Wigilia prawdy

To post przede wszystkim dla tych co obchodzą święta bardzo tradycyjnie i  dla tych również, co unikają świąt w domu, z rodziną i dla tych ludzi, dla których najważniejsza jest mistyka tych dni a nie cała ta kolorowa otoczka. Mam nadzieję, że każdy odnajdzie odrobinę  siebie w tym tekście.

szopka.png

„W wigilię rano na yr.no sprawdziłam pogodę w Betlejem, tak po prostu. Być może z ciekawości, być może chcąc nie chcąc, gdzieś w moim sercu i głowie budziła się wigilia Bożego Narodzenia. Z daleka od rodziny, od przyjaciół, z daleka od kościoła, z daleka od wszelkich wygód, z daleka od obłudnych i znanych tylko przy okazji świąt uśmiechów i życzeń. Z daleka od tego co bliskie memu sercu i z daleka tego co dalekie. Decyzja o pozostaniu tutaj pomiędzy górami, pośród biednych ludzi, w trudnych warunkach, (bo nie są one najcięższe z tych, jakie w życiu widziałam) była moja i tylko moja i ani przez chwilę jej nie żałuję. Wiem, że wielu ze znajomych, dawnych pseudoprzyjaciół, czy nawet z rodziny nadal nie akceptują mojej decyzji, dziwią się, negują. To wszystko wrzucam do worka zwanego „motywacja”.

W dzisiejszą Wigilię Bożego Narodzenia w Betlejem powinno być ok 5-6 stopni , cóż zimno. Ale może wtedy 2016 lat temu może było cieplej w tamtym rejonie , a może jednak zimniej biorąc pod uwagę ocieplenie klimatu. Tak czy siak za zimno, by w stajni, obórce, boseli mogło narodzić się dziecko. Wyobrażam sobie, jak w naszej obecnej stajni, (która i tak jest niezła), lub Ghebińskim boseli, w temperaturze jaka towarzyszy mi od dwóch tygodni w pokoju gdzie śpię,  i to w takich warunkach miałby narodzić się Jezus??? Ciarki mnie przeszywają, przyzwyczajona do podgrzewanych, klimatyzowanych, dobrze wyposażonych porodówek, ciężko mi to pojąć. Siedzę na sianie w zimnej stajni, dotykam kłującego źdźbła rękoma i moja wyobraźnia wariuje, odrzuca to co było faktem.

Jak mogłeś Boże, w takich warunkach? I dlaczego od razu wszystko co najgorsze wziąłeś sobie na głowę – bezdomność, uchodźstwo, odrzucenie, margines społeczny, dlaczego?????????  Zastanawiam się, kto w Polsce odważyłby się teraz o zmierzchu przyjąć pod swój dach rodzącą bezdomną uciekinierkę? Może Ty?

Boże !!! dobrowolnie odrzuciłeś to, co dla człowieka w życiu jest istotne i co dla wielu stało się celem samym w sobie, celem życia? Zrównałeś się od samego początku z tymi, których my odrzucamy lub przynajmniej nie zauważamy?  Rozumiem to, więc nie pytam już dlaczego. Zrozumiałam to jakiś czas temu pośród bezdomnych i chorych. Zrozumiałam w podartych namiotach Syryjczyków, zrozumiałam w każdej ranie zadanej przez drugiego człowieka, zrozumiałam w zapłakanych oczach sierot i ponownie zrozumiałam tutaj w zimnej stajni w biednej wiosce, gdzie bardzo często kilka ziemniaków musi wystarczyć na sutą kolację. Właśnie po to przyszedłeś w takich okolicznościach i warunkach bym to wszystko zrozumiała. Dziękuję. Od narodzin Jezusa w Betlejem nic się nie zmieniło: żyją pośród nas bezdomni,  uchodźcy, brat zabija brata, owszem cywilizacja rozwinęła się bardzo a z nią znieczulica, wygodnictwo, ślepota na najbardziej potrzebujących, pieniądz i rzeczy materialne stał się bożkami a symbole wzięły górę nad sensem wiary.

