coriya

17499561_601646393375689_3826563093595264115_n

Coriya – Coriś – Cori, co po gruzińsku znaczy jastrząb. Ten kto dał mu to imię, wiedział co robi, przewidział jego lekkość, szybkość i serce rwące do biegu. Spokojny, woli stać z boku i popatrzeć niż wdawać się w dyskusje i końskie kłótnie.  Przez 3 lata słuchał tylko dzikiego wiatru a człowieka omijał wyjątkowo wielkim łukiem. Nie znał czułych rąk i galopu we dwoje. Trochę czasu minęło zanim przekonał się do buziaków, czochrańców i kanapeczek. Choć nie wpycha się w kolejkę jak Snow i Jamala, widać że ciekawość robi swoje. Serce do biegu i nogi zrywne ten chłopak posiada, jednak nie każdemu pozwala zasiąść na swym zacnym grzbiecie. Określenie „nie każdemu” należy uściślić albowiem tylko dwie osoby toleruje : Ivane i Chuligankę. Choć nie raz  Ivę zrzucił a Chuliganka musiała ewakuować się z siodła w trybie natychmiastowym . To i tak jest to nic do tego w jaki sposób traktuje gruzińskich śmiałków.

13517589_488971394643190_5439288248185070630_o

Kiedy chłopaczyna chce sobie pobiegać w górach lepiej mu na to pozwolić i delikatnie kontrolować, bo gdy zabroni mu się kategorycznie, pokaże natychmiast co potrafi. I to jest cecha, którą kocha w nim najbardziej Chuliganka, którą jak nosi lepiej też jej odpuścić. Dwa wariaty zawsze się znajdą:D  No cóż a Coriya narwany jest jak każdy młody facecik 😀 I to on jest najlepszym i najszybszym koniem w Ghebi, z tych dosiadanych. A w 2017 był najlepszym spośród 30 w okolicy Oni, wygrywając doroczny bieg z okazji jednego z ważniejszych świąt w tej okolicy. To chyba jedyny z piątki Chuligankowych konisi, który cierpliwie znosi gadanie Chuliganki i jej filozoficzne wywody „na ucho”. Na werbalne pieszczoty i zachwalanie aż mruży oczy.  Smakołyk – różowy telefon i chleb, wykopie go z najbardziej zakamuflowanego plecaka .

14690934_1309300412422522_6815185857963687265_n

Wróg – Kekulas-cxeni i Mishas-cxeni – ogiery bardzo terytorialne i agresywne. Najlepszy przyjaciel – Snow ( dopóki jeszcze źrebak) a Chuliganka ma nadzieję nieskromnie, że …i ona. Najpiękniejsza cecha Coriyi – małomówność.

 

 

17795966_1486356248050270_6382124813739483030_n

Male Ghebshi

Ostatnimi czasy pojawiało się mniej wiadomości o naszej nietypowej rodzince Chemi Family. O chłopcach, wyzwaniach i przygodach. Główną przyczyną jest nasza zimowa rozłąka, którą Chuliganka z Msisiarą i końską łobuzerią spędzają w Tsesi. Choć czasu nie marnujemy i staramy się wyjść naprzeciw pracom w nadchodzącym sezonie, do Ghebi strasznie tęskno. Ghebi menatreba.

13867136_500344180172578_910945793_n

Marika planuje zakup kurczaków, chłopcy oczekują wakacji. Iva koni. Rostoma jabłek. Vaso szaszłyków, a Oto wycieczek. W Tsesi wiosna rozkwitła już w pełni, zaczęły się prace w winnicach, zbieranie ziela na Phali* i co najważniejsze przygotowywanie koni do sezonu. Coriya ma się coraz lepiej po zabiegu pozbawienia go pisanek. Teraz stał się jeszcze większym pieszczochem, a oko Pana (strzegącej go pilnie Chuliganki) konia tuczy. Zabieg przebiegł wyjątkowo spokojnie i pomyślnie, biorąc pod uwagę tutejsze warunki i liczbę pomocników. Miało być 4 chłopa do trzymania, z braku laku musiał wystarczyć Vasiko, kierowca Shalva i Msisara. Na szczęście operacją dowodził nasz zaufany ghebiński weterynar Grisha z najlepszą siostrą na sali- Siostrą Chuliganką.

20170325_110227

Chemi stopniowo i spontanicznie się powiększa. Nie, nie jest to jeszcze wyczekiwana Franciszka Junior Jamala. Mamy nadzieję, że wiosenny romans z naszym Corisiem przyniesie jesienią małego Jamalo-Coriovego kvici (źrebaka). Kto wie, a nóż im się powiodło?  Szef bezustannie podsyła nam dobrych ludzi, którzy nie dają nam się nudzić i poszerzają horyzonty naszych aktywności. Jak więc widać zimowa hibernacja, okazała się nie tylko przeczekaniem chłodu z końmi na nizinach Rachy. Nowe znajomości, wiedza i doświadczenia są cholernie przydatne. Jednak gdy wiosną natura, ludzie i zwierzęta budzą się do życia, nogi rwą tam, gdzie chce się zapuszczać świeże korzenie. Tam, gdzie w domku nad mzave cxali (woda mineralna), dla serca zawsze znajdzie się miejsce. Bo bez tego nie byłoby nas. I dobrze jest to wiedzieć, ale lepiej to czuć patrząc nocą na Shodę oświetloną milionem gwiazd. W Ghebi, którego uśmiech nie zgubił się jeszcze w dzikim kapitalizmu pędzie. U źródeł, gdzie Bóg nie przestał być jeszcze zupełnie niepotrzebny, a człowiek całkiem samotny. 

Dlatego, za rodzinę i za tych, dzięki którym tutaj jesteśmy pijemy zawsze bolomde (do końca). By rosła dalej. Duża, zdrowa i piękna jak orzech sadzany w nowym ogrodzie. Nasza rodzina do tradycyjnych nie należy i dobrze, bo w tym swoim nieco nieokiełznanym sulelstwie (szaleństwie) czai się ogromna siła otwartych serc i śmiałych gestów. Wspaniale, bo przy takim wsparciu będziemy mogli działać dalej i marzyć o kolejnych odważnych planach. Dla chłopców, dla Mariki, dla Ghebińców, dla koni, dla Was i dla nas. W tym Ghebi. By mimo nieuniknionych zmian, takim zostało.

