Male Ghebshi

Ostatnimi czasy pojawiało się mniej wiadomości o naszej nietypowej rodzince Chemi Family. O chłopcach, wyzwaniach i przygodach. Główną przyczyną jest nasza zimowa rozłąka, którą Chuliganka z Msisiarą i końską łobuzerią spędzają w Tsesi. Choć czasu nie marnujemy i staramy się wyjść naprzeciw pracom w nadchodzącym sezonie, do Ghebi strasznie tęskno. Ghebi menatreba.

13867136_500344180172578_910945793_n

Marika planuje zakup kurczaków, chłopcy oczekują wakacji. Iva koni. Rostoma jabłek. Vaso szaszłyków, a Oto wycieczek. W Tsesi wiosna rozkwitła już w pełni, zaczęły się prace w winnicach, zbieranie ziela na Phali* i co najważniejsze przygotowywanie koni do sezonu. Coriya ma się coraz lepiej po zabiegu pozbawienia go pisanek. Teraz stał się jeszcze większym pieszczochem, a oko Pana (strzegącej go pilnie Chuliganki) konia tuczy. Zabieg przebiegł wyjątkowo spokojnie i pomyślnie, biorąc pod uwagę tutejsze warunki i liczbę pomocników. Miało być 4 chłopa do trzymania, z braku laku musiał wystarczyć Vasiko, kierowca Shalva i Msisara. Na szczęście operacją dowodził nasz zaufany ghebiński weterynar Grisha z najlepszą siostrą na sali- Siostrą Chuliganką.

20170325_110227

Chemi stopniowo i spontanicznie się powiększa. Nie, nie jest to jeszcze wyczekiwana Franciszka Junior Jamala. Mamy nadzieję, że wiosenny romans z naszym Corisiem przyniesie jesienią małego Jamalo-Coriovego kvici (źrebaka). Kto wie, a nóż im się powiodło?  Szef bezustannie podsyła nam dobrych ludzi, którzy nie dają nam się nudzić i poszerzają horyzonty naszych aktywności. Jak więc widać zimowa hibernacja, okazała się nie tylko przeczekaniem chłodu z końmi na nizinach Rachy. Nowe znajomości, wiedza i doświadczenia są cholernie przydatne. Jednak gdy wiosną natura, ludzie i zwierzęta budzą się do życia, nogi rwą tam, gdzie chce się zapuszczać świeże korzenie. Tam, gdzie w domku nad mzave cxali (woda mineralna), dla serca zawsze znajdzie się miejsce. Bo bez tego nie byłoby nas. I dobrze jest to wiedzieć, ale lepiej to czuć patrząc nocą na Shodę oświetloną milionem gwiazd. W Ghebi, którego uśmiech nie zgubił się jeszcze w dzikim kapitalizmu pędzie. U źródeł, gdzie Bóg nie przestał być jeszcze zupełnie niepotrzebny, a człowiek całkiem samotny. 

Dlatego, za rodzinę i za tych, dzięki którym tutaj jesteśmy pijemy zawsze bolomde (do końca). By rosła dalej. Duża, zdrowa i piękna jak orzech sadzany w nowym ogrodzie. Nasza rodzina do tradycyjnych nie należy i dobrze, bo w tym swoim nieco nieokiełznanym sulelstwie (szaleństwie) czai się ogromna siła otwartych serc i śmiałych gestów. Wspaniale, bo przy takim wsparciu będziemy mogli działać dalej i marzyć o kolejnych odważnych planach. Dla chłopców, dla Mariki, dla Ghebińców, dla koni, dla Was i dla nas. W tym Ghebi. By mimo nieuniknionych zmian, takim zostało.

Ghebi, które kocha wariatów.

A w głowie czai się już tylko ten jeden moment. Kiedy przyciśniemy razem gaz do dechy i pojedziemy …

…male Ghebshi

DSC_0690

*Phali – pyszna gruzińska potrawa z zieleniny, czosnku i orzechów.

