Na vierno Obola

Siedem osób w jednym domu. Każda z dość zdecydowanym charakterem- jest ogień. W grupie jest ciekawiej, jest z kim płatać figle i grabić siano albo… na kogo zrzucić winę.

Każdy, kto ma rodzeństwo coś o tym wie. Jak pojawia się problem, to najlepiej jest się nim trochę podzielić… i ‘zwalić winę’ lub podejrzenie na kogoś innego. Zyskuje się wtedy czas, a problem jakby odrobinę łagodnieje. To znany, cwaniacki sposób na sytuacje kiedy coś znika i nie wiadomo kto to wziął, zjadł lub zaprzepaścił. 

Czyli klasyczne ‚spychactwo, zwalactwo i ogólny tumiwisizm’ (terminy zostały wyjaśnione w rozdziale Poszukiwacze skarbów)

W Naszej Rodzinie spychaczy nie brakuje. Dzieje się dużo, więc jest co spychać. Ze spychaniem na Marikę, Chuligankę lub Msisiarę trzeba trochę uważać, ale maluchy to łebskie chłopaki, i to czasem potrafią…

Palatience…? Kasha!

Kasha kasha, sadari palatience? (Kasia, gdzie jest ręcznik?) 

– No jak to gdzie, wisi przy piecu.

– Ale nie ten. Taki mały różowy

– To przy drzwiach, albo w szafie – O co tym razem chodzi? Msisiara już nabiera podejrzeń.

– Nie ten! Ten co mieliśmy przy wyrębie lasu.

– Aaaa, wtedy co Otiko wpadł do rzeki? Suszył się obok Was, na drzewie… tam raczej nie został, ale albo zabyli (zapomnieliśmy) albo… dzrocha-kurduna! (krowa-złodziejka)

20160523_135135.jpg

Ręcznik rzeczywiście przepadł. Stanęło na krowę-złodziejkę. Za to innym razem, kiedy rozbijało się nie o ręcznik tylko o coca-colę:

– Kaśka! Kaśka, posikasz się jak usłyszysz, co Rostoma zrobił. – Chuliganka ciągnie mnie w ustronny kąt

– Słuchaj, wiesz pod poduszką jest schowana coca-cola. 

– No, i cukierki. 

– Cukierków już nie ma, coli zresztą też nie… ale słuchaj co z tą cola. Poszłam do góry, i pić mi się chce jak małemu dziecku płakać, a tam co? Pusta butelka pod poduszką!

– Hahahaha, wypili i zostawili Ci pustą butelkę?  No ładnie…

– Tak, więc czekam aż któryś przyjdzie. Akurat robiłam coś na komputerze i przyszedł Rostoma, wiec go pytam czy wie kto wypił: Shen (ty?). Schował się na łóżku i woła: Me ara (ja nie!) Pytam kolejnych chłopców, układających się do łóżek. Jak klasyczny refren…

– Tylko ara i ara (nie, nie, nie)

 – Słyszę: Me ara, me ara.  A ja czekam i pytam: Tak? A Myszka* Rostoma nie wypił? Co Myszka? – Me ara! (Ja nie!)… Jasne, nikt nie wypił. Samo się! A on wtedy do mnie przychodzi i mówi z taka mądrą i przekonującą miną: – Me ara na verno Obola!!!

– Hahaha, nie wierzę!!!

– Rozwalił mnie tym…  tak tak, na verno Obola! (To na pewno Obola)

I tym sposobem Obola, nasza stateczna klacz, została naszym tajemniczym ‚spijaczem’ coca-coli, a ten krótki tekst wpisał się na stałe do rodzinnego języka i dialogów. Zamiast ar vici, me ara ( ja nie wiem, to nie ja) wystarczy powiedzieć „naverno Obola” i wszystko jasne.

*Rostoma mimo że najmłodszy, a może właśnie dlatego, jest największą ‚Myszką’ i zawsze zwęszy okazję. Czy są to cukierki czy lemoniada, czy możliwość zamoczenia palca w ukrytej w lodówce misce z kremem.

