Biało … pusto … zimno

SONY DSC

Zima na ramiona moje spadła
Niewinnością białym śniegiem
Pierwsza gwiazda już na niebie
Nie ma nie ma ciebie

Ogień tańczyć zaczął już w kominie
A choinka się zieleni
Serca ludziom opromieni
Moje w kamień zmieni

Śnieg zasypał dzisiaj wszystkie drogi
Niewinnością białym płaszczem
Twoich śladów nie wypatrzę
Nie mam cię na zawsze

_DSC0172.JPG

Reklamy

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

DSCF1180

Koniec lutego, a wiosna już depcze zimie po piętach. Przegania chmury, sadza słońce na podniebnej grzędzie, a nam każe szybko zdejmować kurtki i dodatkowe skarpety. Konie równie chętnie zdejmują swoje zimowe futra, oblepiając nas pajęczyną miękkiej sierści. Uszy już im się trzęsą na myśl o kiełkującej młodej trawce. Jeszcze nie minęła połowa marca (nie wspominając nawet o kalendarzowej wiośnie), a po śniegu pozostały tylko żałosne plamy. Na ulicach zawitały świnie, ulubiony, ruchomy cel Biczuny (ulubiony pies Chuliganki), a w winnicach pokazali się panowie przycinający zeszłoroczne pędy. Szybka i ciepła wiosna wydłuża okres wegetacji. Pozwala na uprawę winogrona, owoców i ciepłolubnych warzyw.  Pozwala na szybsze odpuszczanie zwierząt i mniejsze zużycie siana. O uprawie winogron i tak wczesnych sadzonkach w Ghebi możemy tylko pomarzyć. Niby to tylko 1000m wyżej i tylko 60 km dalej, ale czas wegetacji skraca się tam niemal o 3 miesiące. Choć wcale nie daleko, Ghebi to jednak całkiem inny świat. Inny nie tylko ze względu na klimat.

SONY DSC

Nie ma co ukrywać, szybszą wiosnę powitałyśmy z otwartymi ramionami i ulgą. Malejąca kupka tivy (siana) spędzała nam sen z powiek, a możliwość kupna kolejnego stogu w okolicy okazała się prawie niemożliwa. W większości gospodarstw siano pod koniec zimy jest na wykończeniu. Znaczy, że albo nie sprzedają, albo po cenach jak za zboże. Spacery za końmi w samej bluzie, pośród rozkwitających łąk były nam potrzebne bardziej niż myślałyśmy. I nam i koniom. Trudno tylko stwierdzić komu bardziej spodobały się te wiosenne marsze. W pewnym momencie zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to my ich, czy one nas. Czy to właśnie nie konie zaczęły wyprowadzać na spacery nas. 

DSC_0131

Pierwsze próby odpuszczenia naszych 3 łakomczuchów na nocną wyżerkę w lesie przynosiły odwrotny skutek do zamierzonego. Kiedy my chciałyśmy, żeby zostały na łące, wracały. Kiedy chciałyśmy je sprowadzić do stajni, zostawały. My mówimy, zostańcie na górze. One schodzą na dół do cerkwi. My mówimy: „Dzieci, dzieci do doooooomuuuuu” (schodzimy do stajni). One zostają na najwyższej łące, fundując nam nocne podchody w błocie po kolana. Dobrze, że Biczuna lubi takie eskapady, bo bez jego pomocy, znalezienie czterokopytnych potworków skitranych w najciemniejszym kącie łąki graniczyłoby z cudem. Skoro już mowa o cudach, to kolejnego razu konisie postanowiły, że czas na wizytę na cmentarzu pod Barakoni. Wybrały jeszcze odpowiedni moment, żebyśmy nie spotkali się na drodze i kiedy my dotarliśmy na górę, spryciule były już na samym dole. Jamala nie bez powodu na drugie imię ma Franciszka (Franca), a Coriya nazywany jest także Cwaniakiem. Snow póki co jest w stadzie tylko Łasuszkiem-flejtuszkiem, ale niech nie zmylą Was te jego piękne czarne oczy w białej oprawie. W nim też płynie przekona Ghebińska krew! 

Kiedy słońce mocnej przygrzało, łobuzy trochę zaskoczyły i udało się je przekonać, żeby zostały na łące. 3 dni był spokój, po czym zaczął się kolejny odcinek cyrku. Tym razem pod tytułem “kowal” 

– Patrz, patrz! Podoba Ci się? – pyta wykładając na stół nowy topór.

– Pokaż, niech no mu się przyjrzę…- Msisiara robi minę toporowego znawcy i waży go w ręku

– Dobra i tak tylko udajesz, że się znasz. Daj lepiej, bo zepsujesz!-  Chuliganka już chce lecieć do ogrodu, zamienić polano akacji w stertę zapałek, ale przystaje w progu.

– Topór to nic, najlepsze jest to, ze mamy kowala, który nam potnie kopyta!

– Ja już sobie rano pocięłam, cążkami. 

– A ja właśnie muszę, bo mam już pazuryry – Chuliganka szuka żałoby za swoim pazuryrem – To jest gość od Tamaziego i może przyjechać po bazarze, bo w tygodniu pracuje. Musimy zadzwonić i sprowadzić konie. 

