Zwierzogród

dsc_0579

  • „Co ja za to mogę, że ten pies za mną biega?!? Już trzeci dzień… Ale jaki on mądry! Nie, Bichuna? Wiesz gdzie jest ferma, domu pilnujesz, ze szczeniakami się ładnie bawisz, na jedzenie się nie rzucasz… mądra psina. I co ty winny jesteś, że tak cie jakiś pacan, co się człowiekiem śmie nazywać, tak źle cię potraktował i porzucił?”

  • „No jak mu jedzenie dajesz, to nie ma się co dziwić, że za Tobą chodzi!”

  • „Wcale nie!  Bo wcześniej nie dawałam i też chodził. Czepił się jak rzep siego ogona , to też mu muszę coś teraz dać. Nie Biczuna? Ty mój śliczny chłopaku”.- mówi Psia Mamma, a Bichuna pomyka obok nogi z nosem w przy jej ręce.

Bichuna (gruz. mały chłopiec) to jasny kundel nieznanego pochodzenia, który przypałętał się pewnego dnia do Chuliganki vel Psia Mamma. A ta chodziła to w jedną, to w drugą stronę jakby pieprz w dupie miała. Z domu do fermy, z fermy do domu i tak na okrągło, dwa razy dziennie a jak trzeba było i trzy ( 3,5 km w jedną stronę). Nikt inny tutaj tyle nie chodzi. Tylko samochody przejeżdżają przez wioskę z piskiem opon. Poza tym, nie raz się zdarzyło, że któryś z naszych-nienaszych innych psich podopiecznych zerwał się z domu lub fermy i też kursował to w jedną to w drugą za psią mamą. Psia poczta pantoflowa roznosi się szybko. To mała wioska, wszyscy wszystko wiedzą w trymiga, nie tylko ludzie plotkują. To, że u Chuliganki psy i konie mają się dobrze też się szybko rozeszło i też zaczął Biczuna chodzić z nami. 16196393_576714225868906_864850680_o.jpg

Może się wydawać, że taki pies przybłęda to żaden problem. Jeden nie. Problem jeśli to piąty dorosły pies, na włościach. Nie wspominając o gronie podrastających szczeniakach. Wcale nie naszych. Właściciel fermy zostawił je w fermie z końmi i wyjechał na kilka tygodni. I jak tu się nie denerwować? 2 suki z małymi, jedna z ADHD i tasiemcem, druga agresywna (wobec pozostałych psów), trzecia urocza, ale rzucająca się na samochody. Szalony i wychudzony wilczur przybłęda, który podgryza konie i puszcza strasznie śmierdzące bąki. Przy wejściu do fermy powinno się obowiązkowo zakładać słuchawki wygłuszające. Odpuścić ich nie można, bo się pozagryzają, bo nie nasze. A właściciel jak wróci, to lepiej żeby było tak jak on pozostawił, czyli wygłodzone psy mają być uwiązane na łańcuchach. To codzienny widok w Gruzji – sfory wałęsających się  głodnych i bezpańskich niejednokrotnie chorych psów. Tsesi w tym wypadku niczym nie różni się od pozostałych regionów

Jeśli przygarniasz jednego, dlaczego nie drugiego, trzeciego, piątego? Co zrobić jeśli rodzą się szczeniaki? Psy nie są sterylizowane, nikt psów nie usypia. Nikt ich nie chce. Komuś, kto przyzwyczaił się do europejskich standardów, gdzie psy śpią w łóżkach i jedzą bio karmę bez glutenu, może się to wydawać kosmicznie niemożliwe. Przyzwyczajeni że w każdym nawet najmniejszym miasteczku jest schronisko dla zwierząt, że w każdej chwili można poprosić weta aby uśpił chore, cierpiące zwierzę, mnie też się wydawało że tu znajdziemy podobne rozwiązanie. Ewa chyba nie spodziewała się takiej zagwozdki. Jednak po kilku dniach kombinowania jak ogarnąć i konie i psy, żeby się nie pozabijały, zjadły i miały czysto – stwierdzasz, że nie jesteś superbohaterem, że pewnych rzeczy nie jesteś w stanie przeskoczyć.  Nie uratujesz wszystkich, czasem nie nadrobisz za brak odpowiedzialności innych osób. Czasem może trzeba od początku być brutalnym realistą. Kiedyś zrobiłam wielkie oczy, gdy usłyszałam, że szczeniaki topi się w Rioni. Teraz rozumiem i w moim postrzeganiu jest to bardziej humanitarne, na zasadzie z dwojga złego wybrać mniejsze zło. Myślę jednak, że można to zmieniać. Powoli. Są już w Gruzji projekty wspierające rozwój turystyki, rolnictwa, kiedyś będą projekty na temat problematyki psów.

