Masakra na zamówienie- gościnny post Ewy

Ten post pozostawiamy bez komentarza, bo do tych słów dodawać już nic nie należy.

„Wychodzę z lotniska 7,45, ciepły dzień, słońce nieśmiało przebija się przez chmury, bagaż, plecak, telefon po przewóz na parking. Józik pobiegł na następny samolot-zdążył, czy nie, czekam rozglądam się-chyba zdążył! Telefon do mamy, sms do dzieci. Jadę zmęczona okrutnie. Jestem już przy Jeziorze Rożnowskim, pięknym, spokojnym, otoczonym kolorowymi jesiennymi drzewami. Rozglądam się po górach nie widać majestatycznych ośnieżonych szczytów pasma Shody czy pięciu panien Uvali, Notsary czy rzeki Rioni.

20161019_144643.jpg

Jestem w domu. Drzewka w ogródku przybrały jesienne złociste barwy, hortensje kwitną podobnie jak pelargonie zwisające że stu letniej wagi. Wnoszę bagaż. Od czego zacząć? Herbata, piję ją (czarna z Gruzji), ale to nie ten smak co herbata z liści białego rododendronu, zbieranych wysoko w górach Kaukazu. Cisza, spokój Bebe nie skamle za drzwiami. Szybki prysznic (ciepła woda wow!), padam na „na pysk” , zasypiam. Budzi mnie bardzo mocny uścisk Otiko i Rostomy i jego łzy, ściska mnie w gardle, serce wali jak młot, łzy napływają do oczu. Nawet Ivane uścisnął mnie mocno! Marika piękna kobieta o spracowanych dłoniach (maja podruga), ściskałyśmy się często, a teraz mocno i czule. Kasia i Gosia żegnamy się-szalone dziewczyny o pięknych sercach. Vai me deda!!! Zasypiam- śni mi się czekanie na „maszyne” , jazda na gorącym silniku (wariennaja żopa) do polany Didi Xopito – ech te ośnieżone szczyty Kaukazu.

20161020_110615

Jadę na „Jamajce”Jamali, masakra!!! Otarte łydki i bolący tyłek! Przed zmierzchem dotarliśmy na miejsce. Namiot geologów, rozgrzany piecyk, pyszny kurczak i ziemniaki, herbata, myszki i kochana Bebe. Godzina 4,15 rano i to niebo usłane gwiazdami, a wokół białe szczyty gór.  Zasypiam- śni mi się powrót do domu w Ghebi. Jadąc na Jamali nie widziałam pięknych widoków. Teraz mogę podziwiać piękny raczyński szlak Sartsividziri!(opis szlaku/ Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie) Jadę na klaczy Obola, przechodzimy (tak mi się wydaje) obok osady pasterskiej Tevresho, jest ciemno, a tu pada hasło „za nami jest ogier postrach wioski!”. Adrenalina strzela w górę, Józik i Bebe pobiegli odgonić narwanego ogiera, a ja zaskakuje z Oboli, biorę za lejce Jamalę, mam iść szybko. (Achu modi!) Jamala  potyka się raz po raz, za mną Coriya za nim Obola dla obrony. I znowu masakra!!! Idziemy szybko, gdzie te światła Ghebi, i te słowa Gosi – będziesz wiedzieć z przodu ogiera to krzycz głośno! Vai me deda! Na drodze utknęli chłopcy z tiva*– dobrze jest, zobaczą ogiera to go odstraszą. Idziemy, w oddali widać światełka Ghebi i tam może pojawić się następny ogier. Byle szybciej do domu po błocie i po wodzie. Jesteśmy! Chciałam masakrę to miałam!!! Zasypiam-śni mi się ciężkie życie w Ghebi, Marika ze szczerym uśmiechem, Vasiko z promiennym spojrzeniem i szerokim uśmiechem kiedy ma szlifierkę w rękach, Ivane pędzący na koniu, Otiko który zrobił dla nas pałkę z wyrytym serduszkiem i naszymi imionami, Rostoma i jego rączki zarzucone na moją szyję i łzy, Kasia robiąca śniadanie chłopcom (obiecuję jeszcze kiedyś zrobię popcorn) i Gosia szalona kobieta robiąca wieszaki i przekomarzająca się z Mariką. Ech działo się!!! Dziękujemy! „

Dziękujemy to my, Szefowi. Za Was- Chemi Sulelebi.

