Weekend na łące, czyli rozpoczynamy sianokosy

Tradycyjnie ścinanie traw czas zacząć i stworzyć nowe krajobrazy łąkowe- stogi siana będą wyrastać jak grzyby po deszczu.

Pracy będzie dużo, dobrych i kiepskich momentów zapewne jeszcze więcej. Ale to nie problem, kiedy tak ważny jest cel- zebranie jedzenia dla zwierząt na zimę, żeby nie trzeba było ich sprzedawać. Nie ma pięniędzy na to, żeby kupić dla nich jedzenie, więc w rękach i wydajnej pracy cała nasza nadzieja! Kalkulacje wyglądają tak:

mordek do wykarmienia sporo: krowa + 2 cielaki, 4 owce, 4 konie + 1 źrebak

minimum 8 stogów

W przedbiegach już było widać, że w Ivane wstąpił duch działania. Zarządził pobudkę o 5.00 rano, żeby wszystko przygotować (narzędzia, jedzenie i  konie), wyjść rano i jak najwcześniej zaczynać ścinanie. To dobry znak, bo jeśli on mówi z takim zapałem i motywacją, to są duże szanse że reszcie „kosiarzy” udzieli się ta motywacja i pójdą za ciosem. Nie będziemy tracić czasu i energii na sprawy motywacyjno-wychowawcze.

13900385_500659633474366_20489812_n

Wyjście: Wczorajszy plan Ivane ujrzał światło dzienne i nabiera kolorytu. Patrzę z rozdziawioną gębą jak „Cwaniak”, bez żadnego cwaniaczenia i marudzenia wstaje (prawie) punktualnie, wybudza młodszego brata Rostomę- dzisiejszy „kosiarz pomocnik”. Budzi również Vasiko, aby podreperował mu kosę. Vaso odmawia, tłumacząc, że wstaje dzisiaj o 8 i ma już swoje zadania do zrobienia (to czego nie skończył wczoraj, więc bez szaleństw). No cóż…o braterskiej solidarności możemy tym razem zapomnieć: konflikt między braćmi jest bardzo zauważalny, niestety. Iva jednak się nie przejmuję,

– jest tyle ludzi w Tevresho, że ktoś mi na pewno pomoże- machając ręką zbiega na dół, sprawdza czy śniadanie jest już gotowe i szybko pakuje niezbędny ekwipunek. Składa dwie kosy.

– Chuliganka, tu masz swoją osobistą kosę, idź napoić konie, bierzemy Obole , cxara ciame i cavedit (w wolnym tłumaczeniu: szybko jemy i spadamy)- … patrzę znowu na niego z niedowierzaniem, ale serce mi skacze z radości.

– Tak jest boss!!!- …i posłusznie wykonuję polecenia 14-letniego prezesa.

Dłuższy odcinek drogi przemierzamy dosyć szybko, żeby zdążyć przed słońcem. Jeszcze nie wynurzyło się zza wierzchołków gór, a powietrze jest przyjemnie rześkie. Niestety zaczynają nas napastować meszki, a w otoczeniu Oboli, na której siedzą obaj chłopcy jest ich zatrzęsienie. Za obopólną zgodą, Iva z Rostomą popędzają konia (i ruszają przodem), a ja idę piechotką delektując się chłodem oraz wilgotnym jeszcze zapachem lasu i łąk. To jest czas tylko dla mnie, nie przeszkadza mi, że wbija mi się w obojczyk kanciata rączka kosy, bo to przecież MOJA OSOBISTA KOSA* … nie myślcie, to tylko kawałek żelaza na drewnianym kiju. Dla mnie, to wyraz uznania i awans, że NADAJĘ SIĘ do koszenia i to u samego Ivane.

*dotychczas rodzina posiłkowała się pożyczanymi kosami, co w okresie sianokosów było wyjątkowo problematyczne. W tym roku zakupiliśmy dwie nowe, dla Ivane i Vasiko. Ivane zrobił jednak jeszcze trzecią z kilku starych popsutych… dotychczas myślałam, że to zapasowa, bo „od przybytku głowa nie boli”. Po prostu nie znałam jej przeznaczenia.