– O rany! Ideolo. 

Zadowolone z obrotu spraw, w myślach już zabrałyśmy się za przygotowywanie nali i lusmani (podków i gwoździ). Kowala, lub kogoś kto przytnie łobuzom kopyta szukałyśmy już od początku zimy. Szczęśliwe, że wreszcie znalazł się koński pedicurzysta, nie spodziewałyśmy się nadchodzących atrakcji. Nie minęły 3 godziny jak zadzwonił wujaszek Omari:

– Gosha, gdzie ty? Doma? Przychodzi bystra bysta. My idziom z Oni, loszadi na drogie!

– Sztooooooo?!?!?! Gdzie oni? Nasze loszadi w Oni?

– Niet, oni nie w Oni. Oni w Sori. Idiom na maszynie z loszadiami w mesce (razem). Przychodzi bystra!

– To gdzie wy scas (teraz)? 

– Tam gdzie most Muhli. 

– Kho idziom!

Pomieszanie z poplątaniem. W jednej rozmowie padły 3 miejscowości na przestrzeni 40km…Msisiara robi wielkie, pytające oczy, na co Chuliganka rozkłada ręce:

– ar vici… już sama nie wiem gdzie są. Gdzieś na drodze w stronę Oni. Oby to tylko było przy Mukhli, a nie przy Oni. 

– No nie gadaj, że france poszły do Oni!

– Nie, one już się szykują na powrót do Ghebi. Słyszały, że już się nie możemy doczekać, to same poszły 

– Hahaha. A jutro dzwoni Marika i pyta: Gdzie loszadi? A my, że odpuszczone na vierhu. A ona: a na pewno? Nie w Ghebi? 

Snując coraz bardziej wydumane scenariusze, które w rzeczywistości okazują się zdecydowanie mniej romantyczne niż w fantazjach, przemierzałyśmy kolejne kilometry. Trzeba odstawić łajzy w w bezpieczne miejsce. 

DSC_0120

Dwa dni nie minęły, a wieczorem odzywa się znajomy kowal z Tkibuli. Mówi, że nazajutrz będzie w okolicy i żeby szykować konie. Panie! Świetnie się składa, od samiuśkiego rana będziemy je szykować. Znaczy szukać, oczywiście. Od świtu Msisiara krąży po znajomych szczytach, Chuliganka sprawdza trasę na Mukhli, a tu znajomy zdzwoni z donosem. Drogie Panie gdzie wy? To tajne łamane przez poufne: Wasze konie do Likheti poszły. (7 km od fermy w stronę Svanetii)

– Warianta nie tu! Konie mają nas na podsłuchu! Wiedziały, że dziś kowal przyjdzie i bęc! Uciekły skubańce, byle im tylko tych paznokci nie ruszać.

– Nieeeee. Ja myślę, że Coriya gentleman zrobił dziś Jamali wycieczkę z okazji Dnia Kobiet…

– … oooo taaak, romanse pierdanse, szarmancik wziął Franciszkę do miasta. Restaurantshi gina, kho? (Do restauracji chcecie, tak) 

Do trzech razy sztuka. Za 3 dni sobota, kowal może przyjechać po bazarze. Z rana jedna idzie po konie, druga po kowala i Łukasza (takiego fajnego typa, który jara się na chodzenie za końskimi łajzami).  

– Halo halo! Ryba? Tu akwarium. Na łąkach pusto. 3 dni minęły i coś mi się zdaje, że france poszły na spacer. Tylko w którą stornę? Likheti czy Sori? 

– Wiedziałam! Franciszka Jamala nie odpuszcza. Dba o naszą kondycję fizyczną i odpowiednie cisnienie. Dzwoń do Likheti, może ktoś je widział. 

DSCF1143

Jak się szybko okazało, ktoś z Likheti widział je w Sori. Jakiś chłopak jeździł na białym koniu. A tutaj są tylko 2 białe konie: Snow i jeden, który właśnie grzecznie stoi w swoim ogrodzie w Likheti. Znaczy, że pędzimy do Sori. Msisiara piechotą, Gosia z Łukaszem prosto z lotniska na marszrutce. Ktoś zadzwonił, ktoś coś widział, ktoś coś wie. Tutaj wieści rozchodzą się szybko. Z jednej strony denerwuje brak anonimowości, że każdy wydaje się interesować twoim życiem bardziej niż swoim. Jednak podczas szukania koni pomaga.

Konie znalazła Chuliganka z Łukaszem. Stały zgonione, przywiązane w czyjejś zagrodzie, z poranionymi policzkami od tandetnego żelaztwa. Chłopcy chcieli sobie pojeździć. Zobaczyli konie to sobie wzięli. Kto wie ile by je zajeżdżali, bez wody i jedzenia. Może i lepiej, że to były dzieci, bo kto wie czy nie skończyłoby się na rękoczynach. Natychmiast zrobiło się zamieszanie, zeszło się z pół wioski, popatrzeć i porobić zdjęcia. Już udało się lekko załagodzić sytuację, wyprowadzić konie z zagrody, gdy z małego czarnego samochodu wyskakuje Msisiara z ogniem w oczach. 