Reklamy

W dzień targowy, w autobusie takie słyszy się rozmowy…

Czwartek to w Oni dzień bazarowy. Dzień żółtych autobusów pomykających zboczami Kaukazu do Ghebi, Shovi lub Seva. Moment kiedy na drogach pojawiają się załadowane busiki, niwy z piramidami mieszków ułożonych na dachach i olbrzymie kamazy tym razem pełne nie szeszy (drewna), ale mąki i benzyny. Komu w drogę autostopem temu czas wyruszyć najlepiej dziś! Poza sezonem to dzień, kiedy jest największa szansa na sprawne wojaże po raczyńskich zakamarkach.

Każda przejażdżka jest świetną okazją do zawierania nowych znajomości, poznawania lokalnych historii lub poćwiczenia niezliczonych sposobów pakowania ludzi, zwierząt i zakupów na maszyny (samochody). W żółtym autobusie doświadczy się tego wszystkiego po trochu, a w naszym autobusie do Ghebi nawet więcej niż po trochu. Ten zawsze pęka w szwach. Na trasie kursuje najwięcej osób, bo jadą nim mieszkańcy Ghebi i Chiory, a wraz z nimi pełen asortyment spożywczo- gospodarczy. Piły, pralki i pieczki, mąki, miotły i mieszoki muszą się zmieścić wraz z właścicielami. My dokładamy się wcale nierzadko z ładunkiem mandarynek lub innych fruktów dla najmłodszych. 

Jazda autobusem, jeździe nie równa. Dojechać samemu to sztuka, ale dowieźć jeszcze oczekiwane przez rodzinę zakupy w właściwym stanie i nie stracić przy tym głowy lub czucia w kolanach to inna sprawa (o nerwach nie wspomnę, bo te lepiej jest zostawić przed samym bazarem). Dobrze obeznane wydry bazarowe wiedzą kiedy przy bramie pojawi się żółty autobus, aby załadować swoje sumki i bezpiecznie przy nich przysiąść. Strategia jest to całkiem dobra, zaradne podejście można powiedzieć. Kto pierwszy ten lepszy i ma miejsce dla siebie i dla zakupów. No! Jeśli autobus nie będzie musiał pomieścić więcej osób i ich dobytku… Tych dochodzących tuż przed odjazdem jest wcale niemało i wtedy dopiero zaczyna się właściwa jazda  (choć silnik nawet jeszcze nie odpalony!). Życzliwe powitania podczas załadunków nadal słychać, ale już nieco pospieszne, zasapane i tylko dopóki nie zacznie być słychać czepialskich. Komuś zawsze jedna torba wadzi bardziej niż druga. Teraz każda sumka, każdy mieszok, a tym bardziej delikatniejsze zawiniątko jest na wagę złota. Chyba nie chcesz, żeby przez krótką chwilę nieuwagi twoje jajka przyciśnięte zostały 100-kilowym ładunkiem mąki, co katzo? (chłopie). Kobieta wioząca zakupy to niebezpieczny gatunek, zdarza się nawet zwinny… starsze kobieciny z laską potrafią w niebywały sposób przeciskać się przez morze ściśniętych kolan i łokci, żeby dobić do upatrzonej wysepki wygodnych mieszoków. Na szczęście szafiorzy (kierowcy autobusów) nie są z pierwszej łapanki. Tutaj może pomóc tylko ich stoicki spokój, krepka ręka i wieloletnie doświadczenie, aby upchać ten kotłujący się, niespokojny tłum.

– Panie adjeki (wstajemy)! Sumkebi pod skamiejki (zakupy pod siedzenia), bo się nie pomieścimy.

– Ale… ale… moica… vai me… 

– To nie taxi, wszyscy musza się zmieścić!-  A kierowca nie uległy na wielkie oczy i kobiece łzy. 

Siedzą, stoją, drzwi ledwo się domykają ale ruszyli my. Uff. Na rogu przy sklepie przystanek, powtórka z rozrywki. Panowie mądrze wychodzą na papierosa. Następny przystanek, stacja benzynowa- trzeba załadować bańki benzyną. Drzwi już się nie domykają, ale ruszyliśmy…

Moica erti zuti! Truba ginda!(Chwileczkę, jedną minutkę! W sklepie jeszcze rura od pieca…) – rozlega się z tyłu, a tłum ściśniętych ciał jak jeden mąż wydaje pomruk zniecierpliwienia. 

