wyjątkowa Wigilia

P1140704.JPG

Czasem życie robi nam niespodzianki , że tylko pomyślimy a wszystko zaczyna się układać i realizować z naszym małym lub większym zaangażowaniem. Ok małe sprostowanie nie tyle życie co Szef. I w tej Wigilii do końca przygotowanej po polsku też Szefuńcio maczał swoje boskie palce).

Zanosiło się, że kolejne święta w Gruzji Chuliganka spędzi sama …  od 5 lat przywykła. Ciągle na obczyźnie a to tu, to tam.

Jednak pewna, niedawna i nic nieznacząca rozmowa powróciła w zupełnie innej odsłonie. Dla kogoś byłaby to pierwsza Polska Wigilia a dla Chuliganki cóż niby nie chciana,  a jednak gdzieś w głębi serca – wytęskniona. No i bach na 3 dni przed, rozbrzmiewa telefon …

–   robimy… udało się!!! mam tydzień wolnego, przyjeżdżam!!! Chuliganka starym zwyczajem wpadła w panikę

–   nie zdążę wszystkiego przygotować !

–   ok, to zrobimy kilka dni później, albo może nie szykuj wszystkiego jak tradycja przewiduje…

–   o nie !!! tak to nie będzie , bo widzisz to nie są moje czy twoje urodziny, które można obchodzić kiedy się chce i kiedy jest się na to gotowym …

–   rozumiem, spokojnie, będzie dobrze. oddychaj – wdech, wydech, wdech…))) no już, a teraz usiądź i na spokojnie zrób listę zakupów i wieczorem mi wyślij.

–   ale ja już mam listę – odparła Chuliganka dumna, że nie porzuciła nadziei na wspólne święta. Głos w telefonie nie pytał już na co , po co, skrzętnie notował z kilku powodów: wiedział jak ważne jest dla Chuliganki, żeby wypadło wszystko dobrze. Sam bardzo chciał przeżyć taką Wigilię pierwszy raz i najważniejszy z ważnych powodów: żeby, gdy wróci, Chuliganka nie „zjadła mu mózgu”, jeśli o czymś by zapomniał. I tak zakupy odbyły się nie po „Chuligańsku” ale na całe szczęście obyło się bez większego „wytaskiwania mozga” (zamęczania).

Gdy już wszystko było pewne a  (nazwijmy głos z telefonu) Śniegożerca wyjechał z Tbilisi, Chuliganka złapała co prędzej za telefon i zadzwoniła do Mariki.

–   Grażdanka, nu kak ti? – nie czekając klasycznej odpowiedzi, rozemocjonowana zaprosiła rodzinkę na pierwszą polską Wigilię w Ghebi.

–   ale przyjdźcie wszyscy, niet drugowo warianta, wse eta znacit wse, xo? – czuć było obopólną radość na łączach.

I wtedy wielki przedświąteczny ogień zapłonął w domku na górce. Ile Chuliganka mogła przygotować z tego co miała, to zrobiła. Na stole stały już tylko miski, garnki i wszelkie niezbędne instrumenty, których zazwyczaj używa się w kuchni, jakby czekały na powrót Śniegożercy aby mógł tylko wrzucić produkty. I tak też się stało. dzień, nie dzień, noc nie noc. Sytuacja wymagała sprężenia a to dla Chuliganki chleb powszedni, więc do dzieła.

Zaczęły lepić się pierogi, uszka kipiały, ciasto na piernik dojrzewało. Nieświadomy          (albo może jednak świadomy) szaleństwa, które właśnie się odbywało pod osłoną nocy , Śniegożerca smacznie spał. Raz po raz jednak otwierał jedno oko, jakby sprawdzając czy wszystko w porządku. Lecz gdy pokaźny piernik wyjechał z duchowki (piekarnika) i zapach wypełnił komnatę, rozbrzmiał głos :

–   jak dla mnie te 12 potraw może być właśnie takie…po czym rozległo się ponownie przeciągłe chrapanie.

Za oknem sypał śnieg na potęgę, a to dodawało jeszcze większej radości i animuszu Chuligance. Oj nie pamiętała ona tak śnieżnych świąt w swoim życiu. – padaj śniegu, padaj – śpiewała pod nosem, mając nadzieję, że na następny dzień Śniegożerca wyruszy w góry i nikt nie będzie się kręcił jej po kuchni i wchodził pod nóż. A wszystkie gospodynie świata wiedzą najlepiej , że święty spokój w kuchni to połowa sukcesu udanej wieczerzy.

Nadmiar mokrego i ciężkiego śniegu pokrzyżował plany, awaria prądu i nastała wszechogarniająca ciemność . Czołówka na głowę, dwie świeczki i jazda dalej, choć już nie z takim rozmachem, tak więc cały rozgrzany do czerwoności piec zajęły garnki z warzywami do sałatek a Chuliganka legła w pościeli.

Jak wiecie, nie może być tak, żeby ktoś lub coś nie pomieszało szyków Chuliganki. I tak tym razem kolejny dzień przyniósł kolejny atak paniki. W związku z tym, że nie wszystkie produkty były odpowiednie lub wystarczające, a przy okazji Śniegożerca chciał sprawdzić jedno miejsce padło hasło:

–   jedziemy do Oni.

–   Nie, nie, nie zdążę ze wszystkim , a jeszcze wieczorem mamy odwiedzić Marikę? I jeszcze wjedziemy do Rezo??? O matko, nie zdążę!!!

–   spokojnie damy radę.

–   damy? chyba chciałeś powiedzieć ja dam radę)

–   tak, „damy” bo pomogę Ci.

–   dobra nie trzeba, jakoś to ogarnę, to jedziemy. Nie myślcie, że Chuliganka tak ugodowo od razu podeszła do sprawy ) w jej głowie rosła … choinka i wyrosła już do takich rozmiarów, że trzeba było ją ściąć. No bo jak Wigilia bez zielonego drzewka?

DSC_0374.JPG

Nie obyło się bez długiego dialogu o ekologii i wicince drzew, jednak „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki dokonały swego. Piękna dwumetrowa jodełka znalazła się w samochodzie. A tam już rozpoczęło się szaleństwo małego dziecka – całowanie gałązek, gadanie do drzewka i wszechogarniający śmiech radości.

