Wschód pod Sartsividziri

20160526_055242

Połowa maja na ponad 2000 m n.p.m. w gruzińskich górach; ale nam w nocy tyłki zmarzły. Kasia-Msisiara to już na samą myśl o chłodzie szczęka zębami i zakłada na siebie co jej w ręce wpadnie, a w domu śpi przykryta po czubek głowy. Ale taka noc pod namiotem wcale nie musi boleć, nawet bez super drogiego sprzętu! Kilka wypracowanych sposobów i zmarzlak też może cieszyć się urokami wysokich gór, Syberii lub Mongolii zimą.

IMG-20160613-WA0013

Oto kilka sposobów na przetrwanie chłodnych eskapad:

  • ubieranie „na cebulkę”. Mniej do noszenia, więcej do zobaczenia. Pod względem ubrań preferuje naturalne materiały, koniecznie wełniana bielizna oddychająca! (ten wydatek się zwraca)
  • czapka! A najlepiej czapka i kaptur lub 2 kaptury, lub turban z chustki i czapka- zasada ubierania „na cebulę” od stóp do głów!
  • ciepły śpiwór ( Husky się sprawdza od kilku lat. Oczywiście nie pod namiotem na Syberii, ale przy małych mrozach tak)
  • folia NRC!!! tania + lekka = zawsze, wszędzie, obowiązkowo. Może służyć jako izolator, ochrona od deszczu, kołdra, prześcieradło. Najlepiej zawinąć w nią śpiwór przed włożeniem do pokrowca i nie trzeba obawiać się deszczu (sposób Chuliganki) I przypominamy: S.O.S.= SREBRO ODBIJA SŁOŃCE, czyli kiedy chcemy się ogrzać srebrną częścią do siebie, kiedy jest za gorąco srebrną częścią na zewnątrz.
  • termos. Jeśli mamy możliwość zrobienia czegoś ciepłego do picia lepiej, żeby miało to właściwości rozgrzewające. Większość herbat, np. czarna lub zielona ma właściwości ochładzające. Więcej poczytać można na stronach o termice produktów.
  • ognisko lub palnik
  • unikać spania solo :))) razem raźniej i cieplej. A czy przyjemniej i wygodniej to zwykle zależy od towarzystwa i kwestii gustu.
  • Chuligański sposób : hartować ciało cały rok a krótkie kąpiele naprzemiennie w bardzo zimnej i gorącej wodzie dają rewelacyjne efekty.

Jeśli chodzi o Chuligankę, to wręcz przeciwnie oblewa się zimnym potem na myśl o upale, a gruzińskie noce w górach przesypia bez śpiwora. Tym razem chyba trochę zmarzła… a trzeba było Msisiarowym sposobem spać w rękawiczkach i 3 kapturach.

14074628_509208495952813_954314127_o.jpgfot: odsłonięta góra Sartsividziri

– Zimno, ale za to jaki widok… Sartsividziri się odsłoniła.Oczywiście ty jak zwylke spałaś, matko z córką… a ŻADNEJ CHMURY NIE BYŁO!!! Słyszysz?! Ajajajajaj, jakie zimne spodnie…- Chuliganka rozbija się jak mała torpeda. Jak widać mróz i poranne, górskie widoki działają na nią 1000 razy lepiej niż najmocniejsze espresso. 

– Trzeba się było ubrać i spać z rzeczami w śpiworze to byś teraz nie kwiczała – Msisiara wydaje się ociągać, ale tylko zbiera siły by wystartować sprintem kiedy wychyli głowę ze śpiwora i nie myśleć o tym, że nie ma swojego ulubionego termosu z cxeli cxali (gorącą wodą). Jest 6.00 rano, cały wąwóz pogrążony jest jeszcze w chłodnych szarościach, trawa oszroniona, za to zza szczytu Sartsividziri rośnie różowo-pomarańczowa łuna. Niestety, do szczytu już klei się chmura- naprawdę trudno jest złapać tą górę zupełnie odsłoniętą… wstydliwa ta góra. 20160526_054934fot: Sartsividziri już w chmurze

Dziewczyny ruszają drogą prowadzącą trawersem na górę Ghorebi, z której można odbić do starej kopalni. Chuliganka kiedyś już tam trafiła, podczas pierwszego rekonesansu i podobno… spała w traktorze ( jak ktoś ładnie poprosi to może opowie). Jest to nowa droga, powstała dzięki aktywności geologów i jak się pózniej okazuje, biegnie ona niedaleko starego trawersu. Ze względu na późną i chłodna wiosnę, zalega jeszcze dużo śniegu i trawers jest prawie całkowicie przykryty. Nie udaje się im znaleźć odbicia na kopalnie, ale widok zalewanego powoli słoncem wąwozu jest tak cudny, że idą dalej jak się da i gdzie się da. Czekany są, ręce i kolana też, dadzą radę. Na chwilę się rozdzielają, obie lubią czasem pochodzić swoimi ścieżkami. 