Ghebi, które kocha wariatów.

A w głowie czai się już tylko ten jeden moment. Kiedy przyciśniemy razem gaz do dechy i pojedziemy …

…male Ghebshi

DSC_0690

*Phali – pyszna gruzińska potrawa z zieleniny, czosnku i orzechów.

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

DSCF1180

Koniec lutego, a wiosna już depcze zimie po piętach. Przegania chmury, sadza słońce na podniebnej grzędzie, a nam każe szybko zdejmować kurtki i dodatkowe skarpety. Konie równie chętnie zdejmują swoje zimowe futra, oblepiając nas pajęczyną miękkiej sierści. Uszy już im się trzęsą na myśl o kiełkującej młodej trawce. Jeszcze nie minęła połowa marca (nie wspominając nawet o kalendarzowej wiośnie), a po śniegu pozostały tylko żałosne plamy. Na ulicach zawitały świnie, ulubiony, ruchomy cel Biczuny (ulubiony pies Chuliganki), a w winnicach pokazali się panowie przycinający zeszłoroczne pędy. Szybka i ciepła wiosna wydłuża okres wegetacji. Pozwala na uprawę winogrona, owoców i ciepłolubnych warzyw.  Pozwala na szybsze odpuszczanie zwierząt i mniejsze zużycie siana. O uprawie winogron i tak wczesnych sadzonkach w Ghebi możemy tylko pomarzyć. Niby to tylko 1000m wyżej i tylko 60 km dalej, ale czas wegetacji skraca się tam niemal o 3 miesiące. Choć wcale nie daleko, Ghebi to jednak całkiem inny świat. Inny nie tylko ze względu na klimat.

SONY DSC

Nie ma co ukrywać, szybszą wiosnę powitałyśmy z otwartymi ramionami i ulgą. Malejąca kupka tivy (siana) spędzała nam sen z powiek, a możliwość kupna kolejnego stogu w okolicy okazała się prawie niemożliwa. W większości gospodarstw siano pod koniec zimy jest na wykończeniu. Znaczy, że albo nie sprzedają, albo po cenach jak za zboże. Spacery za końmi w samej bluzie, pośród rozkwitających łąk były nam potrzebne bardziej niż myślałyśmy. I nam i koniom. Trudno tylko stwierdzić komu bardziej spodobały się te wiosenne marsze. W pewnym momencie zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to my ich, czy one nas. Czy to właśnie nie konie zaczęły wyprowadzać na spacery nas. 

DSC_0131

Pierwsze próby odpuszczenia naszych 3 łakomczuchów na nocną wyżerkę w lesie przynosiły odwrotny skutek do zamierzonego. Kiedy my chciałyśmy, żeby zostały na łące, wracały. Kiedy chciałyśmy je sprowadzić do stajni, zostawały. My mówimy, zostańcie na górze. One schodzą na dół do cerkwi. My mówimy: „Dzieci, dzieci do doooooomuuuuu” (schodzimy do stajni). One zostają na najwyższej łące, fundując nam nocne podchody w błocie po kolana. Dobrze, że Biczuna lubi takie eskapady, bo bez jego pomocy, znalezienie czterokopytnych potworków skitranych w najciemniejszym kącie łąki graniczyłoby z cudem. Skoro już mowa o cudach, to kolejnego razu konisie postanowiły, że czas na wizytę na cmentarzu pod Barakoni. Wybrały jeszcze odpowiedni moment, żebyśmy nie spotkali się na drodze i kiedy my dotarliśmy na górę, spryciule były już na samym dole. Jamala nie bez powodu na drugie imię ma Franciszka (Franca), a Coriya nazywany jest także Cwaniakiem. Snow póki co jest w stadzie tylko Łasuszkiem-flejtuszkiem, ale niech nie zmylą Was te jego piękne czarne oczy w białej oprawie. W nim też płynie przekona Ghebińska krew! 

Kiedy słońce mocnej przygrzało, łobuzy trochę zaskoczyły i udało się je przekonać, żeby zostały na łące. 3 dni był spokój, po czym zaczął się kolejny odcinek cyrku. Tym razem pod tytułem “kowal” 

– Patrz, patrz! Podoba Ci się? – pyta wykładając na stół nowy topór.

– Pokaż, niech no mu się przyjrzę…- Msisiara robi minę toporowego znawcy i waży go w ręku

– Dobra i tak tylko udajesz, że się znasz. Daj lepiej, bo zepsujesz!-  Chuliganka już chce lecieć do ogrodu, zamienić polano akacji w stertę zapałek, ale przystaje w progu.

– Topór to nic, najlepsze jest to, ze mamy kowala, który nam potnie kopyta!

– Ja już sobie rano pocięłam, cążkami. 

– A ja właśnie muszę, bo mam już pazuryry – Chuliganka szuka żałoby za swoim pazuryrem – To jest gość od Tamaziego i może przyjechać po bazarze, bo w tygodniu pracuje. Musimy zadzwonić i sprowadzić konie. 

– O rany! Ideolo. 

Zadowolone z obrotu spraw, w myślach już zabrałyśmy się za przygotowywanie nali i lusmani (podków i gwoździ). Kowala, lub kogoś kto przytnie łobuzom kopyta szukałyśmy już od początku zimy. Szczęśliwe, że wreszcie znalazł się koński pedicurzysta, nie spodziewałyśmy się nadchodzących atrakcji. Nie minęły 3 godziny jak zadzwonił wujaszek Omari:

– Gosha, gdzie ty? Doma? Przychodzi bystra bysta. My idziom z Oni, loszadi na drogie!

– Sztooooooo?!?!?! Gdzie oni? Nasze loszadi w Oni?

