skakać ze szczęścia, płakać i wykrzykiwać z wszystkich sił tą radość, która teraz odbiera mi głos i rozrywa albo ściska naprzemiennie do bólu moje serce. Jak słodki jest ten ból. Bo to właśnie jest Miłość przez najogromniejsze M na świecie. Twoja Szefuniu Miłość !!!!

Ps. Szefunciu dzięki za dzisiejszy dzień i za ostatnie, za ludzi niesamowitych, którzy są Cudem, za wszystkich, którzy czynią dobro tak po prostu !!!!

Jesteśmy bogate !!!

1455632686803

Są zwolennicy wielkich akcji, kampanii humanitarnych, organizacji, fundacji i nie ma w tym nic złego. Pod warunkiem, że jedynym i czystym celem jest pomoc drugiemu człowiekowi. Żadna z nas tego nie neguje, to jasne, że dobra organizacja, promocja i reklama zwiększa obszar działania, i szanse na sukces.

Jednak pomoc niesiona małymi krokami, choćby jednemu człowiekowi, choćby jednej rodzinie przynosi równie wiele dobrego. Taka ‚indywidualna’ pomoc zwiększa szansę na dotarcie i odkrycie najbardziej ukrytych potrzeb. A często prowadzi to do jedynej i podstawowej potrzeby każdego człowieka. Do pragnienia miłości – nie mierzalnej wartością finansową niesionej pomocy.

Ta miłość sprawia, że pomimo wszelkich różnic, trudności i zwątpień, które pojawiają się na naszej drodze pomocy, mamy wciąż siłę by trwać i robić to dalej.

„I choćbym mówił językami aniołów – a miłości bym nie miał …

i choćbym rozdał majątek na jałmużnę, a miłości bym nie miał….”

I nie są to żadne frazesy przytoczone z Biblii. No właśnie kimże byśmy byli bez miłości? To miłość niesiona i rozdawana jak najsmaczniejsze jabłka stanowi o naszym człowieczeństwie.

Miłość ubiera nas w najpiękniejsze światło wszechświata, ona rozjaśnia najbardziej mroczne drogi naszego życia. Egoistycznym jest poszukiwanie miłości tylko dla siebie, trzeba zacząć od dawania. Podarunek z miłości jest jak najlepsza inwestycja w życiu, mnoży się bez końca, powraca zwielokrotniony i nie oczekuje zwrotu w ratach.

Więc napełnijmy miłością nasze garście, nasze plecaki, nasz uśmiech, myśli a przede wszystkim serca i rozdawajmy jak bogacze, bez ograniczeń. Bądźmy rozrzutni do szaleństwa. Jeszcze jeden pewnik – im więcej rozdajemy, tym więcej możemy rozdawać, miłość nie zna braków w magazynie…

Jeżeli masz serce przepełnione miłością, jeśli znasz smak jej rozdawania, jesteś najbogatszym człowiekiem świata.