20161019_150226

Reklamy

Pyszności Mariki- gościnnie od Ewy

„Przyjeżdżamy do Ghebi drogami Paryż-Dakar, zmęczeni po nie przesłanej nocy. Wejście do domu , przywitanie i kawa! Kawa Lobjanidze czyli kawa gotowana na mleku, WOW najlepsza! Niech się schowają jakieś tam latte, mocate czy nawet czarna którą uwielbiam. Taka kawa to tylko u Mariki. Zapowiada się dobrze, nawet bardzo dobrze!!! Smakowałam dania gruzińskie, jesteśmy tu 4 raz ale xachapuri z białą kapustą i serem- palce lizać, podobnie pyszne jest xachapuri z liśćmi buraków i serem -pychotka. Przyglądałam się Marice jak wykonuje ciasto, po wyrośnięciu nakłada farsz, dużo farszu i fachowo formułuje placki. Nie próbowałam tego robić i boję się że nie jest to takie proste. Upieczony w duchowce (piekarnik) gorące xachapuri smaruje masłem, oj ten zapach!!! Smakują wyśmienicie! Czy potrafię takie pyszne zrobić? Po namyśle stwierdzam, po co przecież przyjedziemy do Mariki i zrobi nam najpotężniejsze na świecie!”

Kravatkowe wariacje

Wstawanie nie należy do naszych ulubionych, no może z wyjątkiem Bebito i Pitucha (koguta). Za to wskakiwanie do kravatek (łóżek) wieczorową porą, to to co małe i duże Chuligany lubią najbardziej. To momenty kiedy tworzą się wyjątkowe historie. Historie do poduchy i z do zrywania boków. Wieczorami górna komnata potrafi zamienić się w dyskotekę, salę gimnastyczną, salon gier i zawsze, bez wyjątków scenę komediantów. 

dsc_0213

Nie było tak zawsze, bo pamiętamy jeszcze czasy kiedy chłopcy bez końca przedłużali mycie nóg, jedzenie kolacji i pójście na górę. Jednak te czasy kiedy malcziki (chłopcy) trzeba było zaganiać na wierch minęły już bezpowrotnie. Teraz kładą się do łózek wręcz za wcześnie, bo polubili przytulną atmosferę przemeblowanej „górnej komnaty”, która przy rozpalonym do czerwoności piecyku  (z pewnością wiecie już, że Chuliganka ma niesamowitą smykałkę do ognia…) i połączonych łóżkach jest idealnym polem do poduszkowych bitew i fikania koziołków. Łóżka często są przestawiane, a układów było u nas wiele. Obecny układ 3 na 3, czyli Vasiko, Ivane i Rostoma po lewej nazwani Patara Ghebi* i Chuliganka, Msiaiara i Otiko po lewej jako Ghebi. Rostoma uwielbia przeskakiwać z jednej kravatkowej wioski do drugiej, udając batmana lub wślizgiwać się po ciemku i straszyć łaskotkami wykrzykując “Myszka, Myszka”, kiedy pisk Msisiary wywołuje salwy śmiechu. Jednak najulubieńszy i najmojszy układ to 4 na 2, gdzie jedno łózko stało puste, a nocami miały miejsce dantejskie sceny zazdrości pomiędzy Rostomą i Otiko. Kto śpi z Ivane, a kto między Chuliganką a Msisiarą.  

Kiedy pewnego razu w górnej komnacie znalazł się stary wózek (po wizycie córki Mariki Xatii z meżem i małą Tamarą) przetestowaliśmy grata i po przejażdżce z Rostomą a potem Otiko, o mały włos nie wylądował w nim 14-letni wówczas Ivane. Innym razem sprężynowe łóżka posłużyły nam za ‘trampolinową’ arenę podczas bitwy butelkami mzave zchali (woda mineralna, zawsze pochowana w materacach) i tak rozhuśtały sufit, że pseudo-kryształowa lampa zaczęła spadać Marice na głowę nie wspominając o tonach kurzu z sufitu w dolnej komnacie. Kiedy Marika dotarła na vierch, wyglądając jak rozwścieczony Chopin po koncercie, nie pomogło zgaszone światło i udawane chrapanie, dostaliśmy wtedy gruźińsko-polsko-rosyjskie OPR.

