coriya

17499561_601646393375689_3826563093595264115_n

Coriya – Coriś – Cori, co po gruzińsku znaczy jastrząb. Ten kto dał mu to imię, wiedział co robi, przewidział jego lekkość, szybkość i serce rwące do biegu. Spokojny, woli stać z boku i popatrzeć niż wdawać się w dyskusje i końskie kłótnie.  Przez 3 lata słuchał tylko dzikiego wiatru a człowieka omijał wyjątkowo wielkim łukiem. Nie znał czułych rąk i galopu we dwoje. Trochę czasu minęło zanim przekonał się do buziaków, czochrańców i kanapeczek. Choć nie wpycha się w kolejkę jak Snow i Jamala, widać że ciekawość robi swoje. Serce do biegu i nogi zrywne ten chłopak posiada, jednak nie każdemu pozwala zasiąść na swym zacnym grzbiecie. Określenie „nie każdemu” należy uściślić albowiem tylko dwie osoby toleruje : Ivane i Chuligankę. Choć nie raz  Ivę zrzucił a Chuliganka musiała ewakuować się z siodła w trybie natychmiastowym . To i tak jest to nic do tego w jaki sposób traktuje gruzińskich śmiałków.

13517589_488971394643190_5439288248185070630_o

Kiedy chłopaczyna chce sobie pobiegać w górach lepiej mu na to pozwolić i delikatnie kontrolować, bo gdy zabroni mu się kategorycznie, pokaże natychmiast co potrafi. I to jest cecha, którą kocha w nim najbardziej Chuliganka, którą jak nosi lepiej też jej odpuścić. Dwa wariaty zawsze się znajdą:D  No cóż a Coriya narwany jest jak każdy młody facecik 😀 I to on jest najlepszym i najszybszym koniem w Ghebi, z tych dosiadanych. A w 2017 był najlepszym spośród 30 w okolicy Oni, wygrywając doroczny bieg z okazji jednego z ważniejszych świąt w tej okolicy. To chyba jedyny z piątki Chuligankowych konisi, który cierpliwie znosi gadanie Chuliganki i jej filozoficzne wywody „na ucho”. Na werbalne pieszczoty i zachwalanie aż mruży oczy.  Smakołyk – różowy telefon i chleb, wykopie go z najbardziej zakamuflowanego plecaka .

14690934_1309300412422522_6815185857963687265_n

Wróg – Kekulas-cxeni i Mishas-cxeni – ogiery bardzo terytorialne i agresywne. Najlepszy przyjaciel – Snow ( dopóki jeszcze źrebak) a Chuliganka ma nadzieję nieskromnie, że …i ona. Najpiękniejsza cecha Coriyi – małomówność.

 

 

17795966_1486356248050270_6382124813739483030_n

Reklamy

wyjątkowa Wigilia

P1140704.JPG

Czasem życie robi nam niespodzianki , że tylko pomyślimy a wszystko zaczyna się układać i realizować z naszym małym lub większym zaangażowaniem. Ok małe sprostowanie nie tyle życie co Szef. I w tej Wigilii do końca przygotowanej po polsku też Szefuńcio maczał swoje boskie palce).

Zanosiło się, że kolejne święta w Gruzji Chuliganka spędzi sama …  od 5 lat przywykła. Ciągle na obczyźnie a to tu, to tam.

Jednak pewna, niedawna i nic nieznacząca rozmowa powróciła w zupełnie innej odsłonie. Dla kogoś byłaby to pierwsza Polska Wigilia a dla Chuliganki cóż niby nie chciana,  a jednak gdzieś w głębi serca – wytęskniona. No i bach na 3 dni przed, rozbrzmiewa telefon …

–   robimy… udało się!!! mam tydzień wolnego, przyjeżdżam!!! Chuliganka starym zwyczajem wpadła w panikę

–   nie zdążę wszystkiego przygotować !

–   ok, to zrobimy kilka dni później, albo może nie szykuj wszystkiego jak tradycja przewiduje…

–   o nie !!! tak to nie będzie , bo widzisz to nie są moje czy twoje urodziny, które można obchodzić kiedy się chce i kiedy jest się na to gotowym …

–   rozumiem, spokojnie, będzie dobrze. oddychaj – wdech, wydech, wdech…))) no już, a teraz usiądź i na spokojnie zrób listę zakupów i wieczorem mi wyślij.

–   ale ja już mam listę – odparła Chuliganka dumna, że nie porzuciła nadziei na wspólne święta. Głos w telefonie nie pytał już na co , po co, skrzętnie notował z kilku powodów: wiedział jak ważne jest dla Chuliganki, żeby wypadło wszystko dobrze. Sam bardzo chciał przeżyć taką Wigilię pierwszy raz i najważniejszy z ważnych powodów: żeby, gdy wróci, Chuliganka nie „zjadła mu mózgu”, jeśli o czymś by zapomniał. I tak zakupy odbyły się nie po „Chuligańsku” ale na całe szczęście obyło się bez większego „wytaskiwania mozga” (zamęczania).

Gdy już wszystko było pewne a  (nazwijmy głos z telefonu) Śniegożerca wyjechał z Tbilisi, Chuliganka złapała co prędzej za telefon i zadzwoniła do Mariki.