20160526_082015fot: widok na drogę, Gohrebi

14060384_509207655952897_1104464930_o

14113961_509208289286167_1263331363_o.jpg

Msisiara po przypadkowym wejściu na starą drogę, postanawia dojść do skąpanych w słońcu skałek, to jeszcze nie szczyt, ale widok na dolinę będzie boski. Trawers stromym zboczem pokrytym śliską, uklepaną pod śniegiem trawą nie należy do najłatwiejszych, ale skałki są tuż tuż, a po nich wspinać się powinno być zdecydowanie łatwiej. Teraz idzie już w pełnym słońcu i kiedy brak jej tchu wystarcza że się odwraca, by spojrzec wokoło, a nogi same ida dalej. Po skałkach rzeczywiście idzie się łatwiej, ale… syk. Oj oj… żmija. Malutka. W sumie nic dziwnego: nagrzane kamienie, gęsta trawa, są żmije. Tylko że na nogach lniane spodnie po dziadku, więc chronić to one mogą swoim dobrym czarem. Ostrożnie, ale postanawia iść dalej, jeszcze kawałek, jeszcze zota zota (ciut ciut). Po kilku krokach, kolejny syk. Skubane gadziny, uwzięły się na tą ścieżkę! Najgorsze, że leżą na kamieniach i nie da się ich zobaczyć z dołu.  „Dobra Szefie, do 3 razy sztuka. Jak mówisz, że lepiej schodzić to niech będzie” – myśli Msisiara. „Jeszcze jedna żmija i ja się zwijam”- Na następnym kamieniu rozlega się już bardzo donośny syk dorosłej żmii zygzakowatej. Ta nie schodzi z drogi. Wszystko jasne, Msisiara robi ostatnie zdjęcia i ostrożny w tył zwrot. 

zmija.jpg

20160526_08420220160526_084206

Gdzieś na zboczu spotykają się Chuliganka i Msisiara, następuje kilkuminutowa wymiana wrażeń i schodzenie. Schodzenie to jednak dużo powiedziane…

– Nie wiem jak ty, ale na te góry jest tylko jeden bezpieczny sposób… jeden Gruzin mi to pokazał jak szliśmy na Shodę. Dumę lepiej pakuj w gacie, będzie Ci wygodniej i zjeżdżamy na dół, nie ma co niszczyć kolan. Zjeżdżałaś już kiedyś?- pyta Chuliganka podciągając spodnie

– Nieeee…

– No patrz, człowiek uczy się całe życie. To ręce do góry, w razie czego łap się gałęzi i módl się żeby tu nie było kamieni. 

Lokalny sposób na pokonywanie stromego zbocza okazuje się NAJLEPSZY. Bezpiecznie lądujemy przy przy ścieżce z dobrze wymasowanymi pośladkami.

20160526_093256

– To co, jeszcze szybki wypad na lodowy zwał na rzece? Spróbujemy rzeki lodowcowej i zwijamy się w Ghebshi? (Gruzini mówiąc, że gdzieś idą na końcu słowa dodają końcówkę -shi. Sachshi= do domu, Onshi= do Oni)

Khai khai, xo xo (tak tak… charakterystyczne tylko dla tego regionu)

Po sprzątaniu obozu, pakujemy Pana Konia, który tak się najadł że ledwo można na nim siodło zapiąć i ruszamy w drogę… kombinując, jak by tu wrócić z chłopakami. Ile jedzenia trzeba wziąć, na ile dni, żeby szkoły nie opuścili, jak się zapakujemy i ile koni trzeba będzie wziąć. Po drodze zbieramy jeszcze po worku mięty i babki lancetowatej do suszenia.

fot: przerwa w przebiśniegach

Na ostatniej prostej czyli za Tevresho widać nadciągające znad Ghebi ciemne chmury.

– Tak nam się udało z pogodą przez te 2 dni, że teraz to już może padać. 

– Słyszysz Szefie, możesz włączyć pralkę!

