Skolashi? po co?

14171916_511982765675386_916623598_n.jpg

Kiedyś szkoła w Ghebi liczyła około 300 uczniów, dziś jest ich 48. Jeśli w wiosce mieszka fizyk, to uczy fizyki. Jeśli fizyk wyjedzie lub go zabraknie, to fizyki może będzie uczył biolog albo nie będzie uczył nikt. Dzieci chodzą do szkoły od połowy września do początku czerwca, w lecie są wakacje, czyli przede wszystkim czas zbiorów i pracy. W ciągu roku, kiedy pojawia się praca- książki i podstawowa edukacja mogą poczekać. Zwalnianie dzieci ze szkoły do pracy jest nieuniknione, ale bywa często nadużywane, jeśli panuje przekonanie, że szkoła i tak do niczego się nie przyda. Sytuacje są różne:

Któregoś dnia Iva po godzinie wrócił do domu.

– Iva co się stało? 

– Idę do Tevresho odprowadzić konia. 

– Którego konia? Nasze konie są w Tevresho, poza tym teraz masz lekcje 

– Konia nauczyciela od matematyki

Nie wiadomo, czy nauczyciel sam wybrał Ivę, czy Iva się zgłosił. Prawdopodobnie to pierwsze, bo Ivane można z koniem zaufać i wiadomo, że nie odmówi. Marika też nie odmawia, bo za często musi korzystać z pomocy innych.

13913679_1241917425827488_2362056987966581778_o.jpg

Do 18 roku życia nauka jest zasadniczo obowiązkowa. Zasadniczo, bo po w praktyce po 9 klasie (15 lat) rodzic może dziecko permanentnie zwolnić. Xatia (córka Mariki) skończyła szkołę. Zdała jako 2 uczeń z 10 podchodzących do egzaminów, mimo, że nie jest w stanie sklecić prostego zdania po rosyjsku (pierwszy język obcy). Z jednej strony dobrze, że w ogóle jest możliwość nauki, jednak poziom nauczania i stawiane wymagania bardzo obniżają szanse dzieciaków na dalszą edukację i lepszy start w przyszłość.  Vasiko, za przyzwoleniem rodziców przestał chodzić do szkoły w wieku 14 lat. Rok wcześniej nikt nie reagował na ciągłe wagarowanie. Niestety tutaj wiek 14 lat (w przypadku chłopca) jest wiekiem ‚magicznym’ – może nie ukończyć szkoły, może spożywać alkohol, nikt nie sprzeciwi się jeśli pali papierosy. Panuje przekonanie, że taki młodzieniec to już prawie mężczyzna. Jak doskonale tutaj widać – ‚PRAWIE’ robi wielką różnicę. W maju tego roku, kiedy jego rówieśnicy pisali egzaminy końcowe i wszyscy nawet ci z problemami, zdali,  Vasiko poczuł żal. 

– Vasiko powiedział, że chce wrócić do szkoły i napisać egzaminy. – Marika mówi z dumą na twarzy. Nie do końca rozumie, że to ona jest odpowiedzialna za stracone szanse.

Pojiviom, uvidim (pożyjemy, zobaczymy) – odparła twardo stąpająca w tym przypadku po ziemi Chuliganka.

– Obiecał mi, że abezatelno (obowiązkowo – stanowczo) wróci do szkoły – broni siebie i syna.

Pochwała, słowa dopingu… niech reszta chłopców usłyszy. Takie myśli, chęci i marzenia trzeba zawsze wspierać! Tchnąć wiatr w ich skrzydła, niech polecą wyżej. Niech wie, że za dobre chęci czeka dobre słowo. Nawet jeśli wiemy, że realia są ciężkie, że Vasiko za parę miesięcy będzie pełnoletni i Marika przestanie dostawać na niego część już szczuplutkiej renty. Że powinien zacząć pracować. Że ten zapał to prawdopodobnie moment, o którym szybko zapomni. Ale niech wie, że chęć nauki i rozwoju wpieramy bez wyjątków. To dla niego i pozostałych chłopców nowość. 