–   Grażdanka, nu kak ti? – nie czekając klasycznej odpowiedzi, rozemocjonowana zaprosiła rodzinkę na pierwszą polską Wigilię w Ghebi.

–   ale przyjdźcie wszyscy, niet drugowo warianta, wse eta znacit wse, xo? – czuć było obopólną radość na łączach.

I wtedy wielki przedświąteczny ogień zapłonął w domku na górce. Ile Chuliganka mogła przygotować z tego co miała, to zrobiła. Na stole stały już tylko miski, garnki i wszelkie niezbędne instrumenty, których zazwyczaj używa się w kuchni, jakby czekały na powrót Śniegożercy aby mógł tylko wrzucić produkty. I tak też się stało. dzień, nie dzień, noc nie noc. Sytuacja wymagała sprężenia a to dla Chuliganki chleb powszedni, więc do dzieła.

Zaczęły lepić się pierogi, uszka kipiały, ciasto na piernik dojrzewało. Nieświadomy          (albo może jednak świadomy) szaleństwa, które właśnie się odbywało pod osłoną nocy , Śniegożerca smacznie spał. Raz po raz jednak otwierał jedno oko, jakby sprawdzając czy wszystko w porządku. Lecz gdy pokaźny piernik wyjechał z duchowki (piekarnika) i zapach wypełnił komnatę, rozbrzmiał głos :

–   jak dla mnie te 12 potraw może być właśnie takie…po czym rozległo się ponownie przeciągłe chrapanie.

Za oknem sypał śnieg na potęgę, a to dodawało jeszcze większej radości i animuszu Chuligance. Oj nie pamiętała ona tak śnieżnych świąt w swoim życiu. – padaj śniegu, padaj – śpiewała pod nosem, mając nadzieję, że na następny dzień Śniegożerca wyruszy w góry i nikt nie będzie się kręcił jej po kuchni i wchodził pod nóż. A wszystkie gospodynie świata wiedzą najlepiej , że święty spokój w kuchni to połowa sukcesu udanej wieczerzy.

Nadmiar mokrego i ciężkiego śniegu pokrzyżował plany, awaria prądu i nastała wszechogarniająca ciemność . Czołówka na głowę, dwie świeczki i jazda dalej, choć już nie z takim rozmachem, tak więc cały rozgrzany do czerwoności piec zajęły garnki z warzywami do sałatek a Chuliganka legła w pościeli.

Jak wiecie, nie może być tak, żeby ktoś lub coś nie pomieszało szyków Chuliganki. I tak tym razem kolejny dzień przyniósł kolejny atak paniki. W związku z tym, że nie wszystkie produkty były odpowiednie lub wystarczające, a przy okazji Śniegożerca chciał sprawdzić jedno miejsce padło hasło:

–   jedziemy do Oni.

–   Nie, nie, nie zdążę ze wszystkim , a jeszcze wieczorem mamy odwiedzić Marikę? I jeszcze wjedziemy do Rezo??? O matko, nie zdążę!!!

–   spokojnie damy radę.

–   damy? chyba chciałeś powiedzieć ja dam radę)

–   tak, „damy” bo pomogę Ci.

–   dobra nie trzeba, jakoś to ogarnę, to jedziemy. Nie myślcie, że Chuliganka tak ugodowo od razu podeszła do sprawy ) w jej głowie rosła … choinka i wyrosła już do takich rozmiarów, że trzeba było ją ściąć. No bo jak Wigilia bez zielonego drzewka?

DSC_0374.JPG

Nie obyło się bez długiego dialogu o ekologii i wicince drzew, jednak „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki dokonały swego. Piękna dwumetrowa jodełka znalazła się w samochodzie. A tam już rozpoczęło się szaleństwo małego dziecka – całowanie gałązek, gadanie do drzewka i wszechogarniający śmiech radości.

Po drodze w takiej śnieżycy  przygód w postaci przerwanej drogi nie brakowało, ale obfity śnieg potęgował radość i Śniegożercy i uhahanej od ucha do ucha wariatki, która gotowa była robić orły lub anioły przy każdym postoju.

Nastał wieczór, prądu brak ale:

–   chwila, chwila przecież mamy generator, – a to już pole do popisu dla Śniegożercy. Moment i cały dom rozbłysnął światłem i radością, że Chuliganka może spokojnie kontynuować swoje przedświąteczne szaleństwo. W międzyczasie do domku na górce dotarł Alex – wolontariusz z Francji, który zapowiadał się od dwóch miesięcy. A jednak dotarł … przemoczony do suchej nitki, wymęczony podróżą ale dotarł. Błysk w oku Śniegożercy był znajomy – będzie komu odśnieżać)

–   daj mu odpocząć, zobacz jaki wymęczony drogą…

–   dzisiaj tak ale jutro…))) Fakt faktem śniegu przybywało w zastraszającym tempie. I tak też wigilijny poranek panowie rozpoczęli od torowania dróg do miejsc strategicznych. Czyli na pierwszy ogień poszedł wychodek.