20 minut od domu łapie nas burza z gradem. Jak się szybko okazuje, te burzowe chmury są zapowiedzią bardzo ‚burzowych’ zdarzeń… 

Sartsividziri. Górskie Ucho na naszej Tajemnej Mapie

  Wieczorem padł pomysł wycieczki do starej kopalni pod górą Sartsividziri. Najbliższe 3 dni ma być ładnie, to grzech nie skorzystać. Skoro Vasiko ma nogę w gipsie, a chłopaki szkołę, to i tak nie ruszą żadne prace. Siedzenie w domu to proszenie się o kłopoty; Chuliganka i Msisiara są uzależnione od akcji i atrakcji. Czas na przerwę od domowych rewolucji i wietrzenie głów.

20160525_162823

Bez kombinowania nie ma… całusów

Plan na wyjście (śniadanie, plecaki i marsz) jest tak dziecinnie prosty, że nie nadaje się do naszej historii- ulega zmianie w połowie dopijanej przez Chuligankę kawy Lobjanidze* 

Dla kombinatora specjalisty każdy pomysł jest wystarczająco dobry, by coś dobrego z niego wynikło. A pomysłem jest koń, ale nie nasz, bo nasze konie źrebate lub w Tevresho. A skoro koń nie nasz, to trzeba pożyczyć. Od kogo? Od sąsiada Temo. Gdzie Temo? Właśnie wyszedł do wioski i zapomniał telefonu. To czemu nie zadzwonić do kogoś, kto mieszka po drodze do wioski, żeby podać mu telefon, niemożliwe? Niemożliwe nie istnieje! Ale zanim wyjście będzie możliwe trzeba spakować konia, vai me deda (o matko)… Msisiara zaczyna się już widocznie niecierpliwić, ale na czole Chuliganki widać zmarszczkę determinacji. Będzie koń i kropka. Powietrze lekko gęstnieje, ale staje na kropce. Idziemy z koniem, a że nie wiemy jak mu na imię, nazywamy go Panem Koniem. 

Jeszcze w drodze do Tevresho przestajemy wierzyć w plotkę, że Koń jest rzekomo zrywny i płochliwy. Kiedy niespodziewanie rozlega się huk, przez sekundę nie wiemy co się dzieje. To tylko strzały polowania, a Koń wcale się nie płoszy. On przynajmniej nie kojarzy tego z wojną. Szczęściarz z niego. Za Tevresho i blaszanym mostem bierzemy trochę sałatki na wynos; po garści młodego szczawiu i szczawiku zajęczego. Smaczne, zdrowe i darmowe! Kasia wcina, Koń wcina, a Chuliganka soczyście komentuje. To znaczy, że humor też już nam zzieleniał…  

Rzeka Dzidzishori jest niemal do kolan, ale pokonujemy ją stopa w stopę i w kopyto i odpoczywamy na chame (jedzenie) przy kapliczce i stadzie jaszczurek.20160525_130754

Kiedy dochodzimy po raz kolejny do rzeki (Rioni) odbijamy w prawo, tak jak prowadzi główna droga. Przejście przez drewniany most i dalej już tylko prosto. W Dzirxali Kana, jesteśmy tak wcześnie, że decydujemy się chapnąć trasę na raz i nocować przy obozie geologów. To w końcu ok 20km bez większych wzniesień terenu, taki dłuższy spacer.

Słonko grzeje, Pan Koń chętnie idzie podjadając szczaw, a za każdym zakrętem oczy śmieją nam się coraz bardziej wariacko. Nikt nas tu nie widzi i nie słyszy, to czemu nie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa? Zaczyna się skakaniem po łąkach, błotnych kałużach i niewinnych flirtach z Panem Koniem. Kiedy w połowie drogi miedzy Brili, a obozem geologów wychodzimy na górkę, skąd widać Zopxito przed nami, łąkę górskich kwiatów obok, a za nami ogromne łąki Didi Xopito to … głupawka zostaje z nami na dobre. 