13900821_500659343474395_303994853_n.jpg

Dochodząc do tzw. rogatek Tevresho i od razu bierze mnie zdziwko: widzę chłopców w roli poganiaczy, choć to wcale nie było w planach. Iva na koniu, Rostoma na nogach wraz z Gelą (wójkiem) wypędzają przeogromne stado krów, byków i cieląt z terenów objętych koszeniem. Dowiaduję się, że chwilę wcześniej zaganiali jeszcze jedno z trzech większych stad koni z Kekula cxeni na czele. Więc domyślam się, że nie było łatwo.

13901853_500658660141130_343683624_o.jpg

Nieopodal naszego „ogrodu” czyli kilkuhektarowego kawałka ziemi spotykamy zainteresowane Obolą kolejne stado koni… zaganiania ciąg dalszy? Oddycham z ulgą, gdy poznaję znajome wałachy. – uff jesteśmy bezpieczni. Ivane podąża za Gelą, żeby przygotować felerną kosę, Rostomik idzie napełnić butelki wodą z niedalekiego źródła, a mi przypadła rola prowadzenia Oboli i pilnowania dobytku. Słońce zaczyna doskwierać niemiłosiernie, Obolę ze źrebakiem trzeba postawić w cieniu i koniecznie w miarę daleko od naszego miejsca odpoczynku (ze względu na rozbudzone i głodne much), ale tak aby nadal mieć ją na oku.

13866633_500659363474393_938457560_n (1)

Gotowi? Czas… ciach!  Już po kilkunastu machnięciach kosą leje się z nas pot, żar z nieba bije po głowie, powietrze jest tak gorące, że aż oczy pieką. I na domiar złego roje much są bardzo nami zainteresowane. W takich warunkach, nasze koszenie przypomina taniec szaleńca, niż harmonijny wiejski obrazek: machanie rękoma w bliżej nieokreślonych kierunkach, podnoszenie nerwowe nóg, oklepywanie, a wręcz trzaskanie się po różnych częściach ciała. I co chwilę nerwowe okrzyki, których ze względów edukacyjnych tutaj nie przytoczę. Najważniejsze, że robota wre.

13871860_500659316807731_1010368332_n

W pewnym momencie podchodzi Ivane i pokazuje głowę, włosy , czapka, wszystko mokre, pot spływa nam po skroniach, nosie.

– Nie przejmuj się, ja też jestem cała mokra, próbuję go wesprzeć.

Na to odpowiada Rostoma:

Żarko. Ocen żarko, uff (gorąco, bardzo gorąco) Wszystko mokre? – Pyta z lekką nutką ironi – A trusi (majtki) też mokre? – Wszyscy wybuchamy śmiechem. Myślę sobie: jest dobrze, dopóki humor dopisuje, nic nie jest w stanie nas zatrzymać.

13909026_501076126766050_6968053906688993371_oRostoma ma chęci dorównać 14-letniemu Ivane i tylko 10 lat. Zasypia, schowany przed słońcem w trawie.

13871717_500659573474372_2038323124_n.jpgPrezes kosiarzy- Ivane oraz przyjaciel Gela (dla chłopców wujek)

 

 

Reklamy

Wyjazd edukacyjny. Wdrażamy plan

„Gdybym mogła w tym momencie, skakałabym z radości na swoim skrzypiącym łóżku do samiuśkiego sufitu…. Ale niestety ciumat…(cisza) Dzieci śpią. Praca tutaj w tej mentalności, biedzie, maraźmie i braku perspektyw jest jak przeciąganie liny, codziennie z mozołem i uporem maniaka. Czasem uda się przeciągnąć środek liny o pół centymetra, czasem niestety muszę odpuścić metr, ale dopóki trzymam tę linę w rękach wiem, że mam niebywałą szansę osiągnąć cel. Najważniejsze nie zerwać i nie wypuścić liny. Liny zaufania i autorytetu. Wygrana będzie nasza wspólna – realna perspektywa lepszego i łatwiejszego życia w ostatniej wiosce w Raczyńskich górach. Szefie Ty z góry patrzysz i pewnie masz niezły ubaw z mojej radości, ale Tobie pierwszemu dziękuję bo Twój Palec wciąż pokazuje mi drogę i wciąż mi pomaga i prowadzi. Dziękuję za odwagę którą mi dajesz i za ludzi których stawiasz mi na mojej drodze. Teraz dobranoc.” -Chuliganka