– Panie, w czym problem? Po co te nerwy? Konie są po to, żeby na nich jeździć. A dzieci widzą konia, to chcą sobie pojeździć. Pojeździli i co? 

– Na swoim koniu można. To znaczy, że twoja krowa idzie ulicą i mogę ją sobie wziąć i wydoić? Znaczy, że stoi twój samochód przed sklepem i mogę sobie wziąć i pojeździć?!  Czego wy te dzieci uczycie?!? Złodziejstwa! 

Pierwszy raz w historii, Chuliganka musiała tamować buzujące nerwy Msisiary, tym razem w roli zbulwersowanej obrończyni zwierząt.

– Oj tam oj tam, u nas to normalne. O takie nic, tyle krzyku. 

– Jakie normalne?! Te konie są z Ghebi. Tam nikt nie wsiądzie bez pozwolenia na cudzego konia, a jak wsiądzie, uwiąże i będzie bez jedzenia trzymał to mu właściciel głowę odstrzeli! 

– A ty atkuda? (Skąd pochodzisz?)

– A jaka to różnica?

– Skąd jesteś?

– Nie ważne

– Ale skąd? Z Polski?

– Jaka różnica czy z Polski czy w Gruzji?!? Jaka różnica czy z kobieta czy mężczyzna?!? Taki sam człowiek jak ty!

  • A męża masz?

Tu już puściły Msisiarze nerwy i posłała lokalnego Katzune (gogusia), wygrzewacza ławki pod sklepem, na tri bukvy*

W Sori przez chwilę srogo się zakotłowało. 2 rozsierdzone Polki, 3 zmieszane konie, milczący chłopak, 2 chłopcy co się nie bali i konie za***, gromada gapiów i lokalnych speców od rozwiązywania problemów. Choć miało być to załatwione polubownie, policjant był nieugięty. Bez wizyty na posterunku się nie obędzie. Trzymająca spokojny fason Chuliganka spędziła resztę dnia zagłębiając tajniki policyjnych procedur. Zjechała w milicyjnej mankanie pół Rachy, od posterunku w Ambrolauri do Oni i z powrotem. Dokarmiana wafelkami napisała wypracowanie po rosyjsku “Dietskaya ashybka” do książki pisanej przez policjanta. Kolejny raz byliśmy świadkami popisu komunikacyjnej gruzińskiej myśli technicznej, gdy parę chwil po Chuligance na posterunku pojawił się ghebiński przyjaciel pędzący z pomocą w wyjaśnieniach. Wieści bez naszego i nie do końca wiadomym nam sposobem szybko zawitały w Ghebi. A Ghebi od razu wysłało swoją pomoc, po raz kolejny dając dowód jego pięknego serca. Choć wśród ghebinców nie brakuje sporów i waśni. Choć piętno naszych ułomnych ludzkich czynów w Ghebi także widne, za swoim stoją murem. Na podobieństwo swojego największego skarbu, trwają razem wspierając się wzajemnie w wzmaganiach z losem. Rosnąc w śród gór od swej mądrości wysokich, słuchają bicia ich potężnych serc, które jak nasze kruszeją smagane wiatrów losem.

DSCF1158

DSCF1182

Za zdjęcia i pomoc w oczyszczaniu nerwowej atmosfery dziękujemy Łukaszowi 🙂

*  na tri bukvy- poszedł na ch**

Gdzie kobity 3, tam cyrk nie mały

      Samolot wylądował planowo. Szósta nad ranem. Automatyczne drzwi z mlecznego szkła zaczęły sunąć w tę i z powrotem. Lotnisko Kopitnari zapełnia się znajomymi twarzami, grupkami turystów z małymi plecakami, rodzinami ciągnącymi walizki na kółkach i niewyspane dzieci. Z niecierpliwością wypatruję znajomej twarzy przy pasie bagażowym. Wśród kolorowej zgrai zimowych, sportowych kurtek dostrzegam rudą czuprynę i robi mi się lżej na sercu. Jest! Nie ukradli nam Ewy w samolocie. To teraz jeszcze muszę czekać aż ją puszczą z torbami. I tym razem, wyjątkowo, lepiej żeby tak było. Bo jeśli nam Ewa utknie na lotnisku pomiędzy rentgenem, a celnikami, to nici z planów o Rachy. No nic trzeba czekać. Ewa wzrusza ramionami i znika ponownie za szklanymi drzwiami. „To na pewno przez te wszystkie nalewki tak ją długo skanują”- myślę sobie. Normalni ludzie wywożą z Gruzji pełne butelki, ta kobieta leci sama z torbą pełną domowych trunków do Gruzji… tego jeszcze nie było! To chyba lepiej potrzymać ją jeszcze pod tym rentgenem. Kto wie co przewozi w tych kieszeniach? Może znajdą się tam i dla nas jakieś cukierki… Trzeba pokazać, że ona nie z pierwszej łapanki.