20170109_165232

Człowiek udomowił psa, pies stał się przyjacielem człowieka. Przy człowieku pies może żyć jak król, choć wiele ma po prostu pieskie życie.

 

Gdzie kobity 3, tam cyrk nie mały

      Samolot wylądował planowo. Szósta nad ranem. Automatyczne drzwi z mlecznego szkła zaczęły sunąć w tę i z powrotem. Lotnisko Kopitnari zapełnia się znajomymi twarzami, grupkami turystów z małymi plecakami, rodzinami ciągnącymi walizki na kółkach i niewyspane dzieci. Z niecierpliwością wypatruję znajomej twarzy przy pasie bagażowym. Wśród kolorowej zgrai zimowych, sportowych kurtek dostrzegam rudą czuprynę i robi mi się lżej na sercu. Jest! Nie ukradli nam Ewy w samolocie. To teraz jeszcze muszę czekać aż ją puszczą z torbami. I tym razem, wyjątkowo, lepiej żeby tak było. Bo jeśli nam Ewa utknie na lotnisku pomiędzy rentgenem, a celnikami, to nici z planów o Rachy. No nic trzeba czekać. Ewa wzrusza ramionami i znika ponownie za szklanymi drzwiami. „To na pewno przez te wszystkie nalewki tak ją długo skanują”- myślę sobie. Normalni ludzie wywożą z Gruzji pełne butelki, ta kobieta leci sama z torbą pełną domowych trunków do Gruzji… tego jeszcze nie było! To chyba lepiej potrzymać ją jeszcze pod tym rentgenem. Kto wie co przewozi w tych kieszeniach? Może znajdą się tam i dla nas jakieś cukierki… Trzeba pokazać, że ona nie z pierwszej łapanki.

20170114_101610

Szczęście sprzyja zuchwałym. Ewa przechodzi dzielnie przez sektor kontroli celnej , już jest nasza, już na gruzińskiej ziemi, hurraaa!!!! Czas na buziaki, papieroski, świeże powietrze i przejażdżkę lodówą (nie policyjną ale mięsną). To w ramach aklimatyzacji. Gości specjalnych z Polski i innych ciepłolubnych krajów wieziemy do mroźnej Rachy w lodówce, żeby się nieco zahartowali. Po drodze przystanek na bazarze, w lodówce nic się nie popsuje, a i gość przyjedzie najedzony. Słońce przygrzewa, więc droga całkiem czarna i przejezdna. Oczywiście oprócz przełęcz Tkibuli, tam zima hula na całego! 

Pierwsze koty za płoty i Ewa wskakuje od razu pomiędzy konie, psy i suleli. Pragulki, wino, słońce i góry. Każdy prowadzi się jak umie, a słońce przyświeca do taktu. 

Dni płyną szybko i niepostrzeżenie, każdy pełen wrażeń, pracy i nowych myśli. Jedna sprawa goni następną, czasem nie mamy czasu zastanawiać się nad rozwiązaniami, pierwsze musi być najlepsze, bo na dłuższe rozmyślania nie ma czasu. Tylko spacery z końmi po górach, do miejsc, gdzie po wioskach zostały tylko owocowe drzewa i poletka wspomnień, rozpraszają natłok zmartwień. Wiatr niesie w szczelinach niewypowiedziane słowa. Kilka posuwistych ruchów i Ewa zostaje królową kasztanków, wymiata końskie sztabki jak pierwsza stajenna. Słonecznym południem, na bykach pan przywozi kopiastą tivę. Wiłki dzierży Ewa w rękach zwieńczonych nieskazitelnymi, czerwonymi paznokciami. 

ya pamagu… – pan wymownym wzrokiem spogląda na siano, Ewę z długimi czerwonymi jak lambordzini paznokciami i Msisiarę próbującą zagonić byki. 

niet niet! my eta zdelayem!– Ewa macha ręką. 