– Niet, oni nie w Oni. Oni w Sori. Idiom na maszynie z loszadiami w mesce (razem). Przychodzi bystra!

– To gdzie wy scas (teraz)? 

– Tam gdzie most Muhli. 

– Kho idziom!

Pomieszanie z poplątaniem. W jednej rozmowie padły 3 miejscowości na przestrzeni 40km…Msisiara robi wielkie, pytające oczy, na co Chuliganka rozkłada ręce:

– ar vici… już sama nie wiem gdzie są. Gdzieś na drodze w stronę Oni. Oby to tylko było przy Mukhli, a nie przy Oni. 

– No nie gadaj, że france poszły do Oni!

– Nie, one już się szykują na powrót do Ghebi. Słyszały, że już się nie możemy doczekać, to same poszły 

– Hahaha. A jutro dzwoni Marika i pyta: Gdzie loszadi? A my, że odpuszczone na vierhu. A ona: a na pewno? Nie w Ghebi? 

Snując coraz bardziej wydumane scenariusze, które w rzeczywistości okazują się zdecydowanie mniej romantyczne niż w fantazjach, przemierzałyśmy kolejne kilometry. Trzeba odstawić łajzy w w bezpieczne miejsce. 

DSC_0120

Dwa dni nie minęły, a wieczorem odzywa się znajomy kowal z Tkibuli. Mówi, że nazajutrz będzie w okolicy i żeby szykować konie. Panie! Świetnie się składa, od samiuśkiego rana będziemy je szykować. Znaczy szukać, oczywiście. Od świtu Msisiara krąży po znajomych szczytach, Chuliganka sprawdza trasę na Mukhli, a tu znajomy zdzwoni z donosem. Drogie Panie gdzie wy? To tajne łamane przez poufne: Wasze konie do Likheti poszły. (7 km od fermy w stronę Svanetii)

– Warianta nie tu! Konie mają nas na podsłuchu! Wiedziały, że dziś kowal przyjdzie i bęc! Uciekły skubańce, byle im tylko tych paznokci nie ruszać.

– Nieeeee. Ja myślę, że Coriya gentleman zrobił dziś Jamali wycieczkę z okazji Dnia Kobiet…

– … oooo taaak, romanse pierdanse, szarmancik wziął Franciszkę do miasta. Restaurantshi gina, kho? (Do restauracji chcecie, tak) 

Do trzech razy sztuka. Za 3 dni sobota, kowal może przyjechać po bazarze. Z rana jedna idzie po konie, druga po kowala i Łukasza (takiego fajnego typa, który jara się na chodzenie za końskimi łajzami).  

– Halo halo! Ryba? Tu akwarium. Na łąkach pusto. 3 dni minęły i coś mi się zdaje, że france poszły na spacer. Tylko w którą stornę? Likheti czy Sori? 

– Wiedziałam! Franciszka Jamala nie odpuszcza. Dba o naszą kondycję fizyczną i odpowiednie cisnienie. Dzwoń do Likheti, może ktoś je widział. 

DSCF1143

Jak się szybko okazało, ktoś z Likheti widział je w Sori. Jakiś chłopak jeździł na białym koniu. A tutaj są tylko 2 białe konie: Snow i jeden, który właśnie grzecznie stoi w swoim ogrodzie w Likheti. Znaczy, że pędzimy do Sori. Msisiara piechotą, Gosia z Łukaszem prosto z lotniska na marszrutce. Ktoś zadzwonił, ktoś coś widział, ktoś coś wie. Tutaj wieści rozchodzą się szybko. Z jednej strony denerwuje brak anonimowości, że każdy wydaje się interesować twoim życiem bardziej niż swoim. Jednak podczas szukania koni pomaga.

Konie znalazła Chuliganka z Łukaszem. Stały zgonione, przywiązane w czyjejś zagrodzie, z poranionymi policzkami od tandetnego żelaztwa. Chłopcy chcieli sobie pojeździć. Zobaczyli konie to sobie wzięli. Kto wie ile by je zajeżdżali, bez wody i jedzenia. Może i lepiej, że to były dzieci, bo kto wie czy nie skończyłoby się na rękoczynach. Natychmiast zrobiło się zamieszanie, zeszło się z pół wioski, popatrzeć i porobić zdjęcia. Już udało się lekko załagodzić sytuację, wyprowadzić konie z zagrody, gdy z małego czarnego samochodu wyskakuje Msisiara z ogniem w oczach. 

– Panie, w czym problem? Po co te nerwy? Konie są po to, żeby na nich jeździć. A dzieci widzą konia, to chcą sobie pojeździć. Pojeździli i co? 

– Na swoim koniu można. To znaczy, że twoja krowa idzie ulicą i mogę ją sobie wziąć i wydoić? Znaczy, że stoi twój samochód przed sklepem i mogę sobie wziąć i pojeździć?!  Czego wy te dzieci uczycie?!? Złodziejstwa! 

Pierwszy raz w historii, Chuliganka musiała tamować buzujące nerwy Msisiary, tym razem w roli zbulwersowanej obrończyni zwierząt.

– Oj tam oj tam, u nas to normalne. O takie nic, tyle krzyku. 

– Jakie normalne?! Te konie są z Ghebi. Tam nikt nie wsiądzie bez pozwolenia na cudzego konia, a jak wsiądzie, uwiąże i będzie bez jedzenia trzymał to mu właściciel głowę odstrzeli! 

– A ty atkuda? (Skąd pochodzisz?)

– A jaka to różnica?

– Skąd jesteś?

– Nie ważne

– Ale skąd? Z Polski?

– Jaka różnica czy z Polski czy w Gruzji?!? Jaka różnica czy z kobieta czy mężczyzna?!? Taki sam człowiek jak ty!

  • A męża masz?