Ivane, Otiko i Rostoma chodzą do szkoły, ale czasem próbują się wykręcać. Najbardziej Ivane, bo nauka nie przychodzi mu z łatwością. Jeszcze na początku tego roku jego dalsza edukacja stała pod znakiem zapytania. Oceny słabiutkie- nie motywują, sam Iva nie widzi sensu w nauce, Marika tym bardziej, choć sama nie robi nic aby chłopakowi pomóc. Mama nie może sobie poradzić z jego wybuchowym charakterem, który gwałtownie osłania zniszczoną wrażliwość i strach. Pomysł matki na wychowanie syna? – wojsko, które go ‚ustawi’. Kreatywny 15 latek, z sercem do zwierząt, złamaną psychiką i umiłowaniem wolności.

– Ten chłopak potrzebuje miłości, wparcia, twojej uwagi i zrozumienia, ale przede wszystkich chociaż jednej niezerwanej nici zaufania…i ty myślisz, że to załatwi za ciebie szkoła wojskowa??? Katastrofa.- Po moim trupie!!! – to jedyna i niezmienna reakcja Chuliganki. Msisiara jest dokładnie tego samego zdania. – Zwalić swoje obowiązki jako rodzica na szkołę wojskową i umyć ręce ? – niedopuszczalne.

13589028_491442041062792_1866754592_o.jpg

Otiko lubi się uczyć i chce zostać profesorem, więc do szkoły chodzi chętnie. Sam z siebie. Jest niesamowicie inteligentny, ciekawy świata, uwielbia rysować i fotografować. W jego urodziny przy rzece Rioni lepiliśmy błotny tort, na wzór tego z kremem, który czekał w lodówce. A laurki, z braku kartek rysuje na kamykach. Jeśli może pomaga w lekcjach Ivie i Rostomie, a nam w komunikacji. Otiko to nasz szpionik i pierewodczyk (szpieg i tłumacz), po rosyjsku rozumie wszystko, po angielsku dużo i w zastraszająco szybkim tempie uczy się polskiego. Rostoma też dobrze radzi sobie z językami, zwłaszcza z polskim i angielskim. I dobrze się uczy, ale najbardziej kocha sport. Gdyby mógł to wybrałby tenis zamiast matematyki i piłkę zamiast gruzińskiego. Nie zmienia to faktu, że o każdym stopniu mówi z dumą. 

Przez dotychczasowy brak zainteresowania obowiązkiem szkolnym ze strony rodziców, a tym samym zwyczaju odrabiania lekcji, pogłębiania wiedzy czy rozwijania zainteresowań, początkowo nowe obowiązki wywołały bunt, zdziwienie i płacz z lekką nutką szantażu. Nie tylko u chłopców, także u Mariki! Dla niej wspólne odrabianie lekcji jest czymś całkowicie niezrozumiałym i niedorzecznym. Dla niektórych z nas to niewyobrażalne, ale tutaj zwyczaj spędzania czasu z dziećmi, poświęcenia im czasu i uwagi należy do rzadkości. Czas odrabiania lekcji, kiedy w domu jest cisza i spokój, żeby chłopcy mogli się skupić, jest kompletną nowością, kolejny dziwaczny wymysł z Polski. Ale czyni cuda! Jak się szybko okazało, dzięki odrobinie uwagi, nadzoru i pochwał za najmniejszy sukces, szkoła przestała być powodem bolących brzuchów, a nauka zaczęła sprawiać chłopcom przyjemność.