Pan Koń dostaje nieprzyzwoitą ilość całusów, a od naszego podsyconego endorfinami szczebiotu mógłby się co najmniej uśmiać. Przekupiły go chyba jednak te buziaki i obietnice całonocnej biesiady na łące, bo niesie nasze toboły bez marudzenia. Wreszcie wkraczamy w rozległą dolinę, którą zamyka Sartsividziri, a w oddali widać już maleńkie punkciki – domki geologów. Pytanie tylko, czy będzie most. Skoro już nam tak dobrze idzie, to trudno żeby Szef nie zadbał o ten most, prawda? Prawda, dobra passa nam sprzyja. Jeszcze jedna mała rzeka pod kolano, no bo chyba nie myśleliście, że dojdziemy na miejsce suchą stopą… Bez chlupiących butów nie byłoby czego suszyć. A tak mamy zadanie na wieczór. Za mostem ostatnia prosta i jesteśmy w miejscu, które jak możecie się spodziewać, jest ważnym punktem na naszej Tajemnej mapie (Wcześniej pisaliśmy o miejscu zwanym Jacuzzi)

20160525_16121020160525_180334

Tajemna Mapa- Górskie Ucho przy Sartsividziri

Trasa pod Sartsividziri jest łatwa i łagodna, chociaż atrakcji przy przechodzeniu przez rzeki i okazjonalne osuwiska nie brakuje. Ale cały czas idzie się drogą. Droga nie prowadzi co prawda pod samą górę, ale można podejść na tyle blisko, żeby wypływająca woda miała smak i kolor topniejącego lodowca a widok 6 kobiecych głów (jak wskazuje nazwa Sartsividziri) zapierał dech w piersi. Dlaczego Górskie Ucho? Po pierwsze; wygląd doliny. Głęboki wąwóz zakręca delikatnie i kończy się tutaj, sprawiając wrażenie schowanego wgłębiania. Po drugie: to miejsce słucha. Nawet tego, do czego czasem boimy się przyznać przed samym sobą. 

Pierwszy wieczór pod Sartsividziri, co tu dużo mówić: idealny. W nieczynnym obozie geologów urządzamy sobie najwspanialszy pokój z kominkiem, podłogą, stołem, krzesłami, wieszakiem i… widokiem 8D na otaczające nas góry, rzekę, niebo, zachodzące słońce i chmury lepiące się do szczytów jak cukrowa wata. Stereo gra szumem Zopxituri i trzaskiem palonego drewna, buty suszą się przy ogniu obok podpiekających się xachapuri. O kapciach nikt nie pomyślał, ale bieganie boso po górach w maju to dopiero okazja, a na dodatek po podłodze! Bo znalazły się i deski, żeby ułożyć podłogę od kominka-ogniska do łazienki-kranu z woda i sypialni-namiotu. Czego potrzeba, żeby sprawić sobie taki domek w środku gór? Godzinkę czasu, Szefa od szczęśliwych zbiegów okoliczności, dwie szalone kombinatorki i specjalizację w budownictwie górskim w stylu “coś z niczego”.

– kurcze, trochę szkoda, że wina nie mamy

– oj tak. Winko tutaj przy kominku idealnie by pasowało…

20160525_182937

20160525_193049.jpg

I kiedy nie mając nic konkretnego, masz wszystko, co daje ci radość. Wiesz, że dla takich chwil watro żyć. A doceniając czar danych chwil i ludzi, z którymi możesz je dzielić zdobywasz coś bezcennego. 

20160525_195227

– wiesz, musimy tu przyjść z chłopcami. Nigdy nie byli na żadnej wycieczce, mieszkają tutaj, a znają góry tylko przez pracę. Tyle ich można nauczyć, pokazać… A jak nie my, to nikt ich tutaj nie weźmie. 

– wiem. Myślę o tym samym. Przyprowadzimy ich tu…

Każda na swój sposób myśli o tym samym i daje ponieść się tym myślom, spoglądając w ogromne grafitowe niebo usiane milionami gwiazd. Kiedy jedna z nich spada nam nad głowami, spokojnie ciągnąc za sobą jasny zielonkawy ogon, wszystko zatrzymuje się na kilka sekund. Na moment tracimy głos, co w przypadku Chuliganki nie zdarza się często.

– widziałaś to? Nie wierze, uszczypnij mnie!

– widziałam. Boże… Szefie jesteś niesamowity!

– Wie co robi. 

fire.jpg

Już wkrótce, kolejne przygody spod Sartsividziri.

Poszukiwacze skarbów

Wszyscy mamy jakieś przyzwyczajenia. Nieważne czy są one wyuczone, podpatrzone czy nieświadomie naśladowane. Dzięki nim, wiemy czego się mniej więcej spodziewać w codziennych sytuacjach, w domu i poza nim; mleko jest w lodowce, czyste skarpetki w szafie, a w kurniku- jajka.