Teraz kiedy wieczorami sytuacja nabiera rozpędu, jak podczas rzucaniem popcornem, na podniesiony głos Marki w nizu i hasło “Marika idziot” wszyscy jak jeden mąż, nakrywają po uszy sabani (kołdry) i chrapią głośniej niż Vasiko w oryginale.

20161011_213017

Dlatego rozmowa telefoniczna w godzinach kravatkowych (21-23) jest praktycznie niemożliwa o czym przekonał się niedawno nasz przyjaciel Józek i grozi rykoszetem. Nawet powtarzany z uporem maniaka ciumat (cisza) nie daje oczekiwanych efektów. A kiedy szał ciał ustaje z powodu bolących brzuchów i gardeł, Rostoma nigdy nie przegapi możliwości zarzucenia ostrej riposty:

– Szto eta za bardach? Ugładzi male!(Co to za bałagan? Posprzątaj i to szybko)- Władczym i nieuznającym sprzeciwu tonem Rostoma naśladuje pilnującą porządku Chuligankę. Rozbrajająca mina starego wygi kiedy z satysfakcją wskazuje na łóżko Msisiary. 

20161011_211124

*Patara Ghebi to mniejsza część wioski leżąca po drugiej, lewej stronie Rioni.

fototapeta i bryczesy

_mg_1661

Nie ma ludzi bez problemów i każdy ma swoje mniejsze lub większe jazdy. Jak się okazało, nie tylko Chuliganka. Choć ta bije wszystkich o głowę.

Ewa ma wieczny kłopot ze światłem:

– nie mam światła!, prześwietlone!, za ciemno, to światło jest nieodpowiednie, no nic nie poradzę bez światła…

DSC_0144.JPG

Oxra xushi i fototapety: Są widoki, które zapierają dech w piersi (nie tylko mojej, choć już trochę znam tę okolicę), Piotrek jednak reagował za każdym razem w ten sam sposób:

– dlaczego te Gruziny znowu rozwiesiły nową fototapetę, no paczaj ile to papieru i farby trzeba! …a nocą niebo jaśniało mu milionami ledów. No cóż można i tak ale z jego uśmiechu i twarzy zawsze można było wyczytać: jest mi tu zajebiście i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

_MG_2089.jpg

Nadmiar świeżego powietrza, rozrzedzające się z każdym pokonywanym w górę kilometrem robił swoje. Humor się wyostrzał, żarty stawały się coraz bardziej zwariowane i wyrafinowane, ale nikogo te odmienne stany świadomości nie dziwiły i tym bardziej nie bulwersowały. Wszyscy byliśmy pod tym samym narkotycznym wpływem rozciągających się obrazów, temperatury kolorów, powietrza pachnącego słodką dzikością i promieni słońca palących naszą skórę i wysuszających oczy. Bo każdy z nas oszczędzał fizjologiczne mrużenie oczu i zamykanie powiek by z widoków stracić jak najmniej.

– eh nawet Kossak nie namalowałby tego tak pięknie…

Czy można oddać w obrazie muzykę graną wiatrem na strunach kołyszących się traw, niczym fale niesione na białych wypalonych słońcem źdźbłach?

Wariacje dywanów wiecznie zielonych rododendronów i roślinności przesyconej kolorami jesieni, gdzie czerwień i złoto liści wydaje się aż nierealna. A w powietrzu miesza się zapach ostatniego oddechu jesieni i rozpalonej jeszcze słońcem ziemi z mroźnym powiewem witających już zimę lodowców i okrytych miękkim puchem strzelistych szczytów.

