Naturze trzeba czasem pomóc

– “Vai meeee! Nasze barany! Żyją?” – Na okrzyk Chuliganki wszyscy wyskoczyli z łóżek. Pomimo porannego chłodu, w którym czuć zapowiedź niedalekiej zimy z balkonu wyjrzeli Otiko, Rostomy i Msisiara w samych piżamach. Przy płocie stała nasza krowa z cielakami i barany oraz sąsiad, trzymający za nogi dwie maleńkie owieczki.

– “Vsio harasho!” (wszystko w porządku)- rozległo się po chwili niepewnego oczekiwania i na podwórku zaczął się poranny rozgardiasz

IMG_3880.JPG

Wczoraj nasza mała trzoda nie wróciła do domu. Zazwyczaj owce i krowy wracają wieczorem i czekają przy płocie, aż ktoś odprowadzi je na noc do boseli (domek dla zwierząt). Wtedy Marika lub Ivane doi krowę. Wczoraj jednak nasza trzoda nie pojawiła się. Nikt nie mógł już iść na poszukiwania zwierząt, bo pracy przy zaprawach na zimę, rąbaniu drzewa i przygotowywaniu domu na przyjazd gości było rzeczywiście dużo.  Dziś rano sąsiad idąc górną drogą znalazł nasze zguby i przyniósł nowo narodzone owieczki. Jedno z owczych bliźniąt urodziło się bez odruchu ssania i dużo mniejsze od drugiego, brakowało mu sił. Bez interwencji człowieka nie miałoby szans na przetrwanie. Drugie, z łatką na głowie jadło już samo i mogło zostać przy mamie. Słabe maleństwo znalazło się szybko przy piecu w dobrych rękach (Chuliganki).

dsc_0536

Msisiara przy zupie mlecznej dla chłopców, a Marika w boseli przy krowie. Człowiek nie zawsze może wszystkiego dopatrzeć, wszystko przewidzieć. Tym razem mieliśmy szczęście, że sąsiad trafił na nasze małe owce. Gdyby odeszły dalej w góry nie wiadomo czy małe w ogóle dotarłyby do domu. Chów zwierząt w tutejszych warunkach wymaga dużo pracy i sporo niepewności. Natury nikt nie oszuka, czasem może tylko odrobinę pomóc. 

Kiedy wyszło słońce, a mama owca leżała spokojnie postanowiliśmy spróbować przystawić maleństwo. Musi jak najszybciej nauczyć się ssać i stawiać pierwsze kroki przy mamie. Z początku palec Msisary i mleko podawane strzykawką przez Chuligankę musiało zastąpić maminą pierś. Zadziałało! Mała po chwili nabrała sił i zaczęła podnosić się na nogach. Kiedy mama owca wstała, z niecierpliwością obserwowaliśmy czy małej uda się dojść do piersi. Pomogło małe nakierowanie i po chwili maleństwo piło tłuste mleko bez naszej pomocy. Udało się! Przed nami kilka niepewnych miesięcy czy obie się utrzymają, ale pierwsze koty za płoty. 

Craig (nasz wspaniały wolontariusz) był zachwycony i asystował robiąc te piękne zdjęcia

IMG_3907.jpg

Pomiędzy liśćmi dzikich grusz

  • Widzę, że tutaj wszyscy cię kochają. Chyba cała wioska? – W przeciągniętym pytaniu słychać niedowierzanie.

  • Być może. A wiesz dlaczego? Bo szanuje nie tylko człowieka, ale i jego biedę i jego słabości.

DSC00960.JPG

Prawda jest taka, kocham tę biedę która wplata się w gałęzie dzikich grusz, kocham serdeczność, która odbija się głośnych echem pomiędzy ośnieżonymi szczytami. Kocham człowieka, którego zmęczony kręgosłup dogina kolejny olbrzymi stóg siana. I kocham jego uśmiech pomimo utrudzenia. Kocham gorący chleb, gdy garnek świeci pustkami. Kocham niezaradność prostego człowieka, bo ja też nie jestem mistrzem świata. Przecież nikt z nas nie jest. Kocham kobietę, która na widok strudzonego wędrowca biegnie z kawałkiem sera i masła, choć sama jutro być może nie będzie miała co zjeść. Kocham te dzieciaki w za krótkich spodniach, które oddadzą wszystko w zamian za poświęcony im czas. Kocham tych ludzi pachnących bydłem nie „diorem”, mlekiem nie pralnią lub najzwyczajniej zmęczeniem. A jeśli kocham tych wszystkich ludzi, to tak po prostu. Bez wyszukanych słów i górnolotnych wyznań. I przez to mogę ich zrozumieć i pomóc nie odbierając im tego, co oni kochają.