Mgła i dzban

Czasem przychodzą momenty, gdy po stokroć zastanawiam się nad sensem tego co robię. To są te chwile, gdy czujesz jakbyś miała 1000 igieł w sercu, gdy płuca ściska, że oddychać nie możesz, a z oczu płynie Rioni łez bezsilności. To są te momenty, gdy pomimo, że widzisz rozmyte światło w dali,  jednak kontury celu i droga spowite są ponurą mgłą. Mgłą tak obrzydliwą, która oblepia twoje ciało, wnika i wypełnia trzewia. Ta mgła nazywa się kryzys.

Przyczyny kryzysów są różne, ale na pewno nie wynikają z obolałych kolan, z posiniaczonej skóry czy nadwyrężonych pracą mięśni. Ok zgodzę się zmęczenie ciała i umysłu potęguje te stany. Jednak są to chwile gdy serce i tak pęka jak pełny po brzegi dzban, który nie może więcej udźwignąć i to nie tylko samo ucho się urywa. Bo chciałby przyjąć i pomieścić jeszcze więcej i więcej, a wtedy ta jedna kropla może wszystko zniszczyć.

Kroplą bywa czasami (chwilowy tak naprawdę) brak jakichkolwiek efektów pracy. Kroplą bywa brak zrozumienia otoczenia. Kroplą bywa samotność w tym co robisz.  Kroplą bywa przewaga rozumu nad sercem, który w swojej ograniczoności tłumi okrzyki serca „rób to nie zważaj na nic i na nikogo, po prostu kochaj i rób”.

Niestety w tak gęstej mgle nie widać i nie słychać już nic. Tylko gdzieś w oddali, jak mantra tłuką się nuty „Didou nana”, ale nie smakują już jak dawniej.

mgla4

I nagle jak grom z jasnego nieba, z mgły tuż obok mnie, ramię w ramię wyłania się wyraźna postać w klasycznie obłoconych butach. Niczym anioł stróż, który tylko czeka, by dać mi kopniaka na zachętę, przytulić, wysłuchać aż wreszcie złapać mnie za rękę. Szepcze mi do ucha: choć babo nie wymiękaj, patrz tam jest jasny, ciepły i dobry świat. Tam kończy się mgła. No już, rusz się!

No i jest !!!! Faktycznie jest !!!

To miejsce, gdzie miłość rozświetla największe ciemności, to miejsce gdzie miłość poprawia poduszkę do snu dla małego Rostomy. To miejsce, gdzie miłość rozchyla usta Ivane do najpiękniejszego uśmiechu na świecie. Gdzie miłość ujmuje z pleców Otiko zmęczenie po całodziennym przerzucaniu siana. Gdzie miłość nosi wiadrami wodę z Vasico.

Ps. Ty już wracaj z tej cholernej Szwecji!!!!

 

 

Gaimeore: „damy radę”

Leżę w nocy nie mogąc spać, szczęśliwa, że olewam studia w Szwecji na rzecz rozkręcania projektu w Gruzji i w Ghebi, a w głowie huczy mi od pomysłów, planów i list rzeczy, które muszę zrobić. Kupić bagaż, odmowić mieszkanie w Szwecji, zrobić z Chuliganką listę potrzebnych rzeczy na zimę… wysłać jeszcze z 10 zaległych wiadomości… zrobić listę pomysłów na stronę…  przejrzeć dom pod względem starych narzędzi, które mogę przydać się w Ghebi… kurki i uszczelki, bo kran zawsze cieknie… przybory szkolne dla chłopców… liny, nasiona. Czy można kupić gruzińskie książki na kindle, żeby chłopcy mogli czytać na zmianę ze mną…. Myśli się po prostu nie kończą! Od paru dni jest urwanie głowy, śpię po 6 godzin (co dla mnie nie jest normalne), bo tyle się dzieje! Bo strony są w trakcie budowy i moderujemy je z Chuliganką na odległość, bo… ale w głowie zamiast gedzineba (spania) mam szał.