Po drodze w takiej śnieżycy  przygód w postaci przerwanej drogi nie brakowało, ale obfity śnieg potęgował radość i Śniegożercy i uhahanej od ucha do ucha wariatki, która gotowa była robić orły lub anioły przy każdym postoju.

Nastał wieczór, prądu brak ale:

–   chwila, chwila przecież mamy generator, – a to już pole do popisu dla Śniegożercy. Moment i cały dom rozbłysnął światłem i radością, że Chuliganka może spokojnie kontynuować swoje przedświąteczne szaleństwo. W międzyczasie do domku na górce dotarł Alex – wolontariusz z Francji, który zapowiadał się od dwóch miesięcy. A jednak dotarł … przemoczony do suchej nitki, wymęczony podróżą ale dotarł. Błysk w oku Śniegożercy był znajomy – będzie komu odśnieżać)

–   daj mu odpocząć, zobacz jaki wymęczony drogą…

–   dzisiaj tak ale jutro…))) Fakt faktem śniegu przybywało w zastraszającym tempie. I tak też wigilijny poranek panowie rozpoczęli od torowania dróg do miejsc strategicznych. Czyli na pierwszy ogień poszedł wychodek.

Chuliganka miała święty spokój w kuchni, więc wszystko grało. Konie tylko w lekkim szoku, zapadając się po brzuchy w białym proszku, z niedowierzaniem mrużąc oczy i szukając pocieszenia na Chuliganki ramieniu, głowie lub twarzy, gdy prowadziła je do wodopoju. Nawet Coriyi wywietrzały z głowy ostatnie szaleństwa, szedł za swoją panią jak pokorne cielątko.

A w domu … obrus już błyszczał na stole, panika gospodyni jednak się wzmagała. Wtem do domu wkroczyła choinka a za nią Śniegożerca z pełnymi kieszeniami siana. Chuliganka z wielkimi roześmianymi oczami zdążyła powiedzieć:

–   nie tak dużo, symbolicznie miało być

–   miało być siano, jest siano, dawaj podnoś obrus i nie marudź ) „Symboliczne sianko” zakryło połowę stołu. Kiedy w garnkach odbywało się ostatnie mieszanie, zastawa błyskawicznie pojawiła się na stole

–   pamiętasz o dodatkowym pustym miejscu?

–   pamiętam ale przecież mamy wędrowca … no i jak tu nie zgodzić się ze Śniegożercą, Alex to typowy wędrowiec, obrał właśnie taki styl życia. A swoją drogą Śniegożerca nieźle zapamiętał moją opowieść o tradycyjnej katolickiej Wigilii.

–   Gosia, ktoś Cię woła. Chuliganka spojrzała na zegarek, zakładając gruzińskie zamiłowanie do niepunktualności odparła:

–   nie to nie może być jeszcze Marika, choć do dwudziestej brakowało minuty. I wtem na balkonie rozbrzmiał świąteczny gruziński śpiew. Jako gospodyni tego domu wprowadziła kolędników i wszyscy razem usiedli do stołu. Żeby tradycji stało się zadość była modlitwa, przetłumaczona na 3 języki, były życzenia, i skrycie łezki uronione. Zabrakło opłatka ale wszyscy podzielili się sercem, tym, gdzie w każdym człowieku niezależnie od światopoglądu i religii, Bóg mieszka. Dom wypełnił się śmiechem, radością i ciepłymi spojrzeniami.

I nie miały znaczenia: nieustrojona choinka, brak opłatka, brak prezentów, bo o szczęśliwych świętach stanowili ludzie, którzy zasiedli w tym dniu do wspólnego stołu … ci najbliżsi sercu Chuliganki. A choć wielu jeszcze chciałaby wtedy widzieć, była z nimi myślami i sercem…

Równie szczęśliwych Świąt i Nowego Roku oraz dni w naszym życiu, każdemu życzę, by umieć cieszyć się drobiazgami i każdą daną nam chwilą. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce a po nocy przychodzi dzień. Niech każdy kolejny dzień będzie dla nas świętem, skoro otworzyliśmy oczy i możemy go przeżyć.

DSC_0355.JPG

 

 

 

 

wywiad z Życiem albo rozmowa o błocie

to nie będzie wpis okraszony zdjęciami lub słodkimi , zabawnymi rysunkami. to będzie suche, zimne brutalne życie a raczej wywiad z nim. który nie nastraja  ani świątecznie ani jakkolwiek optymistycznie. więc jeśli ktoś nie chce psuć sobie nastroju to zaleca się zakończyć czytanie w tym miejscu.

–   hej co tam u ciebie Życie, dawno nie rozmawialiśmy…

–   nie wiem, jakoś leci. co ja tam wiem, wszystko normalnie , po staremu znaczy.

–   usiądź, masz ochotę na coś? xaciapuri, lobiani, kawa?

–   nie, nie jestem pełne…. odparło Życie i długa chwila milczenia zaległa pokój. Życie usiadło ze zwieszoną głową, tępo wpatrując się w podłogę, jakby przeliczając ziarna piasku w szparach pomiędzy deskami.

–   no co tam opowiadaj, co słychać w domu, u kolegów, w szkole? nie chcę ciągnąć cię za język pytaniami, opowiadaj, jak starzy kumple pogadajmy.

–   co ja tam wiem, nic nie wiem ………… siedziało tak Życie dalej nie wiedząc nic, jednak nie chcąc wyjść, uciec przed rozmową, oczekiwało czegoś. jednak trudno było mi zbliżyć się jak dawniej. wiedziałam, że jest jakiś ogromny problem, tylko jak go wyłuskać?

–   ok, to może w inny sposób … dlaczego palisz? wiem też, że pijesz już, dlaczego? co się dzieje? dlaczego nie chodzisz do szkoły?

chyba Życie spodziewało się tych pytań, a być może i czekało na nie. podniosło głowę i lakonicznym uśmiechem na zaciśniętych ustach, znacząco wzdrygnęło ramionami  -„nie wiem” – ale nie powiesz matce? wycedziło, wiedząc tak czy tak, że pomimo, że nie pochwalam to trzymam sztamę.

–   bo widzisz tutaj tak jest, wszyscy tak robią, a ja też jestem wszyscy, bo dlaczego nie? mój ojciec tak robił, mój brat, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. odpowiedz mi, dlaczego ja mam być inne? tutaj nie możesz być inny, tutaj musisz być taki sam. nie chcę już być inne, zmęczone jestem.