20170114_101610

Szczęście sprzyja zuchwałym. Ewa przechodzi dzielnie przez sektor kontroli celnej , już jest nasza, już na gruzińskiej ziemi, hurraaa!!!! Czas na buziaki, papieroski, świeże powietrze i przejażdżkę lodówą (nie policyjną ale mięsną). To w ramach aklimatyzacji. Gości specjalnych z Polski i innych ciepłolubnych krajów wieziemy do mroźnej Rachy w lodówce, żeby się nieco zahartowali. Po drodze przystanek na bazarze, w lodówce nic się nie popsuje, a i gość przyjedzie najedzony. Słońce przygrzewa, więc droga całkiem czarna i przejezdna. Oczywiście oprócz przełęcz Tkibuli, tam zima hula na całego! 

Pierwsze koty za płoty i Ewa wskakuje od razu pomiędzy konie, psy i suleli. Pragulki, wino, słońce i góry. Każdy prowadzi się jak umie, a słońce przyświeca do taktu. 

Dni płyną szybko i niepostrzeżenie, każdy pełen wrażeń, pracy i nowych myśli. Jedna sprawa goni następną, czasem nie mamy czasu zastanawiać się nad rozwiązaniami, pierwsze musi być najlepsze, bo na dłuższe rozmyślania nie ma czasu. Tylko spacery z końmi po górach, do miejsc, gdzie po wioskach zostały tylko owocowe drzewa i poletka wspomnień, rozpraszają natłok zmartwień. Wiatr niesie w szczelinach niewypowiedziane słowa. Kilka posuwistych ruchów i Ewa zostaje królową kasztanków, wymiata końskie sztabki jak pierwsza stajenna. Słonecznym południem, na bykach pan przywozi kopiastą tivę. Wiłki dzierży Ewa w rękach zwieńczonych nieskazitelnymi, czerwonymi paznokciami. 

ya pamagu… – pan wymownym wzrokiem spogląda na siano, Ewę z długimi czerwonymi jak lambordzini paznokciami i Msisiarę próbującą zagonić byki. 

niet niet! my eta zdelayem!– Ewa macha ręką. 

Po godzinie tiva jest już w stajni, Msisiara jest koloru siana os stóp do głów, a Ewa może startować do programu TV “Rolnik szuka żony”. Na drugi dzień miły pan z tivą na bykach nie pyta już czy trzeba nam pomóc. Pyta tylko czy lubimy wino i podaje 2l butelkę napełnioną do szyjki. Zakupy w Ambro, instrukcja obsługi spłuczki w wc, konie cwałujące po górach, urodzinowe niespodzianki, sztywne pranie, bycie tamadą i spontaniczne wypady do Ghebi z toaletowym poślizgiem to dla niej małe piwo. Z psiakiem na kolanach pojechała z Rachy. I kto nam teraz będzie pachniał lenorem i miętowymi cieniaskami? 

SONY DSC

Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy

Ten post pozostawiamy bez komentarza, bo do tych słów dodawać już nic nie należy.

„Wychodzę z lotniska 7,45, ciepły dzień, słońce nieśmiało przebija się przez chmury, bagaż, plecak, telefon po przewóz na parking. Józik pobiegł na następny samolot-zdążył, czy nie, czekam rozglądam się-chyba zdążył! Telefon do mamy, sms do dzieci. Jadę zmęczona okrutnie. Jestem już przy Jeziorze Rożnowskim, pięknym, spokojnym, otoczonym kolorowymi jesiennymi drzewami. Rozglądam się po górach nie widać majestatycznych ośnieżonych szczytów pasma Shody czy pięciu panien Uvali, Notsary czy rzeki Rioni.

20161019_144643.jpg

Jestem w domu. Drzewka w ogródku przybrały jesienne złociste barwy, hortensje kwitną podobnie jak pelargonie zwisające że stu letniej wagi. Wnoszę bagaż. Od czego zacząć? Herbata, piję ją (czarna z Gruzji), ale to nie ten smak co herbata z liści białego rododendronu, zbieranych wysoko w górach Kaukazu. Cisza, spokój Bebe nie skamle za drzwiami. Szybki prysznic (ciepła woda wow!), padam na „na pysk” , zasypiam. Budzi mnie bardzo mocny uścisk Otiko i Rostomy i jego łzy, ściska mnie w gardle, serce wali jak młot, łzy napływają do oczu. Nawet Ivane uścisnął mnie mocno! Marika piękna kobieta o spracowanych dłoniach (maja podruga), ściskałyśmy się często, a teraz mocno i czule. Kasia i Gosia żegnamy się-szalone dziewczyny o pięknych sercach. Vai me deda!!! Zasypiam- śni mi się czekanie na „maszyne” , jazda na gorącym silniku (wariennaja żopa) do polany Didi Xopito – ech te ośnieżone szczyty Kaukazu.