Boże jestem szczęśliwa i dumna, że jesteś moim Bogiem. Przepraszam, że nie w każdym człowieku od razu widzę Ciebie”

Reklamy

Instrukcja przewozu bagażu nietypowego

To, że dzień bez hardcoru dla Chuliganki jest dniem straconym, to już zapewne wszyscy wiedzą. Dzisiaj przypatrzymy się Msisiarze, bo osoba to nietuzinkowa.

Nie taka Msisiara (tchórz) z niej, jak ją malują. Każdy przyzna, że wymaga wielkiej odwagi pakowanie się na odprawę na lotnisku z bagażem podręcznym, którym jest … niewymiarowa KOBIAŁKA. Tak proszę Państwa, łubianka, koszyk bambusowy (w tym przypadku) pewnego pięknego wczesnego poranka stanowił bagaż podręczny naszej bohaterki ulatującej do Polski. Bidula całą noc nie spała kombinując jak go przemycić i jak przekonać służby lotniska aż wreszcie obsługę samolotu. Kilka wersji trzymała w zanadrzu: prezenty Bożonarodzeniowe dla rodziny (co oczywiście było prawdą), „wersja na debila”, „na początkującego turystę” (co w realizacji bardzo przypomina wersję na debila), „na Swańskiego Kapturka” (nie dysponowała czerwonym kapturem więc posiłkowała się czapką swańską). Myślała również o wersji „koszyk pełen granatów” – ale staraliśmy wszyscy wybić jej to z głowy. Takiego stresu dziewczę jeszcze dotąd nie przeżywało.

received_10154803894697065

„A cóż w koszyczku nasz Kapturku niesiesz?”- zapyta niejeden z nas. Wszystko co gruzińskie: ser, przyprawy, herbatę, wino i drobne upominki dla rodzinki. Cóż, faktu, że wino w podręcznym nie przejdzie przez odprawę, była świadoma, więc upchnęła nieświadomemu koledze w duży bagaż rejestrowalny. Trzeba sobie przecież jakoś radzić, bo jak wrócić z Gruzji bez wina, cóż za faux pas, nie przystoi to przyszywanej Ghebince.

Gdy wybiła godzina O (odprawy) odważnie pomknęła do kolejki, ani jednego nerwowego ruchu czy mrugnięcia powieką. Okazało się jednak, że lot odwołany. Nie znając przyczyn jeszcze owego zdarzenia, wszyscy, którzy z daleka śledzili losy Kasi i KOBIAŁKI byli przekonani a zarazem przerażeni, że Msisiara zastosowała metodę „koszyk pełen granatów”. Z jaką ulgą przyjęliśmy informację, że problemy techniczne i odwołany lot wynikały z nieodśnieżonej płyty lotniskowej. No cóż zdarza się najlepszym 🙂

Stres przedłużał się i narastał, ale nasza dzielna przemytniczka kobiałek nie próżnowała – wymyśliła kolejny wariant: „na wdzięki”. Metoda przetestowana dokładnie w Gruzji, więc mogło się udać. W przypadku żeńskiej obsługi odprawy miały mieć zastosowanie wcześniej wymienione warianty.

  • ” już po odprawie !!!” – wrzask szczęśliwej Msisiary uspokoił mnie, choć przyznam, że do dzisiaj nikt nie wie jaka metoda została zastosowana. Nie mniej jednak ja typuję „na wdzięki” – wiało wtedy okrutnie, śnieg zniknął nagle z lotniska a to wszystko wskazuje, że nasza dzielna Kasia trzepotała swoimi rzęsami jak flaming podnoszący się do lotu.

Tak więc bywalczyni bazarów, prawie jak gruzińska haziajka-przekupka, przemytniczka KOBIAŁKI szczęśliwie doleciała do Polski. Teraz musi się tylko szybko przeobrazić w wielbłądzicę trójgarbną i może wracać do Gruzji, gdzie wszyscy czekają na nią w utęsknieniem.

_20161225_203646

 

Czy konie gadają ludzkim głosem? czyli Wigilia Chuliganki.

… Być może, jednak zanim dotrzemy do odpowiedzi, usiądźcie wygodnie kochani czytelnicy i spróbujcie sobie wyobrazić pewną Wigilię.