Po godzinie tiva jest już w stajni, Msisiara jest koloru siana os stóp do głów, a Ewa może startować do programu TV “Rolnik szuka żony”. Na drugi dzień miły pan z tivą na bykach nie pyta już czy trzeba nam pomóc. Pyta tylko czy lubimy wino i podaje 2l butelkę napełnioną do szyjki. Zakupy w Ambro, instrukcja obsługi spłuczki w wc, konie cwałujące po górach, urodzinowe niespodzianki, sztywne pranie, bycie tamadą i spontaniczne wypady do Ghebi z toaletowym poślizgiem to dla niej małe piwo. Z psiakiem na kolanach pojechała z Rachy. I kto nam teraz będzie pachniał lenorem i miętowymi cieniaskami? 

SONY DSC

Udany szpionaż

Ostatnio głowy mamy zaprzątnięte zimowo-zwierzęcymi sprawami. Dużo piszemy o koniach i psach. Niestety mniej jest wieści o naszych Ghebińskich chłopcach i Marice, i przez to ciężko nam znieść tą rozłąkę. Chyba wszelkie tęsknoty, przetwarzamy na energię twórczą podczas opieki nad końmi. Ferma wysprzątana, boksy i podłoga odnowiona, okna zabite folią, siano zwiezione, konie chodzą na spacery do zielonej trawki na haftowanych smyczach i kokardach. 

I jak tak sobie Jamala chodziła z Ewą, a Coriś biegał z Chuliganką. Msisiara ni stąd ni z owąd, zawróciła i zamiast biec z Coriyą, pobiegła do wioski. Mimo, że podczas kilku poprzedzających dni, łącza Msisiara-Marika były niemal tak gorące jak wariennaja żopa Ewy (czyt. Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy), wszystko udało się skrzętnie ukryć przed solenizantką. I tak, niczym nie uprzedzona i niespodziewająca się Chuliganka zobaczyła jak przed fermę zajechał samochód, a z niego wysypały się nasze Ghebińskie skarby. Marika w pięknym czarnym koku, Iva w ciemnych okularach, ogorzały od słońca Vasiko, Rostoma w kurtce od Ewy, roześmiany Otiko i nawet Lasha! (Lasha to syn sąsiada, którego zabrał spod szkoły Iva, aby mógł się z nami spotkać) Nagle w fermie zrobiło się nas więcej niż koni i psów razem wziętych! Ah, jak dobrze było się w końcu wyściskać. Środkiem drogi dumnie przemaszerował pokaźny orszak  3km do domu. Gdy nie pada śnieg czy deszcz z nieba , wtedy na Chuligankę liczyć można, ona potrafi nawilżyć powietrze niczym fontanna. Łzy szczęścia to dobre łzy. A i Marice oko się zeszkliło, choć to twarda Osetynka jest. Przejściowy dom w Tsesi (bo tak to miejsce nazywamy) wypełnił się gwarem, radością i dzieciakami po brzegi.

 

Nie było się bez lekkiego kuchennego stresu- nie dość, że goście niezapowiedziani to jeszcze kucharek prawie 6!!! Na szczęście tylko 4, więc było co jeść, co pić i co świętować. Nie zabrakło świeczki na torcie podczas chórowego „Ra lamazi dgea” (gruzińskie „sto lat”) ani tortu na twarzy solenizantki. Torty znane są przecie z tego, że rozmazują się przewspaniale po wszelkich płaszczyznach twarzy i okolic. Ten tort tylko potwierdził regułę, a Chuliganka tym razem jadła go dosłownie oczami, bo rąk jej nie wystarczyło.