–   eh Życie co ty gadasz… nie chciałam przerywać myśli, bo widziałam, że w końcu Życie się otworzyło. zawołało tylko psa by móc go głaskać, jakby to przydawało mu pewności i łagodności. i tak jednostajnym monotonnym ruchem wtapiało swoje palce we włosy psa, nie spoglądając już na mnie.

–   widzisz mam błoto na walonkach – to jest moje, nasze, tutejsze błoto , nawet jeśli je strzepnę, zmyję w strumieniu; za czas jakiś, zanim dojdę do domu znowu się przyklei. widzisz mam w podeszwie kupę krowy… to tutejsze, nasze i nawet jeśli zmyję, albo zmienię buty jutro, pojutrze znowu kolejne mi się przyklei…

–   ja mam to samo błoto , ale przecież nie o błoto cię pytałam, co się dzieje i dlaczego tak się dzieje?

–   tak. tylko ty wsiądziesz do samolotu, wrócisz do siebie i będziesz mieć już tylko czyste buty…

–   być może ale ja jestem tutaj, jeśli potrzebujesz pomocy ty lub ktokolwiek, to ja jestem tutaj .. z waszego powodu.

–   hmmm … zamyśliło się Życie spojrzało jeszcze raz na mnie i znów wymownym wzdrygnięciem ramion odpowiedziało „nie wiem”. –  Ty ? już nie możesz, bo jak? ty już nie masz pieniędzy. widzisz …nie możesz pomóc. ok, tez masz to samo błoto na butach, trudzisz się tak samo jak my. ale patrz przed tobą stoi wielka brama, a przede mną drewniana rozklekotana furtka. za twoją bramą jest inne życie, czysty świat. popatrz, przejdź przez moją … co widzisz? nadal to samo błoto i gówna.

–    ok, ok rozumiem o czym mówisz, ale ja nadal tu jestem, obiecałam i dopóki sił i zdrowia wystarczy będę tutaj. i będę codziennie z tobą przechodzić przez tą rozklekotaną drewnianą furtkę. więc w czym problem? starałam się bardziej stanowczo zaakcentować fakt, że nadal tu trwam, jednak tak aby nie spłoszyć myśli i słów Życia.

–   mogę nadal tobie i wam pomóc, i do tego nie są potrzebne pieniądze…pamiętasz twój i kuzyna pomysł na przyszłość, na wasz biznes w przyszłości? na tej polanie, gdzie kosiliśmy razem siano, wtedy wieczorem przy ognisku.. mogę wam pomóc, pokazać jak do tego dojść.

–   hahhaha- roześmiało się już w głos Życie – to były wygłupy, to się nie uda bez pieniędzy. i co z tego, że ja będę się trudzić, nie jestem tutaj samo. jestem zmęczone robieniem wciąż za kogoś, a ten ktoś mi nie pomaga i zabiera to co wypracuję.  jasne ty mi pomagałaś ale ty to nie wszystko w wielu sprawach ty nie możesz… eh – zasępiło się znowu Życie wtapiając palce w sierść psa który owinął się z pełnią zaufania wokół jego nóg.

bolesna cisza zaległa po tych słowach znowu komnatę, wciskała się boleśnie w uszy i w serce.

–   i wiesz co ? – spojrzało Życie swym przenikliwym wzrokiem jeszcze raz, jakby w głąb mojej duszy…- ja już nie wierzę, jedno wiem, ty też  wyjedziesz. wyjedziesz zanim…, zanim cokolwiek będzie inaczej. Nie wierzę już w obiecywanie, nie wierzę w słowa. wierzę tylko w moje błoto, które jutro znowu będzie takie samo i tak samo będzie kleić się do moich walonek.

 

თქვენი ოჯახის

20160508_112330

Ta pomyłka przy powstawaniu nazwy bloga czyli „moja” nie „nasza” w tym momencie staje się bardzo wymowna. Nadal jednak zostaje moja rodzina i choć w brutalnej rzeczywistości już nie jest nasza to wciąż moja.

Życie dostarcza nam wielu miłych, wspaniałych i wzniosłych chwil ale również i tych trudnych, mozolnych i nudnych. To od nas tylko zależy jakiego dokonamy wyboru. Są ludzie, którzy wciąż szukają swojej drogi, swojego miejsca, swojego powołania. I to jest w mojej osobistej opinii bardzo dobre, na pewno lepsze niż pozostawanie na jednej drodze, która nie daje nam radości, jest wegetacją lub prymitywnym zaspokajaniem potrzeb czasem tylko tych fizjologicznych.

Wszystko co nowe wydaje nam się cudowne, ciekawe, ale gdy opada zasłona oczarowania i zaczyna się szarość życia i ciężka praca, problemy, czasem monotonia, wtedy właśnie poznajemy samych siebie najlepiej . Wtedy właśnie mamy zwycięzców i przegranych, wtedy człowiek człowiekowi – wilkiem lub człowiekiem. Ale dopóki żyjemy zawsze mamy szansę naprawić to co się popsuło, możemy wrócić i spróbować pójść trudną drogą jeszcze raz bo na szczyt nie ma łatwych dróg. Miłość ta prawdziwa też nie jest łatwa , wymaga wyrzeczeń , jest sztuką wybaczania i dawania kolejnych szans, przepraszania i próbowania. I gdy opadną już emocje, gdy minie oczarowanie i zachwyt tym nowym , pięknym, łatwiejszym ta stara dobra miłość zawsze na nas czeka. Bo ona nigdy się nie kończy , nie umiera, nie starzeje się. I choć nie bywa wylewna to zawsze poukłada ubrania w szafie , poda gorący posiłek po ciężkim dniu, położy dodatkowy materac do snu i zawsze będzie się o nas martwić, nawet marudząc, żeby założyć bandaż  na obolały staw . I jak przyjdzie co do czego nigdy nas nie zostawi.

W związku z tym, że chemi family żyje, chemi da tkveni ojakhi nadal istnieje postaram się kontynuować  blog, pomimo wszystko.

