W dzień targowy, w autobusie takie słyszy się rozmowy…

Czwartek to w Oni dzień bazarowy. Dzień żółtych autobusów pomykających zboczami Kaukazu do Ghebi, Shovi lub Seva. Moment kiedy na drogach pojawiają się załadowane busiki, niwy z piramidami mieszków ułożonych na dachach i olbrzymie kamazy tym razem pełne nie szeszy (drewna), ale mąki i benzyny. Komu w drogę autostopem temu czas wyruszyć najlepiej dziś! Poza sezonem to dzień, kiedy jest największa szansa na sprawne wojaże po raczyńskich zakamarkach.

Każda przejażdżka jest świetną okazją do zawierania nowych znajomości, poznawania lokalnych historii lub poćwiczenia niezliczonych sposobów pakowania ludzi, zwierząt i zakupów na maszyny (samochody). W żółtym autobusie doświadczy się tego wszystkiego po trochu, a w naszym autobusie do Ghebi nawet więcej niż po trochu. Ten zawsze pęka w szwach. Na trasie kursuje najwięcej osób, bo jadą nim mieszkańcy Ghebi i Chiory, a wraz z nimi pełen asortyment spożywczo- gospodarczy. Piły, pralki i pieczki, mąki, miotły i mieszoki muszą się zmieścić wraz z właścicielami. My dokładamy się wcale nierzadko z ładunkiem mandarynek lub innych fruktów dla najmłodszych. 

Jazda autobusem, jeździe nie równa. Dojechać samemu to sztuka, ale dowieźć jeszcze oczekiwane przez rodzinę zakupy w właściwym stanie i nie stracić przy tym głowy lub czucia w kolanach to inna sprawa (o nerwach nie wspomnę, bo te lepiej jest zostawić przed samym bazarem). Dobrze obeznane wydry bazarowe wiedzą kiedy przy bramie pojawi się żółty autobus, aby załadować swoje sumki i bezpiecznie przy nich przysiąść. Strategia jest to całkiem dobra, zaradne podejście można powiedzieć. Kto pierwszy ten lepszy i ma miejsce dla siebie i dla zakupów. No! Jeśli autobus nie będzie musiał pomieścić więcej osób i ich dobytku… Tych dochodzących tuż przed odjazdem jest wcale niemało i wtedy dopiero zaczyna się właściwa jazda  (choć silnik nawet jeszcze nie odpalony!). Życzliwe powitania podczas załadunków nadal słychać, ale już nieco pospieszne, zasapane i tylko dopóki nie zacznie być słychać czepialskich. Komuś zawsze jedna torba wadzi bardziej niż druga. Teraz każda sumka, każdy mieszok, a tym bardziej delikatniejsze zawiniątko jest na wagę złota. Chyba nie chcesz, żeby przez krótką chwilę nieuwagi twoje jajka przyciśnięte zostały 100-kilowym ładunkiem mąki, co katzo? (chłopie). Kobieta wioząca zakupy to niebezpieczny gatunek, zdarza się nawet zwinny… starsze kobieciny z laską potrafią w niebywały sposób przeciskać się przez morze ściśniętych kolan i łokci, żeby dobić do upatrzonej wysepki wygodnych mieszoków. Na szczęście szafiorzy (kierowcy autobusów) nie są z pierwszej łapanki. Tutaj może pomóc tylko ich stoicki spokój, krepka ręka i wieloletnie doświadczenie, aby upchać ten kotłujący się, niespokojny tłum.

– Panie adjeki (wstajemy)! Sumkebi pod skamiejki (zakupy pod siedzenia), bo się nie pomieścimy.

– Ale… ale… moica… vai me… 

– To nie taxi, wszyscy musza się zmieścić!-  A kierowca nie uległy na wielkie oczy i kobiece łzy. 

Siedzą, stoją, drzwi ledwo się domykają ale ruszyli my. Uff. Na rogu przy sklepie przystanek, powtórka z rozrywki. Panowie mądrze wychodzą na papierosa. Następny przystanek, stacja benzynowa- trzeba załadować bańki benzyną. Drzwi już się nie domykają, ale ruszyliśmy…

Moica erti zuti! Truba ginda!(Chwileczkę, jedną minutkę! W sklepie jeszcze rura od pieca…) – rozlega się z tyłu, a tłum ściśniętych ciał jak jeden mąż wydaje pomruk zniecierpliwienia. 