I nagle powracają do mnie słowa Rostomy – do 3 Octabra (października) jeszcze tak daleko…- i nie mogę się powstrzymać, i wyobrażam sobie jak tam dojadę i ich uściskam. I to będzie szczęśliwy uścisk. Nie ten, który teraz tak dobrze pamiętam, smutny albo bezsilny i bolesny, kiedy brakowało mi słów otuchy po polsku, a co dopiero po gruzińsku. Bo taka bezsilność boli i długo się ją pamięta. Kiedy szeptałam do małego zapłakanego ucha „będzie dobrze”, ale wiedziałam, że sama wcale nie jestem tego pewna. Teraz wiem co powiedzieć nam, sobie i nie tylko wtedy jak jest źle:

Gaime ore: Damy radę.= powtórz po mnie: Damy radę

11118625_379524565587874_3155004420298060713_oI to wcale nie znaczy, że teraz wiem, że wszystko jakoś cudownie się ułoży. wiem jedno : będzie ciężko, czasami nawet bardzo, ale poradzimy sobie. Ostatnie dni są najlepszym dowodem na to, że… to jest to. Cokolwiek jeszcze się zdarzy, jak się życie potoczy nam wszystkim, nie ma teraz innych planów. Plan jest jeden. Kilka razy w życiu, nie ważne jak dziwne decyzje podejmowałam, wiedziałam, że dam sobie rade i wiem jak cholernie budujące jest mieć taka pewność…wiem, jestem szczęściarą. I teraz zrobię co mogę, żeby chłopcy też poznali to uczucie, żeby wiedzieli co naprawdę znaczy „damy radę!”. Szczęściem trzeba się dzielić, bo to daje siłę, kiedy inni pukają się w głowę. Amen 🙂

Pozdrawiam, Wasza Msisiara

P.S. Chuliganka, dzięki, że we mnie wierzyłaś, że pójdę po rozum do głowy i nie będę sobie utrudniać życia tylko wrócę do Was jako najemnik od czarnej roboty, któremu płacisz w cukierkach 😉 serio dzięki.

20160529_185645.jpg

A stara Chuliganka powie tylko tyle – pamiętasz co wyryłam na kamieniu?

  • Bo widzisz moja droga,- wierzyć w drugiego człowieka, niczego nie oczekiwać , niczego nie chcieć w zamian – to jest ta prawdziwa miłość od Szefa, – i to jest pełnia szczęścia.           – Drzewo daje owoce …

PS. mam nadzieję, że mandatu nie dostałaś wczoraj za przekroczenie prędkości światła na rowerze?

Dlaczego płacimy za błędy

To uczucie, kiedy budzisz się rano i niby nic się nie dzieje, a pokój wydaje się być klatką… Zdrowa, wykształcona, z gronem bliskich i kontem w banku na plusie, zasadniczo wszystko pasuje. Problem w tym, że w środku czuję ogromny kamień i nie wiem co z nim zrobić. Bo to chyba kamień, który wsadził we mnie świat, żeby łatwiej było mi znaleźć swoje miejsce. Moje miejsce w sprytnie ułożonym labiryncie kamieni zwanym współczesnym, cywilizowanym i rozwiniętym społeczeństwem neoliberalnego kapitalizmu.

No dobra. Ciąży ten kamień, to coś trzeba z nim zrobić. Rozwiązań jest chyba bardzo wiele, począwszy od nie robienia nic bo praca, dzieci i rodzina świetnie pomagają nie mieć czasu na myślenie, poprzez telefon do znajomego, pójścia na piwo lub pięć i utopienia kamienia do jutra, zakupu ładnej koszuli, wizyty u psychoterapeuty lub podjęcia kursu rzeźby kamiennej itd. A jeśli brakuje komuś weny i kreatywności, zawsze można poszukać inspiracji w internecie. Nawet jeśli się jej nie znajdzie, szybko znajdzie się coś innego, co okaże się bardziej zajmujące od “kamiennego” problemu; promocja na lot do Tegucigalpa, badania na temat preferencji seksualnych kobiet o jędrnych pośladkach i zdecydowanie poważniejsze polityczno-ekonomiczno-społeczne problemy świata. Jest w czym wybierać. Jak na półkach w supermarkecie, wystarczy sięgnąć po to, co najładniej zaprojektowane,   zdrowe lub w promocji i po sprawie! I tu właśnie tkwi mój problem. To nie załatwia sprawy. Stoję przed taka półką w supermarkecie i nie chce nic z tego kupić. – Dlaczego? Przecież to dobre… każdy tak robi… i Cię stać – mówi mąż, babcia, sąsiad i lekarka. Kupujesz to? Albo kupujesz, albo jesteś inny. 