Tu już puściły Msisiarze nerwy i posłała lokalnego Katzune (gogusia), wygrzewacza ławki pod sklepem, na tri bukvy*

W Sori przez chwilę srogo się zakotłowało. 2 rozsierdzone Polki, 3 zmieszane konie, milczący chłopak, 2 chłopcy co się nie bali i konie za***, gromada gapiów i lokalnych speców od rozwiązywania problemów. Choć miało być to załatwione polubownie, policjant był nieugięty. Bez wizyty na posterunku się nie obędzie. Trzymająca spokojny fason Chuliganka spędziła resztę dnia zagłębiając tajniki policyjnych procedur. Zjechała w milicyjnej mankanie pół Rachy, od posterunku w Ambrolauri do Oni i z powrotem. Dokarmiana wafelkami napisała wypracowanie po rosyjsku “Dietskaya ashybka” do książki pisanej przez policjanta. Kolejny raz byliśmy świadkami popisu komunikacyjnej gruzińskiej myśli technicznej, gdy parę chwil po Chuligance na posterunku pojawił się ghebiński przyjaciel pędzący z pomocą w wyjaśnieniach. Wieści bez naszego i nie do końca wiadomym nam sposobem szybko zawitały w Ghebi. A Ghebi od razu wysłało swoją pomoc, po raz kolejny dając dowód jego pięknego serca. Choć wśród ghebinców nie brakuje sporów i waśni. Choć piętno naszych ułomnych ludzkich czynów w Ghebi także widne, za swoim stoją murem. Na podobieństwo swojego największego skarbu, trwają razem wspierając się wzajemnie w wzmaganiach z losem. Rosnąc w śród gór od swej mądrości wysokich, słuchają bicia ich potężnych serc, które jak nasze kruszeją smagane wiatrów losem.

DSCF1158

DSCF1182

Za zdjęcia i pomoc w oczyszczaniu nerwowej atmosfery dziękujemy Łukaszowi 🙂

*  na tri bukvy- poszedł na ch**

Gdzie kobity 3, tam cyrk nie mały

      Samolot wylądował planowo. Szósta nad ranem. Automatyczne drzwi z mlecznego szkła zaczęły sunąć w tę i z powrotem. Lotnisko Kopitnari zapełnia się znajomymi twarzami, grupkami turystów z małymi plecakami, rodzinami ciągnącymi walizki na kółkach i niewyspane dzieci. Z niecierpliwością wypatruję znajomej twarzy przy pasie bagażowym. Wśród kolorowej zgrai zimowych, sportowych kurtek dostrzegam rudą czuprynę i robi mi się lżej na sercu. Jest! Nie ukradli nam Ewy w samolocie. To teraz jeszcze muszę czekać aż ją puszczą z torbami. I tym razem, wyjątkowo, lepiej żeby tak było. Bo jeśli nam Ewa utknie na lotnisku pomiędzy rentgenem, a celnikami, to nici z planów o Rachy. No nic trzeba czekać. Ewa wzrusza ramionami i znika ponownie za szklanymi drzwiami. „To na pewno przez te wszystkie nalewki tak ją długo skanują”- myślę sobie. Normalni ludzie wywożą z Gruzji pełne butelki, ta kobieta leci sama z torbą pełną domowych trunków do Gruzji… tego jeszcze nie było! To chyba lepiej potrzymać ją jeszcze pod tym rentgenem. Kto wie co przewozi w tych kieszeniach? Może znajdą się tam i dla nas jakieś cukierki… Trzeba pokazać, że ona nie z pierwszej łapanki.

20170114_101610

Szczęście sprzyja zuchwałym. Ewa przechodzi dzielnie przez sektor kontroli celnej , już jest nasza, już na gruzińskiej ziemi, hurraaa!!!! Czas na buziaki, papieroski, świeże powietrze i przejażdżkę lodówą (nie policyjną ale mięsną). To w ramach aklimatyzacji. Gości specjalnych z Polski i innych ciepłolubnych krajów wieziemy do mroźnej Rachy w lodówce, żeby się nieco zahartowali. Po drodze przystanek na bazarze, w lodówce nic się nie popsuje, a i gość przyjedzie najedzony. Słońce przygrzewa, więc droga całkiem czarna i przejezdna. Oczywiście oprócz przełęcz Tkibuli, tam zima hula na całego! 

Pierwsze koty za płoty i Ewa wskakuje od razu pomiędzy konie, psy i suleli. Pragulki, wino, słońce i góry. Każdy prowadzi się jak umie, a słońce przyświeca do taktu. 

Dni płyną szybko i niepostrzeżenie, każdy pełen wrażeń, pracy i nowych myśli. Jedna sprawa goni następną, czasem nie mamy czasu zastanawiać się nad rozwiązaniami, pierwsze musi być najlepsze, bo na dłuższe rozmyślania nie ma czasu. Tylko spacery z końmi po górach, do miejsc, gdzie po wioskach zostały tylko owocowe drzewa i poletka wspomnień, rozpraszają natłok zmartwień. Wiatr niesie w szczelinach niewypowiedziane słowa. Kilka posuwistych ruchów i Ewa zostaje królową kasztanków, wymiata końskie sztabki jak pierwsza stajenna. Słonecznym południem, na bykach pan przywozi kopiastą tivę. Wiłki dzierży Ewa w rękach zwieńczonych nieskazitelnymi, czerwonymi paznokciami. 

ya pamagu… – pan wymownym wzrokiem spogląda na siano, Ewę z długimi czerwonymi jak lambordzini paznokciami i Msisiarę próbującą zagonić byki. 

niet niet! my eta zdelayem!– Ewa macha ręką. 

Po godzinie tiva jest już w stajni, Msisiara jest koloru siana os stóp do głów, a Ewa może startować do programu TV “Rolnik szuka żony”. Na drugi dzień miły pan z tivą na bykach nie pyta już czy trzeba nam pomóc. Pyta tylko czy lubimy wino i podaje 2l butelkę napełnioną do szyjki. Zakupy w Ambro, instrukcja obsługi spłuczki w wc, konie cwałujące po górach, urodzinowe niespodzianki, sztywne pranie, bycie tamadą i spontaniczne wypady do Ghebi z toaletowym poślizgiem to dla niej małe piwo. Z psiakiem na kolanach pojechała z Rachy. I kto nam teraz będzie pachniał lenorem i miętowymi cieniaskami? 