Jednak drugi scenariusz może okazać się całkowicie odmienny od opisanego powyżej: Mleko od 2 dni leży na stole, w tzw. letniej kuchni, gdzie skwar osiąga 30 stopni, skarpetki … hm każda w innej części domu i na pewno brudne. W kurniku bliżej nieokreślony nieład, którego nie można nawet nazwać nieładem artystycznym.”burdel na kółkach” jest bardziej odpowiednim określeniem.

Nie każdy ma rodziców, którzy przyzwyczaili go do ładu i systematyczności. Nauczyli jak dbałość może przekładać się na łatwiejsze życie. Nie każdy urodził się w realiach, gdzie większość z nas już się nad tym nie zastanawia. Stało się to poniekąd życiowym standardem. W domu, w którym jest bieda i poważniejsze problemy niż bałagan, trudno jednoznacznie stwierdzić, że niedbałość i brak porządku wynika tylko z lenistwa. Z pewnością wynika to z braku dobrych wzorców, być może z braku motywacji lub nieudolności wychowawczej rodziców. Na tym etapie jednak niemożliwe jest  określenie prawdziwych przyczyn takich zachowań. Zachowanie dzieci uzależnione jest od postępowania dorosłych, bo uczymy nie tylko słowem ale przede wszystkim przykładem. Dzieci są najlepszymi obserwatorami i naśladowcami. Ogromne znaczenie odgrywa otoczenie rodziny wraz z jego obyczajami, mentalnością i historią. Dla kogoś przyzwyczajonego takiego jak my do standardów i logiki porządku, bałagan i niedbalstwo może dziwić, denerwować, a najczęściej zniechęcać. Więc w tej sytuacji najlepiej jest zupełnie zapomnieć o logice i własnych przyzwyczajeniach i znaleźć sposób na nowy, życiowy ład. 

Kwestia dbałości i porządku, brzmi w Naszej Rodzinie: SADARI?  -AR VICI…(gdzie?  -nie wiem…) tych słów nauczyłyśmy się z prędkością światła. 

 Rano trzeba napoić konie: – Iva, SADARI kantar? – AR VICI… – Chyba na Oboli – Nie ma, na pewno był na Oboli? – AR VICI, a może na schodach… AR VICI. Zapytaj Otiko. 

Trzeba wyjść z Bebe: – Rostoma byłeś na spacerze z Bebe? – Nie, bo nie ma smyczy. – SADARI smycz? – AR VICI! Może Iva wziął do koni… AR VICI, zapytaj Ivy. 

Trzeba nakarmić kury: Otiko ty wczoraj karmiłeś kury, SADARI kukurydza? Na oknie nie ma. – AR VICI. Jak nie ma na oknie, może wziął Rostoma? AR VICI… zapytaj Rostomy

Trzeba pociąć drzewo do pieca: – Vasiko potnij drzewo do pieca.- Nie mogę, drużba nie działa, Iva SADARI zestaw do drużby? AR VICI!  przecież to Ty ciąłeś wczoraj w lesie!- odpowiada Ivane. Vasiko krzyczy do Mariki: – Dediko (mamusiu) SADARI zestaw do drużby? – AR VICI! – Po czym idzie pożyczyć zestaw od sąsiadów. 

Klasyczne dziecięce ‚spychactwo i tumiwisizm’*, praktykowane także przez dorosłych. Pozornie nic nadzwyczajnego, chwilowe wyjście z sytuacji. Pierwszy krok do zmiatania pod dywan. Ale takie podejście, jak nazywa to Chuliganka- “leczenie syfa pudrem” rodzi kolejne problemy. Ponieważ na drugi dzień zapomną gdzie co zostawili. Tak więc po jakiś czasie zostajemy bez lin, kantarów i narzędzi. I nikt nie podchodzi do tej straty ekonomicznie; – nie ma? no trudno. Odzież, narzędzia oraz inne sprzęty nie mają swojego ustalonego miejsca, problemem jest brak szaf i nie ma zwyczaju myślenia przyszłościowo. Oczywiście w tak dużym gospodarstwie sprzęty mają prawo się psuć i zużywać, ale dlatego dbałość oznacza też odpowiednio szybkie reagowanie i naprawianie.

Drogi czytelniku jeśli odnosisz wrażenie, że pewne kwestie tak bardzo oczywiste dla Ciebie, tłumaczymy i ‚wykładamy jak krowie na rowie’, to wynika to tylko z naszej reakcji na zastaną tutaj sytuację. Tłumaczenie z uporem maniaka weszło nam już tak w krew, że przeniosło się rónież na blog.