W takich okolicznościach nie ma znaczenia już zagubiony gdzieś po drodze namiot dla Oxra xushi, bo być może to jeden z najlepszych przypadków ostatnich dni. Myślę, ba jestem pewna, że tę noc Piotrek będzie wspominać jeszcze bardzo długo, a być może i przekaże ją swoim potomnym. No cóż ciepła noc pod rozgwieżdżonym niebem przy ognisku latem , to dla wielu nic nadzwyczajnego ale 6 października na wysokości 2500m.np.m. to już już zakrawa na fenomen. Powiem szczerze, Oxra xushi – zazdroszczę Ci, i nie jesteś moim kumplem, bo się nie podzieliłeś, ja musiałam niestety pocić się w namiocie. No cóż nie dziwi mnie jednak twoja zachłanność na doznania. Towarzystwo w nocy miał nasz Piotrek doborowe: Bebe, która z każdym przygasaniem ogniska wylizywała namiętnie jego twarz; Shamila – ogier, szukających miłosnych wrażeń z naszymi klaczami i w odpowiedzi zbierający coraz to bardziej siarczyste strzały z zada naprzemiennie od Jamali i Oboli. 

_MG_1772.jpg

Jednego jednak Oxra xushi nie doczekał się – wilków. Gdy rano zapytany,

– byli wilcy? Z pewną dozą rozżalenia i nutką niespełniania odpowiedział:

– niestety nie, nikt nie przyszedł.  

– Nie martw się kiedyś jeszcze to powtórzymy, tylko w takim stadzie sulelebi po co ci jeszcze wilcy? Czy nie wystarczające było zderzenie samolotu z wielkim wozem i rozwalona przednia ośka ? Uciekający w pośpiechu księżyc, by ten sam lub kolejny samolot nie zarysował jego srebrzystego lica?

Wiele tu stron trzeba byłoby zapełnić aby opisać szaleństwa dwóch dni w górach. Ale jest kilka momentów, których pominięcie zakrawa na grzech. Zapewne nie każdy z czytelników wie, że Ewa jest mistrzem w nowej dziedzinie sportu – skoki przez ognisko z telemarkiem, mamy nadzieję, że w przyszłym roku będzie to dyscyplina olimpijska. Ta kobieta jest niesamowita, bo potrafi również na zawołanie i wedle potrzeb zamienić na grzbiecie końskim spodnie we wzorcowe bryczesy. A jak to zrobić, to już jej słodka opatentowana tajemnica. Jedyny feler tego modelu bryczesów to, że wracają do wcześniejszych postaci po każdym praniu.

Ludziska powiem na koniec tylko tyle, to naprawdę szalona przyjemność spędzić z Wami czas w otchłaniach przyrody i poczuć, że nie jestem tak całkiem inna w swojej dzikości. Wcale nie dziwię się, że Msisiara była zazdrosna;) 

_MG_1912-.jpg

Zazdrosna to mało powiedziane. Ale zobaczycie, jak ja pójdę to będą wilcy, będą!

– i wywołasz wilka z lasu!! hahahaha

„Crecker” tudzież „Cake”

20160927_154357

PL + EN!!!

Szkoda było żegnać naszego rubasznego Craiga. Może raczyńskie wiatry przywieją go znów w skromne progi Naszej Rodzinki, bo dobry z niego wariat. Nic dziwnego, że trafił do nas przez przypadkową pomyłkę lub pomylony przypadek, bo my jesteśmy po prostu takim niepospolitym, Szefoskim przypadkiem. U nas radość wybucha nagle i nierozmyślnie, bo życiu dajemy płynąć nieokrzesanie jak Rioni śmiejącej się odblaskami słońca. I dobrze nam było z szerokim uśmiechem Craiga, błyskającym spomiędzy gęstej i długiej (jak stąd do Nowego Jorku) brody, kiedy patrzył na fikającego jak młody koziołek – Rostomy chuligana:

-Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi – siedząc przy piecu powtarzał podchwycone u nas poranne hasło obowiązujące przed szkołą. A Rostoma szukał niebrodatego miejsca na policzku, żeby wlepić mu buziaka.