Jedziemy 50m- Hatuna z kilkoma pakunkami. Kolejne 100m- nauczycielka z torbą i mieszkiem. Wydawać by się mogło, że już szpilki nie da się wcisnąć, ale brzuchy jeszcze można wciągnąć i dziadek z laseczką też już z nami jedzie. Amortyzatory jęczą na każdym wyboju, my jęczymy od uderzających do głowy zapachów kawy i benzyny, ale na chwilę lśniące w zachodzącym słońcu stoki Kaukazu łagodzą obyczaje. Jeszcze przejazd przez blaszany most na bezdechu (czy te blachy utrzymają taki ładunek?!?) i jesteśmy w Chiorze. Wreszcie powietrze, wreszcie papieros! 

– Mieszok sadari?!?- Nooo taaak, zabawa zaczyna się od nowa a każdy wtyka sąsiadowi głowę między nogi i sprawdza co ten ma pod swoją zacną żopą… szukamy zakupów pani z chustą. 

– Ten z kapustą? – ARA (nie)

– Ten z mąką?- ARA. 

– Ten z mandarynkami?- ARA, ale nie pogardzę! 

Przy sklepie czekają już chłopcy gotowi do rozładunku. Teraz tylko oblodzona droga po ciemku z 20kg na plecach i jesteśmy w domu. 

Reklamy

Tu nie ma miejsca dla control freaków

DSC_0428.JPGDziękuję Bogu za najwspanialszy dar w moim życiu. To móc nauczyć się życia w Ghebi – prostego, prawdziwego, trudnego i brudnego. To owoc, który czasem bywa cierpki, gorzki ale zjadany pośród ludzi, którym przyszło tutaj żyć, smakuje niewyobrażalnie i jest słodszy niż największa słodycz tego świata. Dane mi jest być z nimi w każdym momencie, niezależnie czy kapie właśnie z dachu na głowę, czy słońce odbiera siły podczas ciężkiej pracy w polu, bo to jest nasze wspólne życie. Jestem jedną z nich, pomimo że nie urodziłam się tutaj, pomimo że pochodzę z całkiem innego świata. Ze świata wygodnego, luksusowego, ale wybaczcie brzydzę się nim, gdy odbiera ludziom ich humanitaryzm, braterstwo, współczucie, i podstawowe elementy altruizmu. Gdy celem nadrzędnym staje się pieniądz i ważniejsze jest mieć ponad być.
Bogu dziękuję, że tu jestem, pośród ludzi prostych, czasem nieudolnych, niewyedukowanych, zmęczonych i brudnych. Niczym od nich się nie różnię, poza tym, że dane było mi urodzić się w innym miejscu, ale wciąż pod tym samym niebem.
I nie jestem tutaj bo modne jest pomaganie, bo charytatywność jest na topie. Nie dla dobrego wizerunku, nie dla afiszu. Nie mam powodów, by się szczycić czymkolwiek, żadnych zasług nie przypisuję sobie poza tym, że nauczyłam się żyć tutaj, z tymi ludźmi. Czuć ich w sercu i kochać ………. bo od początku do końca tego świata jesteśmy tacy sami – jesteśmy ludźmi. I zawsze w drugim będę widzieć tylko człowieka, nie króla, nie biedaka, nie uczonego, nie prostaka nie bogacza, nie śmieciarza… Po prostu i tylko człowieka – jego serce i jego człowieczeństwo.
received_1216929418368411

Niestałość natury

Nie mam sposobu na chwile słabości, 

daje im przychodzić kiedy jestem sama, 

kiedy bolą mnie ramiona, 

kiedy sen zapomniał, że na niego czekam.

Nie zawsze potrafię wejść na drabinę własnego strachu, 

wypuścić ze świstem stopy w powietrze.

Przekonać się, 

czy spadanie jest formą wzlatywania. 

Nieustannie mknąc przez świata krainy 

w rozbierające błyski słonecznych dobroci

w ziąb przeciwności sypiącej piach w oczy 

w zachód spokoju zachodząc z rzadka

 Choć dalej przestworza niepewnych spojrzeń

nici dróg w kłębki poplątane

morza krwi płynące z serc niepewnych bić

nie ustanę

20161021_090951.jpg

Twój lekarz radzi

   nos_tc_big
Katar może mieć niepożądane skutki dla naszego mózgu. Otóż przy nasilonym nieżycie nosa i smarkaniu przez całą noc głośniej niż chrapanie Vasiko, może dojść do nieprzewidzianego wysunięcia się mózgu lub jego pozostałości i opuszczenia mózgoczaszki. Najczęściej odbywa się to przez otwory nosowe. Po czym mózg ląduję na naszej klatce piersiowej lub plecach współspacza. W 1 przypadku istnieje realna szansa odzyskania straconego mienia. Jednak przypadek drugi kończy się zwykle rozmazaniem mózgu na prześcieradle. W godzinach porannych możemy przez przypadek strzepnąć z pościeli wyschnięte na wiór resztki naszego zacnego mózgu.
    Nie traćcie czasu i mózgu na trzepanie !!!