SONY DSC

Kto tu rządzi? – Ja, Ja-ma-la!

20161020_125245

Jamala ma dwie słabości- Cukierki i fochy. W kantarze róż lub w bordo, kręci swoją zgrabną mordą. Za nią kłusują łańcuszkiem chłopaki i z pokorą znoszą wszystkie kąsy i kopniaki. Posłuchajcie o księżniczce z kitą do ziemi, co z brzydkiego kaczątka nazywanego przez większość viri (osioł) wyrosła na urodziwą przodowniczkę stada. Tak naprawdę Jamala wcale nie jest fanką spacerów, ale jak chłopaki też idą to nie może być gorsza. A jak czasem za nimi pobiegnie, to jest święto lasu. Bieganie za nicponiami jej nie kręci, ale niech tylko który spróbuje sobie bez niej na pragulki (spacery) chodzić! Zaraz zaczyna narzekać, tupać i pomrukiwać. Sama też nigdzie nie pójdzie, stoi za drzwiami i nawet tym swoim kopytkiem nie zamiesza. Ona ma być pierwsza i najważniejsza. I do buziaków i do smakołyków i do wchodzenia do domu. Nowy domek był ostatnio tak posprzątany i pozamiatany, że Jamala jak zaszła na korytarz to aż drogi do box nie poznała i się dziewczyna z powrotem wróciła.

16107717_574447302762265_590522405_o15776261_566868483520147_2061717535_o

Raz zaszliśmy z Coriya do wodopoju, Snow spokojnie podchodzi. Jak to Jamala zobaczyła… Ogonem się zamachnęła i ruszyła z każdego kopyta. Bez hamulców i pardonu wleciała prosto w strumień, Snow dostał kąsa i kuksańca, Coriya mimo, że sam jej z drogi schodził i tak dostał rykoszetem. Stanęła panna centralnie, rozepchała panów tyłkiem i pije. Zazdrosne to i zżarte jak mało kto, za skórki od mandarynek jest w stanie wszystkie inne stworzenia odgonić, 2- czy 4-nożne- nie robi różnicy. Zębiska szczerzy i wije się jak piskorz, skanując nosem wszystkie kieszenie i zakamarki. 16129912_574446529429009_80292541_o

Do tego zegarek w dupie ma skubana. 17.30 wybija, czas do domu i u drzwi twoich stoję Panie. Wcale nieprawda, że tylko krowy same do boseli przychodzą. Nasze konie same biegną, nawet ‚kto pierwszy ten lepszy’ sobie urządzają. Kiedy wracamy z wypasu na górce, to najlepiej im to wychodzi. Bieganie za końmi po górach to ostatnio nowe hobby Msisiary. Meta jest przy stajni, prowadzi zawsze Jamalą, bo Coriya zamiast się ścigać woli sobie po drodze podskakiwać. Nogi wyrzuca to w prawo to w lewo, a głowa kiwa mu się jak na sznurku. I dziś, Jamala jak pod drzwi podeszła, to ani jej się śniło poskubać jeszcze chwilę trawę w ogrodzie. Stoi to przy drzwiach jak viri (osioł), stoi i tylko czoło o ścianę opiera, i od czochrańców odwraca, i oczami przewraca, że się komuś zegarek spóźnia. Bo ona ma juz porę kolacji! I żadne żarty, pieszczoty i łakocie jej od tych drzwi nie odciągną, bo łeb na ścianie i… nadal u drzwi twoich stoję Panie.

11045403_362008570672807_8524452973796036026_o.jpg

A takie z niej było małe viri…

Czy konie gadają ludzkim głosem? czyli Wigilia Chuliganki.

… Być może, jednak zanim dotrzemy do odpowiedzi, usiądźcie wygodnie kochani czytelnicy i spróbujcie sobie wyobrazić pewną Wigilię.

„czy jest tu jakiś cwaniak? … tak ja jestem cwaniak …Siwy! tu jest jakiś cwaniak … to Pan daje piątaka a cwaniak trzydzieści ….” pewnie każdy zna tą scenę z „Chłopaki nie płaczą”  My też mamy kilku takich cwaniaków. Coriya i Jamala to najcwańsze z cwanych. Chuliganka na własnej skórze odczuła dzisiaj określenie „kuty na cztery nogi” i choć teraz nie podkute, 4 łobuzy dały jej popalić i zadbały o jej kondycję fizyczną.

„Idę sobie na piechotkę do naszej stajenki, wiesz trzeba zagonić konie do środka, bo w nocy znowu trzaskający mróz będzie i nakarmić łobuzy.  Idę sobie i tak myślę: sianka mamy dużo, Jamala może udawać osiołka, Coriya – potulnego konika… poczekam tam sobie na pierwszą gwiazdkę, pogadam z Szefem, bo to przecież wyjątkowy wieczór, a może i wreszcie nasze kunie się przede mną otworzą i zaczną wreszcie po ludzku gadać…zobaczymy co się wydarzy…”

Taki oto scenariusz Wigilii układała sobie Chuliganka w rozgrzanej dzisiejszym niebywałym słońcem głowie ( o tej porze roku w tej części Rachy +10 to fenomen).  Cóż to słońce przygrzało nie tylko w jej głowie, jak się później okazało. Odpowiedź na ostatnie pytanie uzyskała szybko… zdemolowane ogrodzenie. Ups – „łobuzy uciekły!” (słowa w wersji lightowej), no tak zasmakowała im poranna trawka na pobliskiej górce, gdzie słońce sukcesywnie wytapiało zalegający śnieg. Dobre serce Chuliganki podyktowało jej dzisiaj rano, żeby wypuścić konisie na pragulkę (spacer). Notabene spacerek ten nie odbył się bez ekscesów. Jamala grzecznie podjadająca soczystą trawę, reszta towarzystwa zdała się na cwaniactwo Coriyi i po najmniejszej lini oporu bezczelnie podjadało kradzione siano u sąsiada.