 

Male Ghebshi

Ostatnimi czasy pojawiało się mniej wiadomości o naszej nietypowej rodzince Chemi Family. O chłopcach, wyzwaniach i przygodach. Główną przyczyną jest nasza zimowa rozłąka, którą Chuliganka z Msisiarą i końską łobuzerią spędzają w Tsesi. Choć czasu nie marnujemy i staramy się wyjść naprzeciw pracom w nadchodzącym sezonie, do Ghebi strasznie tęskno. Ghebi menatreba.

13867136_500344180172578_910945793_n

Marika planuje zakup kurczaków, chłopcy oczekują wakacji. Iva koni. Rostoma jabłek. Vaso szaszłyków, a Oto wycieczek. W Tsesi wiosna rozkwitła już w pełni, zaczęły się prace w winnicach, zbieranie ziela na Phali* i co najważniejsze przygotowywanie koni do sezonu. Coriya ma się coraz lepiej po zabiegu pozbawienia go pisanek. Teraz stał się jeszcze większym pieszczochem, a oko Pana (strzegącej go pilnie Chuliganki) konia tuczy. Zabieg przebiegł wyjątkowo spokojnie i pomyślnie, biorąc pod uwagę tutejsze warunki i liczbę pomocników. Miało być 4 chłopa do trzymania, z braku laku musiał wystarczyć Vasiko, kierowca Shalva i Msisara. Na szczęście operacją dowodził nasz zaufany ghebiński weterynar Grisha z najlepszą siostrą na sali- Siostrą Chuliganką.

20170325_110227

Chemi stopniowo i spontanicznie się powiększa. Nie, nie jest to jeszcze wyczekiwana Franciszka Junior Jamala. Mamy nadzieję, że wiosenny romans z naszym Corisiem przyniesie jesienią małego Jamalo-Coriovego kvici (źrebaka). Kto wie, a nóż im się powiodło?  Szef bezustannie podsyła nam dobrych ludzi, którzy nie dają nam się nudzić i poszerzają horyzonty naszych aktywności. Jak więc widać zimowa hibernacja, okazała się nie tylko przeczekaniem chłodu z końmi na nizinach Rachy. Nowe znajomości, wiedza i doświadczenia są cholernie przydatne. Jednak gdy wiosną natura, ludzie i zwierzęta budzą się do życia, nogi rwą tam, gdzie chce się zapuszczać świeże korzenie. Tam, gdzie w domku nad mzave cxali (woda mineralna), dla serca zawsze znajdzie się miejsce. Bo bez tego nie byłoby nas. I dobrze jest to wiedzieć, ale lepiej to czuć patrząc nocą na Shodę oświetloną milionem gwiazd. W Ghebi, którego uśmiech nie zgubił się jeszcze w dzikim kapitalizmu pędzie. U źródeł, gdzie Bóg nie przestał być jeszcze zupełnie niepotrzebny, a człowiek całkiem samotny. 

Dlatego, za rodzinę i za tych, dzięki którym tutaj jesteśmy pijemy zawsze bolomde (do końca). By rosła dalej. Duża, zdrowa i piękna jak orzech sadzany w nowym ogrodzie. Nasza rodzina do tradycyjnych nie należy i dobrze, bo w tym swoim nieco nieokiełznanym sulelstwie (szaleństwie) czai się ogromna siła otwartych serc i śmiałych gestów. Wspaniale, bo przy takim wsparciu będziemy mogli działać dalej i marzyć o kolejnych odważnych planach. Dla chłopców, dla Mariki, dla Ghebińców, dla koni, dla Was i dla nas. W tym Ghebi. By mimo nieuniknionych zmian, takim zostało.

Ghebi, które kocha wariatów.

A w głowie czai się już tylko ten jeden moment. Kiedy przyciśniemy razem gaz do dechy i pojedziemy …

…male Ghebshi

DSC_0690

*Phali – pyszna gruzińska potrawa z zieleniny, czosnku i orzechów.

Zwierzogród

dsc_0579

  • „Co ja za to mogę, że ten pies za mną biega?!? Już trzeci dzień… Ale jaki on mądry! Nie, Bichuna? Wiesz gdzie jest ferma, domu pilnujesz, ze szczeniakami się ładnie bawisz, na jedzenie się nie rzucasz… mądra psina. I co ty winny jesteś, że tak cie jakiś pacan, co się człowiekiem śmie nazywać, tak źle cię potraktował i porzucił?”

  • „No jak mu jedzenie dajesz, to nie ma się co dziwić, że za Tobą chodzi!”

  • „Wcale nie!  Bo wcześniej nie dawałam i też chodził. Czepił się jak rzep siego ogona , to też mu muszę coś teraz dać. Nie Biczuna? Ty mój śliczny chłopaku”.- mówi Psia Mamma, a Bichuna pomyka obok nogi z nosem w przy jej ręce.

Bichuna (gruz. mały chłopiec) to jasny kundel nieznanego pochodzenia, który przypałętał się pewnego dnia do Chuliganki vel Psia Mamma. A ta chodziła to w jedną, to w drugą stronę jakby pieprz w dupie miała. Z domu do fermy, z fermy do domu i tak na okrągło, dwa razy dziennie a jak trzeba było i trzy ( 3,5 km w jedną stronę). Nikt inny tutaj tyle nie chodzi. Tylko samochody przejeżdżają przez wioskę z piskiem opon. Poza tym, nie raz się zdarzyło, że któryś z naszych-nienaszych innych psich podopiecznych zerwał się z domu lub fermy i też kursował to w jedną to w drugą za psią mamą. Psia poczta pantoflowa roznosi się szybko. To mała wioska, wszyscy wszystko wiedzą w trymiga, nie tylko ludzie plotkują. To, że u Chuliganki psy i konie mają się dobrze też się szybko rozeszło i też zaczął Biczuna chodzić z nami. 16196393_576714225868906_864850680_o.jpg

Może się wydawać, że taki pies przybłęda to żaden problem. Jeden nie. Problem jeśli to piąty dorosły pies, na włościach. Nie wspominając o gronie podrastających szczeniakach. Wcale nie naszych. Właściciel fermy zostawił je w fermie z końmi i wyjechał na kilka tygodni. I jak tu się nie denerwować? 2 suki z małymi, jedna z ADHD i tasiemcem, druga agresywna (wobec pozostałych psów), trzecia urocza, ale rzucająca się na samochody. Szalony i wychudzony wilczur przybłęda, który podgryza konie i puszcza strasznie śmierdzące bąki. Przy wejściu do fermy powinno się obowiązkowo zakładać słuchawki wygłuszające. Odpuścić ich nie można, bo się pozagryzają, bo nie nasze. A właściciel jak wróci, to lepiej żeby było tak jak on pozostawił, czyli wygłodzone psy mają być uwiązane na łańcuchach. To codzienny widok w Gruzji – sfory wałęsających się  głodnych i bezpańskich niejednokrotnie chorych psów. Tsesi w tym wypadku niczym nie różni się od pozostałych regionów