Jedziemy 50m- Hatuna z kilkoma pakunkami. Kolejne 100m- nauczycielka z torbą i mieszkiem. Wydawać by się mogło, że już szpilki nie da się wcisnąć, ale brzuchy jeszcze można wciągnąć i dziadek z laseczką też już z nami jedzie. Amortyzatory jęczą na każdym wyboju, my jęczymy od uderzających do głowy zapachów kawy i benzyny, ale na chwilę lśniące w zachodzącym słońcu stoki Kaukazu łagodzą obyczaje. Jeszcze przejazd przez blaszany most na bezdechu (czy te blachy utrzymają taki ładunek?!?) i jesteśmy w Chiorze. Wreszcie powietrze, wreszcie papieros! 

– Mieszok sadari?!?- Nooo taaak, zabawa zaczyna się od nowa a każdy wtyka sąsiadowi głowę między nogi i sprawdza co ten ma pod swoją zacną żopą… szukamy zakupów pani z chustą. 

– Ten z kapustą? – ARA (nie)

– Ten z mąką?- ARA. 

– Ten z mandarynkami?- ARA, ale nie pogardzę! 

Przy sklepie czekają już chłopcy gotowi do rozładunku. Teraz tylko oblodzona droga po ciemku z 20kg na plecach i jesteśmy w domu. 

Pyszności Mariki- gościnnie od Ewy

„Przyjeżdżamy do Ghebi drogami Paryż-Dakar, zmęczeni po nie przesłanej nocy. Wejście do domu , przywitanie i kawa! Kawa Lobjanidze czyli kawa gotowana na mleku, WOW najlepsza! Niech się schowają jakieś tam latte, mocate czy nawet czarna którą uwielbiam. Taka kawa to tylko u Mariki. Zapowiada się dobrze, nawet bardzo dobrze!!! Smakowałam dania gruzińskie, jesteśmy tu 4 raz ale xachapuri z białą kapustą i serem- palce lizać, podobnie pyszne jest xachapuri z liśćmi buraków i serem -pychotka. Przyglądałam się Marice jak wykonuje ciasto, po wyrośnięciu nakłada farsz, dużo farszu i fachowo formułuje placki. Nie próbowałam tego robić i boję się że nie jest to takie proste. Upieczony w duchowce (piekarnik) gorące xachapuri smaruje masłem, oj ten zapach!!! Smakują wyśmienicie! Czy potrafię takie pyszne zrobić? Po namyśle stwierdzam, po co przecież przyjedziemy do Mariki i zrobi nam najpotężniejsze na świecie!”

Pomiędzy liśćmi dzikich grusz

  • Widzę, że tutaj wszyscy cię kochają. Chyba cała wioska? – W przeciągniętym pytaniu słychać niedowierzanie.

  • Być może. A wiesz dlaczego? Bo szanuje nie tylko człowieka, ale i jego biedę i jego słabości.

DSC00960.JPG

Prawda jest taka, kocham tę biedę która wplata się w gałęzie dzikich grusz, kocham serdeczność, która odbija się głośnych echem pomiędzy ośnieżonymi szczytami. Kocham człowieka, którego zmęczony kręgosłup dogina kolejny olbrzymi stóg siana. I kocham jego uśmiech pomimo utrudzenia. Kocham gorący chleb, gdy garnek świeci pustkami. Kocham niezaradność prostego człowieka, bo ja też nie jestem mistrzem świata. Przecież nikt z nas nie jest. Kocham kobietę, która na widok strudzonego wędrowca biegnie z kawałkiem sera i masła, choć sama jutro być może nie będzie miała co zjeść. Kocham te dzieciaki w za krótkich spodniach, które oddadzą wszystko w zamian za poświęcony im czas. Kocham tych ludzi pachnących bydłem nie „diorem”, mlekiem nie pralnią lub najzwyczajniej zmęczeniem. A jeśli kocham tych wszystkich ludzi, to tak po prostu. Bez wyszukanych słów i górnolotnych wyznań. I przez to mogę ich zrozumieć i pomóc nie odbierając im tego, co oni kochają.