20160607_140158.jpg

Nawet Ivane, który ze względu na największe braki w materiale na dźwięk słowa uroki (lekcje) stawał dęba, przekonał się, że on też może dać radę. Dzięki temu zrozumiał też, że odrabianie lekcji nie przekreśla innych planów na popołudnie ( jak konie, praca czy koledzy), jeżeli się spręży. A Ivane potrafi się doskonale sprężać. Raz na wejściu oznajmił, że obiad chkara (szybko) i natychmiast chce zrobić lekcje:

– Tylko historia. Poczytam 15 minut, kho? Poźniej cxenebi (konie)

Problema ara, katzo. Zniknął na górze, żeby mieć spokój. Na CAŁĄ godzinę! 

Po drodze do wioski starsza koleżanka na naszą prośbę powtarzała z nim materiał. Na drugi dzień to ona przyniosła wspaniałą wiadomość, że wszyscy zauważyli postęp w nauce Ivane, a pracę kontrolną napisał na dobrą oceną. Nie było pytania, na które Iva odpowiedział: AR VICI  (nie wiem)

Zbliża się koniec roku. Trzeba oddać książki. Chłopcy układają stosy według listy, kleją wypadające strony – praca wygląda jak koncert na 4 ręce.

Bilans: Otiko będzie znów najlepszy w klasie i z pewnością w pierwszej 10 w szkole, Rostoma ma coraz lepsze stopnie i bardzo widoczna poprawa w językach. Ivane, miesiąc temu nie chciał się dłużej uczyć a w 10 dni nadrobił zaległości z miesiąca. Zmienił dotychczasowe zdanie ‚me vera’ (nie dam rady, nie nadaję się) na  „damy radę”. Ostatni dzwonek to dobry moment, żeby Chuliganka bez skrupułów powróciła do tematu przyszłości Ivane. Tym razem nie pyta matki,

– Iva chemi megobaro (mój przyjacielu), co dalej, co po wakacjach chcesz robić? Niepewnie spoglądając na matkę odpowiada konkretnie – No jak to co? Pójdę do 10 klasy. W przypadku Ivane to nie są słowa rzucane na wiatr. On jeszcze tego nie wie, ale kiedy skończy szkołę pomyślimy o wysłaniu go na kursy na pomocnika weterynarza, wiosce przyda się ktoś taki. Nie jesteśmy jasnowidzami, nie znamy przyszłości, za 3 lata dużo może się zmienić. Może zechce zostać wykwalifikowanym jeźdźcem, hmm kto to wie… no Szef na pewno.

Przed nami ponad 2 miesiące wakacji, czyli czas wzmożonych prac polowych: oranie, plewienie, budowanie, remonty i przygotowanie do zimy.  Książki poczekają do września. Ale jest szansa, że z pierwszym dzwonkiem obowiązki szkolne nie będą wydawały się już tak trudne i żmudne jak wcześniej. Nie tylko dla Otiko. 

…nauka natomiast trwa dalej. nauka tego, czego nie można nauczyć się z książek – lista jest długa. 

Reklamy

Sprawy codzienne- szkoła

14285531_520829354790727_1225514964_o

Minął mniej więcej tydzień od przyjazdu Chuliganki i Msisiary i powoli zaczynają się rozmowy. Wyglada na to, że część kwestii, która była juz poruszana podczas poprzednich przyjazdów musi być odświeżona. Odkopane spod gruzów starych przyzwyczajeń. Na pierwszy ogień idzie kwestia porządku i dbałości, posiłków, szkoły i planu dnia oraz obowiązków. Może się wydawać, że to kwestia rozmowy, przypomnienia lub zwrócenia uwagi. Dzieciaki potrzebują dyscypliny, bo kręcą nosem na chodzenie do szkoły, bo co chwilę coś gubią, bo na wszystko mają odpowiedź i zazwyczaj brzmi: ‚Me? czemu nie … (w wykropkowane miejsce wpisz imię któregoś z braci)’. Albo nauczą się sobie pomagać, współpracować i pracować nad wspólnym celem – ich domem. Albo z czasem będzie tylko gorzej, ale dopóki „Matki Polki” są… będzie praca nad porządkiem. W głowach, szafach i ogrodach. Koniec kropka.