Jeśli przygarniasz jednego, dlaczego nie drugiego, trzeciego, piątego? Co zrobić jeśli rodzą się szczeniaki? Psy nie są sterylizowane, nikt psów nie usypia. Nikt ich nie chce. Komuś, kto przyzwyczaił się do europejskich standardów, gdzie psy śpią w łóżkach i jedzą bio karmę bez glutenu, może się to wydawać kosmicznie niemożliwe. Przyzwyczajeni że w każdym nawet najmniejszym miasteczku jest schronisko dla zwierząt, że w każdej chwili można poprosić weta aby uśpił chore, cierpiące zwierzę, mnie też się wydawało że tu znajdziemy podobne rozwiązanie. Ewa chyba nie spodziewała się takiej zagwozdki. Jednak po kilku dniach kombinowania jak ogarnąć i konie i psy, żeby się nie pozabijały, zjadły i miały czysto – stwierdzasz, że nie jesteś superbohaterem, że pewnych rzeczy nie jesteś w stanie przeskoczyć.  Nie uratujesz wszystkich, czasem nie nadrobisz za brak odpowiedzialności innych osób. Czasem może trzeba od początku być brutalnym realistą. Kiedyś zrobiłam wielkie oczy, gdy usłyszałam, że szczeniaki topi się w Rioni. Teraz rozumiem i w moim postrzeganiu jest to bardziej humanitarne, na zasadzie z dwojga złego wybrać mniejsze zło. Myślę jednak, że można to zmieniać. Powoli. Są już w Gruzji projekty wspierające rozwój turystyki, rolnictwa, kiedyś będą projekty na temat problematyki psów.

20170109_165232

Człowiek udomowił psa, pies stał się przyjacielem człowieka. Przy człowieku pies może żyć jak król, choć wiele ma po prostu pieskie życie.

 

Gdzie kobity 3, tam cyrk nie mały

      Samolot wylądował planowo. Szósta nad ranem. Automatyczne drzwi z mlecznego szkła zaczęły sunąć w tę i z powrotem. Lotnisko Kopitnari zapełnia się znajomymi twarzami, grupkami turystów z małymi plecakami, rodzinami ciągnącymi walizki na kółkach i niewyspane dzieci. Z niecierpliwością wypatruję znajomej twarzy przy pasie bagażowym. Wśród kolorowej zgrai zimowych, sportowych kurtek dostrzegam rudą czuprynę i robi mi się lżej na sercu. Jest! Nie ukradli nam Ewy w samolocie. To teraz jeszcze muszę czekać aż ją puszczą z torbami. I tym razem, wyjątkowo, lepiej żeby tak było. Bo jeśli nam Ewa utknie na lotnisku pomiędzy rentgenem, a celnikami, to nici z planów o Rachy. No nic trzeba czekać. Ewa wzrusza ramionami i znika ponownie za szklanymi drzwiami. „To na pewno przez te wszystkie nalewki tak ją długo skanują”- myślę sobie. Normalni ludzie wywożą z Gruzji pełne butelki, ta kobieta leci sama z torbą pełną domowych trunków do Gruzji… tego jeszcze nie było! To chyba lepiej potrzymać ją jeszcze pod tym rentgenem. Kto wie co przewozi w tych kieszeniach? Może znajdą się tam i dla nas jakieś cukierki… Trzeba pokazać, że ona nie z pierwszej łapanki.

20170114_101610

Szczęście sprzyja zuchwałym. Ewa przechodzi dzielnie przez sektor kontroli celnej , już jest nasza, już na gruzińskiej ziemi, hurraaa!!!! Czas na buziaki, papieroski, świeże powietrze i przejażdżkę lodówą (nie policyjną ale mięsną). To w ramach aklimatyzacji. Gości specjalnych z Polski i innych ciepłolubnych krajów wieziemy do mroźnej Rachy w lodówce, żeby się nieco zahartowali. Po drodze przystanek na bazarze, w lodówce nic się nie popsuje, a i gość przyjedzie najedzony. Słońce przygrzewa, więc droga całkiem czarna i przejezdna. Oczywiście oprócz przełęcz Tkibuli, tam zima hula na całego! 

Pierwsze koty za płoty i Ewa wskakuje od razu pomiędzy konie, psy i suleli. Pragulki, wino, słońce i góry. Każdy prowadzi się jak umie, a słońce przyświeca do taktu. 

Dni płyną szybko i niepostrzeżenie, każdy pełen wrażeń, pracy i nowych myśli. Jedna sprawa goni następną, czasem nie mamy czasu zastanawiać się nad rozwiązaniami, pierwsze musi być najlepsze, bo na dłuższe rozmyślania nie ma czasu. Tylko spacery z końmi po górach, do miejsc, gdzie po wioskach zostały tylko owocowe drzewa i poletka wspomnień, rozpraszają natłok zmartwień. Wiatr niesie w szczelinach niewypowiedziane słowa. Kilka posuwistych ruchów i Ewa zostaje królową kasztanków, wymiata końskie sztabki jak pierwsza stajenna. Słonecznym południem, na bykach pan przywozi kopiastą tivę. Wiłki dzierży Ewa w rękach zwieńczonych nieskazitelnymi, czerwonymi paznokciami. 

ya pamagu… – pan wymownym wzrokiem spogląda na siano, Ewę z długimi czerwonymi jak lambordzini paznokciami i Msisiarę próbującą zagonić byki. 

niet niet! my eta zdelayem!– Ewa macha ręką. 