DSC00870.JPG

A miłość ta, to nic ponad uśmiech i serdeczne spojrzenie. To wspólna praca nie zważając na zmęczenie czy odciski, bo skoro oni są zmęczeni, to dlaczego ja nie powinnam być. To potrzymanie za rękę, poklepanie po plecach, przytulenie, wysłuchanie pomimo nieznajomości języka. To pochylenie się nad starcem, który być może nie mył się kilka dni i opatrzenie mu sączącej się rany. To każda minuta mojego dnia oddana drugiemu. W darze.

I niech nikt nie warzy się patrzeć na tych ludzi z góry, bo wydrapię mu oczy.

 

 

Pierwszy dzwonek i Vasiko

dsc_0352

Z roku na rok szkoła w Ghebi szczupleje. I nie jest to spowodowane niżem demograficznym. To wynik ucieczki młodych ludzi i całych rodzin z ostatniej wioski nad brzegiem Rioni. Kto może wyjeżdża, a liczba uczniów stale maleje.

Dzisiaj wraz z dźwiękiem pierwszego dzwonka, w Ghebińskiej 12-klasowej szkole pojawiło się 39 uczniów, w tym tylko 4 pierwszoklasistów. To pokazuje najlepiej jak szybko starzeje się wioska, a tym samym zamiera. Wcześniej wspominaliśmy, że poziom nauczania nie daje wielkich szans na rozwój i dalszą edukację dzieci. Kolejny problem wioski, to kompletny brak organizacji czasu pozaszkolnego dla dzieci, brak kółek zainteresowań, korepetycji i grup wsparcia dla uczniów z problemami edukacyjnymi.

W pierwszy dzień szkoły, w domu wraca temat niedokończonej edukacji Vasiko, niestety tak jak przewidziała Chuliganka, to był kilkudniowy zapał, który rozmył się jeszcze szybciej niż się pojawił. Ivane wywiązał się z obietnicy i bez żadnych oporów pomknął w znajome mury. Vasiko jednak nie chce słyszeć o powrocie do szkoły , po pierwsze jego samoocena jest bardzo niska , pomimo, że lubi się szczycić i popisywać przed kolegami co to on nie potrafi. Po drugie nie ma w nim kompletnie chęci aby podjąć jakiekolwiek wyzwanie , nawet jeśli chodzi o naukę czynności całkiem normalnych w wiosce i nawet tych, które przystoją dorosłemu mężczyźnie. Jego niechęć wynika jednak nie z lenistwa , to jest tylko 20% jego reakcji. Zachowanie Vasiko wynika z tego, że nigdy w życiu nie był chwalony a wręcz odwrotnie, czegokolwiek się podjął i próbował  zawsze był poniżany i karcony przez wciąż pijanego ojca. Każdy z nas wie , że gdy podejmujemy się nauki czegoś nowego , normalnym jest, że nie robimy tego od razu doskonale lub nawet dobrze. A Vasiko jak każde dziecko lubi i potrzebuje być chwalony i motywowany. Chłopak tak przyzwyczaił się i polubił nasze pochwały, że czasem gdy nam się wydaje, że wykonał właśnie coś tak zwyczajnego i naturalnego on wzrokiem dopomina się pochwały. „Głód” akceptacji w tych dzieciach jest czymś co napędza nas codziennie i naszą motywację.