Nie wiem jak u Was, ale u Msisiary poczucie bezsilności wobec poważnego problemu rodzi złość. Dlatego pewnego deszczowego dnia, kiedy 5 razy usłyszała SADARI, a idąc na pieszczoty do Bebe potknęła się o kawałek żelaza w kurniku, postanowiła zobaczyć co jeszcze można znaleźć w kurniku. Deszczowy dzień, okazał się idealnym momentem na wspólną lekcje życiowego ładu. W kurniku oprócz kur, było także z 30 kg złomu, z czego 20 do wykorzystania; łańcuchy, części, narzędzia, także tajemnicze kołki Ivane, brezent, drewno, a wszystko z dużym dodatkiem salmonelli. Rostoma i Otiko szybko zwęszyli, że coś się dzieje i wskoczyli do akcji. Aż trzeba było ich stopować, kiedy zaczęli wyciągać pełen salmonelli brezent, wzbijając tumany salmonellowego kurzu.

– Chłopaki, tu jest dużo rzeczy i dużo miejsca które możemy zagospodarować. Jeżeli to tak leży na ziemi to rozumiem, że niepotrzebne i wyrzucamy na musor (śmietnik)?

Ara ara (nie, nie)!!! – Od razu wszyscy złapali się za głowy.

– Eureka! Tego szukałem dla cxeni! – Ivane z miną odkrywcy chwyta stary kantar i biegnie pokazać Chuligance

– Dobra katso (chłopie), bierz skrzynkę i to będzie skrzynka tylko dla koni, tak?

Khai khai ho ho… – Iva już nie słucha, tylko zamienia się w poszukiwacza skarbów.

Vasiko długo nie rozumie, po co to wszystko i jak katarynka, średnio co 4 minuty zadaje pytanie: – RATO? (dlaczego) Niby widzi, że znalazły się zagubione narzędzia; 3 młotki i 2 topory i łańcuchy dla bydła wymagające małych remontów. Niby widzi że jest dużo złomu który można sprzedać, ale trudno jest mu nadal pojąć ‚po co to wszystko’? Jest najstarszy z rodzeństwa, więc jego przyzwyczajenia są najmocniej zakorzenione i utrwalone. Nauczył się trwać zawieszony w nicości.

Po dwóch dniach sprzątania chłopcy z dumą zaprosili kolegów. To dobry punkt zaczepienia. Bo znaczy, że wiedzą na czym polega porządek i wstydzą się bałaganu. Na czterech zbitych deskach, które w latach świetności przypominały szafę, zostały posadzone kury i kosze do wysiadywania jajek. Natomiast na zabitym oknie dawnej boseli (obórki) powstała wisząca narzędziownia. Narzędziownia to osiem wbitych gwoździ. Nie ważne że narzędzi jest pięć na krzyż. Dla naszych chłopaków to już jest coś.  Nowe spojrzenie, a dla nas krok naprzód. 

Podczas rozmyślań nad złożonością i sednem naszego problemu, Chuligance wpada w oko kolejny niegdyś niebieski, obecnie oklejony zaschniętą salmonellą brezent. 

– Marika przyda się na coś ten brezent?

Ara, na musor (Nie, na śmieci)

Obiektywnym okiem patrząc, pod stosem salmonelli, to całkiem porządny brezent. 

– O nie! Żaden musor! To jeszcze wykorzystamy… a wiesz kto go będzie mył?- pyta stanowczym tonem Chuliganka

– Marika, dlatego że ona chciała już go wyrzucić, niczym ‚lubownica milionera‚** 

-A my z nią? 

-Tak, a my z nią

Bo musi poczuć, że jesteśmy z nią w wychodzeniu z problemów.

Prowizoryczna narzędziownia,  wydzielony kurnik, oraz pomieszczenie na drzewo opałowe uważamy za otwarte. To jest dopiero początek, bo przyzwyczajeń i braku motywacji nie zmieni jedno sprzątanie kurnika. Nie oszukujmy się, to jest długa wyboista droga, na której nikt nie zagwarantuje natychmiastowych efektów.

14152196_511943629012633_991134764_o          Naprawa starego siodła

spychactwo i tumiwisizm*- Spychactwo: zjawisko często spotykane wśród rodzeństwa, objawia się przenoszeniem obowiązków, odpowiedzialności, a najczęściej winy na drugiego.