„czy jest tu jakiś cwaniak? … tak ja jestem cwaniak …Siwy! tu jest jakiś cwaniak … to Pan daje piątaka a cwaniak trzydzieści ….” pewnie każdy zna tą scenę z „Chłopaki nie płaczą”  My też mamy kilku takich cwaniaków. Coriya i Jamala to najcwańsze z cwanych. Chuliganka na własnej skórze odczuła dzisiaj określenie „kuty na cztery nogi” i choć teraz nie podkute, 4 łobuzy dały jej popalić i zadbały o jej kondycję fizyczną.

„Idę sobie na piechotkę do naszej stajenki, wiesz trzeba zagonić konie do środka, bo w nocy znowu trzaskający mróz będzie i nakarmić łobuzy.  Idę sobie i tak myślę: sianka mamy dużo, Jamala może udawać osiołka, Coriya – potulnego konika… poczekam tam sobie na pierwszą gwiazdkę, pogadam z Szefem, bo to przecież wyjątkowy wieczór, a może i wreszcie nasze kunie się przede mną otworzą i zaczną wreszcie po ludzku gadać…zobaczymy co się wydarzy…”

Taki oto scenariusz Wigilii układała sobie Chuliganka w rozgrzanej dzisiejszym niebywałym słońcem głowie ( o tej porze roku w tej części Rachy +10 to fenomen).  Cóż to słońce przygrzało nie tylko w jej głowie, jak się później okazało. Odpowiedź na ostatnie pytanie uzyskała szybko… zdemolowane ogrodzenie. Ups – „łobuzy uciekły!” (słowa w wersji lightowej), no tak zasmakowała im poranna trawka na pobliskiej górce, gdzie słońce sukcesywnie wytapiało zalegający śnieg. Dobre serce Chuliganki podyktowało jej dzisiaj rano, żeby wypuścić konisie na pragulkę (spacer). Notabene spacerek ten nie odbył się bez ekscesów. Jamala grzecznie podjadająca soczystą trawę, reszta towarzystwa zdała się na cwaniactwo Coriyi i po najmniejszej lini oporu bezczelnie podjadało kradzione siano u sąsiada.

Coriya pieszczotliwie do dziś zwany Coriś, teraz – cwaniak, delikatnie podskubywał źdźbła z „balkoniku” szopki, że aż spora porcja sianka spadła na uszczęśliwione towarzystwo. Jeśli mówiłby jak człowieki, zapewne rzekłby :” że co?, że ja ? ja nie! samo spadło…”

Ale wróćmy do planów wigilijnych Chuiganki. Jak wcześniej wspomniano, plany już na wejściu spaliły na panewce. Cóż, trzeba było zakasać nie tyle rękawy co nogawki i szukać uciekinierów, bo zmierzch za pasem. – „cholera z pierwszej gwiazdy też nici, bo przecież nie będę wypatrywać kuni na niebie, eh dobrze, że wzięłam czołówkę”. I z tą myślą Chuliganka widząc po śladach kierunek ucieczki łobuzów rozpoczęła swój morderczy bieg. gonitwę za końmi, wyścig z czasem i zmierzchem. Całe szczęście nie zaszły za daleko, złapała więc szybko za kantar Jamalę, licząc, że reszta towarzystwa pójdzie za prowokatorką całego rozgardiaszu. Nic bardziej mylnego, pozostałej trójcy wzajemnej adoracji nie spieszyło się do stajni, człapały spokojnie dalej w dół drogi w kierunku Tsesi lub Oni, bo kto je tam wie gdzie chciały iść. Jedno rżenie Jamali Chuliganka przyjęła jako dobrą kartę, że jednak towarzystwo się zreflektuje i pobiegną za przywódczynią stada. Jednak po doprowadzeniu gwiazdy Jamali pod sam boks w stajni, Chuliganka zrozumiała przesłanie jakie towarzyszyło owemu wcześniejszemu rżeniu – „kochani nie bójta się, idźcie zaraz wrócę” – i tak oto zobaczyła tylko przezacny zad Jamali odwracajacej się na kopycie i uciekającej z prędkością „ile fabryka dała”.  Przy zdemolowanym wcześniej ogrodzeniu Jamala na sekundę się zatrzymała, odwróciła przekornie łeb , majtnęła ogonem jak to zwykle i tyle ją było widać. Niczym strzała pognała do swoich towarzyszy wieczornej pragulki.