Na Chuligankę czekała tego dnia niespodzianka z samego rana. Maluchy bo tak nazywamy czasem Otiko i Rostomę, poprosił,y by ta poszła z nimi na rozpoczęcie szkoły, nie jako specjalny gość ale po prostu jak członek rodziny , jak po części przyszywana mama. To chyba pierwszy raz , gdy „bezoporowa” kobieta lekko się zawstydziła, tym bardziej, że oczy chłopców krzyczały – „nie przyjmujemy odmowy i żadnego tłumaczenia”. Cóż pozostawiła więc chłopcom prawo wyboru w co ma się ubrać, żeby było odpowiednio i żeby nit na nią „krzywo nie patrzył”. Ivane był równie zaskoczony jak Chuliganka i z lekką nutka obawy, zapytał:

  • ale nie pójdziesz do mojej klasy????

  • spokojnie, nie bój się, nie narobię Ci obory przy kolegach. Ja tylko będę na apelu. I tak też się stało….

A maluchy cóż, przechadzały się dumnie jak pawie, bo dotąd nikt z rodziców nie był na ich rozpoczęciu szkoły.

Życie bardziej niż ‚mojsze’

Przepraszamy naszych czytelników za przestój na blogu. Nie myślcie Kochani, że nie mamy o czym pisać, lub że nic się nie dzieje w Naszej Rodzinie. Wręcz przeciwnie, nasza nieobecność w tym miejscu jest podyktowana intensywnością działań i prac w domu i po za nim.

Jak zapewne wiecie zwariowany tandem Msisiara – Chuliganka jest chwilowo w rozłące, to wcale nie znaczy, że cały ten przedziwny „mechanizm” traci na działaniu lub sile. Dziewczyny tak podzieliły się rolami, że każdej dobrze jest w jej „ubraniu” jednak jak tylko mogą uzupełniają się nawzajem. Czasem mam wrażenie, że ich trybiki pracują nawet lepiej na odległość.  Bywa, że jedna pomyśli, a druga już ubiera to w słowa- niesamowita jednorodność celu i myśli. Do tego tempo ich życia, wyzwań i prac nabrało takiej prędkości, że czasem wieczorami lub w głębokiej nocy słychać na łączach światłowodów, niczym ryk bolida F1 – „damy radę!!!” I jedyne na co zdarza się narzekać dwóm „Sulelebi”(wariatkom), to zbyt krótka doba. Dla nich, każda długość dnia zawsze będzie za krótka.

Sytuacja w domu: po dwóch dość poważnych kryzysach Chuliganki, gdy rozsądek podpowiadał jej – wyjeżdżaj, głową muru nie przebijesz… Atmosfera wreszcie się uspokoiła. Powód zwątpienia ten co zawsze – najstarszy z chłopców i matka, która nie może przeciąć przysłowiowej pępowiny. Jak na razie do Mariki nie dociera tłumaczenie, że pozwalając mu na wszystko i nie wymagając niczego, wyrządza mu więcej krzywdy niż pożytku. Ostatni kryzys był poważny. Gdyby nie fakt, że koniec końców to serce rządzi Chuliganką, a Kasia-Msisara wie, co pobudza je do życia, ten blog i Nasza Rodzina stałyby pod znakiem zapytania. Trzeba koniecznie wspomnieć, że Msisiara potrafi wyciągnąć za uszy i podnieść skrzydła swojej kompanki. I choćby Chuliganka nie wiadomo jak twardo broniła swojej „najmojszej racji”, to w emocjonalnie trudnych sytuacjach słucha drugiej połowy tandemu. Mechanizm działa w obie strony. Jak w zegarku, jeden tryb nakręca drugi, popycha kolejny, wspierając wszystkie części, trybiki i drobinki. Tyk, tyk, tyk, tykają dalej.

A teraz do rzeczy: nadal trwa gorący okres sianokosów, jak dotąd mamy zebrane 4 tiwy (olbrzymie stogi), potrzebujemy jeszcze drugie 4. Koszenie i stawianie takiego stogu trwa, przy zaangażowaniu 4 chłopców min 10 godzin codziennie,  3-4 dni. Po ostatniej ‚trzeciej wojnie światowej’ czyli wojnie z Wasiko, młodsi chłopcy postawili brata pod ścianą, wymusili na nim współpracę i dostosowanie się do zasad panujących w domu. Efekt? Bez marudzenia, krzyków, fochów codziennie o 7 wstaje i chodzi z Ivane w góry kosić, a maluchom kazał póki co zostać w domu i pomagać kobietom. W nich jest siła, trzeba dać tylko prawo głosu Naszym Biczebi (chłopcom). Z odpowiednim nadzorem oczywiście.