Chyba jestem inna… bo mnie to meczy, że większość świata gloryfikuje system, który niszczy naturę, odbiera radość życia i na koniec zamienia człowieka w pół robota. Ale dobrze, niech tak sobie będzie skoro tak się wszystkim podoba. Cieszę się, że innym jest dobrze. Ale podobno żyjemy w czasach liberalnych, to dlaczego mam się czuć inna nie chcąc naśladować tłumu? Nie powinnam mieć równych szans w układaniu mojego życia według wartości, które pozwalają na możliwości samorealizacji jako osoba fizyczna i duchowa? Nie tylko jako konsument lub producent mierzący dobę swojego sukcesu osiągnięciem nieumiarkowanych zysków finansowych. Oczywiście że możesz… no, ale za co się utrzymasz? 

Czy dziś coś takiego jak nastawienie na zysk głównie dla zaspokojenia potrzeb może jeszcze istnieć? Kreujemy potrzeby, żeby napędzić konsumpcję, żeby napędzić zysk. A skoro potrzeb coraz więcej, to zysku tez jest coraz więcej.  A jeszcze ludzi na świecie też jest coraz więcej i każdy uczy się że: „jeśli chce, to może”. A co zwykle chce? Zaspokoić potrzeby…a jak już zaspokoi, to jeszcze zyskać! Nie zaszkodzi, przecież ‚od przybytku głowa nie boli’ i ‚lepiej nosić niż się prosić’. Już nawet nie zauważamy jak stereotypy i anarchizmy kreują postrzeganie wielu pojęć. Mówiąc o ‚zysku’ i ‚bogactwie’ nikt już nie pomyśli o naturze i  życiu emocjonalnych, a jeśli tak to pewnie nieudacznik albo filozof. Dodatkowo wszystko to co dobre i co ‚się udało’ zasadniczo oznacza materialny profit. A za błędy trzeba płacić, najlepiej w gotówce, a pózniej nerwach. I to mnie strasznie wkurza, bo wcale nie chce tak myśleć. A tak zostałam nauczona i na każdym kroku ktoś przed tym przestrzega. Nie chce automatycznie kategoryzować błędu i sukcesu przez pryzmat finansowej straty lub zysku. Bo wierzę, że stać nas na więcej i że są ludzie, którzy to rozumieją. Nawet jeśli jest ich niewielu, choć wiem że jest ich więcej niż się wydaje. Ale są i uczą o miłości. Nie zważając na bilans strat i zysków.

Wiem. Nie ma złotego środka. Nie ma się co łudzić, świat się nie zmieni. Ale życie mam jedno i nie chce nim tylko płacić, chce dać mu żyć według własnych potrzeb i standardów. Chcę wykorzystać to co mi dane, talenty i zdolności, też te do pakowania się w kłopoty. Bo mam to szczęście w nieszczęściu, że czuję wiele i wierzę mocno, i wiem że nie nadaje się na życie pomiędzy półkami supermarketu. Do tego znajduję takie skarby jak niesamowite zbiegi okoliczności i mądrzy ludzie, którzy dodają odwagi by wyjść z pędzącego tłumu. Bo to nie jest błąd, że urodziłam się pragnąc kreować coś dla dobra, nie dla zysku. I w to nigdy nie uwierzę, nawet jeśli przyjdzie mi za to zapłacić. 

Największą wartością w życiu jest drugi człowiek.

Rato? czyli dlaczego…

„Poukładane, spokojne i zachodnie miejsca, to nie dla mnie.