Choć by dusza do Ghebi chciała, tylko Ewa tam pojechała. Msisiara i Chuliganka nie mogły zostawić swoich zimowo-zwierzęcych obowiązków. Zamiast Ewy, w Tsesi został Otiko, którego nie trzeba było dwa razy pytać czy chce zostać i pomagać w stajni. Co się okazało później, Otiko był od początku przygotowany, żeby z nami zostać- w spodniach wziął ze sobą szczoteczkę do zębów.

Kto tu rządzi? – Ja, Ja-ma-la!

20161020_125245

Jamala ma dwie słabości- Cukierki i fochy. W kantarze róż lub w bordo, kręci swoją zgrabną mordą. Za nią kłusują łańcuszkiem chłopaki i z pokorą znoszą wszystkie kąsy i kopniaki. Posłuchajcie o księżniczce z kitą do ziemi, co z brzydkiego kaczątka nazywanego przez większość viri (osioł) wyrosła na urodziwą przodowniczkę stada. Tak naprawdę Jamala wcale nie jest fanką spacerów, ale jak chłopaki też idą to nie może być gorsza. A jak czasem za nimi pobiegnie, to jest święto lasu. Bieganie za nicponiami jej nie kręci, ale niech tylko który spróbuje sobie bez niej na pragulki (spacery) chodzić! Zaraz zaczyna narzekać, tupać i pomrukiwać. Sama też nigdzie nie pójdzie, stoi za drzwiami i nawet tym swoim kopytkiem nie zamiesza. Ona ma być pierwsza i najważniejsza. I do buziaków i do smakołyków i do wchodzenia do domu. Nowy domek był ostatnio tak posprzątany i pozamiatany, że Jamala jak zaszła na korytarz to aż drogi do box nie poznała i się dziewczyna z powrotem wróciła.

16107717_574447302762265_590522405_o15776261_566868483520147_2061717535_o

Raz zaszliśmy z Coriya do wodopoju, Snow spokojnie podchodzi. Jak to Jamala zobaczyła… Ogonem się zamachnęła i ruszyła z każdego kopyta. Bez hamulców i pardonu wleciała prosto w strumień, Snow dostał kąsa i kuksańca, Coriya mimo, że sam jej z drogi schodził i tak dostał rykoszetem. Stanęła panna centralnie, rozepchała panów tyłkiem i pije. Zazdrosne to i zżarte jak mało kto, za skórki od mandarynek jest w stanie wszystkie inne stworzenia odgonić, 2- czy 4-nożne- nie robi różnicy. Zębiska szczerzy i wije się jak piskorz, skanując nosem wszystkie kieszenie i zakamarki. 16129912_574446529429009_80292541_o

Do tego zegarek w dupie ma skubana. 17.30 wybija, czas do domu i u drzwi twoich stoję Panie. Wcale nieprawda, że tylko krowy same do boseli przychodzą. Nasze konie same biegną, nawet ‚kto pierwszy ten lepszy’ sobie urządzają. Kiedy wracamy z wypasu na górce, to najlepiej im to wychodzi. Bieganie za końmi po górach to ostatnio nowe hobby Msisiary. Meta jest przy stajni, prowadzi zawsze Jamalą, bo Coriya zamiast się ścigać woli sobie po drodze podskakiwać. Nogi wyrzuca to w prawo to w lewo, a głowa kiwa mu się jak na sznurku. I dziś, Jamala jak pod drzwi podeszła, to ani jej się śniło poskubać jeszcze chwilę trawę w ogrodzie. Stoi to przy drzwiach jak viri (osioł), stoi i tylko czoło o ścianę opiera, i od czochrańców odwraca, i oczami przewraca, że się komuś zegarek spóźnia. Bo ona ma juz porę kolacji! I żadne żarty, pieszczoty i łakocie jej od tych drzwi nie odciągną, bo łeb na ścianie i… nadal u drzwi twoich stoję Panie.

11045403_362008570672807_8524452973796036026_o.jpg

A takie z niej było małe viri…