20161020_110615

Jadę na „Jamajce”Jamali, masakra!!! Otarte łydki i bolący tyłek! Przed zmierzchem dotarliśmy na miejsce. Namiot geologów, rozgrzany piecyk, pyszny kurczak i ziemniaki, herbata, myszki i kochana Bebe. Godzina 4,15 rano i to niebo usłane gwiazdami, a wokół białe szczyty gór.  Zasypiam- śni mi się powrót do domu w Ghebi. Jadąc na Jamali nie widziałam pięknych widoków. Teraz mogę podziwiać piękny raczyński szlak Sartsividziri!(opis szlaku/ Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie) Jadę na klaczy Obola, przechodzimy (tak mi się wydaje) obok osady pasterskiej Tevresho, jest ciemno, a tu pada hasło „za nami jest ogier postrach wioski!”. Adrenalina strzela w górę, Józik i Bebe pobiegli odgonić narwanego ogiera, a ja zaskakuje z Oboli, biorę za lejce Jamalę, mam iść szybko. (Achu modi!) Jamala  potyka się raz po raz, za mną Coriya za nim Obola dla obrony. I znowu masakra!!! Idziemy szybko, gdzie te światła Ghebi, i te słowa Gosi – będziesz wiedzieć z przodu ogiera to krzycz głośno! Vai me deda! Na drodze utknęli chłopcy z tiva*– dobrze jest, zobaczą ogiera to go odstraszą. Idziemy, w oddali widać światełka Ghebi i tam może pojawić się następny ogier. Byle szybciej do domu po błocie i po wodzie. Jesteśmy! Chciałam masakrę to miałam!!! Zasypiam-śni mi się ciężkie życie w Ghebi, Marika ze szczerym uśmiechem, Vasiko z promiennym spojrzeniem i szerokim uśmiechem kiedy ma szlifierkę w rękach, Ivane pędzący na koniu, Otiko który zrobił dla nas pałkę z wyrytym serduszkiem i naszymi imionami, Rostoma i jego rączki zarzucone na moją szyję i łzy, Kasia robiąca śniadanie chłopcom (obiecuję jeszcze kiedyś zrobię popcorn) i Gosia szalona kobieta robiąca wieszaki i przekomarzająca się z Mariką. Ech działo się!!! Dziękujemy! „

Dziękujemy to my, Szefowi. Za Was- Chemi Sulelebi.

20161019_150226

Kaukaski spektakl

10517665_420211854852478_2327596232879133552_o

Dzień zupełnie niepodobny do innych, a zarazem jak każdy: osobliwy, wyjątkowy, niewyobrażalnie piękny i dobry. Bo dzień tutaj, to nie tylko ludzie, ich trud i miłość, ale to też inny rodzaj miłości, którą Szef nas otula. – Tą miłością jest natura.

Po kilku nieznośnie ulewnych a potem mroźnych dniach wróciło słońce. Wróciło ono z takim impetem, że góry spowite na szczytach iskrzącym śniegiem a niżej niczym woalem lasów, mienią się coraz to nowymi odcieniami złota i czerwieni. Na tym przecudownym tle pojawiają się roje biedronek, skąd ? Nikt nie wie. Przemykają one lub prześcigają się w obłędnym tańcu z pajęczynami znanego nam „babiego lata” .

A ja popijam ciepłą herbatę z liści białego rododendronu i z rozdziawioną gębą upajam się tym widokiem, nie zważając na oblegające moje ciało biedronki.

Z zachodem słońca wszystko milknie i poświata złota nabiera stonowanych barw.

Lecz zaraz rozpoczyna się kolejny spektakl – światła. Tym razem krwiście czerwone promienie słońca penetrują wyniosłe, białe szczyty i niczym w tańcu przemykają pomiędzy najbardziej ostrymi skałami. Och jakbym chciała, żeby choć jeden promień zahaczył się i został tutaj do jutra, żeby chociaż na jeden dzień słońce zapomniało schować się za horyzontem.  Hmm głupie marzenie, bo przecież noc … to kolejny niebywały spektakl… ale o tym kiedy indziej.

 

 

 

 

Na chwilę

usiądźmy tam gdzie myśli nie dochodzą

gdzie wiatr tańczy pod ramię z księżycem

gdzie marzenia najskrytsze kąpią sie w wina słodyczy

dotknijmy nagimi stopami chmur wilgoci

bezkresu błękitu, jaskrawości zachodu

dotknijmy wszytkiego co nas dzieli

spójrz to nasze wspólne niebo

Chuliganka

rest where the thoughts cannot follow

where the wind makes the moon gently spin

where the dreams unborn dive in the wine sweetness

feel the dew between the toes walking through the clouds

the depth of blue, the sunset’s scream

feel all what between us

and look, that is our sky

Tłumaczenie – Misisiara

8953498_tchocia--podejscie-z-shovi-.jpg

Tajemna mapa. Jacuzzi

Na mapie naszych wrażeń jest kilka zaczarowanych miejsc, gdzie uwalniamy nasze wewnętrzne dziecko, gdzie ulatują lub spływają złe emocje, smutki, gdzie w trybie przyspieszonym ładujemy nasze akumulatory, regenerujemy ciało i wzmacniamy ducha.

Jednym z takich miejsc jest zwane przez Chuligankę – Jacuzzi. Nazwa jednak nie ma zbyt dużo wspólnego z tym konkretnym miejscem. Definicja, bowiem brzmi: Jacuzzi to niewielki, okrągły lub wielokątny basen z hydromasażem. Jest wyposażone w dysze doprowadzające sprężone powietrze, system podgrzewania i filtracji wody.