Ostatnie dwa tygodnie Marika też zaskoczyła i zaczęła chodzić na przyspieszonych obrotach. A to zaprawy na zimę, a to goście, a to znowu trzeba nadążać za nowymi pomysłami Chuliganki. A ta jeżeli już coś wymyśli, to nie ma zmiłuj zanim nie będzie zrobione ‚do końca’. Toasty pijemy ‚do końca’, prace też robimy ‚do końca’. Nawet dzieci to wiedzą. Tak więc Marika przestała już stawać okoniem. To co, że zapłon ma jeszcze czasem opóźniony, najważniejsze, że się stara i dotrzymuje tempa. Efekt? Posiłki dla dzieci na czas, wcześniejsze wstawanie, wieczorne planowanie kolejnego dnia i ………..

REMONT ściany za piecem!!! czyli sztuka kompromisu

14341862_518415838365412_1295255005_n

 

Ściana za piecem od dawna spędzała nam sen z powiek i niszczyła zdrowie rodziny, a zwłaszcza Otiko. Przez mieszkającego w niej grzyba Otiko od małego łapie zapalenia płuc od czego ma zdeformowaną klakę piersiową. Owszem remont dolnej „komnaty” był w planach ale raczej wiosennych, jednak Marika chciała chociaż tylko pomalować przybrudzone od pieca i sypiące się od grzyba ściany. Na co Chuliganka kręciła nosem, bo dla niej to znowu „leczenia syfa pudrem”.

14285574_518455725028090_1350176151_o– po co kupiłaś farbę?  do czego Ci emulsja? o nie! tym …. czymś nie będziemy tutaj malować, te ściany musza oddychać, schnąć, kobieto wałkowałyśmy ten temat pół roku a ty … eh znowu nie konsultujesz

– zakryje trochę te obrzydliwe ściany. Do wiosny wystarczy…

– ok ale zrobimy to po mojemu

Vaime deda (o matko)!!! Ty wytaszczysz mne mozg !!! ( ty wyciągniesz mi mózg) no ok, jak chcesz, ale nie dzisiaj. Xwal*(jutro) …

– A dlaczego nie dziś? Za 4 dni znowu mamy gości a  ja, jak wiesz mam jeszcze inną robotę. Jak można, trzeba działać! pogoda nam dopisuje więc musimy się uwinąć w 3-4 dni

  • Raooooooo??????????????? (Cooooo) 3-4 dni? pomalujemy w dwa – w tym momencie Marika wymiękła. Zdała sobie bowiem sprawę, że darowizna narzędzi z Polski, która tak bardzo ucieszyła dzieci i Chuligankę, to  znak wielkiej domowej rewolucji. Czyli będzie dym, tym razem dosłownie, a na to Marika patrzy z przerażeniem. Jednak wie, że nie ma odwrotu. Zadania podzielone : Chuliganka przejmuje komnatę, Marika zajmuje się zabezpieczeniem jedzenia na 2-3 dni dla chłopców w góry i dla reszty rodziny, bo piec będzie wkrótce odłączony.

– Ok wszystko mamy, to ty teraz idź jeszcze do sklepu a ja się zabieram do roboty- wygania Chuliganka. To jest ten moment, którego niestety Marika nie przewidziała. Łobuz-Hardcore-Demolka wpada z ciężkim sprzętem i zabiera się do gruntownego oczyszczania ściany, czyli skrobania, odkuwania i szlifowania. Otiko i Rostoma otwierają oczy ze zdziwienia, gdy Chuliganka wyłania się z kłębów pyłu. Po godzinie wraca Marika z wioski i …. kapituluje.