14446417_521786284695034_761619123_o (1).jpg
Przez tydzień opanował władanie toporem, aż pewnego dnia wraz z Vasiko zasypali podwórko górą szeszy (drewna). Próbował nawet przekonać chłopców, żeby układali drewno podając je sobie z rąk do rąk- chłopcy od razu powiedzieli, że tak jest wolno, niewygodnie i okropnie nudno:

– Ehhh i jak ich zagonić do pracy? Po 3 minutach robi się nudno i albo uciekają albo zaczynają szaleć…- w głosie Craiga zabrzmiała nutka rezygnacji, ale i tak się chłopak nie poddał. Wtem na zarządzenie Chuliganki, żeby część szeszy przenieść do górnej komnaty, Rostoma nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmił:

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i tak male na vierch!- tłumaczy gestykulując żywo: „Drewno na górę? ha! Mam idealny plan! ja i Otiko na balkon, Craig na dole. Ja wezmę wiadro na linie i szybko się będzie wciągało!” Jeszcze pięć minut temu Craig dumał jak zagnać małych chuliganów do układania drewna, bo po chwili tracili zainteresowanie. Nagle musiał stosować uniki niczym w ringu bokserskim, bo wokół jego głowy fruwało wiadro pełne szczapek. A w głosie brzmiała już tylko nutka rozbawionego niedowierzania.

20160927_154443

Tak jak my nie potrafił oprzeć się ciepłym kartoszkom i puri (chleb) z masłem. I stał się nieposkromionym zjadaczem placka na matsoni (Szybki placek na kwaśnym mleku (lub jogurcie)- nasze dzieci w kuchni.), nawet choroba nie była w stanie powstrzymać jego łakomstwa.  Przetrwał chrzest bojowy, czyli przejażdżkę z Chuliganka na Coryi. Ba! Nawet nie krzyczał gdy pokaźna gałąź orzecha wysadziła go z siodła, bo przecież nikt nie powie, że Craig spadł z konia. Przeżył także zjadliwego wirusa grypy żołądkowej i tylko byk go nie pogonił (Jak byk gonił Msisare)
– Crecker sadari (gdzie)? Było słychać wszędzie i co chwilę. Craig jako pierwszy z naszych gości został zaproszony przez starszych chłopaków z sąsiedztwa na wieczorne męskie pogaduszki pod latarnią. Co oznacza tylko jedno- jest Nasz (Chemi Family).

Wiec wracaj Craig, kiedy zatęsknisz za kartoszkami i plackiem i wieczorami z naszymi chuliganami i ich buziakami!

14407950_520969738110022_164605722_o.jpg

This time in English as well. For Craig and his family.

It was sad to bid farewell to our jolly Craig. Perhaps the winds of Racha bring him back to the modest doorsteps of Our Family, because he is good bonkers. It wasn’t unusual that he found us because of an accidental mistake or a mistaken accident, we are simply a one-big-special God’s mishap. We let joy flare suddenly and unthinkingly, just the way we let the life flow. Fast as river Rioni, full of sun blinking laughter. And we liked his wide smile showing up in the midst of thick and long (like from here to New York) beard, when he watched Rostoma jumping around like a young „billy”:

– Rastakaka!! You naughty boy.. no daj buzi buzi (give a kiss, kiss) – Sitting next to the fire place he was repeating our morning/before school motto, while Rostoma was searching for a no beardy place on his cheek to give him a kiss.

14438987_524103307796665_502371334_o.jpg

In a week he mastered the art of the ax untill one day him and Vasiko covered the whole yard with a massive pile of szesza (wood). Then he tried to convince the boys to calmly pass the wood pieces from hand to hand (…hahahaha, good try), but they didn’t like this idea- it was too slow, too boring and no fun at all.

– Ehhh, little chuligani, it is so hard to make them work and not run away after 3 minutes…- there was a note of disappointment in his voice, but he didn’t give up. Then, when Chuliganka ordered some wood to be brought upstairs to our  bedroom, Rostoma stopped everyone to tell his master plan and everything changed…

– Szesza na vierch? Me haraszo idea! Me da Otiko na balkon, Crecker w nizu. Me wiedro i riemien i o tak, male na vierch!- he was explaining drawing funny air pictures with his hands: „Wood upstairs? I have the best idea! Me and Otiko on the balcony, Crecker downstairs. We take a bucket on a rope and pull the wood up, fast and cool!” So when few minutes before Craig had been wondering how to keep the boys interested in piling up wood, suddenly 10 minutes later he was escaping the flying bucket and looking with disbelief on the balcony getting quickly covered with wood.