DSC00870.JPG

A miłość ta, to nic ponad uśmiech i serdeczne spojrzenie. To wspólna praca nie zważając na zmęczenie czy odciski, bo skoro oni są zmęczeni, to dlaczego ja nie powinnam być. To potrzymanie za rękę, poklepanie po plecach, przytulenie, wysłuchanie pomimo nieznajomości języka. To pochylenie się nad starcem, który być może nie mył się kilka dni i opatrzenie mu sączącej się rany. To każda minuta mojego dnia oddana drugiemu. W darze.

I niech nikt nie warzy się patrzeć na tych ludzi z góry, bo wydrapię mu oczy.

 

 

Na chwilę

usiądźmy tam gdzie myśli nie dochodzą

gdzie wiatr tańczy pod ramię z księżycem

gdzie marzenia najskrytsze kąpią sie w wina słodyczy

dotknijmy nagimi stopami chmur wilgoci

bezkresu błękitu, jaskrawości zachodu

dotknijmy wszytkiego co nas dzieli

spójrz to nasze wspólne niebo

Chuliganka

rest where the thoughts cannot follow

where the wind makes the moon gently spin

where the dreams unborn dive in the wine sweetness

feel the dew between the toes walking through the clouds

the depth of blue, the sunset’s scream

feel all what between us

and look, that is our sky

Tłumaczenie – Misisiara

8953498_tchocia--podejscie-z-shovi-.jpg

Gaimeore: „damy radę”

Leżę w nocy nie mogąc spać, szczęśliwa, że olewam studia w Szwecji na rzecz rozkręcania projektu w Gruzji i w Ghebi, a w głowie huczy mi od pomysłów, planów i list rzeczy, które muszę zrobić. Kupić bagaż, odmowić mieszkanie w Szwecji, zrobić z Chuliganką listę potrzebnych rzeczy na zimę… wysłać jeszcze z 10 zaległych wiadomości… zrobić listę pomysłów na stronę…  przejrzeć dom pod względem starych narzędzi, które mogę przydać się w Ghebi… kurki i uszczelki, bo kran zawsze cieknie… przybory szkolne dla chłopców… liny, nasiona. Czy można kupić gruzińskie książki na kindle, żeby chłopcy mogli czytać na zmianę ze mną…. Myśli się po prostu nie kończą! Od paru dni jest urwanie głowy, śpię po 6 godzin (co dla mnie nie jest normalne), bo tyle się dzieje! Bo strony są w trakcie budowy i moderujemy je z Chuliganką na odległość, bo… ale w głowie zamiast gedzineba (spania) mam szał.

I nagle powracają do mnie słowa Rostomy – do 3 Octabra (października) jeszcze tak daleko…- i nie mogę się powstrzymać, i wyobrażam sobie jak tam dojadę i ich uściskam. I to będzie szczęśliwy uścisk. Nie ten, który teraz tak dobrze pamiętam, smutny albo bezsilny i bolesny, kiedy brakowało mi słów otuchy po polsku, a co dopiero po gruzińsku. Bo taka bezsilność boli i długo się ją pamięta. Kiedy szeptałam do małego zapłakanego ucha „będzie dobrze”, ale wiedziałam, że sama wcale nie jestem tego pewna. Teraz wiem co powiedzieć nam, sobie i nie tylko wtedy jak jest źle:

Gaime ore: Damy radę.= powtórz po mnie: Damy radę

11118625_379524565587874_3155004420298060713_oI to wcale nie znaczy, że teraz wiem, że wszystko jakoś cudownie się ułoży. wiem jedno : będzie ciężko, czasami nawet bardzo, ale poradzimy sobie. Ostatnie dni są najlepszym dowodem na to, że… to jest to. Cokolwiek jeszcze się zdarzy, jak się życie potoczy nam wszystkim, nie ma teraz innych planów. Plan jest jeden. Kilka razy w życiu, nie ważne jak dziwne decyzje podejmowałam, wiedziałam, że dam sobie rade i wiem jak cholernie budujące jest mieć taka pewność…wiem, jestem szczęściarą. I teraz zrobię co mogę, żeby chłopcy też poznali to uczucie, żeby wiedzieli co naprawdę znaczy „damy radę!”. Szczęściem trzeba się dzielić, bo to daje siłę, kiedy inni pukają się w głowę. Amen 🙂

Pozdrawiam, Wasza Msisiara

P.S. Chuliganka, dzięki, że we mnie wierzyłaś, że pójdę po rozum do głowy i nie będę sobie utrudniać życia tylko wrócę do Was jako najemnik od czarnej roboty, któremu płacisz w cukierkach 😉 serio dzięki.