Chuliganka miała święty spokój w kuchni, więc wszystko grało. Konie tylko w lekkim szoku, zapadając się po brzuchy w białym proszku, z niedowierzaniem mrużąc oczy i szukając pocieszenia na Chuliganki ramieniu, głowie lub twarzy, gdy prowadziła je do wodopoju. Nawet Coriyi wywietrzały z głowy ostatnie szaleństwa, szedł za swoją panią jak pokorne cielątko.

A w domu … obrus już błyszczał na stole, panika gospodyni jednak się wzmagała. Wtem do domu wkroczyła choinka a za nią Śniegożerca z pełnymi kieszeniami siana. Chuliganka z wielkimi roześmianymi oczami zdążyła powiedzieć:

–   nie tak dużo, symbolicznie miało być

–   miało być siano, jest siano, dawaj podnoś obrus i nie marudź ) „Symboliczne sianko” zakryło połowę stołu. Kiedy w garnkach odbywało się ostatnie mieszanie, zastawa błyskawicznie pojawiła się na stole

–   pamiętasz o dodatkowym pustym miejscu?

–   pamiętam ale przecież mamy wędrowca … no i jak tu nie zgodzić się ze Śniegożercą, Alex to typowy wędrowiec, obrał właśnie taki styl życia. A swoją drogą Śniegożerca nieźle zapamiętał moją opowieść o tradycyjnej katolickiej Wigilii.

–   Gosia, ktoś Cię woła. Chuliganka spojrzała na zegarek, zakładając gruzińskie zamiłowanie do niepunktualności odparła:

–   nie to nie może być jeszcze Marika, choć do dwudziestej brakowało minuty. I wtem na balkonie rozbrzmiał świąteczny gruziński śpiew. Jako gospodyni tego domu wprowadziła kolędników i wszyscy razem usiedli do stołu. Żeby tradycji stało się zadość była modlitwa, przetłumaczona na 3 języki, były życzenia, i skrycie łezki uronione. Zabrakło opłatka ale wszyscy podzielili się sercem, tym, gdzie w każdym człowieku niezależnie od światopoglądu i religii, Bóg mieszka. Dom wypełnił się śmiechem, radością i ciepłymi spojrzeniami.

I nie miały znaczenia: nieustrojona choinka, brak opłatka, brak prezentów, bo o szczęśliwych świętach stanowili ludzie, którzy zasiedli w tym dniu do wspólnego stołu … ci najbliżsi sercu Chuliganki. A choć wielu jeszcze chciałaby wtedy widzieć, była z nimi myślami i sercem…

Równie szczęśliwych Świąt i Nowego Roku oraz dni w naszym życiu, każdemu życzę, by umieć cieszyć się drobiazgami i każdą daną nam chwilą. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce a po nocy przychodzi dzień. Niech każdy kolejny dzień będzie dla nas świętem, skoro otworzyliśmy oczy i możemy go przeżyć.

DSC_0355.JPG

 

 

 

 

wywiad z Życiem albo rozmowa o błocie

to nie będzie wpis okraszony zdjęciami lub słodkimi , zabawnymi rysunkami. to będzie suche, zimne brutalne życie a raczej wywiad z nim. który nie nastraja  ani świątecznie ani jakkolwiek optymistycznie. więc jeśli ktoś nie chce psuć sobie nastroju to zaleca się zakończyć czytanie w tym miejscu.

–   hej co tam u ciebie Życie, dawno nie rozmawialiśmy…

–   nie wiem, jakoś leci. co ja tam wiem, wszystko normalnie , po staremu znaczy.

–   usiądź, masz ochotę na coś? xaciapuri, lobiani, kawa?

–   nie, nie jestem pełne…. odparło Życie i długa chwila milczenia zaległa pokój. Życie usiadło ze zwieszoną głową, tępo wpatrując się w podłogę, jakby przeliczając ziarna piasku w szparach pomiędzy deskami.

–   no co tam opowiadaj, co słychać w domu, u kolegów, w szkole? nie chcę ciągnąć cię za język pytaniami, opowiadaj, jak starzy kumple pogadajmy.

–   co ja tam wiem, nic nie wiem ………… siedziało tak Życie dalej nie wiedząc nic, jednak nie chcąc wyjść, uciec przed rozmową, oczekiwało czegoś. jednak trudno było mi zbliżyć się jak dawniej. wiedziałam, że jest jakiś ogromny problem, tylko jak go wyłuskać?

–   ok, to może w inny sposób … dlaczego palisz? wiem też, że pijesz już, dlaczego? co się dzieje? dlaczego nie chodzisz do szkoły?

chyba Życie spodziewało się tych pytań, a być może i czekało na nie. podniosło głowę i lakonicznym uśmiechem na zaciśniętych ustach, znacząco wzdrygnęło ramionami  -„nie wiem” – ale nie powiesz matce? wycedziło, wiedząc tak czy tak, że pomimo, że nie pochwalam to trzymam sztamę.

–   bo widzisz tutaj tak jest, wszyscy tak robią, a ja też jestem wszyscy, bo dlaczego nie? mój ojciec tak robił, mój brat, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. odpowiedz mi, dlaczego ja mam być inne? tutaj nie możesz być inny, tutaj musisz być taki sam. nie chcę już być inne, zmęczone jestem.