Po godzinie tiva jest już w stajni, Msisiara jest koloru siana os stóp do głów, a Ewa może startować do programu TV “Rolnik szuka żony”. Na drugi dzień miły pan z tivą na bykach nie pyta już czy trzeba nam pomóc. Pyta tylko czy lubimy wino i podaje 2l butelkę napełnioną do szyjki. Zakupy w Ambro, instrukcja obsługi spłuczki w wc, konie cwałujące po górach, urodzinowe niespodzianki, sztywne pranie, bycie tamadą i spontaniczne wypady do Ghebi z toaletowym poślizgiem to dla niej małe piwo. Z psiakiem na kolanach pojechała z Rachy. I kto nam teraz będzie pachniał lenorem i miętowymi cieniaskami? 

SONY DSC

Udany szpionaż

Ostatnio głowy mamy zaprzątnięte zimowo-zwierzęcymi sprawami. Dużo piszemy o koniach i psach. Niestety mniej jest wieści o naszych Ghebińskich chłopcach i Marice, i przez to ciężko nam znieść tą rozłąkę. Chyba wszelkie tęsknoty, przetwarzamy na energię twórczą podczas opieki nad końmi. Ferma wysprzątana, boksy i podłoga odnowiona, okna zabite folią, siano zwiezione, konie chodzą na spacery do zielonej trawki na haftowanych smyczach i kokardach. 

I jak tak sobie Jamala chodziła z Ewą, a Coriś biegał z Chuliganką. Msisiara ni stąd ni z owąd, zawróciła i zamiast biec z Coriyą, pobiegła do wioski. Mimo, że podczas kilku poprzedzających dni, łącza Msisiara-Marika były niemal tak gorące jak wariennaja żopa Ewy (czyt. Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy), wszystko udało się skrzętnie ukryć przed solenizantką. I tak, niczym nie uprzedzona i niespodziewająca się Chuliganka zobaczyła jak przed fermę zajechał samochód, a z niego wysypały się nasze Ghebińskie skarby. Marika w pięknym czarnym koku, Iva w ciemnych okularach, ogorzały od słońca Vasiko, Rostoma w kurtce od Ewy, roześmiany Otiko i nawet Lasha! (Lasha to syn sąsiada, którego zabrał spod szkoły Iva, aby mógł się z nami spotkać) Nagle w fermie zrobiło się nas więcej niż koni i psów razem wziętych! Ah, jak dobrze było się w końcu wyściskać. Środkiem drogi dumnie przemaszerował pokaźny orszak  3km do domu. Gdy nie pada śnieg czy deszcz z nieba , wtedy na Chuligankę liczyć można, ona potrafi nawilżyć powietrze niczym fontanna. Łzy szczęścia to dobre łzy. A i Marice oko się zeszkliło, choć to twarda Osetynka jest. Przejściowy dom w Tsesi (bo tak to miejsce nazywamy) wypełnił się gwarem, radością i dzieciakami po brzegi.

 

Nie było się bez lekkiego kuchennego stresu- nie dość, że goście niezapowiedziani to jeszcze kucharek prawie 6!!! Na szczęście tylko 4, więc było co jeść, co pić i co świętować. Nie zabrakło świeczki na torcie podczas chórowego „Ra lamazi dgea” (gruzińskie „sto lat”) ani tortu na twarzy solenizantki. Torty znane są przecie z tego, że rozmazują się przewspaniale po wszelkich płaszczyznach twarzy i okolic. Ten tort tylko potwierdził regułę, a Chuliganka tym razem jadła go dosłownie oczami, bo rąk jej nie wystarczyło.

Choć by dusza do Ghebi chciała, tylko Ewa tam pojechała. Msisiara i Chuliganka nie mogły zostawić swoich zimowo-zwierzęcych obowiązków. Zamiast Ewy, w Tsesi został Otiko, którego nie trzeba było dwa razy pytać czy chce zostać i pomagać w stajni. Co się okazało później, Otiko był od początku przygotowany, żeby z nami zostać- w spodniach wziął ze sobą szczoteczkę do zębów.

Instrukcja przewozu bagażu nietypowego

To, że dzień bez hardcoru dla Chuliganki jest dniem straconym, to już zapewne wszyscy wiedzą. Dzisiaj przypatrzymy się Msisiarze, bo osoba to nietuzinkowa.

Nie taka Msisiara (tchórz) z niej, jak ją malują. Każdy przyzna, że wymaga wielkiej odwagi pakowanie się na odprawę na lotnisku z bagażem podręcznym, którym jest … niewymiarowa KOBIAŁKA. Tak proszę Państwa, łubianka, koszyk bambusowy (w tym przypadku) pewnego pięknego wczesnego poranka stanowił bagaż podręczny naszej bohaterki ulatującej do Polski. Bidula całą noc nie spała kombinując jak go przemycić i jak przekonać służby lotniska aż wreszcie obsługę samolotu. Kilka wersji trzymała w zanadrzu: prezenty Bożonarodzeniowe dla rodziny (co oczywiście było prawdą), „wersja na debila”, „na początkującego turystę” (co w realizacji bardzo przypomina wersję na debila), „na Swańskiego Kapturka” (nie dysponowała czerwonym kapturem więc posiłkowała się czapką swańską). Myślała również o wersji „koszyk pełen granatów” – ale staraliśmy wszyscy wybić jej to z głowy. Takiego stresu dziewczę jeszcze dotąd nie przeżywało.

received_10154803894697065

„A cóż w koszyczku nasz Kapturku niesiesz?”- zapyta niejeden z nas. Wszystko co gruzińskie: ser, przyprawy, herbatę, wino i drobne upominki dla rodzinki. Cóż, faktu, że wino w podręcznym nie przejdzie przez odprawę, była świadoma, więc upchnęła nieświadomemu koledze w duży bagaż rejestrowalny. Trzeba sobie przecież jakoś radzić, bo jak wrócić z Gruzji bez wina, cóż za faux pas, nie przystoi to przyszywanej Ghebince.

Gdy wybiła godzina O (odprawy) odważnie pomknęła do kolejki, ani jednego nerwowego ruchu czy mrugnięcia powieką. Okazało się jednak, że lot odwołany. Nie znając przyczyn jeszcze owego zdarzenia, wszyscy, którzy z daleka śledzili losy Kasi i KOBIAŁKI byli przekonani a zarazem przerażeni, że Msisiara zastosowała metodę „koszyk pełen granatów”. Z jaką ulgą przyjęliśmy informację, że problemy techniczne i odwołany lot wynikały z nieodśnieżonej płyty lotniskowej. No cóż zdarza się najlepszym 🙂

Stres przedłużał się i narastał, ale nasza dzielna przemytniczka kobiałek nie próżnowała – wymyśliła kolejny wariant: „na wdzięki”. Metoda przetestowana dokładnie w Gruzji, więc mogło się udać. W przypadku żeńskiej obsługi odprawy miały mieć zastosowanie wcześniej wymienione warianty.