20160529_185645.jpg

A stara Chuliganka powie tylko tyle – pamiętasz co wyryłam na kamieniu?

  • Bo widzisz moja droga,- wierzyć w drugiego człowieka, niczego nie oczekiwać , niczego nie chcieć w zamian – to jest ta prawdziwa miłość od Szefa, – i to jest pełnia szczęścia.           – Drzewo daje owoce …

PS. mam nadzieję, że mandatu nie dostałaś wczoraj za przekroczenie prędkości światła na rowerze?

Tajemna mapa. Jacuzzi

Na mapie naszych wrażeń jest kilka zaczarowanych miejsc, gdzie uwalniamy nasze wewnętrzne dziecko, gdzie ulatują lub spływają złe emocje, smutki, gdzie w trybie przyspieszonym ładujemy nasze akumulatory, regenerujemy ciało i wzmacniamy ducha.

Jednym z takich miejsc jest zwane przez Chuligankę – Jacuzzi. Nazwa jednak nie ma zbyt dużo wspólnego z tym konkretnym miejscem. Definicja, bowiem brzmi: Jacuzzi to niewielki, okrągły lub wielokątny basen z hydromasażem. Jest wyposażone w dysze doprowadzające sprężone powietrze, system podgrzewania i filtracji wody.

Więc czymże jest tajemnicze Ghebińskie jacuzzi, od którego uzależniona jest Chuliganka???

to niewielki strumień górski!!! z niezbyt imponującym wodospadem, jak na tę okolicę.

13689628_494718557401807_691729041_n

Ktoś zapewne powie, no i co jest takiego niezwykłego w jakimś tam strumieniu górskim, przecież jest ich tutaj dziesiątki, mniejszych , większych. Strumień jak strumień.

Otóż wizualnie być może nie robi wielkiego wrażenia, do momentu gdy się wejdzie do niego.

Chuliganka pierwszy raz zrobiła jakieś dwa lata temu bardzo wczesną wiosną, gdy temperatura wody dochodziła do 3 stopni (latem nie przekracza 6). Temperatura powietrza wtedy oscylowała pomiędzy 14-18 stopni i niesamowicie przygrzewało już słońce. Zgodzę się, że jest to szaleństwo. Jednak po pierwszym stopniowym zanurzaniu się, po pierwszym masażu spadającą na ciało wodą z ogromną prędkością i siłą z wysokości ok 4 metrów, człowiek chce wejść tam jeszcze raz i jeszcze. Wrażenia są niesamowite i trudne do opisania. Oczywiście towarzyszą tej bardzo krótkiej i szybkiej kąpieli wrzaski szaleńca, czasem człowiek skacze jak poparzony, czasem sztywnieje na kilka sekund. Jednak efektem tego jest ogromny wystrzał endorfin, intensywny relaks i odświeżenie wręcz odmłodzenie ciała do najgłębszych jego struktur. Otoczenie jacuzzi też ma zbawienny wpływ: schłodzone powietrze, przesycone prawie niewidocznymi kroplami wody, szum wodospadu, śpiew ptaków, szelest liści, odgłosy poruszających się w wodzie kamieni.

Po za tym układ jacuzzi, wygląd zmienia się z każdym miesiącem i każdym rokiem, miejsce tylko pozostaje to samo.
DSC_1083.JPG
Trzeba to poczuć i usłyszeć…

Potwierdzają to również osoby , które Chuliganka wtajemniczyła i użyczyła im tego miejsca.