–   eh Życie co ty gadasz… nie chciałam przerywać myśli, bo widziałam, że w końcu Życie się otworzyło. zawołało tylko psa by móc go głaskać, jakby to przydawało mu pewności i łagodności. i tak jednostajnym monotonnym ruchem wtapiało swoje palce we włosy psa, nie spoglądając już na mnie.

–   widzisz mam błoto na walonkach – to jest moje, nasze, tutejsze błoto , nawet jeśli je strzepnę, zmyję w strumieniu; za czas jakiś, zanim dojdę do domu znowu się przyklei. widzisz mam w podeszwie kupę krowy… to tutejsze, nasze i nawet jeśli zmyję, albo zmienię buty jutro, pojutrze znowu kolejne mi się przyklei…

–   ja mam to samo błoto , ale przecież nie o błoto cię pytałam, co się dzieje i dlaczego tak się dzieje?

–   tak. tylko ty wsiądziesz do samolotu, wrócisz do siebie i będziesz mieć już tylko czyste buty…

–   być może ale ja jestem tutaj, jeśli potrzebujesz pomocy ty lub ktokolwiek, to ja jestem tutaj .. z waszego powodu.

–   hmmm … zamyśliło się Życie spojrzało jeszcze raz na mnie i znów wymownym wzdrygnięciem ramion odpowiedziało „nie wiem”. –  Ty ? już nie możesz, bo jak? ty już nie masz pieniędzy. widzisz …nie możesz pomóc. ok, tez masz to samo błoto na butach, trudzisz się tak samo jak my. ale patrz przed tobą stoi wielka brama, a przede mną drewniana rozklekotana furtka. za twoją bramą jest inne życie, czysty świat. popatrz, przejdź przez moją … co widzisz? nadal to samo błoto i gówna.

–    ok, ok rozumiem o czym mówisz, ale ja nadal tu jestem, obiecałam i dopóki sił i zdrowia wystarczy będę tutaj. i będę codziennie z tobą przechodzić przez tą rozklekotaną drewnianą furtkę. więc w czym problem? starałam się bardziej stanowczo zaakcentować fakt, że nadal tu trwam, jednak tak aby nie spłoszyć myśli i słów Życia.

–   mogę nadal tobie i wam pomóc, i do tego nie są potrzebne pieniądze…pamiętasz twój i kuzyna pomysł na przyszłość, na wasz biznes w przyszłości? na tej polanie, gdzie kosiliśmy razem siano, wtedy wieczorem przy ognisku.. mogę wam pomóc, pokazać jak do tego dojść.

–   hahhaha- roześmiało się już w głos Życie – to były wygłupy, to się nie uda bez pieniędzy. i co z tego, że ja będę się trudzić, nie jestem tutaj samo. jestem zmęczone robieniem wciąż za kogoś, a ten ktoś mi nie pomaga i zabiera to co wypracuję.  jasne ty mi pomagałaś ale ty to nie wszystko w wielu sprawach ty nie możesz… eh – zasępiło się znowu Życie wtapiając palce w sierść psa który owinął się z pełnią zaufania wokół jego nóg.

bolesna cisza zaległa po tych słowach znowu komnatę, wciskała się boleśnie w uszy i w serce.

–   i wiesz co ? – spojrzało Życie swym przenikliwym wzrokiem jeszcze raz, jakby w głąb mojej duszy…- ja już nie wierzę, jedno wiem, ty też  wyjedziesz. wyjedziesz zanim…, zanim cokolwiek będzie inaczej. Nie wierzę już w obiecywanie, nie wierzę w słowa. wierzę tylko w moje błoto, które jutro znowu będzie takie samo i tak samo będzie kleić się do moich walonek.

 

Lacrimosa

 

DSC00856.JPGBrakuje mi Ciebie… Ty – kimkolwiek jesteś

złudnym marzeniem, jawą we śnie, snem na jawie

kimkolwiek jesteś.

Brakuje mi Ciebie

gdy chmury ponuro zakrywają nieboskłon

i gdy szczyty lśnią srebrem kuszącym

brakuje mi Ciebie

Twoje miejsce przy stole krzyczy pustką

i słoneczniki smutno głowy zwiesiły

a gorzka kawa jest słodsza niż każda kolejna chwila.

Brakuje mi Ciebie

Twego szaleństwa, zwariowanego gwaru

apetytu na europejską kawę

brakuje odgłosu Twych kroków

głośniejszych niż wszystko wokół.

Brakuje mi Ciebie

w prozie życia

w szarości poranków

w zmęczeniu wieczorów.

To miejsce jest martwe …

a chleb nie rośnie już jak dawniej

თქვენი ოჯახის

20160508_112330

Ta pomyłka przy powstawaniu nazwy bloga czyli „moja” nie „nasza” w tym momencie staje się bardzo wymowna. Nadal jednak zostaje moja rodzina i choć w brutalnej rzeczywistości już nie jest nasza to wciąż moja.