  • Rozumiem teraz dlaczego kazałaś mi spać na górze i wynieść telewizor. Koniec świata!!! Marika jednak zaczyna wreszcie dostrzegać jak głęboko „zakorzeniony” jest problem i ile jest do zrobienia. Dwa dni mijają w gruzie i pyle. Jednak od razu widać pierwsze efekty, a to  daje jej siłę i powód do dumy przed odwiedzającymi, ciekawymi hałasu sąsiadami. Nawet fakt, że posiwiała od ton pyłu we włosach nie jest w stanie przyćmić jaśniejącej satysfakcji. Wasiko i Ivane też są pod wrażeniem, a sprawia, że ich kosy suną ramię w ramię. Motywacja dyktuje im tempo pracy.

13920154_501075900099406_3389672795120611150_o

W trzeci dzień czas zamienić się miejscami na stole. Chuliganka uzbrojona w szlifierkę ustępuje miejsca Marice z wodą z mydłem, a następnie z wałkiem i pędzlem. Wszystko działa jakby powiedziała Msisiara – ideolo! Kiedy Marika pochłonięta jest malowaniem, Chuliganka nadrabia obowiązki matki i przygotowuje chłopców na pierwszy dzwonek po wakacjach. Tak to już jutro …

 

 

 

 

2 lata temu

Dokładnie 2 lata temu, kiedy po raz pierwszy poznałam te dzieciaki, poczułam mieszankę nadziei i niepewności. Nadzieję, że jakoś się to życie ułoży, że Szef to trochę załatwi i wrócę pomalować z nimi kolejne kamienie. Może było jeszcze za wcześnie żeby zrozumieć, że te mieszane uczucia to niewiele więcej niż chęć odwagi by robić to co dyktuje serce. Nie zważając na przeszkody i konwenanse, na lata oczekiwań i życzeń od znajomych. I słuchając uważnie jak wiatr gra czasem na strunach przeznaczenia, puszczając w tan szanse i rozpryskując szczęścia łut.
W 10 urodziny mojego brata robiłam w Ghebi to zdjęcie wspólnych życzeń, bo nie mogłam być z nim. Kuba właśnie kończy 12 lat i wiem, że tym razem go wyściskam. Choć jeszcze nie wie, że zobaczymy się za chwilę (bo szykuje się niespodziankowa imprezka), to wie, co trzeba robić kiedy dyktuje nam coś serce. Trzymać się mocno razem i pamiętać, że “damy radę”. Teraz odliczam dni i godziny kiedy w Ghebi, z chłopakami zapiszemy to razem na kamieniach. I minuty do tegorocznego “Sto lat Kuba”

 

[EN] Exactly 2 years ago, when I first met these kids I had a mix feeling of hope and uncertainty. That the life and God will somehow, magically bend my path to paint stones with them again. Perhaps, it was too early to realise, that this vague feeling was nothing more than need of courage to say what I really want. Against all the odds and convenances, years of expectations and best wishes form my loved ones. And listening carefully how the wind plays the song of destiny spinning chances and dropping luck.
It was my brother’s 10th birthday when I took this picture and I couldn’t be there with him. So we sent him Polish “happy birthday” wishes from Ghebi. He is turning 12 now and I knew I have to be there for him. He doesn’t know that we meet in couple of hours yet (surprise party) but he knows what we do when we have a need in the heart. Stay strong together and say “damy radę” (we get there). Now I am counting days and hours till I am in Ghebi and we can write this in stones. And minutes till this year’s “Sto lat Kuba”

IMG_6759.JPG

Na chwilę

usiądźmy tam gdzie myśli nie dochodzą

gdzie wiatr tańczy pod ramię z księżycem

gdzie marzenia najskrytsze kąpią sie w wina słodyczy

dotknijmy nagimi stopami chmur wilgoci

bezkresu błękitu, jaskrawości zachodu

dotknijmy wszytkiego co nas dzieli

spójrz to nasze wspólne niebo

Chuliganka

rest where the thoughts cannot follow

where the wind makes the moon gently spin

where the dreams unborn dive in the wine sweetness

feel the dew between the toes walking through the clouds

the depth of blue, the sunset’s scream

feel all what between us

and look, that is our sky

Tłumaczenie – Misisiara

8953498_tchocia--podejscie-z-shovi-.jpg

Modlitwa pewnej „suleli”