15585367_562107017329627_4958870748527997278_o

-” o wy…(takie i owakie – siarczystych epitetów nie będę cytować, by w ten Święty Dzień czytelnikom uszy nie zwiędły) w jeszcze bardziej bojowym nastroju i z prędkością wprawionego łyżwiarza pomknęła balansując ciałem i przybierając coraz to bardziej wyszukane figury na pokrytej świeżym lodem drodze. Powiem tylko tyle, Brian Boitano czy Katarina Witt przy niej to pikusie. Ale nasza dzielna Chuliganka biegła i tańczyła jednocześnie. To jest dopiero mistrzostwo świata: połączyć łyżwiarstwo szybkie z figurowym.  Po jakimś kilometrze można było w całej Rachy usłyszeć:

-„o tu was mam robaczki!!! co, wycieczki się zachciało? wieczorową porą ? o proszę ! wycieczka turystyczno-krajoznawcza … a Państwo to gdzie? do Oni na wigilię? czy na jasełka? o jak miło spotkać przewodnika, czy to może przewodniczka??? Jamala ty dzisiaj guidujesz? no tylko pogratulować pomysłu! a co może wstydziliście się gadać przy mnie po ludzku i to był powód ucieczki????” – a, że Chuliganka zobaczyła konie jakieś 300 metrów przed sobą to jej monolog trwał  jeszcze dosyć długo, siarczyście ukwiecany niecenzuralną łaciną.  – ” ale wy sobie ze mną w kulki gracie, to ja was tak rozpieszczam, owiesek – sresek, marcheweczki-sreczki, buraczki -(?), sianko – (?) (nie cytuję bo dziwnie to brzmi w rymowance Chuliganki). Ja tu biegam do was z samego rańca , a wy mi takie numery robicie! chciałam z wami Wigilię spędzić pokazałabym wam pierwszą gwiazdę , to nie, wy same polazłyście szukać pierwszej gwiazdy, a pewnie. A może wy już leziecie za tą gwiazdą? co panowie i panie? gdzie was prowadzi? ach do Oni, widzę, no pięknie pięknie! wy same jak gwiazdy – spod ciemnej gwiazdy … po co wam inna gwiazda. Bardzo wam dziękuję za ten wspaniały prezent, bo się zmachałam jak kuń po westernie .. a wy co? szczęśliwe, widzę, widzę” – zadawała pytania, czasem oczekując odpowiedzi, czasem odpowiadając sobie sama

Jeśli drodzy czytelnicy myślicie, że ten monolog zakończył się w momencie uwiązania koni, to jesteście w błędzie. wtedy to dopiero się zaczęło, tyle, że już nie tak głośno. Aczkolwiek bardziej dosadnie i stanowczo: – ” no to teraz będzie po mojemu , bo widzę, że do was czule i z sercem nie można, prawda? Wy łobuzy, skończą się cukiereczki, pierdołeczki. Mało wam skubańcy swobody??? Jamala ja ci dam „kochanie” a ty Coriya jeszcze przyjdziesz po buzi buzi…. o widzisz ten środkowy palec??? tyle zobaczysz albo figę z makiem, oj nie, co to to nie , za słodka jeszcze ci zasmakuje….” – i tak całą ponad kilometrową drogę w ciemności na głos tłukła w te 4 końskie mózgi swoje za i przeciw, swoje racje i edukowała niesubordynowane towarzystwo. W końcu, gdy konie stanęły już potulnie w swoich boksach, wrzasnęła na wyjście : – ” no może by ktoś raczył po ludzku odpowiedzieć, bo przeprosin pewnie się i tak nie doczekam?”

Zapanowała grobowa cisza, nawet siano łapserdaki chrupały bezszelestnie.

Kolorowych, niezapomnianych Świąt Bożego Narodzenia Wam Drodzy Czytelnicy życzę.

IMG_1053.JPG

Bob budowniczy

Po deszczu przychodzi słońce, a po demolce możemy się brać za budowę. No to wio.

_DSC6016.jpg

Przodownikiem budowy był, jest i będzie jeden Bob, a właściwie Bobinka. Ghebinka-Bobinka 😉 To, że trafiają nam się chłopy na schwał i pomocnicy nie od parady, że potrafią drzwi w skrzydła zamieniać, to już nasze szczęście. Czy drzwiami skrzydeł dodawać… w burzy tylu trocin już się wszystko miesza. Jedno jest pewne, gdzie dobry kierownik budowy tam i warsztat i pomocnicy się znajdą.