Ivane, Otiko i Rostoma chodzą do szkoły, ale czasem próbują się wykręcać. Najbardziej Ivane, bo nauka nie przychodzi mu z łatwością. Otiko lubi się uczyć i chce zostać profesorem więc chodzi do szkoły chętnie sam z siebie. Za to Vasiko nie chciał chodzić do szkoły i mama mu na to pozwoliła… niestety tego się już odwrócić nie da. Za to najwazniejsze jest, żeby pozostała trójka szkołę skończyła i to dobrze, bo my wiemy, że ich na to stać! Dlatego sprawa postawiona jest jasno, jeśli nie ma w planach bardzo ważnej roboty w polu, wszyscy idą do szkoły, po szkole odrabiają lekcję i obowiązki domowe a później, jeśli jest na to czas mogą się bawić. Wieczorem przygotowują plecaki, myją nogi i idą spać o 22, żeby nie mieli problemu ze wstawaniem. Może brzmi to jak najoczywistsza oczywistość, Kasi i Chuligance też się tak wydawało, a potem tygodniami głowiły się nad strategiami i odpowiednim podejściem pedagogicznym. Bo to wcale nie jest takie hop siup, kiedy taka struktura i konsekwencja jest dla całej piątki kompletną nowością. Początkowo z odrabianiem lekcji największe opory miał Ivane, ale po paru dniach droczenia i łez w złości udało się mu wytłumaczyć, że jeśli się spręży i zrobi swoje lekcje i prace domowe, nikt nie będzie mu bronił robić pózniej innych rzeczy. Taki układ dobrze na niego działa, zwłaszcza jeśli czas do kiedy musi np. czytać jest określony.  Pewnego dnia cwaniak pobiegł czytać do górnej komnaty żeby mieć ciszę po czym sam zapomniał o czasie i wrócił po godzinie, kiedy umowa była tylko na pół… Tak samo Otiko i Rostoma, przestali marudzić na odrabianie lekcji, kiedy zobaczyli ze ktoś sie nimi interesuje, poswieca im czas i usiadzie, pomoze na 15 minut. Kasia ćwiczy z nimi angielski, Chuliganka rosyjski, Marika popracuje nad pozostałymi przedmiotami.

Ja ci dam debilo!

20160605_103304.jpg

Sobota rano:

To co, że przygotowania (Chleb rośnie też nocą) trwają już dobre kilka godzin. Teraz pakowanie nabiera rozpędu i w pokoju jest już chyba więcej bagaży niż ludzi. Iva siodła konie, Msisiara pakuje rzeczy chłopaków, Chuliganka planuje rozłożenie bagaży, maluchy szaleją wśród rzeczy przywiezionych przez Marikę. W torbach chłopcy znajdują ciepłe swetry, skarpety i kalosze, które zdecydowanie przydadzą się na wyprawę. Pogoda od rana nas nie rozpieszcza i kiedy jesteśmy już wreszcie prawie gotowi do drogi, zaczyna padać na dobre. Torby, mieszki, plecaki, rzemienie trafiają na konie. Trochę to trwa, bo to nie takie chop siup, jak z pakowaniem bagażnika, więc w powietrzu oprócz deszczu czuć lekki zapach niecierpliwości. Wreszcie ruszamy, ale za mzave cxali Msisiara zauważa, że Otiko nie ma swojego plecaka z częścią jedzenia. 

– Iva skocz szybko na Oboli i weź ten plecak. My pójdziemy nela (powoli). – Otiko i Rostoma zostają schowani pod płaszczami przeciwdeszczowymi i ruszamy dalej. 