Życie dostarcza nam wielu miłych, wspaniałych i wzniosłych chwil ale również i tych trudnych, mozolnych i nudnych. To od nas tylko zależy jakiego dokonamy wyboru. Są ludzie, którzy wciąż szukają swojej drogi, swojego miejsca, swojego powołania. I to jest w mojej osobistej opinii bardzo dobre, na pewno lepsze niż pozostawanie na jednej drodze, która nie daje nam radości, jest wegetacją lub prymitywnym zaspokajaniem potrzeb czasem tylko tych fizjologicznych.

Wszystko co nowe wydaje nam się cudowne, ciekawe, ale gdy opada zasłona oczarowania i zaczyna się szarość życia i ciężka praca, problemy, czasem monotonia, wtedy właśnie poznajemy samych siebie najlepiej . Wtedy właśnie mamy zwycięzców i przegranych, wtedy człowiek człowiekowi – wilkiem lub człowiekiem. Ale dopóki żyjemy zawsze mamy szansę naprawić to co się popsuło, możemy wrócić i spróbować pójść trudną drogą jeszcze raz bo na szczyt nie ma łatwych dróg. Miłość ta prawdziwa też nie jest łatwa , wymaga wyrzeczeń , jest sztuką wybaczania i dawania kolejnych szans, przepraszania i próbowania. I gdy opadną już emocje, gdy minie oczarowanie i zachwyt tym nowym , pięknym, łatwiejszym ta stara dobra miłość zawsze na nas czeka. Bo ona nigdy się nie kończy , nie umiera, nie starzeje się. I choć nie bywa wylewna to zawsze poukłada ubrania w szafie , poda gorący posiłek po ciężkim dniu, położy dodatkowy materac do snu i zawsze będzie się o nas martwić, nawet marudząc, żeby założyć bandaż  na obolały staw . I jak przyjdzie co do czego nigdy nas nie zostawi.

W związku z tym, że chemi family żyje, chemi da tkveni ojakhi nadal istnieje postaram się kontynuować  blog, pomimo wszystko.

 

Wigilia prawdy

To post przede wszystkim dla tych co obchodzą święta bardzo tradycyjnie i  dla tych również, co unikają świąt w domu, z rodziną i dla tych ludzi, dla których najważniejsza jest mistyka tych dni a nie cała ta kolorowa otoczka. Mam nadzieję, że każdy odnajdzie odrobinę  siebie w tym tekście.

szopka.png

„W wigilię rano na yr.no sprawdziłam pogodę w Betlejem, tak po prostu. Być może z ciekawości, być może chcąc nie chcąc, gdzieś w moim sercu i głowie budziła się wigilia Bożego Narodzenia. Z daleka od rodziny, od przyjaciół, z daleka od kościoła, z daleka od wszelkich wygód, z daleka od obłudnych i znanych tylko przy okazji świąt uśmiechów i życzeń. Z daleka od tego co bliskie memu sercu i z daleka tego co dalekie. Decyzja o pozostaniu tutaj pomiędzy górami, pośród biednych ludzi, w trudnych warunkach, (bo nie są one najcięższe z tych, jakie w życiu widziałam) była moja i tylko moja i ani przez chwilę jej nie żałuję. Wiem, że wielu ze znajomych, dawnych pseudoprzyjaciół, czy nawet z rodziny nadal nie akceptują mojej decyzji, dziwią się, negują. To wszystko wrzucam do worka zwanego „motywacja”.

W dzisiejszą Wigilię Bożego Narodzenia w Betlejem powinno być ok 5-6 stopni , cóż zimno. Ale może wtedy 2016 lat temu może było cieplej w tamtym rejonie , a może jednak zimniej biorąc pod uwagę ocieplenie klimatu. Tak czy siak za zimno, by w stajni, obórce, boseli mogło narodzić się dziecko. Wyobrażam sobie, jak w naszej obecnej stajni, (która i tak jest niezła), lub Ghebińskim boseli, w temperaturze jaka towarzyszy mi od dwóch tygodni w pokoju gdzie śpię,  i to w takich warunkach miałby narodzić się Jezus??? Ciarki mnie przeszywają, przyzwyczajona do podgrzewanych, klimatyzowanych, dobrze wyposażonych porodówek, ciężko mi to pojąć. Siedzę na sianie w zimnej stajni, dotykam kłującego źdźbła rękoma i moja wyobraźnia wariuje, odrzuca to co było faktem.

Jak mogłeś Boże, w takich warunkach? I dlaczego od razu wszystko co najgorsze wziąłeś sobie na głowę – bezdomność, uchodźstwo, odrzucenie, margines społeczny, dlaczego?????????  Zastanawiam się, kto w Polsce odważyłby się teraz o zmierzchu przyjąć pod swój dach rodzącą bezdomną uciekinierkę? Może Ty?