Więc czymże jest tajemnicze Ghebińskie jacuzzi, od którego uzależniona jest Chuliganka???

to niewielki strumień górski!!! z niezbyt imponującym wodospadem, jak na tę okolicę.

13689628_494718557401807_691729041_n

Ktoś zapewne powie, no i co jest takiego niezwykłego w jakimś tam strumieniu górskim, przecież jest ich tutaj dziesiątki, mniejszych , większych. Strumień jak strumień.

Otóż wizualnie być może nie robi wielkiego wrażenia, do momentu gdy się wejdzie do niego.

Chuliganka pierwszy raz zrobiła jakieś dwa lata temu bardzo wczesną wiosną, gdy temperatura wody dochodziła do 3 stopni (latem nie przekracza 6). Temperatura powietrza wtedy oscylowała pomiędzy 14-18 stopni i niesamowicie przygrzewało już słońce. Zgodzę się, że jest to szaleństwo. Jednak po pierwszym stopniowym zanurzaniu się, po pierwszym masażu spadającą na ciało wodą z ogromną prędkością i siłą z wysokości ok 4 metrów, człowiek chce wejść tam jeszcze raz i jeszcze. Wrażenia są niesamowite i trudne do opisania. Oczywiście towarzyszą tej bardzo krótkiej i szybkiej kąpieli wrzaski szaleńca, czasem człowiek skacze jak poparzony, czasem sztywnieje na kilka sekund. Jednak efektem tego jest ogromny wystrzał endorfin, intensywny relaks i odświeżenie wręcz odmłodzenie ciała do najgłębszych jego struktur. Otoczenie jacuzzi też ma zbawienny wpływ: schłodzone powietrze, przesycone prawie niewidocznymi kroplami wody, szum wodospadu, śpiew ptaków, szelest liści, odgłosy poruszających się w wodzie kamieni.

Po za tym układ jacuzzi, wygląd zmienia się z każdym miesiącem i każdym rokiem, miejsce tylko pozostaje to samo.
DSC_1083.JPG
Trzeba to poczuć i usłyszeć…

Potwierdzają to również osoby , które Chuliganka wtajemniczyła i użyczyła im tego miejsca.

Pierwsze wspinaczki ogiera Snow

13643915_494071687466494_1132466852_n

Pierwsza lekcja młodego ogiera Snow jako zwierzę juczne: długa 4-godzinna droga z podejściem w uciążliwych warunkach pogodowych (upał, muchy, burza).

 

Kierunek: Domba

Bagaże o całkowitej masie ok 15 kg, z dzwoniącym łańcuchem-uwiązem dla Coriyi. Podejście z 1400 na 2300m.

13662408_501425673397762_1370914917_o.jpg

Rokowania dla Snow – rewelacyjne , pierwsza próba i egzamin już zdany , oswojony w szczególnych warunkach, nie oszczędzaliśmy mu nowych nieznanych dźwięków, przejścia przez gęsty las, strome i wąskie podejścia.

Otiko jest po prostu z niego dumny, a ja dumna z Otiko, który rewelacyjnie się z nim obchodzi – tak po naszemu, tj. z sercem i czułością. Myślę, że Snow szybko odwzajemni te uczucia.

13874692_501832956690367_49146915_nObóz o wschodzie słońca, „tonący” w porannej rosie pod Dombistsvaveri

 

Rancho nadal całe!

13839838_499566983583631_838399379_o.jpgRzeka Rioni nieco się uspokoiła i wody opadły. Najgroźniej było 21.07- 22.07 (Rioni szaleje) kiedy obsunęła się część ogrodu Grishy, część ogrodu Anniko i drogi. Mówimy o jedynej drodze dojazdowej do „naszej” części Ghebi czyli ok 7-8 gospodarstw. Tym rzazem mamy szczęcie i ranczo, czyli nasz nowy ogród przy mjave cxali (źródełko mineralnej) nie ucierpiał. I mimo, że przykro nam z powodu strat naszych przyjaciół, to bardzo nam ulżyło. To pierwszy ogród chłopców, który mogli stworzyć po latach stagnacji i braku motywacji dorosłych. Dlatego to strasznie ważne, żeby nie tracili teraz zapału i motywacji. 20160613_094536Rostoma przy mjave cxali (źródełko wody mineralnej)

Widząc rzekę na codzień, trudno sobie wyobrazić, że zupełnie niespodziewanie potrafi stać się realnym zagrożeniem i zniszczyć miesiące pracy. Woda potrafi zmienić swój bieg w przeciągu paru godzin, zabrać co napotka bez hałasu i płynąć dalej. Bez wątpienia, na świecie zdarzają się o wiele bardziej przerażające i dotkliwe klęski żywiołowe, ale nie w tym rzecz. Tutaj w dolinie Rioni, życie to ciągłe naprawianie szkód. Jakby fakt mieszkania w sercu tak pięknych gór, okupiony był ciągłą ludzką stratą i walką z brutalnością natury. Naturalny haracz. Takich miejsc na świecie można nadal znaleźć całe mnóstwo. Choć postęp techniczny i naukowy przyczynił się do powstania tysięcy miast, na dowód że człowiek jest w stanie wpisać naturę w system, nadal w wielu miejscach rozwiniętych mniej lub bardziej przychodzi czas, kiedy „naturalnie” musimy ponieść szkody.