Od jakiegoś czasu, Chuligance po głowie chodzi pewien plan. Plan zorganizowania mini wakacji edukacyjnych dla jednego z chłopców, który naszym zdaniem najbardziej na tym skorzysta. Żeby po raz pierwszy pojechał gdzieś dalej niż okolice Ghebi i uczył się do profesjonalistów. Chcemy żeby zobaczył jak można pracować ze zwierzętami w podobnym środowisku, w gruzińskich realiach ale na innym poziomie i innych zasadach niż w Ghebi. Żeby zobaczył jak wyglada życie poza wioską, gdzie każdy ocenia go przez pryzmat szufladki, w której przyszło mu się urodzić.

13631478_132760783827732_7541255913005018625_n

Plan jest prosty i konkretny, ale dopóki nie będzie potwierdzenia od naszego głównego dobroczyńcy, nie zdradzamy szczegółów. Po wstępnej rozmowie pierwsza reakcja jest super pozytywna!!! Cieszymy się jak dzieci i z dziećmi! Ale trzymamy mocno kciuki i wołamy do Szefa, żeby się udało…do końca. Każda myśl wsparcia się przyda, więc bez ograniczeń kochani. Tak po polsku lub tak po gruzińsku, czyli z sercem!

Z góry dziękujemy. Madloba-o

„a Ty wołaj Szefa z całego serca a nie z całych płuc swoich…”

 

 

Od rana w ogrodzie

Jest czas wakacji i do wioski przyjechało sporo tzw. daczników: dzieci i młodzież, które wypoczywają u rodziny. Szwendają się bez celu po wiosce, przesiadują na ławkach, spędzają czas na niekończących się rozmowach, zażywają kąpieli w Rioni. Jednak dla mieszkańców Ghebi trwa drugi gorący okres prac polowych. Dla niech nie ma czasu na taki letni wypoczynek. I serce mi się kroi gdy patrzę w oczy „naszych dzieci”, które chętnie oddałyby się słodkiemu lenistwu i „pagulały” to tu, to tam z kolegami. Ten dysonans, nasilona nierównowaga dziecięcych realiów wakacyjnych, mocno wpływa na nastroje chłopców. Są przez to momenty, gdy nasza współpraca idzie jak po grudzie, ale są dni, gdy bez przekonywania chłopcy wychodzą z inicjatywą:

  • Jutro wstaniemy dużo wcześniej zrobimy to i to, a później wolne. – proponują z pytająco-proszącym wzrokiem. Przez tak ustalany plan,  wstępuje w nich super moc i zamieniają się w strongmenów, nieważne jak ciężką pracę trzeba wykonać. Jak dotąd nie usłyszałam ani jednego słowa buntu w stylu – przecież są wakacje . Oni doskonale wiedzą, że bez nich to gospodarstwo nie ma szans na utrzymanie, a oni na dom, nie wspominając o rozwoju. Największym szczęściem dla nas, jest usłyszeć ich chęci na prostą wizję najbliższej przyszłości i dostrzec w tym kiełkującą zaradność:

  • jesienią powiększymy zaorany teren o metr z jednej strony, o metr z drugiej … o patrz Chuliganka, ile marchewki na wiosnę będzie można posadzić! – na myśl o chrupiącej marchwi * pojawia się błysk w oczach Otiko ,

  • o nie ! Jeden pas ziemi dla marchewki, a jeden dla buraków – wtrąca Iva.

I nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że przecież to więcej pracy, więcej odchwaszczania, więcej okopywania…

Szczęśliwi, że rzeka Rioni nie zniszczyła naszego nowego Chialashi (ogród), aka ‚Rancho’ wszyscy jak jeden mąż od rana (zgodnie z umową z dnia poprzedniego) zabieramy się do pracy przy okopywaniu ziemniaków. Fasola (lobio) też pięknie wschodzi 🙂 

13833505_499446283595701_1496291060_o.jpg

Razem mamy szansę skończyć przed największym słońcem! A że praca pali się w rękach okopywanie ziemniaków zajęło 1,5 godziny i natychmiast chłopcy wpadają z impetem w fragment nieużytku w części „fasolowej” i usuwają część uciążliwych chwastów.

  • tutaj koniecznie trzeba dosadzić fasolę na „zielone lobio**”, szkoda ziemi i naszej wcześniejszej pracy – zarządza Otiko. Decyzja przyjęta jednogłośnie, któż by się sprzeciwił, przecież wszyscy za tym przepadają.

Posłannik – Rostoma wyrusza do domu, by ściągnąć Marikę do Rancho pod pretekstem przyniesienia kawy. To tu, po obejrzeniu  efektów dzisiejszej pracy, dowie się o najnowszych pomysłach ogrodowych:

  • Dediko (mamusiu)!! koniecznie zamów na jutro nasiona małej fasoli z bazaru w Oni. Koniecznie !!! – krzyczy Otiko z dumą do zaskoczonej ekspresowym tempem pracy, Marice .

13705046_496165020590494_1157379116_n.jpg

Koniec pracy – czas wolny do wieczora. Plan został wykonany w 150%,  wszyscy dumni i szczęśliwi wracamy do domu.

  • Otiko uwielbia marchew, Ivane barszcz, niestety ku mojemu przerażeniu odkryłam, że dzieci mają ogromne deficyty wartościowych warzyw, a tym bardziej owoców. Między innymi dlatego powstało „rancho” – dzieło to, w pierwszej kolejności ma zabezpieczyć rodzinę, by już nigdy nie głodowała ale również ma być zapleczem dla inicjatywy turystycznej.

** Zielone Lobio to potrawa ze strąków zielonej fasolki. Zobacz przepis

Dygresja osobista

W życiu uczą nas wybierać między sercem, a rozumem. Ja nadal tego nie opanowałam. Rozsądnie trzymam się planu, a wychowana w dobie demokracji daję prawo większości. A serce co wieczór skacze mi do gardła, że to głupie. Bo nierozsądnym plan pomaga ułożyć Prezes, a rozsądni ufają tylko swoim możliwościom. Dlatego rozsądnie tęsknie za moją chemi family…

Chuliganka miałaby na pewno jakąś świetną, ciętą ripostę. Ale już śpi. Ghame mshivdobisa chemi siqvaruli (goodnight my loves)

DSC_0529.JPG

„Chuliganka śpi” – nic bardziej mylnego …. k’woli informacji czytelników , sprostowanie: otóż Chuliganka to typ mało sypiający a jeśli już musi to chodzi spać a dokładniej zasypia ostatnia , na nieszczęście Msisiary.

Otóż jestem i czuwam nad wszystkim i wszystkimi a bynajmniej staram się.

Wasza Chuliganka

Rancho nadal całe!

13839838_499566983583631_838399379_o.jpgRzeka Rioni nieco się uspokoiła i wody opadły. Najgroźniej było 21.07- 22.07 (Rioni szaleje) kiedy obsunęła się część ogrodu Grishy, część ogrodu Anniko i drogi. Mówimy o jedynej drodze dojazdowej do „naszej” części Ghebi czyli ok 7-8 gospodarstw. Tym rzazem mamy szczęcie i ranczo, czyli nasz nowy ogród przy mjave cxali (źródełko mineralnej) nie ucierpiał. I mimo, że przykro nam z powodu strat naszych przyjaciół, to bardzo nam ulżyło. To pierwszy ogród chłopców, który mogli stworzyć po latach stagnacji i braku motywacji dorosłych. Dlatego to strasznie ważne, żeby nie tracili teraz zapału i motywacji. 20160613_094536Rostoma przy mjave cxali (źródełko wody mineralnej)