  • ” już po odprawie !!!” – wrzask szczęśliwej Msisiary uspokoił mnie, choć przyznam, że do dzisiaj nikt nie wie jaka metoda została zastosowana. Nie mniej jednak ja typuję „na wdzięki” – wiało wtedy okrutnie, śnieg zniknął nagle z lotniska a to wszystko wskazuje, że nasza dzielna Kasia trzepotała swoimi rzęsami jak flaming podnoszący się do lotu.

Tak więc bywalczyni bazarów, prawie jak gruzińska haziajka-przekupka, przemytniczka KOBIAŁKI szczęśliwie doleciała do Polski. Teraz musi się tylko szybko przeobrazić w wielbłądzicę trójgarbną i może wracać do Gruzji, gdzie wszyscy czekają na nią w utęsknieniem.

_20161225_203646

 

Czy konie gadają ludzkim głosem? czyli Wigilia Chuliganki.

… Być może, jednak zanim dotrzemy do odpowiedzi, usiądźcie wygodnie kochani czytelnicy i spróbujcie sobie wyobrazić pewną Wigilię.

„czy jest tu jakiś cwaniak? … tak ja jestem cwaniak …Siwy! tu jest jakiś cwaniak … to Pan daje piątaka a cwaniak trzydzieści ….” pewnie każdy zna tą scenę z „Chłopaki nie płaczą”  My też mamy kilku takich cwaniaków. Coriya i Jamala to najcwańsze z cwanych. Chuliganka na własnej skórze odczuła dzisiaj określenie „kuty na cztery nogi” i choć teraz nie podkute, 4 łobuzy dały jej popalić i zadbały o jej kondycję fizyczną.

„Idę sobie na piechotkę do naszej stajenki, wiesz trzeba zagonić konie do środka, bo w nocy znowu trzaskający mróz będzie i nakarmić łobuzy.  Idę sobie i tak myślę: sianka mamy dużo, Jamala może udawać osiołka, Coriya – potulnego konika… poczekam tam sobie na pierwszą gwiazdkę, pogadam z Szefem, bo to przecież wyjątkowy wieczór, a może i wreszcie nasze kunie się przede mną otworzą i zaczną wreszcie po ludzku gadać…zobaczymy co się wydarzy…”

Taki oto scenariusz Wigilii układała sobie Chuliganka w rozgrzanej dzisiejszym niebywałym słońcem głowie ( o tej porze roku w tej części Rachy +10 to fenomen).  Cóż to słońce przygrzało nie tylko w jej głowie, jak się później okazało. Odpowiedź na ostatnie pytanie uzyskała szybko… zdemolowane ogrodzenie. Ups – „łobuzy uciekły!” (słowa w wersji lightowej), no tak zasmakowała im poranna trawka na pobliskiej górce, gdzie słońce sukcesywnie wytapiało zalegający śnieg. Dobre serce Chuliganki podyktowało jej dzisiaj rano, żeby wypuścić konisie na pragulkę (spacer). Notabene spacerek ten nie odbył się bez ekscesów. Jamala grzecznie podjadająca soczystą trawę, reszta towarzystwa zdała się na cwaniactwo Coriyi i po najmniejszej lini oporu bezczelnie podjadało kradzione siano u sąsiada.

Coriya pieszczotliwie do dziś zwany Coriś, teraz – cwaniak, delikatnie podskubywał źdźbła z „balkoniku” szopki, że aż spora porcja sianka spadła na uszczęśliwione towarzystwo. Jeśli mówiłby jak człowieki, zapewne rzekłby :” że co?, że ja ? ja nie! samo spadło…”

Ale wróćmy do planów wigilijnych Chuiganki. Jak wcześniej wspomniano, plany już na wejściu spaliły na panewce. Cóż, trzeba było zakasać nie tyle rękawy co nogawki i szukać uciekinierów, bo zmierzch za pasem. – „cholera z pierwszej gwiazdy też nici, bo przecież nie będę wypatrywać kuni na niebie, eh dobrze, że wzięłam czołówkę”. I z tą myślą Chuliganka widząc po śladach kierunek ucieczki łobuzów rozpoczęła swój morderczy bieg. gonitwę za końmi, wyścig z czasem i zmierzchem. Całe szczęście nie zaszły za daleko, złapała więc szybko za kantar Jamalę, licząc, że reszta towarzystwa pójdzie za prowokatorką całego rozgardiaszu. Nic bardziej mylnego, pozostałej trójcy wzajemnej adoracji nie spieszyło się do stajni, człapały spokojnie dalej w dół drogi w kierunku Tsesi lub Oni, bo kto je tam wie gdzie chciały iść. Jedno rżenie Jamali Chuliganka przyjęła jako dobrą kartę, że jednak towarzystwo się zreflektuje i pobiegną za przywódczynią stada. Jednak po doprowadzeniu gwiazdy Jamali pod sam boks w stajni, Chuliganka zrozumiała przesłanie jakie towarzyszyło owemu wcześniejszemu rżeniu – „kochani nie bójta się, idźcie zaraz wrócę” – i tak oto zobaczyła tylko przezacny zad Jamali odwracajacej się na kopycie i uciekającej z prędkością „ile fabryka dała”.  Przy zdemolowanym wcześniej ogrodzeniu Jamala na sekundę się zatrzymała, odwróciła przekornie łeb , majtnęła ogonem jak to zwykle i tyle ją było widać. Niczym strzała pognała do swoich towarzyszy wieczornej pragulki.