Ja nie jestem płaska, zrównoważona i nie zależy mi na ustalonym przez kogoś standardzie. Nawet tego kogoś nie znam, nigdy nie spojrzał mi w oczy i nie poczułam ciepła jego ręki. To skąd ta pewność, że mogę temu zaufać z jedyna daną mi szansą? Z moim jedynym życiem? Czy nie rozsądniej zaufać temu w co wierzę, zaufać sobie, swoim oczom, swoim rekom, swojemu sercu i swojej głowie? Dać potrzebującym to, co do życia jest im niezbędne?(niekoniecznie w wymiarze materialnym)

Jestem kolorowym obywatelem świata tańczącym w rytm wybuchających wulkanów i rozbijających klify fal. Moje serce słucha szeptu wiatru poszukując miejsc, gdzie życie nadal ma siłę cudu, gdzie życie budzi radość nie wątpliwości. Zwątpienie to wolna śmierć pod przykrywką rozsądnych argumentów. A kiedy życie to Twój największy skarb, nie możesz pozwolić mu umrzeć w oparach systemowego absurdu. Dlatego dzielę się tym co mam, pozostając zawsze bogata w ciepło przypadkowych spotkań, a świat nie jest mi obcy. Ten ogromny świat jest bardzo ciekawy i mieści się zaledwie w szerokości ramion. W snach potrafię szybować, bo życie pokazało mi jakie to uczucie. Jedyne czego potrzebuje, to naturalnie żyć w swojej skórze i kochać.” 

*Rato=dlaczego

13995425_508188372721492_2843811948856022605_o.jpg

Kawa Lobjanidze

Wiecie co to KAWA ‚Lobjanidze’? Zapomnijcie swoje wszystkie poprzednie latte, flat whites i zimne parzenie, ekspresy cieśnieniowe. Wróćmy do źródeł. Bierzemy świeże, ‚pełne dobroci’ pełniusieńkie mleko od tej zacnej krowy i gotujemy na nim kawę. Bez odrobiny wody !!! Słodycz ma już sama w sobie! a jeśli do tego jeszcze krowa pije tutejszą mineralną wodę jak wszystkie w Ghebi, to cóż może być lepszego niż Kawa ‚Lobjanidze’

Marika_mrowa 1.jpg

Szybki placek na kwaśnym mleku (lub jogurcie)- nasze dzieci w kuchni.

nasza dzieci w kuchni

Nie każde ciasto musi być wymagające, zajmować pół dnia i kończyć się malowaniem kuchni. Także kiedy pieczemy z dziećmi! Dlatego dzielimy się dziecinnie prostym przepisem na delikatny placek (z owocami lub bez) sprawdzony przez naszego 12-letniego kucharza Otiko. Jak wiecie, żyjemy tutaj prosto, więc wszystkie potrzebne produkty prawdopodobnie znajdziecie w swojej kuchni.  A najważniejszy z nich to dzieciaki! Niech się uczą jak dodawać życiu smaku! Na zachętę przedstawiamy maladéc (zuch) Otiko i jego pierwsze, upieczone samemu od A do Z ciasto na matsoni (kwaśne mleko).

placek na matsoni-01

Otiko piekł sam, ale chętnych do jedzenia jest tu sporo…placek szybko znika, więc niech zostanie chociaż przepis:

Składniki:

330g mąki
1,5 płaskiej łyżeczki sody oczyszczonej
1 jajko
100ml oleju słonecznikowego
2/3 szkl. cukru
400g kwaśnego mleka lub jogurtu greckiego
skórka cytryny
owoce do wyboru (można w dwóch wersjach bez i z owocami)

13719745_497967587076904_8827526437097017006_o.jpg

A tak w chuligańskiej wersji z owocami (brzoskwinie i morele)

Mąkę i sodę mieszasz w miseczce. Jajko, olej i cukier (może być w polskiej wersji cukier puder) oraz kwaśne mleko lub jogurt mieszasz w drugiej misce i dodajesz startej skórki cytryny . Następnie dodajesz mąkę z sodą i mieszasz do gładkiej masy

Nakładasz do wysmarowanej masłem i obsypanej bułką tartą blachy. W wersji z owocami dodajesz owoce i już do rozgrzanego 150-180 st pieca na ok 40-45 min aż góra się ładnie przyrumieni, a kuchnia pachnie słodko, że ślinka leci.

Gaamot! Smacznego!

Uwiąd, czyli jak zrozumieć Chuligankę

Trudny to typ, ale nie spod ciemnej gwiazdy. Kocha swój biały rower jak Jamalę i ma bzika na jego punkcie. Całe szczęście, że jest zupełnie nieprzydatny w Ghebi, bo już dawno by go tu przywiozła.