Widząc rzekę na codzień, trudno sobie wyobrazić, że zupełnie niespodziewanie potrafi stać się realnym zagrożeniem i zniszczyć miesiące pracy. Woda potrafi zmienić swój bieg w przeciągu paru godzin, zabrać co napotka bez hałasu i płynąć dalej. Bez wątpienia, na świecie zdarzają się o wiele bardziej przerażające i dotkliwe klęski żywiołowe, ale nie w tym rzecz. Tutaj w dolinie Rioni, życie to ciągłe naprawianie szkód. Jakby fakt mieszkania w sercu tak pięknych gór, okupiony był ciągłą ludzką stratą i walką z brutalnością natury. Naturalny haracz. Takich miejsc na świecie można nadal znaleźć całe mnóstwo. Choć postęp techniczny i naukowy przyczynił się do powstania tysięcy miast, na dowód że człowiek jest w stanie wpisać naturę w system, nadal w wielu miejscach rozwiniętych mniej lub bardziej przychodzi czas, kiedy „naturalnie” musimy ponieść szkody.

Na ten temat, krótkie video z Julia Roberts (po angielsku) Mother Nature video

 

Ghebi Fashion Week

Chłopcy szaleją. Nastał czas męskiego Fashion Week i jeśli tylko byliby w stanie, założyliby na siebie po 3 pary butów. Wytrzymali 2 godziny po wyjeździe rodzinki Kamila i rzucili się na torbę z rzeczami. A Kamil, nie da się ukryć, stanął na wysokości zadania i skombinował całą torbę wspaniałych rzeczy i butów. Wreszcie są porządne buty zimowe dla Otiko! Teoretycznie było powiedziane, że nie wszystko na raz, że stopniowo, żeby wynosić pozostałe rzeczy najpierw… zapomnij! Jak tylko poczuli zew okazji, pognali do górnej komnaty i hulaj modna duszo. Niech się nacieszą. A przy okazji, łatwiej będzie ich przycisnąć w kwestii dbania i porządku, kiedy mają coś cennego.

Kamilowi i jego rodzinie ogromnie, wręcz niepoprawnie bo wielgachnie dziękujemy, że do nas dojechali mimo popsutej skrzyni biegów, braku telefonu i wszystkim przeciwnościom po drodze. Nie ważne, że tylko na jedną noc, pękamy z radości (i przejedzenia arbuzem) że mogliśmy Was ugościć. Żeby opowiedzieć, jak niesamowitym gestem i wydarzenie był ich przyjazd potrzeba osobnego rozdziału. O tym już wkrótce.

Przy tak dobrych nastrojach, praca pali się w rękach. Marika od rana zasłużyła na spore shapo ba (wyrazy uznania) przeprowadzając rano rozmowę z chłopcami w logiczny i edukacyjny sposób, że nie było żadnych krzyków, a robota tak teraz wre:

Iva przy drużbie, Oto i Rostoma pomagają

13836019_498802230326773_1570071663_o.jpg

 

 

 

Długo wyczekiwane odwiedziny

„…jakoś dziwnym trafem, w ciągu ostatnich dwóch lat spotykam na swojej drodze przypadkowych lub nieprzypadkowych ludzi, którzy czasem tylko swoją obecnością udawadniają mi, że ma sens to co robię. Najczęściej owi ludzie pojawiają się w moim życiu nie proszeni…i to dzięki temu utwierdzam się w wierze, że nic nie jest przypadkiem” – Chuliganka

Po wielodniowych, a zapewne i wielogodzinnych rozmowach, naleganiach ,stawiania pod przymusem …nadszedł ten dzień…. Kamil z rodziną wjeżdża do Ghebi. Muszę wspomnieć, że kilka tygodni wcześniej objął prezesurę Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Most do Gruzji”. (Dlatego jeszcze raz ukłony i gratulacje)

To niepoprawnie dobry człowiek o wielkim sercu bijącym dla Gruzji, dla którego już od pierwszego naszego spotkania , dom w Ghebi jest zawsze otwarty o każdej porze roku, dnia i nocy.

A poznać jego rodzinę to ogromny zaszczyt i przyjemność.