Chuliganka, jak już kiedyś wspomniano, ma zawsze rację. A jak nie to patrz punkt 1., bo jej racja jest zawsze najmojsza (albo poczytaj sobie tutaj). I ma rację, że jest od konkretnej roboty. Kiedy na horyzoncie robi się cicho i nikt nie rozbija się po kątach z szalonymi pomysłami to znaczy, że te pomysły już realizuje. Powstaje stołek, wieszak, piec, lampa, stajnia, kto ją tam wie. Most pewnie też niedługo zbuduje. Przy narzędziach nawet telefon traci miejscówkę przy kontakcie, bo baterie do wiertarki i szlifierki muszą się pierwsze naszamać. Do tego, tak się świetnie składa, że prawdziwe Chuliganki potrafią być piekielnie utalentowane:

w gotowaniu, rąbaniu, rojbrowaniu, BUDOWANIU, przeklinaniu, przekonywaniu, hajcowaniu, leczeniu, wspieraniu, winobraniu, kombinowaniu, demolowaniu, koniowaniu, uczeniu i kochaniu, a i jeszcze na dupie zjeżdżaniu…

Człowiek orkiestra to mało, temu skautu to już miejsca na rękawie na naszywki nie chwata. Nie ma się co dziwić, że jak trzeba to i coś z niczego umie zrobić. A dzięki temu i konisie mają już praaaawie gotowe piękne lokum na mroźne dni i chłopcy mają piecyk w pokoju i początki obycia ze sprzętem i Marika ma uroczo wystrojoną kuchnię… Tutaj trzeba przyznać, że Chuliganka  (tym razem) nie dałaby rady bez takich dwóch co spadli nam kiedyś z nieba, bo ich wielka niedźwiedzica wystraszyła. I dobrze, że spadli, i do Ghebi wpadli, bo takiego zapału i takiego tempa pracy jak przy nich to Racha chyba jeszcze nie widziała*. Warsztat był wszędzie, na balkonie i na podwórku, w kuchni i w sypialni, od świtu do nocy. I były chęci, szczere i jasne jak błysk wpatrzonych w ekipę budowniczych 4 par oczu.

Na szczęście tutaj budować można wiele. Płotów, stajni i wspaniałych relacji…bo życie tarczą szlifierki się toczy.

Zamiana ról czyli stróżówka

DSC_0746.JPG

Co zrobić gdy osoba odpowiedzialna za PR (public relation) jest przemęczona, znużona swoją rolą i pracą???? i do tego jeszcze na zesłaniu w mieście ???

Nie ma lepszej metody na tego typu problemy egzystencjonalne, jak tylko pozwolić Msisiarze coś zdemolować. Nic tak ją nie resetuje jak móc w coś kopnąć , walnąć lub coś wyrwać. Wydawać by się mogło, że rolę demolki  zawłaszczyła sobie już Chuliganka: a to demontaż okna na pięterku, a to odrywanie tynku ze ścian. W tym jej zawsze było do twarzy. Tu jednak pod skrzydłami mistrzyni w tym fachu niezły uczeń wyrósł: Msisiara-Demolka – to brzmi dumnie.

Nauczycielka jednak nie przewidziała, że trafiła na tak sumienną uczennicę. Poświęcenie z jakim zniwelowała pokaźną stróżówkę, łamiąc jedyne jej narzędzie – młotek ciesielski – teoretycznie niezniszczalny, załamując dach pod naporem swych kolan; to wszystko wprawiło obserwatorów w osłupienie. Cóż domek jak domek, stróżówka jak stróżówka ale ten błysk w oku Msisiary-Demolki gdy ściany runęły jak domek z zapałek – bezcenne. To jest ten błysk i ten zadziorny uśmiech, który rozgania najciemniejsze chmury w Rachy i powoduje, że nawet najbardziej krzepki Gruzin kłania się w pas i trzyma respekt.

Wcale się im nie dziwię – bo aż strach się bać ucznia, który przerósł mistrza czyli Kasi Msisiary w nowej roli Dewastatora.

Ps. a to wszystko, by konie miały nową podłogę i niezgorsze boxy.

DSC_0753.JPG