Coriya pieszczotliwie do dziś zwany Coriś, teraz – cwaniak, delikatnie podskubywał źdźbła z „balkoniku” szopki, że aż spora porcja sianka spadła na uszczęśliwione towarzystwo. Jeśli mówiłby jak człowieki, zapewne rzekłby :” że co?, że ja ? ja nie! samo spadło…”

Ale wróćmy do planów wigilijnych Chuiganki. Jak wcześniej wspomniano, plany już na wejściu spaliły na panewce. Cóż, trzeba było zakasać nie tyle rękawy co nogawki i szukać uciekinierów, bo zmierzch za pasem. – „cholera z pierwszej gwiazdy też nici, bo przecież nie będę wypatrywać kuni na niebie, eh dobrze, że wzięłam czołówkę”. I z tą myślą Chuliganka widząc po śladach kierunek ucieczki łobuzów rozpoczęła swój morderczy bieg. gonitwę za końmi, wyścig z czasem i zmierzchem. Całe szczęście nie zaszły za daleko, złapała więc szybko za kantar Jamalę, licząc, że reszta towarzystwa pójdzie za prowokatorką całego rozgardiaszu. Nic bardziej mylnego, pozostałej trójcy wzajemnej adoracji nie spieszyło się do stajni, człapały spokojnie dalej w dół drogi w kierunku Tsesi lub Oni, bo kto je tam wie gdzie chciały iść. Jedno rżenie Jamali Chuliganka przyjęła jako dobrą kartę, że jednak towarzystwo się zreflektuje i pobiegną za przywódczynią stada. Jednak po doprowadzeniu gwiazdy Jamali pod sam boks w stajni, Chuliganka zrozumiała przesłanie jakie towarzyszyło owemu wcześniejszemu rżeniu – „kochani nie bójta się, idźcie zaraz wrócę” – i tak oto zobaczyła tylko przezacny zad Jamali odwracajacej się na kopycie i uciekającej z prędkością „ile fabryka dała”.  Przy zdemolowanym wcześniej ogrodzeniu Jamala na sekundę się zatrzymała, odwróciła przekornie łeb , majtnęła ogonem jak to zwykle i tyle ją było widać. Niczym strzała pognała do swoich towarzyszy wieczornej pragulki.

15585367_562107017329627_4958870748527997278_o

-” o wy…(takie i owakie – siarczystych epitetów nie będę cytować, by w ten Święty Dzień czytelnikom uszy nie zwiędły) w jeszcze bardziej bojowym nastroju i z prędkością wprawionego łyżwiarza pomknęła balansując ciałem i przybierając coraz to bardziej wyszukane figury na pokrytej świeżym lodem drodze. Powiem tylko tyle, Brian Boitano czy Katarina Witt przy niej to pikusie. Ale nasza dzielna Chuliganka biegła i tańczyła jednocześnie. To jest dopiero mistrzostwo świata: połączyć łyżwiarstwo szybkie z figurowym.  Po jakimś kilometrze można było w całej Rachy usłyszeć:

-„o tu was mam robaczki!!! co, wycieczki się zachciało? wieczorową porą ? o proszę ! wycieczka turystyczno-krajoznawcza … a Państwo to gdzie? do Oni na wigilię? czy na jasełka? o jak miło spotkać przewodnika, czy to może przewodniczka??? Jamala ty dzisiaj guidujesz? no tylko pogratulować pomysłu! a co może wstydziliście się gadać przy mnie po ludzku i to był powód ucieczki????” – a, że Chuliganka zobaczyła konie jakieś 300 metrów przed sobą to jej monolog trwał  jeszcze dosyć długo, siarczyście ukwiecany niecenzuralną łaciną.  – ” ale wy sobie ze mną w kulki gracie, to ja was tak rozpieszczam, owiesek – sresek, marcheweczki-sreczki, buraczki -(?), sianko – (?) (nie cytuję bo dziwnie to brzmi w rymowance Chuliganki). Ja tu biegam do was z samego rańca , a wy mi takie numery robicie! chciałam z wami Wigilię spędzić pokazałabym wam pierwszą gwiazdę , to nie, wy same polazłyście szukać pierwszej gwiazdy, a pewnie. A może wy już leziecie za tą gwiazdą? co panowie i panie? gdzie was prowadzi? ach do Oni, widzę, no pięknie pięknie! wy same jak gwiazdy – spod ciemnej gwiazdy … po co wam inna gwiazda. Bardzo wam dziękuję za ten wspaniały prezent, bo się zmachałam jak kuń po westernie .. a wy co? szczęśliwe, widzę, widzę” – zadawała pytania, czasem oczekując odpowiedzi, czasem odpowiadając sobie sama

Jeśli drodzy czytelnicy myślicie, że ten monolog zakończył się w momencie uwiązania koni, to jesteście w błędzie. wtedy to dopiero się zaczęło, tyle, że już nie tak głośno. Aczkolwiek bardziej dosadnie i stanowczo: – ” no to teraz będzie po mojemu , bo widzę, że do was czule i z sercem nie można, prawda? Wy łobuzy, skończą się cukiereczki, pierdołeczki. Mało wam skubańcy swobody??? Jamala ja ci dam „kochanie” a ty Coriya jeszcze przyjdziesz po buzi buzi…. o widzisz ten środkowy palec??? tyle zobaczysz albo figę z makiem, oj nie, co to to nie , za słodka jeszcze ci zasmakuje….” – i tak całą ponad kilometrową drogę w ciemności na głos tłukła w te 4 końskie mózgi swoje za i przeciw, swoje racje i edukowała niesubordynowane towarzystwo. W końcu, gdy konie stanęły już potulnie w swoich boksach, wrzasnęła na wyjście : – ” no może by ktoś raczył po ludzku odpowiedzieć, bo przeprosin pewnie się i tak nie doczekam?”

Zapanowała grobowa cisza, nawet siano łapserdaki chrupały bezszelestnie.

Kolorowych, niezapomnianych Świąt Bożego Narodzenia Wam Drodzy Czytelnicy życzę.