Just like us, he couldn’t resist warm kartoszki (potatoes) and puri (bread) with butter. He also become an unstoppable Matsoni cake devourer, even the illness didn’t stop him! He passed the baptism of fire, which was a ride on Coriya with Chuliganka. Well, he didn’t even make a noise when a huge branch put him out of the saddle. And did anyone ever say he fell of the horse? He coped with the vicious virus of stomach flu and the only thing he missed was a bull chase and Kirtishio glacier (now that we know this, you have to come back!)

-Crecker sadari (where)? We could hear all the time. Craig was the very first guest who got invited to the evening hang out with the older boys. This means only one thing- he is already Ours (Chemi)

So come back Craig whenever you miss evenings with kartoszki and cake, with our chiluganis’ kisses.

20161001_143128

 

Analiza przypadku gwiazdy na Sartsividziri

9291517_pod-shoda-.jpg

 

 

„Nie nastawiaj się od razu negatywnie lub z lękiem, gdy nie znasz człowieka lub jego nastawienia do ciebie i do tego co robisz. Nie pomaga się ludziom tylko dobrym, tylko tym, którzy oczekują pomocy, albo tylko tym, których znasz. Zaskakuj ludzi miłością !!!

Wtedy dopiero zmienisz świat, choćby i 10 razy ci drzwi przed nosem zamknęli albo tyłek skopali, wtedy to właśnie ma sens.

Czy nie chciałbyś, żeby kochał cię ktoś, kto cię nie zna, tak po prostu? Czy nie chciałbyś, by dla kogoś całkowicie ci obcego twoje życie nie było obce? tylko dlatego, że żyjesz na tym samym świecie, co on? pod tym samym niebem, co on?

Tylko dlatego, bo jesteś, bo kiedyś cię zobaczył, bo kiedyś zobaczył twoje dzieła życia? Dla ciebie to może wcale nie są wielkie dzieła, a on zauważył w nich coś, co dla niego było ważne. Bo kiedyś może widział twoja słabość….

Z jednej strony, to najtrudniejsza miłość; z drugiej zaś najczystsza i najprostsza, bo nie oczekująca nic w zamian. Tylko ty dokonujesz wyboru, która strona jest bliższa twemu sercu. Wysiłek włożony w czynienie tej miłości jest niczym w porównaniu do szczęścia jakie ona daje. Myślę, że taka miłość jest jest największym darem i największym cudem.

To jest najjaśniejsza gwiazda spośród milionów wszystkich gwiazd nad Sartsividziri. Wpatruj się w tę gwiazdę i idź za jej światłem.”

Kaukaski spektakl

10517665_420211854852478_2327596232879133552_o

Dzień zupełnie niepodobny do innych, a zarazem jak każdy: osobliwy, wyjątkowy, niewyobrażalnie piękny i dobry. Bo dzień tutaj, to nie tylko ludzie, ich trud i miłość, ale to też inny rodzaj miłości, którą Szef nas otula. – Tą miłością jest natura.

Po kilku nieznośnie ulewnych a potem mroźnych dniach wróciło słońce. Wróciło ono z takim impetem, że góry spowite na szczytach iskrzącym śniegiem a niżej niczym woalem lasów, mienią się coraz to nowymi odcieniami złota i czerwieni. Na tym przecudownym tle pojawiają się roje biedronek, skąd ? Nikt nie wie. Przemykają one lub prześcigają się w obłędnym tańcu z pajęczynami znanego nam „babiego lata” .

A ja popijam ciepłą herbatę z liści białego rododendronu i z rozdziawioną gębą upajam się tym widokiem, nie zważając na oblegające moje ciało biedronki.

Z zachodem słońca wszystko milknie i poświata złota nabiera stonowanych barw.