Boże !!! dobrowolnie odrzuciłeś to, co dla człowieka w życiu jest istotne i co dla wielu stało się celem samym w sobie, celem życia? Zrównałeś się od samego początku z tymi, których my odrzucamy lub przynajmniej nie zauważamy?  Rozumiem to, więc nie pytam już dlaczego. Zrozumiałam to jakiś czas temu pośród bezdomnych i chorych. Zrozumiałam w podartych namiotach Syryjczyków, zrozumiałam w każdej ranie zadanej przez drugiego człowieka, zrozumiałam w zapłakanych oczach sierot i ponownie zrozumiałam tutaj w zimnej stajni w biednej wiosce, gdzie bardzo często kilka ziemniaków musi wystarczyć na sutą kolację. Właśnie po to przyszedłeś w takich okolicznościach i warunkach bym to wszystko zrozumiała. Dziękuję. Od narodzin Jezusa w Betlejem nic się nie zmieniło: żyją pośród nas bezdomni,  uchodźcy, brat zabija brata, owszem cywilizacja rozwinęła się bardzo a z nią znieczulica, wygodnictwo, ślepota na najbardziej potrzebujących, pieniądz i rzeczy materialne stał się bożkami a symbole wzięły górę nad sensem wiary.

Boże jestem szczęśliwa i dumna, że jesteś moim Bogiem. Przepraszam, że nie w każdym człowieku od razu widzę Ciebie”

Instrukcja przewozu bagażu nietypowego

To, że dzień bez hardcoru dla Chuliganki jest dniem straconym, to już zapewne wszyscy wiedzą. Dzisiaj przypatrzymy się Msisiarze, bo osoba to nietuzinkowa.

Nie taka Msisiara (tchórz) z niej, jak ją malują. Każdy przyzna, że wymaga wielkiej odwagi pakowanie się na odprawę na lotnisku z bagażem podręcznym, którym jest … niewymiarowa KOBIAŁKA. Tak proszę Państwa, łubianka, koszyk bambusowy (w tym przypadku) pewnego pięknego wczesnego poranka stanowił bagaż podręczny naszej bohaterki ulatującej do Polski. Bidula całą noc nie spała kombinując jak go przemycić i jak przekonać służby lotniska aż wreszcie obsługę samolotu. Kilka wersji trzymała w zanadrzu: prezenty Bożonarodzeniowe dla rodziny (co oczywiście było prawdą), „wersja na debila”, „na początkującego turystę” (co w realizacji bardzo przypomina wersję na debila), „na Swańskiego Kapturka” (nie dysponowała czerwonym kapturem więc posiłkowała się czapką swańską). Myślała również o wersji „koszyk pełen granatów” – ale staraliśmy wszyscy wybić jej to z głowy. Takiego stresu dziewczę jeszcze dotąd nie przeżywało.

received_10154803894697065

„A cóż w koszyczku nasz Kapturku niesiesz?”- zapyta niejeden z nas. Wszystko co gruzińskie: ser, przyprawy, herbatę, wino i drobne upominki dla rodzinki. Cóż, faktu, że wino w podręcznym nie przejdzie przez odprawę, była świadoma, więc upchnęła nieświadomemu koledze w duży bagaż rejestrowalny. Trzeba sobie przecież jakoś radzić, bo jak wrócić z Gruzji bez wina, cóż za faux pas, nie przystoi to przyszywanej Ghebince.

Gdy wybiła godzina O (odprawy) odważnie pomknęła do kolejki, ani jednego nerwowego ruchu czy mrugnięcia powieką. Okazało się jednak, że lot odwołany. Nie znając przyczyn jeszcze owego zdarzenia, wszyscy, którzy z daleka śledzili losy Kasi i KOBIAŁKI byli przekonani a zarazem przerażeni, że Msisiara zastosowała metodę „koszyk pełen granatów”. Z jaką ulgą przyjęliśmy informację, że problemy techniczne i odwołany lot wynikały z nieodśnieżonej płyty lotniskowej. No cóż zdarza się najlepszym 🙂

Stres przedłużał się i narastał, ale nasza dzielna przemytniczka kobiałek nie próżnowała – wymyśliła kolejny wariant: „na wdzięki”. Metoda przetestowana dokładnie w Gruzji, więc mogło się udać. W przypadku żeńskiej obsługi odprawy miały mieć zastosowanie wcześniej wymienione warianty.

  • ” już po odprawie !!!” – wrzask szczęśliwej Msisiary uspokoił mnie, choć przyznam, że do dzisiaj nikt nie wie jaka metoda została zastosowana. Nie mniej jednak ja typuję „na wdzięki” – wiało wtedy okrutnie, śnieg zniknął nagle z lotniska a to wszystko wskazuje, że nasza dzielna Kasia trzepotała swoimi rzęsami jak flaming podnoszący się do lotu.

Tak więc bywalczyni bazarów, prawie jak gruzińska haziajka-przekupka, przemytniczka KOBIAŁKI szczęśliwie doleciała do Polski. Teraz musi się tylko szybko przeobrazić w wielbłądzicę trójgarbną i może wracać do Gruzji, gdzie wszyscy czekają na nią w utęsknieniem.

_20161225_203646

 

Czy konie gadają ludzkim głosem? czyli Wigilia Chuliganki.

… Być może, jednak zanim dotrzemy do odpowiedzi, usiądźcie wygodnie kochani czytelnicy i spróbujcie sobie wyobrazić pewną Wigilię.