A bzik wygląda mniej więcej tak:

nie pozwala nikomu go dotykać, nie pożycza, poleruje go przynajmniej raz w tygodniu, jeździ na nim nie tylko dla przyjemności, z miłości do niego porzuciła wszelką komunikację miejską. I to naprawdę nie ma znaczenia czy Poznań czy Warszawa. Zacny rower zawsze stoi przy łóżku, jeśli pogoda nie sprzyja jeździ na nim w trenażerze.

Gdy pewnego dnia przeleciała nad samochodem, przestraszony kierowca zapytał czy coś się jej nie stało? W odpowiedzi, po 5 minutowych bluzgach i kolejnym 5 minutowych wykładzie z przepisów drogowych, usłyszał: tak! Zrobił mi pan ósemkę!! I to wcale nie ważne, że łokcie były zdarte do krwi, że spodnie rozdarte i twarz zarysowana. Rower ucierpiał!!! A to już tragedia. Pan z tego wszystkiego zapomniał jak się nazywa i co miał w planach w tym dniu.

Bzików Chuliganka ma wiele, i można by tu cały blog zapełnić nimi… streszczę się do minimum. Rozmowy z nią do łatwych nie należą i to nie ze względu na jej pokręcone filozofie lub to, że zawsze ma rację. Bo nawet jeśli nie ma to i tak patrz punkt pierwszy. Problematyczny dla początkującego rozmówcy może być styl jej mówienia  równie pokręcony i emocjonalny jak ona.

Przy czym, trzeba zaznaczyć, że potrafi być w swej mowie elokwentna i grzeczna, jednak te przypadki należą do wyjątków, które potwierdzają regułę: zaszufladkować jej się nie da.

Słowotok to jej drugie imię, a nie daj Boże jej wtedy przerywać. Gdy walczy o swoje racje ( lub raczej o czyjeś sprawy) , wtedy bez kija nie podchodź, oczy wydrapie a dopnie swego. Zamęczy petenta gadaniem, aż ten potulnie spełni jej intencje. Preferowane przez nią formy: żartobliwo-dosadne.

Życzę cierpliwości wszystkim, którzy spotkają Chuligankę na swojej drodze.

Zapewne zastanawiacie się drodzy czytelnicy, dlaczego w tytule jest uwiąd… otóż nigdy w jej towarzystwie nie mówcie „starczy”… bo wystarczy ….że odpowie Wam „starczy to jest uwiąd”. Msisiara uwiąd usłyszała tyle razy ile jest gwiazd nad Sardziwidziri, aż w końcu zamiast mówić „wystarczy” nauczyła się mówić po prostu „uwiąd”. Najwidoczniej ma wystarczająco dużo cierpliwości, albo wie o Chuligance coś jeszcze…

11402590_381278372079160_7999921724090626958_o

 

 

 

 

 

Tajemna mapa. Jacuzzi

Na mapie naszych wrażeń jest kilka zaczarowanych miejsc, gdzie uwalniamy nasze wewnętrzne dziecko, gdzie ulatują lub spływają złe emocje, smutki, gdzie w trybie przyspieszonym ładujemy nasze akumulatory, regenerujemy ciało i wzmacniamy ducha.

Jednym z takich miejsc jest zwane przez Chuligankę – Jacuzzi. Nazwa jednak nie ma zbyt dużo wspólnego z tym konkretnym miejscem. Definicja, bowiem brzmi: Jacuzzi to niewielki, okrągły lub wielokątny basen z hydromasażem. Jest wyposażone w dysze doprowadzające sprężone powietrze, system podgrzewania i filtracji wody.

Więc czymże jest tajemnicze Ghebińskie jacuzzi, od którego uzależniona jest Chuliganka???

to niewielki strumień górski!!! z niezbyt imponującym wodospadem, jak na tę okolicę.

13689628_494718557401807_691729041_n

Ktoś zapewne powie, no i co jest takiego niezwykłego w jakimś tam strumieniu górskim, przecież jest ich tutaj dziesiątki, mniejszych , większych. Strumień jak strumień.

Otóż wizualnie być może nie robi wielkiego wrażenia, do momentu gdy się wejdzie do niego.