Legenda o Gruzji

Stara gruzińska legenda opowiada jak Pan Bóg zebrał wszystkie narody i zapowiedział, że będzie dzielił kulę ziemską. Powstał wówczas niesamowity tłok, i przepychanki, gdyż wszyscy chcieli otrzymać jak najkorzystniejszy przydział ziemi. Jedynie Gruzini, którzy nie lubili tłoku usiedli spokojnie pod drzewem, rozłożyli na ziemi kobierce, z koszy wyjęli chleb, owoce i wino i rozpoczęli biesiadę umilając sobie czas wesołym śpiewem. Było im tak przyjemnie, że ani się obejrzeli, jak wszystkie ziemie zostały przydzielone. W tym momencie Pan Bóg dostrzegł pogodnych i ucztujących Gruzinów. Zrobiło mu się żal tych sympatycznych ludzi i powiedział zatroskany: „Ucztowaliście gdy inni walczyli i kłócili się o ziemię. Rozdzieliłem już wszystkie ziemskie krainy. Został mi jedynie niewielki, ale najpiękniejszy zakątek. Miałem zamiar zachować, tę krainę dla siebie, ale postanowiłem oddać ją wam*

13681948_500362543504075_1171782236_o.jpg

Natknęłam się na ten fragment przypadkiem, ale w doskonały sposób oddaje to jak czuję się będąc wśród Gruzinów.

Powyższy fragment pochodzi z pracy „Kaukaz niezwykła tradycja kulinarna na przykładzie Gruzji”.

*Mielnikiewicz Olga, Opowiadanie wracającej z …Gruzji, [w:] http://www.transazja.pl/pl-4-art529.html, (23.05 2008).

Rancho nadal całe!

13839838_499566983583631_838399379_o.jpgRzeka Rioni nieco się uspokoiła i wody opadły. Najgroźniej było 21.07- 22.07 (Rioni szaleje) kiedy obsunęła się część ogrodu Grishy, część ogrodu Anniko i drogi. Mówimy o jedynej drodze dojazdowej do „naszej” części Ghebi czyli ok 7-8 gospodarstw. Tym rzazem mamy szczęcie i ranczo, czyli nasz nowy ogród przy mjave cxali (źródełko mineralnej) nie ucierpiał. I mimo, że przykro nam z powodu strat naszych przyjaciół, to bardzo nam ulżyło. To pierwszy ogród chłopców, który mogli stworzyć po latach stagnacji i braku motywacji dorosłych. Dlatego to strasznie ważne, żeby nie tracili teraz zapału i motywacji. 20160613_094536Rostoma przy mjave cxali (źródełko wody mineralnej)

Widząc rzekę na codzień, trudno sobie wyobrazić, że zupełnie niespodziewanie potrafi stać się realnym zagrożeniem i zniszczyć miesiące pracy. Woda potrafi zmienić swój bieg w przeciągu paru godzin, zabrać co napotka bez hałasu i płynąć dalej. Bez wątpienia, na świecie zdarzają się o wiele bardziej przerażające i dotkliwe klęski żywiołowe, ale nie w tym rzecz. Tutaj w dolinie Rioni, życie to ciągłe naprawianie szkód. Jakby fakt mieszkania w sercu tak pięknych gór, okupiony był ciągłą ludzką stratą i walką z brutalnością natury. Naturalny haracz. Takich miejsc na świecie można nadal znaleźć całe mnóstwo. Choć postęp techniczny i naukowy przyczynił się do powstania tysięcy miast, na dowód że człowiek jest w stanie wpisać naturę w system, nadal w wielu miejscach rozwiniętych mniej lub bardziej przychodzi czas, kiedy „naturalnie” musimy ponieść szkody.

Na ten temat, krótkie video z Julia Roberts (po angielsku) Mother Nature video

 

Wschód pod Sartsividziri

20160526_055242

Połowa maja na ponad 2000 m n.p.m. w gruzińskich górach; ale nam w nocy tyłki zmarzły. Kasia-Msisiara to już na samą myśl o chłodzie szczęka zębami i zakłada na siebie co jej w ręce wpadnie, a w domu śpi przykryta po czubek głowy. Ale taka noc pod namiotem wcale nie musi boleć, nawet bez super drogiego sprzętu! Kilka wypracowanych sposobów i zmarzlak też może cieszyć się urokami wysokich gór, Syberii lub Mongolii zimą.