Iva wraca i chwilę idziemy spokojnie. Jednak przed rzeczką w drodze do Tevresho, na Coriy luzują się bagaże i okazuje się, że plecaka Rostomy z kurczakiem też brakuje. No pięknie, wychodzi na to, że wzięliśmy wszystko oprócz plecaków, które miały iść na chłopaków. Pakowanie trzeba będzie jeszcze poćwiczyć. Zaraz będzie krzyk ale…

– Iva, musisz jeszcze raz wrócić do domu… – jest krzyk, po gruzińsku. Zapewne o tym, że chyba zwariowałyśmy, bo on przed sekundą się wracał po plecak, i że w życiu już nigdzie nie idzie, i że musimy iść bez tego plecaka.  

– Tam są też cukierki… – Iva milknie, co znaczy, że już zmienił zdanie.

– Dobra, dogonię Was. 

 Leje jak z cebra. Iva dogania nas w Tevresho i pakuje się wraz z Oto i Rostomą na Obole. Chuliganka znajduje kamień do odbicia się, bo w błocie to zbyt ryzykowne biorąc pod uwagę temperament jej wierzchowca. Po chwili uśmiecha się siedząc już na Coryi i woła do zamykającej pochód Msisiary:

– Wskakuj na Jamalę! Ona pójdzie sama. – Msisiara widząc, że nie ma innego wyboru musi ekspresowo opanować kierowanie koniem. Na szczęście Jamala to najwspanialszy koń do nauki i bez problemu rusza za Obolą. Za to Chuliganka to jeden z najskrupulatniejszych nauczycieli i wykorzystuje każdy moment trasy do wpajania Msisiarze podstaw górskiej jazdy konnej. Wygląda to mniej więcej tak: kiedy tylko Jamala z kiełkującym jeźdźcem znajdą się w zasięgu jej wzroku i głosu pada grad gromkich komend: 

– Dociskaj kolana! Nie ciągnij tak za wodze! Jak trzymasz stopy w strzemionach? Kieruj nią! Nie wyprzedzaj! Co się tak wleczesz?  Ściągnij wodze! Poluzuj wodze! nie szarp nią tak! Kieruj nogami! Przyspiesz! Co tak pędzisz?! Odchylaj się do tyłu, pomóż jej! Przechyl się do przodu jak idziemy pod górę… No co tak siedzisz jak worek ziemniaków?!?

Jamala szkolona przez Chuligankę wyjściami w góry i kilogramami cukierków chodzi teraz jak złoto. Czy Msisiara nauczy się jak worek ziemniaków przestaje być workiem ziemniaków, to jeszcze wyjdzie w praniu.

Jedno jest pewne, dżygita z worka ziemniaków nawet Chuliganka nie wyrzeźbi !

Pogoda dalej nas nie rozpieszcza, pomiędzy nieustanną siąpawicą wali w nas oberwanie chmury. Na Oboli widać tylko 2 pary oczu: Rostomy z przodu w czarnym kapturze i Otiko na zadzie w zielonym kapturze, Iva schował się w płaszczu Rostomy i wcale go nie widać. Chuliganka, choć twardziel zaczyna się zastanawiać czy jest sens ich ciągnąć w ścianie deszczu:

Biczebi, ginda dalej na Sartsi ili wracamy saxshi? (Chłopacy chcecie iść dalej czy wracamy do domu) Didi zvima (Deszcz jest duży)…

Ara! Eta niczievo (Nie! To nic) – te słowa potwierdzają tylko, że nasze chłopaki nie wymiękają i możemy być naprawdę z nich dumne.

Idziemy dalej. Jijishori (czarna rzeka) jest wysoka, ale do przejścia, i dla tygodniowego źrebaka Nicory i dla najmniejszej Bebe i dla Msisary lądującej bez kalosza pod Jamalą.  