IMG_1053.JPG

Bob budowniczy

Po deszczu przychodzi słońce, a po demolce możemy się brać za budowę. No to wio.

_DSC6016.jpg

Przodownikiem budowy był, jest i będzie jeden Bob, a właściwie Bobinka. Ghebinka-Bobinka 😉 To, że trafiają nam się chłopy na schwał i pomocnicy nie od parady, że potrafią drzwi w skrzydła zamieniać, to już nasze szczęście. Czy drzwiami skrzydeł dodawać… w burzy tylu trocin już się wszystko miesza. Jedno jest pewne, gdzie dobry kierownik budowy tam i warsztat i pomocnicy się znajdą.

Chuliganka, jak już kiedyś wspomniano, ma zawsze rację. A jak nie to patrz punkt 1., bo jej racja jest zawsze najmojsza (albo poczytaj sobie tutaj). I ma rację, że jest od konkretnej roboty. Kiedy na horyzoncie robi się cicho i nikt nie rozbija się po kątach z szalonymi pomysłami to znaczy, że te pomysły już realizuje. Powstaje stołek, wieszak, piec, lampa, stajnia, kto ją tam wie. Most pewnie też niedługo zbuduje. Przy narzędziach nawet telefon traci miejscówkę przy kontakcie, bo baterie do wiertarki i szlifierki muszą się pierwsze naszamać. Do tego, tak się świetnie składa, że prawdziwe Chuliganki potrafią być piekielnie utalentowane:

w gotowaniu, rąbaniu, rojbrowaniu, BUDOWANIU, przeklinaniu, przekonywaniu, hajcowaniu, leczeniu, wspieraniu, winobraniu, kombinowaniu, demolowaniu, koniowaniu, uczeniu i kochaniu, a i jeszcze na dupie zjeżdżaniu…

Człowiek orkiestra to mało, temu skautu to już miejsca na rękawie na naszywki nie chwata. Nie ma się co dziwić, że jak trzeba to i coś z niczego umie zrobić. A dzięki temu i konisie mają już praaaawie gotowe piękne lokum na mroźne dni i chłopcy mają piecyk w pokoju i początki obycia ze sprzętem i Marika ma uroczo wystrojoną kuchnię… Tutaj trzeba przyznać, że Chuliganka  (tym razem) nie dałaby rady bez takich dwóch co spadli nam kiedyś z nieba, bo ich wielka niedźwiedzica wystraszyła. I dobrze, że spadli, i do Ghebi wpadli, bo takiego zapału i takiego tempa pracy jak przy nich to Racha chyba jeszcze nie widziała*. Warsztat był wszędzie, na balkonie i na podwórku, w kuchni i w sypialni, od świtu do nocy. I były chęci, szczere i jasne jak błysk wpatrzonych w ekipę budowniczych 4 par oczu.

Na szczęście tutaj budować można wiele. Płotów, stajni i wspaniałych relacji…bo życie tarczą szlifierki się toczy.

fototapeta i bryczesy

_mg_1661

Nie ma ludzi bez problemów i każdy ma swoje mniejsze lub większe jazdy. Jak się okazało, nie tylko Chuliganka. Choć ta bije wszystkich o głowę.

Ewa ma wieczny kłopot ze światłem:

– nie mam światła!, prześwietlone!, za ciemno, to światło jest nieodpowiednie, no nic nie poradzę bez światła…

DSC_0144.JPG

Oxra xushi i fototapety: Są widoki, które zapierają dech w piersi (nie tylko mojej, choć już trochę znam tę okolicę), Piotrek jednak reagował za każdym razem w ten sam sposób:

– dlaczego te Gruziny znowu rozwiesiły nową fototapetę, no paczaj ile to papieru i farby trzeba! …a nocą niebo jaśniało mu milionami ledów. No cóż można i tak ale z jego uśmiechu i twarzy zawsze można było wyczytać: jest mi tu zajebiście i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

_MG_2089.jpg

Nadmiar świeżego powietrza, rozrzedzające się z każdym pokonywanym w górę kilometrem robił swoje. Humor się wyostrzał, żarty stawały się coraz bardziej zwariowane i wyrafinowane, ale nikogo te odmienne stany świadomości nie dziwiły i tym bardziej nie bulwersowały. Wszyscy byliśmy pod tym samym narkotycznym wpływem rozciągających się obrazów, temperatury kolorów, powietrza pachnącego słodką dzikością i promieni słońca palących naszą skórę i wysuszających oczy. Bo każdy z nas oszczędzał fizjologiczne mrużenie oczu i zamykanie powiek by z widoków stracić jak najmniej.

– eh nawet Kossak nie namalowałby tego tak pięknie…

Czy można oddać w obrazie muzykę graną wiatrem na strunach kołyszących się traw, niczym fale niesione na białych wypalonych słońcem źdźbłach?

Wariacje dywanów wiecznie zielonych rododendronów i roślinności przesyconej kolorami jesieni, gdzie czerwień i złoto liści wydaje się aż nierealna. A w powietrzu miesza się zapach ostatniego oddechu jesieni i rozpalonej jeszcze słońcem ziemi z mroźnym powiewem witających już zimę lodowców i okrytych miękkim puchem strzelistych szczytów.

W takich okolicznościach nie ma znaczenia już zagubiony gdzieś po drodze namiot dla Oxra xushi, bo być może to jeden z najlepszych przypadków ostatnich dni. Myślę, ba jestem pewna, że tę noc Piotrek będzie wspominać jeszcze bardzo długo, a być może i przekaże ją swoim potomnym. No cóż ciepła noc pod rozgwieżdżonym niebem przy ognisku latem , to dla wielu nic nadzwyczajnego ale 6 października na wysokości 2500m.np.m. to już już zakrawa na fenomen. Powiem szczerze, Oxra xushi – zazdroszczę Ci, i nie jesteś moim kumplem, bo się nie podzieliłeś, ja musiałam niestety pocić się w namiocie. No cóż nie dziwi mnie jednak twoja zachłanność na doznania. Towarzystwo w nocy miał nasz Piotrek doborowe: Bebe, która z każdym przygasaniem ogniska wylizywała namiętnie jego twarz; Shamila – ogier, szukających miłosnych wrażeń z naszymi klaczami i w odpowiedzi zbierający coraz to bardziej siarczyste strzały z zada naprzemiennie od Jamali i Oboli. 