IMG-20160613-WA0013

Oto kilka sposobów na przetrwanie chłodnych eskapad:

  • ubieranie „na cebulkę”. Mniej do noszenia, więcej do zobaczenia. Pod względem ubrań preferuje naturalne materiały, koniecznie wełniana bielizna oddychająca! (ten wydatek się zwraca)
  • czapka! A najlepiej czapka i kaptur lub 2 kaptury, lub turban z chustki i czapka- zasada ubierania „na cebulę” od stóp do głów!
  • ciepły śpiwór ( Husky się sprawdza od kilku lat. Oczywiście nie pod namiotem na Syberii, ale przy małych mrozach tak)
  • folia NRC!!! tania + lekka = zawsze, wszędzie, obowiązkowo. Może służyć jako izolator, ochrona od deszczu, kołdra, prześcieradło. Najlepiej zawinąć w nią śpiwór przed włożeniem do pokrowca i nie trzeba obawiać się deszczu (sposób Chuliganki) I przypominamy: S.O.S.= SREBRO ODBIJA SŁOŃCE, czyli kiedy chcemy się ogrzać srebrną częścią do siebie, kiedy jest za gorąco srebrną częścią na zewnątrz.
  • termos. Jeśli mamy możliwość zrobienia czegoś ciepłego do picia lepiej, żeby miało to właściwości rozgrzewające. Większość herbat, np. czarna lub zielona ma właściwości ochładzające. Więcej poczytać można na stronach o termice produktów.
  • ognisko lub palnik
  • unikać spania solo :))) razem raźniej i cieplej. A czy przyjemniej i wygodniej to zwykle zależy od towarzystwa i kwestii gustu.
  • Chuligański sposób : hartować ciało cały rok a krótkie kąpiele naprzemiennie w bardzo zimnej i gorącej wodzie dają rewelacyjne efekty.

Jeśli chodzi o Chuligankę, to wręcz przeciwnie oblewa się zimnym potem na myśl o upale, a gruzińskie noce w górach przesypia bez śpiwora. Tym razem chyba trochę zmarzła… a trzeba było Msisiarowym sposobem spać w rękawiczkach i 3 kapturach.

14074628_509208495952813_954314127_o.jpgfot: odsłonięta góra Sartsividziri

– Zimno, ale za to jaki widok… Sartsividziri się odsłoniła.Oczywiście ty jak zwylke spałaś, matko z córką… a ŻADNEJ CHMURY NIE BYŁO!!! Słyszysz?! Ajajajajaj, jakie zimne spodnie…- Chuliganka rozbija się jak mała torpeda. Jak widać mróz i poranne, górskie widoki działają na nią 1000 razy lepiej niż najmocniejsze espresso. 

– Trzeba się było ubrać i spać z rzeczami w śpiworze to byś teraz nie kwiczała – Msisiara wydaje się ociągać, ale tylko zbiera siły by wystartować sprintem kiedy wychyli głowę ze śpiwora i nie myśleć o tym, że nie ma swojego ulubionego termosu z cxeli cxali (gorącą wodą). Jest 6.00 rano, cały wąwóz pogrążony jest jeszcze w chłodnych szarościach, trawa oszroniona, za to zza szczytu Sartsividziri rośnie różowo-pomarańczowa łuna. Niestety, do szczytu już klei się chmura- naprawdę trudno jest złapać tą górę zupełnie odsłoniętą… wstydliwa ta góra. 20160526_054934fot: Sartsividziri już w chmurze

Dziewczyny ruszają drogą prowadzącą trawersem na górę Ghorebi, z której można odbić do starej kopalni. Chuliganka kiedyś już tam trafiła, podczas pierwszego rekonesansu i podobno… spała w traktorze ( jak ktoś ładnie poprosi to może opowie). Jest to nowa droga, powstała dzięki aktywności geologów i jak się pózniej okazuje, biegnie ona niedaleko starego trawersu. Ze względu na późną i chłodna wiosnę, zalega jeszcze dużo śniegu i trawers jest prawie całkowicie przykryty. Nie udaje się im znaleźć odbicia na kopalnie, ale widok zalewanego powoli słoncem wąwozu jest tak cudny, że idą dalej jak się da i gdzie się da. Czekany są, ręce i kolana też, dadzą radę. Na chwilę się rozdzielają, obie lubią czasem pochodzić swoimi ścieżkami. 