20160604_152749Na szczęście do Jirhali Kana jest już blisko, a tam w domku Niny będzie można się wysuszyć i trochę odpocząć. Osada liczy kilka małych, już prawie nieużywanych domków- nikt nie chodzi tak daleko wypasać bydła, bo bliżej są pola Tevresho. Domki i ogrody po cichu zaczął obrastać las wplatając połyskujące włosy traw w szczerbate płoty i dziurawe wiadra. Na zakręcie przy pierwszym domku przestaje padać. To jeden z tych momentów kiedy aura w tej okolicy rozdziawia nam paszcze ze zdziwienia. To jakby przejście z jednego pokoju do drugiego, za nami widoczna ściana deszczu nad nami palące słońce. Cieszymy się na hasanie po pas w chaszczach.

Kiedy tego najmniej oczekujesz, życie nagle daje Ci cukierki- po domku Niny, już dawno nie odwiedzanym, nie spodziewaliśmy się wiele. A tam: piecyk, drzewo, 2 łóżka na klepisku i linki do suszenia! Ten luksus zawrócił nam w głowach. Do tego jeszcze włączone nagle na full słońce… Wszyscy jak po zastrzyku glukozy zaczęli wyskakiwać z mokrych ciuchów, składać trubę (rura do pieca) rozpalać, przynosić wodę na herbatę. Po chwili znalazły się jeszcze garnki i sztućce, przez co Chuliganka już miała ułożony plan kulinarny na całą wyprawę. W domku zrobiło się cicho, bo chłopcy czmychnęli w las bawić się w Robin Hoodów, Robinsonów Cruzoe i gruzińskich Indian, wracając z naręczem świeżo zrobionych łuków i strzał. Chuliganka i Msisiara też poszły wytyczać swoje ścieżki w wysokich trawach i podziwiać widoki rozległych łąk Xopito, aż wszyscy spotkali się znów przy rzece. Zabawom i żartom nie było końca. Wtedy też miała miejsce słynna już akcja Titanic z Kasią i Otiko w rolach głównych: ona balansując na strzępach zwalonego mostu nad wzburzonym turkusem lodowcowej rzeki Zophituri, on widząc kolejną nadchodzącą katastrofę krzyczy z wysokiego kamienia:

– Kasia złaź, zaraz wlecisz! – no i wykrakał. Msisiara chlupnęła i wyskakuje udając, że niby nic się nie stało. Otiko woła zaś wzburzony w wersji gruzińsko-rosyjskiej:

– Kasia, ja ci dam debilo!!! No mówiłem, że zaraz wlecisz!!!

dsc_0580

Iva z złotym łańcuchem na szyi i wyostrzoną pałeczką pomyka między kamieniami odgrywając dla nas komediowe sceny. Oto zamienia się w Robin Hooda broniąc nas z dachu, Rostoma jak zawsze myszkuje przynosząc z niegdyś ogrodu szczypior, por i czosnek do zupy. Chuliganka znajduje zioła i szczaw goniąc za Coriya i Jamalą- stara się uchwycić na zdjęciu ich flirty. Msisiara zaczyna jeszcze mecz tenisa patykami i butelką. (I wierzcie nam, w życiu nigdy nie pomyśleli byśmy, że parę miesięcy później rozegramy mecz prawdziwymi rakietami!)

Wieczór w nowym miejscu oczywiście nie może się obyć bez dyskusji pt: “Kto, gdzie, z kim”… Śpi, oczywiście. Łóżka są dwa, więc opcja dziewczyny z lewej, chłopaki z prawej wydaje się zupełnie przyzwoita. Jednak chłopcy wyskakują (dosłownie) z pomysłem wniesienia do naszej malutkiej izby leżanki, którą spostrzegli wcześniej w komórce. Już nie ma co oponować, choć jedna noga się chybie, i materiał trochę nie trzyma się ramy…