„czy jest tu jakiś cwaniak? … tak ja jestem cwaniak …Siwy! tu jest jakiś cwaniak … to Pan daje piątaka a cwaniak trzydzieści ….” pewnie każdy zna tą scenę z „Chłopaki nie płaczą”  My też mamy kilku takich cwaniaków. Coriya i Jamala to najcwańsze z cwanych. Chuliganka na własnej skórze odczuła dzisiaj określenie „kuty na cztery nogi” i choć teraz nie podkute, 4 łobuzy dały jej popalić i zadbały o jej kondycję fizyczną.

„Idę sobie na piechotkę do naszej stajenki, wiesz trzeba zagonić konie do środka, bo w nocy znowu trzaskający mróz będzie i nakarmić łobuzy.  Idę sobie i tak myślę: sianka mamy dużo, Jamala może udawać osiołka, Coriya – potulnego konika… poczekam tam sobie na pierwszą gwiazdkę, pogadam z Szefem, bo to przecież wyjątkowy wieczór, a może i wreszcie nasze kunie się przede mną otworzą i zaczną wreszcie po ludzku gadać…zobaczymy co się wydarzy…”

Taki oto scenariusz Wigilii układała sobie Chuliganka w rozgrzanej dzisiejszym niebywałym słońcem głowie ( o tej porze roku w tej części Rachy +10 to fenomen).  Cóż to słońce przygrzało nie tylko w jej głowie, jak się później okazało. Odpowiedź na ostatnie pytanie uzyskała szybko… zdemolowane ogrodzenie. Ups – „łobuzy uciekły!” (słowa w wersji lightowej), no tak zasmakowała im poranna trawka na pobliskiej górce, gdzie słońce sukcesywnie wytapiało zalegający śnieg. Dobre serce Chuliganki podyktowało jej dzisiaj rano, żeby wypuścić konisie na pragulkę (spacer). Notabene spacerek ten nie odbył się bez ekscesów. Jamala grzecznie podjadająca soczystą trawę, reszta towarzystwa zdała się na cwaniactwo Coriyi i po najmniejszej lini oporu bezczelnie podjadało kradzione siano u sąsiada.

Coriya pieszczotliwie do dziś zwany Coriś, teraz – cwaniak, delikatnie podskubywał źdźbła z „balkoniku” szopki, że aż spora porcja sianka spadła na uszczęśliwione towarzystwo. Jeśli mówiłby jak człowieki, zapewne rzekłby :” że co?, że ja ? ja nie! samo spadło…”

Ale wróćmy do planów wigilijnych Chuiganki. Jak wcześniej wspomniano, plany już na wejściu spaliły na panewce. Cóż, trzeba było zakasać nie tyle rękawy co nogawki i szukać uciekinierów, bo zmierzch za pasem. – „cholera z pierwszej gwiazdy też nici, bo przecież nie będę wypatrywać kuni na niebie, eh dobrze, że wzięłam czołówkę”. I z tą myślą Chuliganka widząc po śladach kierunek ucieczki łobuzów rozpoczęła swój morderczy bieg. gonitwę za końmi, wyścig z czasem i zmierzchem. Całe szczęście nie zaszły za daleko, złapała więc szybko za kantar Jamalę, licząc, że reszta towarzystwa pójdzie za prowokatorką całego rozgardiaszu. Nic bardziej mylnego, pozostałej trójcy wzajemnej adoracji nie spieszyło się do stajni, człapały spokojnie dalej w dół drogi w kierunku Tsesi lub Oni, bo kto je tam wie gdzie chciały iść. Jedno rżenie Jamali Chuliganka przyjęła jako dobrą kartę, że jednak towarzystwo się zreflektuje i pobiegną za przywódczynią stada. Jednak po doprowadzeniu gwiazdy Jamali pod sam boks w stajni, Chuliganka zrozumiała przesłanie jakie towarzyszyło owemu wcześniejszemu rżeniu – „kochani nie bójta się, idźcie zaraz wrócę” – i tak oto zobaczyła tylko przezacny zad Jamali odwracajacej się na kopycie i uciekającej z prędkością „ile fabryka dała”.  Przy zdemolowanym wcześniej ogrodzeniu Jamala na sekundę się zatrzymała, odwróciła przekornie łeb , majtnęła ogonem jak to zwykle i tyle ją było widać. Niczym strzała pognała do swoich towarzyszy wieczornej pragulki.

15585367_562107017329627_4958870748527997278_o

-” o wy…(takie i owakie – siarczystych epitetów nie będę cytować, by w ten Święty Dzień czytelnikom uszy nie zwiędły) w jeszcze bardziej bojowym nastroju i z prędkością wprawionego łyżwiarza pomknęła balansując ciałem i przybierając coraz to bardziej wyszukane figury na pokrytej świeżym lodem drodze. Powiem tylko tyle, Brian Boitano czy Katarina Witt przy niej to pikusie. Ale nasza dzielna Chuliganka biegła i tańczyła jednocześnie. To jest dopiero mistrzostwo świata: połączyć łyżwiarstwo szybkie z figurowym.  Po jakimś kilometrze można było w całej Rachy usłyszeć:

-„o tu was mam robaczki!!! co, wycieczki się zachciało? wieczorową porą ? o proszę ! wycieczka turystyczno-krajoznawcza … a Państwo to gdzie? do Oni na wigilię? czy na jasełka? o jak miło spotkać przewodnika, czy to może przewodniczka??? Jamala ty dzisiaj guidujesz? no tylko pogratulować pomysłu! a co może wstydziliście się gadać przy mnie po ludzku i to był powód ucieczki????” – a, że Chuliganka zobaczyła konie jakieś 300 metrów przed sobą to jej monolog trwał  jeszcze dosyć długo, siarczyście ukwiecany niecenzuralną łaciną.  – ” ale wy sobie ze mną w kulki gracie, to ja was tak rozpieszczam, owiesek – sresek, marcheweczki-sreczki, buraczki -(?), sianko – (?) (nie cytuję bo dziwnie to brzmi w rymowance Chuliganki). Ja tu biegam do was z samego rańca , a wy mi takie numery robicie! chciałam z wami Wigilię spędzić pokazałabym wam pierwszą gwiazdę , to nie, wy same polazłyście szukać pierwszej gwiazdy, a pewnie. A może wy już leziecie za tą gwiazdą? co panowie i panie? gdzie was prowadzi? ach do Oni, widzę, no pięknie pięknie! wy same jak gwiazdy – spod ciemnej gwiazdy … po co wam inna gwiazda. Bardzo wam dziękuję za ten wspaniały prezent, bo się zmachałam jak kuń po westernie .. a wy co? szczęśliwe, widzę, widzę” – zadawała pytania, czasem oczekując odpowiedzi, czasem odpowiadając sobie sama

Jeśli drodzy czytelnicy myślicie, że ten monolog zakończył się w momencie uwiązania koni, to jesteście w błędzie. wtedy to dopiero się zaczęło, tyle, że już nie tak głośno. Aczkolwiek bardziej dosadnie i stanowczo: – ” no to teraz będzie po mojemu , bo widzę, że do was czule i z sercem nie można, prawda? Wy łobuzy, skończą się cukiereczki, pierdołeczki. Mało wam skubańcy swobody??? Jamala ja ci dam „kochanie” a ty Coriya jeszcze przyjdziesz po buzi buzi…. o widzisz ten środkowy palec??? tyle zobaczysz albo figę z makiem, oj nie, co to to nie , za słodka jeszcze ci zasmakuje….” – i tak całą ponad kilometrową drogę w ciemności na głos tłukła w te 4 końskie mózgi swoje za i przeciw, swoje racje i edukowała niesubordynowane towarzystwo. W końcu, gdy konie stanęły już potulnie w swoich boksach, wrzasnęła na wyjście : – ” no może by ktoś raczył po ludzku odpowiedzieć, bo przeprosin pewnie się i tak nie doczekam?”

Zapanowała grobowa cisza, nawet siano łapserdaki chrupały bezszelestnie.

Kolorowych, niezapomnianych Świąt Bożego Narodzenia Wam Drodzy Czytelnicy życzę.

IMG_1053.JPG

Tu nie ma miejsca dla control freaków

DSC_0428.JPGDziękuję Bogu za najwspanialszy dar w moim życiu. To móc nauczyć się życia w Ghebi – prostego, prawdziwego, trudnego i brudnego. To owoc, który czasem bywa cierpki, gorzki ale zjadany pośród ludzi, którym przyszło tutaj żyć, smakuje niewyobrażalnie i jest słodszy niż największa słodycz tego świata. Dane mi jest być z nimi w każdym momencie, niezależnie czy kapie właśnie z dachu na głowę, czy słońce odbiera siły podczas ciężkiej pracy w polu, bo to jest nasze wspólne życie. Jestem jedną z nich, pomimo że nie urodziłam się tutaj, pomimo że pochodzę z całkiem innego świata. Ze świata wygodnego, luksusowego, ale wybaczcie brzydzę się nim, gdy odbiera ludziom ich humanitaryzm, braterstwo, współczucie, i podstawowe elementy altruizmu. Gdy celem nadrzędnym staje się pieniądz i ważniejsze jest mieć ponad być.
Bogu dziękuję, że tu jestem, pośród ludzi prostych, czasem nieudolnych, niewyedukowanych, zmęczonych i brudnych. Niczym od nich się nie różnię, poza tym, że dane było mi urodzić się w innym miejscu, ale wciąż pod tym samym niebem.
I nie jestem tutaj bo modne jest pomaganie, bo charytatywność jest na topie. Nie dla dobrego wizerunku, nie dla afiszu. Nie mam powodów, by się szczycić czymkolwiek, żadnych zasług nie przypisuję sobie poza tym, że nauczyłam się żyć tutaj, z tymi ludźmi. Czuć ich w sercu i kochać ………. bo od początku do końca tego świata jesteśmy tacy sami – jesteśmy ludźmi. I zawsze w drugim będę widzieć tylko człowieka, nie króla, nie biedaka, nie uczonego, nie prostaka nie bogacza, nie śmieciarza… Po prostu i tylko człowieka – jego serce i jego człowieczeństwo.
received_1216929418368411