9030134_wymarzonych--szczesliwych-wakacji-i-rozpromienionego-usmiechu--w-kazdym-momencie-twojego-zycia.jpg

Szefie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! wybierz górę, a wlezę na nią na kolanach, na czworakach, nie ważne jak. Wejdę tam, bliżej chmur i Ciebie. I będę tam tylko ja i Ty. Tam będę tańczyć, skakać ze szczęścia, płakać i wykrzykiwać z wszystkich sił tą radość, która teraz odbiera mi głos i rozrywa albo ściska naprzemiennie do bólu moje serce. Jak słodki jest ten ból. Bo to właśnie jest Miłość przez najogromniejsze M na świecie. Twoja Szefuniu Miłość !!!!

Ps. Szefunciu dzięki za dzisiejszy dzień i za ostatnie, za ludzi niesamowitych, którzy są Cudem, za wszystkich, którzy czynią dobro tak po prostu !!!!

Zielono nam!

Po kilku dniach przestoju, zwolnienia tempa pracy i małego spadku zaangażowania, nadszedł ważny dzień. Dzień odbudowy nadziei i ożywienia ducha działania.

DSC_0190.JPG

To dzień pierwszych zbiorów w Chialashi. Lobio (fasola) dojrzewa na potęgę, co cieszy nie tylko oko, ale i nasze żołądki. Pierwszą, tegoroczną fasolę z małego ogródka (bostani) już skonsumowaliśmy, ale ten zbiór z Chialashi ma całkowicie inny wymiar. Zebrane pierwsze 6 kg fasoli, to nagroda i  uznanie dla dzieciaków za ich wytrwałość i zaangażowanie w odzyskanie i zagospodarowanie ponad hektara ziemi. Ziemi, od 10 lat leżącej odłogiem. Radość podwójna, bo część zebranego lobio już pakuje się w słoiki na zimę. – Hurra! W tym roku będziemy jeść zimą też lobio, a nie tylko kartoszki i puri !!! (ziemniaki z chlebem) –  wykrzykują najmłodsi.

DSC_0187.JPG

Pierwszy błysk w oku pojawił się na widok pierwszego plonu, bo nikt nie dowierzał że tyle tego będzie. Drugi błysk rozświetlił wielki garnek kipiącej, zielonej fasoli. W naszą młodzież wstąpił nowy duch. Nawet najstarszy „zarmatsi” (leń) – Vasiko wziął się do roboty. Od śniadania jak zacięty rąbał drzewo. Wióry leciały, a dźwięk piły łańcuchowej i topora brzmiały dzisiaj jak najpiękniejsza melodia.  A do tego wszystkiego- rozśpiewany w pracy Vaso, niebywałe!!!!!!!!

Od kilku dni znów dręczą nas deszcze, a przez to ograniczone możliwości pracy. Na szczęście i dzięki Szefowi zdążyliśmy wykonać plan. Teraz na polu walki pozostała już tylko Marika. Jak na dobrego dowódcę przystało z pola bitwy schodzi ostatnia, teraz pilnuje pieca, na którym kipi mus jabłkowy, słoiki z kompotem śliwkowym, zielone tkemali i ogromny garnek zielonego lobio.

„Siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki (teraz nazywanej Suleli= ta, co straciła rozum, szaleniec) spowodował, że Marika zasmakowawszy zielonego, niesamowicie wyrazistego sosu, postanowiła ugotować dodatkowe kilka butelek. Dotychczas w domu nad mzave cxali królowało tylko czerwone tkemali, czyli gruziński sos z dojrzałych czerwonych i fioletowych śliwek-mirabelek. Rok temu w Kutaisi, u drugiej rodziny, nad którą sprawujemy „opiekę”, Chuliganka spróbowała zielonego tkemali, i ten właśnie smak przywlokła teraz do Ghebi.

Dzisiaj nasz dom pachnie na zielono: tkemali i lobio. A wszystko okraszone sercem Mariki i radością dzieci- smakuje najlepiej!

DSC_0155.JPG

śliwki „kompotowe”

DSC_0156.JPG

mirabelki na zielone tkemali, a poniżej zaczarowany, pełen niebywałego aromatu sos:

DSC_0169.JPG