– To tu położymy skórę barana z domku Gio i Gurami! Będzie miękko i ciepło 

– No to w sam raz dla Msisiary! Jej jest zawsze zimno 

Zanim przygotujemy się do zasypiania przy migającym płomieniu lampki naftowej, tradycji musi stać się zadość- Chuliganka nie przepuści okazji zaprzyjaźnienia się z nowym piecem. W trymiga rozbujała go do czerwoności. Chłopcy porozbierali się chyba do majtek, Msisiara szybko uciekła z wymoszczonej baranią skórą “podpiekanej” leżanki (na której, koniec końców nocowała Bebe), a Chuliganka z czystym sumieniem ogłasza, że pierwszy dzień ekskursji możemy uznać za zakończony. A kto buszuje nocą w domku Niny dowiecie się rano…

tennis.jpg

Chleb rośnie też nocą

Niech się dzieje co chce. Chłopcy idą na Sartsividziri (Sartsividziri ), bo na to zasłużyli. Kropka

Wycieczka szkolna Ivane nie doszła do skutku. Nie było chętnych; za mało dzieci, za mało pieniędzy. Otiko i Rostoma też nie wiadomo czy i kiedy gdzieś pojadą. Chłopcy najdalej byli w Oni na zawodach. A piękne okoliczne trasy i zakamarki znają głównie jako miejsca pracy, a nie cel wspólnych ekskursji. Czas to zmienić.

Ten tydzień był ogromnym wyzwaniem dla każdego z nas i dla nas razem. Tydzień, w którym każdego dopadł kryzys i łzy. Czas kiedy narodziły się nici wspólnego zaufania, bo przeżyliśmy go razem. Im ciężej było trzymać pion, tym ważniejsze było mieć na kim się oprzeć. Od ‚ciao ciao’ i buzi przed wyjściem do szkoły, przez podlewanie łzami sadzonej cebuli, po błotną bitwę nad Rioni. Popołudnia kiedy przymusowo trzeba było dać upust wszystkim emocjom, zostawić w domu konwenanse i z błota…narodzić się na nowo. 

DSC_0517.JPG

Piątek wieczór:  

Tres Sartsividziri, ho? (Jutro Sartsividziri, tak?) 

– Ho, ale teraz już śpicie biczebi (chłopaki), jutro pobudka o 6.00 

Na vierna? (Na pewno?) Me, shen, Kasha, Ivane, Otiko, Vasiko?- Rostoma musi się upewnić, że plan nadal aktualny. 

Ho ho, na vierna. Achla (teraz)…

VICI vici (WIEM, wiem)…spać. 

20161011_213017

– Udało się! Zasnęli, ale z 5 razy się mnie pytali, czy na bank jutro pójdziemy – relacjonuje Chuliganka  otwierając lodówkę. Czas zacząć pakować jedzenie na drogę. 

– Mnie też pytali… co dwie pewności to nie jedna.

– Wiesz oni boją się, że my też możemy nie dotrzymać słowa, takie obiecanki- cacanki, a skończy się jak zwykle. Uczą się dopiero dopełniania obietnic. 

– To teraz jest dobry moment i nauczą się jak to jest słowa dotrzymać. Pójdziemy na Sartsi, upieczemy ziemniaki w ognisku, będzie kura i sasyski (ulubione kiełbaski-część niespodzianki), jajka na twardo i zobaczymy co jeszcze.

– I im się w brzuchach poprzewraca!- Msisiara obraca piekącego się kurczaka.

– Im to się już poprzewracało od twojego badrijiani*! Hahahah, jak sobie przypomnę miny Vasiko i Levani… Vai me!!! Te pół sekundy zanim wybiegli pluć przez balkon- Chuliganka skręca się ze śmiechu zagniatając ciasto na chleb. 

– Śmiej się śmiej, jeszcze przyjdziesz…

– No na pewno nie po twoje badridziajni!