15585367_562107017329627_4958870748527997278_o

-” o wy…(takie i owakie – siarczystych epitetów nie będę cytować, by w ten Święty Dzień czytelnikom uszy nie zwiędły) w jeszcze bardziej bojowym nastroju i z prędkością wprawionego łyżwiarza pomknęła balansując ciałem i przybierając coraz to bardziej wyszukane figury na pokrytej świeżym lodem drodze. Powiem tylko tyle, Brian Boitano czy Katarina Witt przy niej to pikusie. Ale nasza dzielna Chuliganka biegła i tańczyła jednocześnie. To jest dopiero mistrzostwo świata: połączyć łyżwiarstwo szybkie z figurowym.  Po jakimś kilometrze można było w całej Rachy usłyszeć:

-„o tu was mam robaczki!!! co, wycieczki się zachciało? wieczorową porą ? o proszę ! wycieczka turystyczno-krajoznawcza … a Państwo to gdzie? do Oni na wigilię? czy na jasełka? o jak miło spotkać przewodnika, czy to może przewodniczka??? Jamala ty dzisiaj guidujesz? no tylko pogratulować pomysłu! a co może wstydziliście się gadać przy mnie po ludzku i to był powód ucieczki????” – a, że Chuliganka zobaczyła konie jakieś 300 metrów przed sobą to jej monolog trwał  jeszcze dosyć długo, siarczyście ukwiecany niecenzuralną łaciną.  – ” ale wy sobie ze mną w kulki gracie, to ja was tak rozpieszczam, owiesek – sresek, marcheweczki-sreczki, buraczki -(?), sianko – (?) (nie cytuję bo dziwnie to brzmi w rymowance Chuliganki). Ja tu biegam do was z samego rańca , a wy mi takie numery robicie! chciałam z wami Wigilię spędzić pokazałabym wam pierwszą gwiazdę , to nie, wy same polazłyście szukać pierwszej gwiazdy, a pewnie. A może wy już leziecie za tą gwiazdą? co panowie i panie? gdzie was prowadzi? ach do Oni, widzę, no pięknie pięknie! wy same jak gwiazdy – spod ciemnej gwiazdy … po co wam inna gwiazda. Bardzo wam dziękuję za ten wspaniały prezent, bo się zmachałam jak kuń po westernie .. a wy co? szczęśliwe, widzę, widzę” – zadawała pytania, czasem oczekując odpowiedzi, czasem odpowiadając sobie sama

Jeśli drodzy czytelnicy myślicie, że ten monolog zakończył się w momencie uwiązania koni, to jesteście w błędzie. wtedy to dopiero się zaczęło, tyle, że już nie tak głośno. Aczkolwiek bardziej dosadnie i stanowczo: – ” no to teraz będzie po mojemu , bo widzę, że do was czule i z sercem nie można, prawda? Wy łobuzy, skończą się cukiereczki, pierdołeczki. Mało wam skubańcy swobody??? Jamala ja ci dam „kochanie” a ty Coriya jeszcze przyjdziesz po buzi buzi…. o widzisz ten środkowy palec??? tyle zobaczysz albo figę z makiem, oj nie, co to to nie , za słodka jeszcze ci zasmakuje….” – i tak całą ponad kilometrową drogę w ciemności na głos tłukła w te 4 końskie mózgi swoje za i przeciw, swoje racje i edukowała niesubordynowane towarzystwo. W końcu, gdy konie stanęły już potulnie w swoich boksach, wrzasnęła na wyjście : – ” no może by ktoś raczył po ludzku odpowiedzieć, bo przeprosin pewnie się i tak nie doczekam?”

Zapanowała grobowa cisza, nawet siano łapserdaki chrupały bezszelestnie.

Kolorowych, niezapomnianych Świąt Bożego Narodzenia Wam Drodzy Czytelnicy życzę.

IMG_1053.JPG

Bob budowniczy

Po deszczu przychodzi słońce, a po demolce możemy się brać za budowę. No to wio.

_DSC6016.jpg

Przodownikiem budowy był, jest i będzie jeden Bob, a właściwie Bobinka. Ghebinka-Bobinka 😉 To, że trafiają nam się chłopy na schwał i pomocnicy nie od parady, że potrafią drzwi w skrzydła zamieniać, to już nasze szczęście. Czy drzwiami skrzydeł dodawać… w burzy tylu trocin już się wszystko miesza. Jedno jest pewne, gdzie dobry kierownik budowy tam i warsztat i pomocnicy się znajdą.

Chuliganka, jak już kiedyś wspomniano, ma zawsze rację. A jak nie to patrz punkt 1., bo jej racja jest zawsze najmojsza (albo poczytaj sobie tutaj). I ma rację, że jest od konkretnej roboty. Kiedy na horyzoncie robi się cicho i nikt nie rozbija się po kątach z szalonymi pomysłami to znaczy, że te pomysły już realizuje. Powstaje stołek, wieszak, piec, lampa, stajnia, kto ją tam wie. Most pewnie też niedługo zbuduje. Przy narzędziach nawet telefon traci miejscówkę przy kontakcie, bo baterie do wiertarki i szlifierki muszą się pierwsze naszamać. Do tego, tak się świetnie składa, że prawdziwe Chuliganki potrafią być piekielnie utalentowane:

w gotowaniu, rąbaniu, rojbrowaniu, BUDOWANIU, przeklinaniu, przekonywaniu, hajcowaniu, leczeniu, wspieraniu, winobraniu, kombinowaniu, demolowaniu, koniowaniu, uczeniu i kochaniu, a i jeszcze na dupie zjeżdżaniu…

Człowiek orkiestra to mało, temu skautu to już miejsca na rękawie na naszywki nie chwata. Nie ma się co dziwić, że jak trzeba to i coś z niczego umie zrobić. A dzięki temu i konisie mają już praaaawie gotowe piękne lokum na mroźne dni i chłopcy mają piecyk w pokoju i początki obycia ze sprzętem i Marika ma uroczo wystrojoną kuchnię… Tutaj trzeba przyznać, że Chuliganka  (tym razem) nie dałaby rady bez takich dwóch co spadli nam kiedyś z nieba, bo ich wielka niedźwiedzica wystraszyła. I dobrze, że spadli, i do Ghebi wpadli, bo takiego zapału i takiego tempa pracy jak przy nich to Racha chyba jeszcze nie widziała*. Warsztat był wszędzie, na balkonie i na podwórku, w kuchni i w sypialni, od świtu do nocy. I były chęci, szczere i jasne jak błysk wpatrzonych w ekipę budowniczych 4 par oczu.

Na szczęście tutaj budować można wiele. Płotów, stajni i wspaniałych relacji…bo życie tarczą szlifierki się toczy.