Na ten temat, krótkie video z Julia Roberts (po angielsku) Mother Nature video

 

Ja ci dam debilo!

20160605_103304.jpg

Sobota rano:

To co, że przygotowania (Chleb rośnie też nocą) trwają już dobre kilka godzin. Teraz pakowanie nabiera rozpędu i w pokoju jest już chyba więcej bagaży niż ludzi. Iva siodła konie, Msisiara pakuje rzeczy chłopaków, Chuliganka planuje rozłożenie bagaży, maluchy szaleją wśród rzeczy przywiezionych przez Marikę. W torbach chłopcy znajdują ciepłe swetry, skarpety i kalosze, które zdecydowanie przydadzą się na wyprawę. Pogoda od rana nas nie rozpieszcza i kiedy jesteśmy już wreszcie prawie gotowi do drogi, zaczyna padać na dobre. Torby, mieszki, plecaki, rzemienie trafiają na konie. Trochę to trwa, bo to nie takie chop siup, jak z pakowaniem bagażnika, więc w powietrzu oprócz deszczu czuć lekki zapach niecierpliwości. Wreszcie ruszamy, ale za mzave cxali Msisiara zauważa, że Otiko nie ma swojego plecaka z częścią jedzenia. 

– Iva skocz szybko na Oboli i weź ten plecak. My pójdziemy nela (powoli). – Otiko i Rostoma zostają schowani pod płaszczami przeciwdeszczowymi i ruszamy dalej. 

Iva wraca i chwilę idziemy spokojnie. Jednak przed rzeczką w drodze do Tevresho, na Coriy luzują się bagaże i okazuje się, że plecaka Rostomy z kurczakiem też brakuje. No pięknie, wychodzi na to, że wzięliśmy wszystko oprócz plecaków, które miały iść na chłopaków. Pakowanie trzeba będzie jeszcze poćwiczyć. Zaraz będzie krzyk ale…

– Iva, musisz jeszcze raz wrócić do domu… – jest krzyk, po gruzińsku. Zapewne o tym, że chyba zwariowałyśmy, bo on przed sekundą się wracał po plecak, i że w życiu już nigdzie nie idzie, i że musimy iść bez tego plecaka.  

– Tam są też cukierki… – Iva milknie, co znaczy, że już zmienił zdanie.

– Dobra, dogonię Was. 

 Leje jak z cebra. Iva dogania nas w Tevresho i pakuje się wraz z Oto i Rostomą na Obole. Chuliganka znajduje kamień do odbicia się, bo w błocie to zbyt ryzykowne biorąc pod uwagę temperament jej wierzchowca. Po chwili uśmiecha się siedząc już na Coryi i woła do zamykającej pochód Msisiary:

– Wskakuj na Jamalę! Ona pójdzie sama. – Msisiara widząc, że nie ma innego wyboru musi ekspresowo opanować kierowanie koniem. Na szczęście Jamala to najwspanialszy koń do nauki i bez problemu rusza za Obolą. Za to Chuliganka to jeden z najskrupulatniejszych nauczycieli i wykorzystuje każdy moment trasy do wpajania Msisiarze podstaw górskiej jazdy konnej. Wygląda to mniej więcej tak: kiedy tylko Jamala z kiełkującym jeźdźcem znajdą się w zasięgu jej wzroku i głosu pada grad gromkich komend: 

– Dociskaj kolana! Nie ciągnij tak za wodze! Jak trzymasz stopy w strzemionach? Kieruj nią! Nie wyprzedzaj! Co się tak wleczesz?  Ściągnij wodze! Poluzuj wodze! nie szarp nią tak! Kieruj nogami! Przyspiesz! Co tak pędzisz?! Odchylaj się do tyłu, pomóż jej! Przechyl się do przodu jak idziemy pod górę… No co tak siedzisz jak worek ziemniaków?!?

Jamala szkolona przez Chuligankę wyjściami w góry i kilogramami cukierków chodzi teraz jak złoto. Czy Msisiara nauczy się jak worek ziemniaków przestaje być workiem ziemniaków, to jeszcze wyjdzie w praniu.

Jedno jest pewne, dżygita z worka ziemniaków nawet Chuliganka nie wyrzeźbi !

Pogoda dalej nas nie rozpieszcza, pomiędzy nieustanną siąpawicą wali w nas oberwanie chmury. Na Oboli widać tylko 2 pary oczu: Rostomy z przodu w czarnym kapturze i Otiko na zadzie w zielonym kapturze, Iva schował się w płaszczu Rostomy i wcale go nie widać. Chuliganka, choć twardziel zaczyna się zastanawiać czy jest sens ich ciągnąć w ścianie deszczu:

Biczebi, ginda dalej na Sartsi ili wracamy saxshi? (Chłopacy chcecie iść dalej czy wracamy do domu) Didi zvima (Deszcz jest duży)…

Ara! Eta niczievo (Nie! To nic) – te słowa potwierdzają tylko, że nasze chłopaki nie wymiękają i możemy być naprawdę z nich dumne.