_MG_1772.jpg

Jednego jednak Oxra xushi nie doczekał się – wilków. Gdy rano zapytany,

– byli wilcy? Z pewną dozą rozżalenia i nutką niespełniania odpowiedział:

– niestety nie, nikt nie przyszedł.  

– Nie martw się kiedyś jeszcze to powtórzymy, tylko w takim stadzie sulelebi po co ci jeszcze wilcy? Czy nie wystarczające było zderzenie samolotu z wielkim wozem i rozwalona przednia ośka ? Uciekający w pośpiechu księżyc, by ten sam lub kolejny samolot nie zarysował jego srebrzystego lica?

Wiele tu stron trzeba byłoby zapełnić aby opisać szaleństwa dwóch dni w górach. Ale jest kilka momentów, których pominięcie zakrawa na grzech. Zapewne nie każdy z czytelników wie, że Ewa jest mistrzem w nowej dziedzinie sportu – skoki przez ognisko z telemarkiem, mamy nadzieję, że w przyszłym roku będzie to dyscyplina olimpijska. Ta kobieta jest niesamowita, bo potrafi również na zawołanie i wedle potrzeb zamienić na grzbiecie końskim spodnie we wzorcowe bryczesy. A jak to zrobić, to już jej słodka opatentowana tajemnica. Jedyny feler tego modelu bryczesów to, że wracają do wcześniejszych postaci po każdym praniu.

Ludziska powiem na koniec tylko tyle, to naprawdę szalona przyjemność spędzić z Wami czas w otchłaniach przyrody i poczuć, że nie jestem tak całkiem inna w swojej dzikości. Wcale nie dziwię się, że Msisiara była zazdrosna;) 

_MG_1912-.jpg

Zazdrosna to mało powiedziane. Ale zobaczycie, jak ja pójdę to będą wilcy, będą!

– i wywołasz wilka z lasu!! hahahaha

Pierwsze wspinaczki ogiera Snow

13643915_494071687466494_1132466852_n

Pierwsza lekcja młodego ogiera Snow jako zwierzę juczne: długa 4-godzinna droga z podejściem w uciążliwych warunkach pogodowych (upał, muchy, burza).

 

Kierunek: Domba

Bagaże o całkowitej masie ok 15 kg, z dzwoniącym łańcuchem-uwiązem dla Coriyi. Podejście z 1400 na 2300m.

13662408_501425673397762_1370914917_o.jpg

Rokowania dla Snow – rewelacyjne , pierwsza próba i egzamin już zdany , oswojony w szczególnych warunkach, nie oszczędzaliśmy mu nowych nieznanych dźwięków, przejścia przez gęsty las, strome i wąskie podejścia.

Otiko jest po prostu z niego dumny, a ja dumna z Otiko, który rewelacyjnie się z nim obchodzi – tak po naszemu, tj. z sercem i czułością. Myślę, że Snow szybko odwzajemni te uczucia.

13874692_501832956690367_49146915_nObóz o wschodzie słońca, „tonący” w porannej rosie pod Dombistsvaveri

 

Wyjazd edukacyjny. Wdrażamy plan

„Gdybym mogła w tym momencie, skakałabym z radości na swoim skrzypiącym łóżku do samiuśkiego sufitu…. Ale niestety ciumat…(cisza) Dzieci śpią. Praca tutaj w tej mentalności, biedzie, maraźmie i braku perspektyw jest jak przeciąganie liny, codziennie z mozołem i uporem maniaka. Czasem uda się przeciągnąć środek liny o pół centymetra, czasem niestety muszę odpuścić metr, ale dopóki trzymam tę linę w rękach wiem, że mam niebywałą szansę osiągnąć cel. Najważniejsze nie zerwać i nie wypuścić liny. Liny zaufania i autorytetu. Wygrana będzie nasza wspólna – realna perspektywa lepszego i łatwiejszego życia w ostatniej wiosce w Raczyńskich górach. Szefie Ty z góry patrzysz i pewnie masz niezły ubaw z mojej radości, ale Tobie pierwszemu dziękuję bo Twój Palec wciąż pokazuje mi drogę i wciąż mi pomaga i prowadzi. Dziękuję za odwagę którą mi dajesz i za ludzi których stawiasz mi na mojej drodze. Teraz dobranoc.” -Chuliganka

Od jakiegoś czasu, Chuligance po głowie chodzi pewien plan. Plan zorganizowania mini wakacji edukacyjnych dla jednego z chłopców, który naszym zdaniem najbardziej na tym skorzysta. Żeby po raz pierwszy pojechał gdzieś dalej niż okolice Ghebi i uczył się do profesjonalistów. Chcemy żeby zobaczył jak można pracować ze zwierzętami w podobnym środowisku, w gruzińskich realiach ale na innym poziomie i innych zasadach niż w Ghebi. Żeby zobaczył jak wyglada życie poza wioską, gdzie każdy ocenia go przez pryzmat szufladki, w której przyszło mu się urodzić.

13631478_132760783827732_7541255913005018625_n

Plan jest prosty i konkretny, ale dopóki nie będzie potwierdzenia od naszego głównego dobroczyńcy, nie zdradzamy szczegółów. Po wstępnej rozmowie pierwsza reakcja jest super pozytywna!!! Cieszymy się jak dzieci i z dziećmi! Ale trzymamy mocno kciuki i wołamy do Szefa, żeby się udało…do końca. Każda myśl wsparcia się przyda, więc bez ograniczeń kochani. Tak po polsku lub tak po gruzińsku, czyli z sercem!

Z góry dziękujemy. Madloba-o

„a Ty wołaj Szefa z całego serca a nie z całych płuc swoich…”