Lecz zaraz rozpoczyna się kolejny spektakl – światła. Tym razem krwiście czerwone promienie słońca penetrują wyniosłe, białe szczyty i niczym w tańcu przemykają pomiędzy najbardziej ostrymi skałami. Och jakbym chciała, żeby choć jeden promień zahaczył się i został tutaj do jutra, żeby chociaż na jeden dzień słońce zapomniało schować się za horyzontem.  Hmm głupie marzenie, bo przecież noc … to kolejny niebywały spektakl… ale o tym kiedy indziej.

 

 

 

 

Chok burti, tenis w kaloszach

W Ghebi jest zasadniczo więcej chłopców niż dziewczynek. A gdzie dużo chłopców, tam dużo energii i często niekończący się zapał sportowy. Dla dzieci w wiosce, sport to więcej niż sposób na spędzenie wolnego czasu. Boisko szkolne to przede wszystkim punkt spotkań towarzyskich dla młodzieży. To miejsce, gdzie można odpocząć od ciężkiej pracy w polu i pomarzyć. Na przykład o kopaniu piłki nożnej z Messim lub meczu tenisa z Djokovicem. Najbardziej popularnym i lubianym tutaj sportem jest oczywiście piłka nożna oraz barba (zapasy). To mało ’nakładowe’ sporty, które dzieci mogą uprawiać w tutejszych warunkach, wystarcza sala gimnastyczna z materacami, boisko i piłka.  

Kiedy pewnego słonecznego dnia, podczas wycieczki pod Sartsividziri chłopcy postanowili zagrać w swoją wersję chok burti czyli improwizację tenisa (odbijanie pustej plastikowej butelki patykami), wykazali się niezłą kreatywnością i… butelkowym serwem. Chuligance i Msisiarze przemknęło wtedy przez myśl, że rakiety miałyby tutaj duże powodzenie, ale nie zmieściły się wtedy na liście priorytetów.

tennis.jpg

Dzięki inicjatywie naszych wspaniałych znajomych z Poznania, tydzień temu w torbach Msisiary do Ghebi zajechały 2 małe piłki nożne i pierwsze w wiosce rakiety do tenisa. Inauguracyjne zapoznanie się z nowym sprzętem przypadło na piątkowe popołudnie. Pogoda dopisała, bo w Ghebi na błękitnym niebie górowało tylko słonce i ośnieżone szczyty Shody i Mohamesha. Na boisku szkolnym przesiadywała akurat grupa starszych chłopców, która na widok młodszych Otiko i Lashy, chcących przejąć na chwilę boisko i przerwać ich podrygi z piłką zareagowała typowym protestem. Tenis? – eee, pirveli futbol!!! Wystarczyła „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Msisiary i Chuliganki i starsi chłopcy natychmiast odstąpili boisko.  Ciekawość wzięła górę i chłopcy postanowili, że na 10 minut mogą odstawić piłkę nożną, żeby Otiko i Lasha mogli sobie poodbijać.

Pierwsze kilka nieśmiałych serwów przełamało lody i po chwili trzeba było pilnować, żeby sprawiedliwie każdy miał swoje pięć minut. Znalazła się nawet resztka starej siatki, trzymana z jednej strony przez Msisiarę i boisko zamieniło się na ponad godzinę w prowizoryczny kort.

_DSC39601.jpg

Zabawy i okrzyków radości było co nie miara. Chłopcy na przemian z piekielnie mocnymi piłkami (siły u nich nie brakuje) puszczali równie diaboliczne miny. Patrząc na ten zapał, ciekawość i oddanie, nasze wszystkie pytania i wątpliwości odpłynęły prędko z nurtem Rioni. To nieważne, że nie mamy jeszcze siatki, że jest tylko 1 para rakiet, że trzeba się jakoś zorganizować, znaleźć czas i gruzińskiego pomocnika do nauki. To co, że w walonkach. Nawet jeśli nasz Ghebiński klub to teraz tylko 10 minut odbijania piłki ponad trzymaną w rękach siatkę, to nieopisana radość i niepowtarzalna możliwość rozwoju dla tutejszych dzieciaków. Bo robią coś nowego, bo uczą się słuchać, uczą się ufać, otwierać na nowe i kto wie, może rosną tu nowi mistrzowie Wimbledonu…