Idziemy dalej. Jijishori (czarna rzeka) jest wysoka, ale do przejścia, i dla tygodniowego źrebaka Nicory i dla najmniejszej Bebe i dla Msisary lądującej bez kalosza pod Jamalą.  

20160604_152749Na szczęście do Jirhali Kana jest już blisko, a tam w domku Niny będzie można się wysuszyć i trochę odpocząć. Osada liczy kilka małych, już prawie nieużywanych domków- nikt nie chodzi tak daleko wypasać bydła, bo bliżej są pola Tevresho. Domki i ogrody po cichu zaczął obrastać las wplatając połyskujące włosy traw w szczerbate płoty i dziurawe wiadra. Na zakręcie przy pierwszym domku przestaje padać. To jeden z tych momentów kiedy aura w tej okolicy rozdziawia nam paszcze ze zdziwienia. To jakby przejście z jednego pokoju do drugiego, za nami widoczna ściana deszczu nad nami palące słońce. Cieszymy się na hasanie po pas w chaszczach.

Kiedy tego najmniej oczekujesz, życie nagle daje Ci cukierki- po domku Niny, już dawno nie odwiedzanym, nie spodziewaliśmy się wiele. A tam: piecyk, drzewo, 2 łóżka na klepisku i linki do suszenia! Ten luksus zawrócił nam w głowach. Do tego jeszcze włączone nagle na full słońce… Wszyscy jak po zastrzyku glukozy zaczęli wyskakiwać z mokrych ciuchów, składać trubę (rura do pieca) rozpalać, przynosić wodę na herbatę. Po chwili znalazły się jeszcze garnki i sztućce, przez co Chuliganka już miała ułożony plan kulinarny na całą wyprawę. W domku zrobiło się cicho, bo chłopcy czmychnęli w las bawić się w Robin Hoodów, Robinsonów Cruzoe i gruzińskich Indian, wracając z naręczem świeżo zrobionych łuków i strzał. Chuliganka i Msisiara też poszły wytyczać swoje ścieżki w wysokich trawach i podziwiać widoki rozległych łąk Xopito, aż wszyscy spotkali się znów przy rzece. Zabawom i żartom nie było końca. Wtedy też miała miejsce słynna już akcja Titanic z Kasią i Otiko w rolach głównych: ona balansując na strzępach zwalonego mostu nad wzburzonym turkusem lodowcowej rzeki Zophituri, on widząc kolejną nadchodzącą katastrofę krzyczy z wysokiego kamienia:

– Kasia złaź, zaraz wlecisz! – no i wykrakał. Msisiara chlupnęła i wyskakuje udając, że niby nic się nie stało. Otiko woła zaś wzburzony w wersji gruzińsko-rosyjskiej:

– Kasia, ja ci dam debilo!!! No mówiłem, że zaraz wlecisz!!!

dsc_0580

Iva z złotym łańcuchem na szyi i wyostrzoną pałeczką pomyka między kamieniami odgrywając dla nas komediowe sceny. Oto zamienia się w Robin Hooda broniąc nas z dachu, Rostoma jak zawsze myszkuje przynosząc z niegdyś ogrodu szczypior, por i czosnek do zupy. Chuliganka znajduje zioła i szczaw goniąc za Coriya i Jamalą- stara się uchwycić na zdjęciu ich flirty. Msisiara zaczyna jeszcze mecz tenisa patykami i butelką. (I wierzcie nam, w życiu nigdy nie pomyśleli byśmy, że parę miesięcy później rozegramy mecz prawdziwymi rakietami!)

Wieczór w nowym miejscu oczywiście nie może się obyć bez dyskusji pt: “Kto, gdzie, z kim”… Śpi, oczywiście. Łóżka są dwa, więc opcja dziewczyny z lewej, chłopaki z prawej wydaje się zupełnie przyzwoita. Jednak chłopcy wyskakują (dosłownie) z pomysłem wniesienia do naszej malutkiej izby leżanki, którą spostrzegli wcześniej w komórce. Już nie ma co oponować, choć jedna noga się chybie, i materiał trochę nie trzyma się ramy…

– To tu położymy skórę barana z domku Gio i Gurami! Będzie miękko i ciepło 

– No to w sam raz dla Msisiary! Jej jest zawsze zimno 

Zanim przygotujemy się do zasypiania przy migającym płomieniu lampki naftowej, tradycji musi stać się zadość- Chuliganka nie przepuści okazji zaprzyjaźnienia się z nowym piecem. W trymiga rozbujała go do czerwoności. Chłopcy porozbierali się chyba do majtek, Msisiara szybko uciekła z wymoszczonej baranią skórą “podpiekanej” leżanki (na której, koniec końców nocowała Bebe), a Chuliganka z czystym sumieniem ogłasza, że pierwszy dzień ekskursji możemy uznać za zakończony. A kto buszuje nocą w domku Niny dowiecie się rano…

tennis.jpg