Chuliganka pierwszy raz zrobiła jakieś dwa lata temu bardzo wczesną wiosną, gdy temperatura wody dochodziła do 3 stopni (latem nie przekracza 6). Temperatura powietrza wtedy oscylowała pomiędzy 14-18 stopni i niesamowicie przygrzewało już słońce. Zgodzę się, że jest to szaleństwo. Jednak po pierwszym stopniowym zanurzaniu się, po pierwszym masażu spadającą na ciało wodą z ogromną prędkością i siłą z wysokości ok 4 metrów, człowiek chce wejść tam jeszcze raz i jeszcze. Wrażenia są niesamowite i trudne do opisania. Oczywiście towarzyszą tej bardzo krótkiej i szybkiej kąpieli wrzaski szaleńca, czasem człowiek skacze jak poparzony, czasem sztywnieje na kilka sekund. Jednak efektem tego jest ogromny wystrzał endorfin, intensywny relaks i odświeżenie wręcz odmłodzenie ciała do najgłębszych jego struktur. Otoczenie jacuzzi też ma zbawienny wpływ: schłodzone powietrze, przesycone prawie niewidocznymi kroplami wody, szum wodospadu, śpiew ptaków, szelest liści, odgłosy poruszających się w wodzie kamieni.

Po za tym układ jacuzzi, wygląd zmienia się z każdym miesiącem i każdym rokiem, miejsce tylko pozostaje to samo.
DSC_1083.JPG
Trzeba to poczuć i usłyszeć…

Potwierdzają to również osoby , które Chuliganka wtajemniczyła i użyczyła im tego miejsca.

Człowiek uczy się całe życie

1462449597553

 

Tę piękną pannę zapewne wszyscy już poznają, tak to nasza Kasia- Msisiara

Otóż pod jej nieobecność pozwolę sobie udowodnić naszym drogim czytelnikom, że nie taka z niej Msisiara (tchórz)  na jaką wygląda.

1462730013538

Specjalności zdobyte przez Kasię – Msisiarę w okresie 2-miesięcznego pobytu:

  • Matka-Polka (choć sama jeszcze dzieci nie posiada)

20160508_112330.jpg

  • pierwsza kobieta – zaganiacz koni w Ghebi (nawet Chuliganka nigdy nią nie była)

  • batman na Patara Xopito

1463307895426

  • mistrzostwo w zjeżdżaniu na tyłku z pokaźnej góry w bliżej nieokreślonym kierunku

1464282998983

  • specjalizacja w wycince i transporcie drzew

DSC_0266.JPG

  • specjalizacja w zagospodarowaniu obszarów rolnych i nieużytków

DSC_0764.JPG

  • specjalizacja w budownictwie małorolnym

DSC_0753.JPG

  • specjalizacja z zbieractwie ziół

  • specjalistka w pluciu pastą do zębów na odległość z balkonu

  • mistrzyni w przygotowaniu najbardziej niesmacznego batridżiani

a do tego od siebie dodam, że wyjątkowy z niej organizator czasu wolnego dla dzieci. W Jej głowie aż kipi od dobrych i ciekawych pomysłów, co niestety czasem zmusza by ją stopować. W związku z tym chyba będziemy zmuszone znaleźć wolontariusza, który będzie chodził za Msisiarą krok w krok i zapisywał jej pomysły i wizje, bo ona sama już nie ogarnia pisania a ja niestety za nią nie nadążam.

Jak na razie staram się utrzymać ją w ryzach i ramach planu ale sama przyznaję, że aż żal zapomnieć o wielu jej pomysłach.

Kobieta o wielu przezwiskach: Msisiara, Kaszka manna, Mani Kasi Palatkasi i pieszczotliwie Debilo , gdy próbowała odegrać słynną scenę z „Tytanica” na rzece Zopxituri i weszła do zalanej nieczynnej kopalni.

20160606_103520.jpg

i to by było na tyle , szybko i w skrócie, jeszcze jedno zdjęcie, po którym zmykam, bo jak Kaśka to zobaczy to mnie na bank udusi 🙂 ale cóż to nasze życie, proste zwariowane, najlepsze jakie Szef mógł nam ofiarować. pa ! Wasza Chuliganka

DSC_0432.JPG