20160526_082015fot: widok na drogę, Gohrebi

14060384_509207655952897_1104464930_o

14113961_509208289286167_1263331363_o.jpg

Msisiara po przypadkowym wejściu na starą drogę, postanawia dojść do skąpanych w słońcu skałek, to jeszcze nie szczyt, ale widok na dolinę będzie boski. Trawers stromym zboczem pokrytym śliską, uklepaną pod śniegiem trawą nie należy do najłatwiejszych, ale skałki są tuż tuż, a po nich wspinać się powinno być zdecydowanie łatwiej. Teraz idzie już w pełnym słońcu i kiedy brak jej tchu wystarcza że się odwraca, by spojrzec wokoło, a nogi same ida dalej. Po skałkach rzeczywiście idzie się łatwiej, ale… syk. Oj oj… żmija. Malutka. W sumie nic dziwnego: nagrzane kamienie, gęsta trawa, są żmije. Tylko że na nogach lniane spodnie po dziadku, więc chronić to one mogą swoim dobrym czarem. Ostrożnie, ale postanawia iść dalej, jeszcze kawałek, jeszcze zota zota (ciut ciut). Po kilku krokach, kolejny syk. Skubane gadziny, uwzięły się na tą ścieżkę! Najgorsze, że leżą na kamieniach i nie da się ich zobaczyć z dołu.  „Dobra Szefie, do 3 razy sztuka. Jak mówisz, że lepiej schodzić to niech będzie” – myśli Msisiara. „Jeszcze jedna żmija i ja się zwijam”- Na następnym kamieniu rozlega się już bardzo donośny syk dorosłej żmii zygzakowatej. Ta nie schodzi z drogi. Wszystko jasne, Msisiara robi ostatnie zdjęcia i ostrożny w tył zwrot. 

zmija.jpg

20160526_08420220160526_084206

Gdzieś na zboczu spotykają się Chuliganka i Msisiara, następuje kilkuminutowa wymiana wrażeń i schodzenie. Schodzenie to jednak dużo powiedziane…

– Nie wiem jak ty, ale na te góry jest tylko jeden bezpieczny sposób… jeden Gruzin mi to pokazał jak szliśmy na Shodę. Dumę lepiej pakuj w gacie, będzie Ci wygodniej i zjeżdżamy na dół, nie ma co niszczyć kolan. Zjeżdżałaś już kiedyś?- pyta Chuliganka podciągając spodnie

– Nieeee…

– No patrz, człowiek uczy się całe życie. To ręce do góry, w razie czego łap się gałęzi i módl się żeby tu nie było kamieni. 

Lokalny sposób na pokonywanie stromego zbocza okazuje się NAJLEPSZY. Bezpiecznie lądujemy przy przy ścieżce z dobrze wymasowanymi pośladkami.

20160526_093256

– To co, jeszcze szybki wypad na lodowy zwał na rzece? Spróbujemy rzeki lodowcowej i zwijamy się w Ghebshi? (Gruzini mówiąc, że gdzieś idą na końcu słowa dodają końcówkę -shi. Sachshi= do domu, Onshi= do Oni)

Khai khai, xo xo (tak tak… charakterystyczne tylko dla tego regionu)

Po sprzątaniu obozu, pakujemy Pana Konia, który tak się najadł że ledwo można na nim siodło zapiąć i ruszamy w drogę… kombinując, jak by tu wrócić z chłopakami. Ile jedzenia trzeba wziąć, na ile dni, żeby szkoły nie opuścili, jak się zapakujemy i ile koni trzeba będzie wziąć. Po drodze zbieramy jeszcze po worku mięty i babki lancetowatej do suszenia.

fot: przerwa w przebiśniegach

Na ostatniej prostej czyli za Tevresho widać nadciągające znad Ghebi ciemne chmury.

– Tak nam się udało z pogodą przez te 2 dni, że teraz to już może padać. 

– Słyszysz Szefie, możesz włączyć pralkę!

20 minut od domu łapie nas burza z gradem. Jak się szybko okazuje, te burzowe chmury są zapowiedzią bardzo ‚burzowych’ zdarzeń…