Właśnie to jest najodpowiedniejsze miejsce i moment aby podziękować Wam: Kamilu, mamo Krystyno, Ciociu Celino i Wujku Edwardzie, kuzynko Violu z mężem Tomkiem , Kaju i mamo Kai – Brygido, oraz wam słodkie dzieciaki: Karolu, Hubercie i Kingusiu. Z całego serca i z jego najgłębszych zakamarków ogromnie dziękujemy.

za łzy szczęścia, te w ukryciu wypłakane, bo słowami czasem trudno wyrazić.

-” Wiesz, że tam u góry gadają że ty już jesteś święty? Dzięki za ogromną pomoc na wielu płaszczyznach. vaj me…!!! stoję w naszym ogrodzie patrzę jak Rioni się zbliża i być może za chwilę zabierze nam ziemię a ja ryczę z radości, że  ktoś jeszcze pomoże Marice i tym dzieciakom…” -fragment rozmowy Chuliganki z Kamilem.

13680477_1240567879295776_6313087575514255513_o.jpg

 

Rioni szaleje

13719675_497329320474064_6406569691426416987_o.jpg

Nad Ghebi znów nadciągnęły burzowe chmury. W przenośni i dosłownie.

W domu sytuacja napięta bo Vaso odmawia współpracy. Nie pierwszy raz i nie ostani. Ale zasady obowiązują i muszą być sprawiedliwe dla wszystkich, więc jeśli chce jeść i spać tak jak reszta to obowiązki wykonuje także. Jak nie to… balkonshi albo palatkashi- spanie na balkonie lub w namiocie. Namiot niestety ostatnim razem się połamał, a balkon stracił swoją rolę, bo latem śpi się na nim całkiem przyjemnie.

Dobrze, że Marika wreszcie robi postępy i mu nie odpuszcza- widzi jak ważna jest jej konsekwencja! Dlatego sama postanowiła, że zamiast spania na balkonie będzie spanie w…

Boseli!!! Czyli domku dla zwierząt. I może wziąć tylko folię NRC. Oj oj… tym razem musiał nieźle zajść jej za skórę. Zobaczymy jak pójdzie mu spanie na sianie. Kto wie, może to też uzna za lepsze od prac domowych? Poprawka- spanie bez siana. Wybacz Vaso, cxenebi vse pakushali (konie wszystko już zjadły)

Z drugiej strony, czyli z gór nadciągają prawdziwe chmury a wraz z nimi kilka dni porządnych deszczy. Problem jednak nie leży w samej pogodzie, ale w Rioni, która w każdej chwili robi się coraz większa. Dziś zabrała już 1/5 ogrodu Grishy. Pozostałe ziemniaki wykopują od razu, żeby nie stracić plonów. Ziemi już nie są w stanie odzyskać. Kiedyś Rioni miało szerokość kilku metrów, a w miejscu dzisiejszego koryta były pola i ogrody. Otiko opowiada nam, że dziadkowie mięli dużo ziemi w tym miejscu. Odpłynęła z Rioni.

Nasze rancho w cialashi (ter zalewowe) jest także jednym z ostatnich ziemi, które leża tuż przy Rioni. Nawet nie chce myśleć co to będzie jeśli Rioni się nie uspokoi… włożyliśmy w niego miesiąc pracy. Nie tylko pracy nad polem i płotem, który swoją droga naprawdę wspaniały! Na 4 i 5 belek, od dołu podciągnięty drutem. Zdał sprawdzian kiedy koń Mishy nie mógł go przeskoczyć. Tylko że najważniejsze w tym ogrodzie jest to, że przy jego tworzeniu po raz pierwszy udało nam się zjednoczyć siły i pokazać, że kiedy robimy coś razem to efekty są niesamowite. Ten ogród to pierwsze duże zadanie, w którym Marika od początku brała czynny udział i zaczęła odzyskiwać nadzieję w siebie i w chłopców.

13509560_488551894685140_330521446_oOgród podczas budowy, droga i  koryto „małego” Rioni.

13708316_497330650473931_2482906651848075832_o„Groźne i bezlitosne oblicze Rioni. W kilka godzin z pięknej górskiej rzeki zamienia się w potwora który niszczy wszystko co napotka, bezpowrotnie zabiera ludziom ziemię i ich dobytek”

12.07.2016