Kto się czubi, ten się lubi, a tak łatwiej ogarnąć nocne gotowanie i pakowanie. O północy zaczęłyśmy wypiekać chleb. Żyjąc już tylko myślą jutrzejszej wyprawy i starając się o niczym nie zapomnieć, dręczące nas od wtorku pytanie, gdzie jest Marika przestało brzęczeć jak męczący nocą komar. Kiedy po 1 wyłączyli prąd, mycie, pranie i pieczenie trwało dalej, tyle że po ciemku. Że co, my nie damy rady? Wskazówki zegara dobijały 2, kiedy do domu dobiegł warkot silnika.

– Słyszysz? Czy ja mam znowu omamy słuchowe? – Pyk. Jakby w panującej ciemności ktoś znów wyłączył światło, teraz takie w środku. Pod całym domem jakby ugięła się noga i wszystko wraz z nami uniosło się w powietrze: słowa i dźwięki zawisły w próżni. Pozostał tylko błysk 2 par ciemnych oczu szukających się nad bochenkami chleba

– Cholera i co teraz? 

– Chłopacy dobrze śpią. Kończymy chleb, myj głowę…

– … a plan nadal aktualny.

Dotrzymujemy słowa. Jutro idziemy z chłopakami na Sartsividziri 

*Badrijani- tradycyjnie przepyszna potrawa z smażonych bakłażanów nadziewanych farszem z orzechów, czosnku i ziół (przepis EN) oraz nieudany eksperyment kulinarny Msisiary. Z ugotowanych przez nią bakłażanów nie wyszedł ani Adjab Sandali (dosłownie misz masz, czyli duszone bakłażany z warzywami), ale coś na co Vasiko i Levani jak oparzeni odskoczyli od stołu i pognali pluć z balkonu.

10680129_311210489085949_7881058692897236795_o.jpg

Jesteśmy bogate !!!

1455632686803

Są zwolennicy wielkich akcji, kampanii humanitarnych, organizacji, fundacji i nie ma w tym nic złego. Pod warunkiem, że jedynym i czystym celem jest pomoc drugiemu człowiekowi. Żadna z nas tego nie neguje, to jasne, że dobra organizacja, promocja i reklama zwiększa obszar działania, i szanse na sukces.

Jednak pomoc niesiona małymi krokami, choćby jednemu człowiekowi, choćby jednej rodzinie przynosi równie wiele dobrego. Taka ‚indywidualna’ pomoc zwiększa szansę na dotarcie i odkrycie najbardziej ukrytych potrzeb. A często prowadzi to do jedynej i podstawowej potrzeby każdego człowieka. Do pragnienia miłości – nie mierzalnej wartością finansową niesionej pomocy.

Ta miłość sprawia, że pomimo wszelkich różnic, trudności i zwątpień, które pojawiają się na naszej drodze pomocy, mamy wciąż siłę by trwać i robić to dalej.

„I choćbym mówił językami aniołów – a miłości bym nie miał …

i choćbym rozdał majątek na jałmużnę, a miłości bym nie miał….”

I nie są to żadne frazesy przytoczone z Biblii. No właśnie kimże byśmy byli bez miłości? To miłość niesiona i rozdawana jak najsmaczniejsze jabłka stanowi o naszym człowieczeństwie.

Miłość ubiera nas w najpiękniejsze światło wszechświata, ona rozjaśnia najbardziej mroczne drogi naszego życia. Egoistycznym jest poszukiwanie miłości tylko dla siebie, trzeba zacząć od dawania. Podarunek z miłości jest jak najlepsza inwestycja w życiu, mnoży się bez końca, powraca zwielokrotniony i nie oczekuje zwrotu w ratach.

Więc napełnijmy miłością nasze garście, nasze plecaki, nasz uśmiech, myśli a przede wszystkim serca i rozdawajmy jak bogacze, bez ograniczeń. Bądźmy rozrzutni do szaleństwa. Jeszcze jeden pewnik – im więcej rozdajemy, tym więcej możemy rozdawać, miłość nie zna braków w magazynie…

Jeżeli masz serce przepełnione miłością, jeśli znasz smak jej rozdawania, jesteś najbogatszym człowiekiem świata.