Tumiwisizm: rzeczownik, rodzaj męskorzeczowy (1.1) pot. żart. postawa charakteryzująca się obojętnością, biernością, brakiem zaangażowania, lekceważeniem czegoś

lubownica bankira**- ros. kochanka milionera

Śnieżne orzeźwienie na Chiorze

– Ooo, dzisiaj jest słońce!!!! krzyczę , otwierając jedno oko na Shodę, po wielu dniach obfitych wiosennych deszczy, zawitało słońce nad Ghebi.- tu Ryba!!!Ryba do akwarium… jak mnie słyszysz?Hej! Patrz szybko za okno, Shoda się świeci!- naciągam tylko kołdrę na głowę, zastanawiając się nad urokami tak żywego budzika. Chyba żaden iPhone ani Samsung nie jest w stanie zaprojektować takiego przeżycia jak rozbudzona Chuliganka… Nie ma mowy żebym teraz otworzyła oczy, jeszcze chwileczkę. Po paru minutach odzywa się ujadanie Bebe, a to znaczy, że Marika zaczęła karmić kury. Bebe jest zazdrosna, bo też lubi ziarna kukurydzy. Z resztą Bebito zjada wszystko co inne nasze zwierzęta. -Kurcze!!!- myślę- jak chłopaki mogą tak mocno spać?! Im żadne pianie i ujadanie nie przeszkadza…

Adjeki biczebi, adjeki Msisiara- Chuligankowy budzik znów się rozdzwonił. Tego już ignorować nie będę, bo niewychowawcze, wstajemy! Szybkie śniadanie, plecaki spakowane i chłopcy wychodzą do szkoły, patrząc zza płotu czy po buziaku ktoś im jeszcze pomacha na do widzenia- lubią nowe zwyczaje mimo większej ilości obowiązków.

A my co?

  • Kaśka, ty idź na Chiore. To znaczy na Notsare, czyli ten szczyt za Chiorą, bo Chiora to ta wioska przy dużym moście, którą się mija jadąc z Oni. Wiesz przecież, nie? Odpoczniesz sobie, pochodzisz, tam są super widoki i droga prosta, więc się nie zgubisz.- Chuliganka już układa plan i nie pozostawia miejsca na słowo sprzeciwu.

  • Dobra, czemu nie! To ja biorę Bebito i spadam. – Jest po 9, to zdążę przed zmrokiem. Plus droga do Chiory jest duża i widoczna, wiec nawet po ciemku można trafić. Pakuję kilka rzeczy do worka: butelka na wodę, folia przeciwdeszczowa, sweter, czapka i rękawiczki, scyzoryk, okulary przeciwsłoneczne, telefon, chleb, cebula i cukierki oraz keri (owies) ze śniadania. Gotowa do drogi! To którędy droga?

  • Idziesz do Chiory i w wiosce cały czas prosto główną drogą na eklesje, czyli kościół. W razie czego pytaj, tam przy głównym placu będzie woda to się dopełnij, bo dalej wody pitnej nie ma. No i za wioską dalej idzie droga na szczyt, taka duża, ładna, bo tam samochodami jeżdżą. Szybko chodzisz to zdążysz do wieczora, tylko wróć…

  • Kai kai, ho ho… (gruzińskie tak tak tak….)

I tyle nas widzieli. Droga nasza, psino kochana. Do Chiory jest dość monotonnie, ale spotykamy krowy, które przez chwilę nam towarzyszą. Niestety nie chcą one ze mną romawiać, więc pozostaje mi nadal monolog do Bebe. Co prawda nie wyglądają tak miło jak nasze ghebińskie krowy. Może im smutno, że nie chodzą po górkach? Do wioski Chiora, dochodzimy z Bebe po 2 godzinach marszu, plan jest znaleźć wodę i za wioską zrobić przerwę. Chiora jest malutka[ (mapa), ze szkołą do której chodzi sześcioro dzieci, tam pytam pana o wodę. Odpowiada, że nie chce… pewnie myślał, że mu proponuje tylko pytanie co 😀 To jeszcze raz:

  • ME minda cxali? Sadari? (Ja chcę wody? gdzie?) – I pokazuję, że do picia, bo tego jeszcze nie umiem powiedzieć po gruzińsku. Ho! Pan zrozumiał i pokazuje mi, że za szkołą. Za szkołą tylko brama na czyjeś podwórko, hmy..? Odwracam się i jeszcze raz wołam „sadari?”, a on pokazuje, że mam wchodzić za bramę. Kilkoro dzieci już zwęszyło co się dzieje i biegnie na pomoc zagubionej Msisiarze; prowadzą do kranu na podwórku i napełniają butelkę. Tak to już tutaj jest- wszystko się znajdzie, choć nie ma niby nic. Po kilku minutach widzę oficjalne ujęcie wody i lokalnych panów na lokalnej ławeczce. Nic nie szkodzi, jeszcze raz się napiję i pogadam z panami. Jak zawsze przy takich spotkaniach, jeden z grupy mówi lepiej po rosyjsku:
  • Ad kuda wy, i kuda idiosz. Aaaaa Polsza, znaju znaju. Eta wasza sabaka? ( Skąd jesteś i gdzie idziesz? Ah z Polski, to znamy. I to twój pies?)

Trzeba pilnować czasu, jeśli nie chcę się wpakować w popołudniowy deszcz będąc na szczycie, więc żegnam się gruzińskim „kargat” i zmykam za wioskę. Tam będę mogła wreszcie odpuścić Bebe ze smyczy i trochę odsapnąć. Krótka przerwa pod drzewem, przed strumieniem. Bebito chyba trochę dostała w kość, bo zamiast szaleć po polach kładzie się pod nogami i zjada ze mną resztki owsianki.

20160510_112842

Kiedy ruszamy, w psa wstępuje nowy duch! Pędzi po zboczach rozkopując nory i kopce, zjada kwiaty, poluje na motyle i wszystkiego próbuje, oczy aż błyszczą Bebe z nadmiaru energii. Wybaczcie kochani przyjaciele, z którymi przemierzałam szlaki, nadal jesteście niepowtarzalni… Ale Bebito po prostu wymiata na trasie! Ma idealne tempo, nie domaga się chałwy lub cukierków, rozumiemy się bez słów, bez komentarza wysłuchuje najdziwniejszych zwierzeń, a do tego jest wyjątkowo miękka i puszysta 🙂

20160510_114654fot/ Chiora i Rioni

20160510_120934fot/ Patara Ghebi i Rioni

Trasa wiedzie spokojnym trawersem. Najpierw przez łąki do małej cerkwi z cmentarzem. Stamtąd rozpościera się przepiękny  widok na dolinę Rioni i Ghebi. Później przez las, w którym zastanawiam się co powinnam zrobić jeśli spotkam misia i czy Bebe pogorszy czy polepszy taką sytuację. Tym razem obywa się bez misiów. Mijamy ścinkę drzew i pniemy się dalej w górę,  spragnione widoków. Trawers robi się coraz bardziej stromy, ale Bebito nie odpuszcza tempa, a ja mam ochotę się zmęczyć więc dotrzymuję jej kroku. Śnieg zaczyna się dość nisko, jeszcze na drodze i pokrywa cały grzbiet. Teraz nie ma już szans na widmo żadnej drogi, ślady pojawiają się tylko pojedyncze- zwierząt, ale śnieg jest dość twardy i zapadam się tylko po kostki. Za to Bebe po prostu szaleje! Taki z niej wariat na śniegu jak Chuliganka na jacuzzi, zatrzymać się nie da… Niestety niebo zaciągnęło się już chmurami i nie wystarczy mi czasu na pełną eksplorację grzbietu, który aż zaprasza, żeby iść dalej w stronę granicy, ale to co widzę dookoła siebie (pomimo chmur!) w zupełności wystarcza na dobrego energetycznego kopa.

 

Uwielbiam wejścia pod górę, uwielbiam mało uczęszczane trasy, uwielbiam porządnie się zmęczyć i moc gór. Ale najbardziej uwielbiam to, że kiedy mając już czasem serdecznie dość, podnoszę wzrok stojąc na szczycie i momentalnie zapominam o spoconej koszulce, zadyszce i mokrych skarpetach, a po spontanicznym okrzyku rozpierającej radości, mogę maszerować dalej. Może to kombinacja wysiłku fizycznego i świeżego powietrza doprowadza mnie do takiej ekscytacji, a może patrząc na góry automatycznie włącza mi się w mózgu filtr upiększający na wzór tych z photoshopa, ale będąc sama wśród gór czuje taki spokój, że nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy częścią czegoś niesamowicie pięknego.

20160510_144234

20160510_141629

Z Notsary (2368 m n.p.m.), czyli szczytu górujacego nad wioską Chiora widok jest w stylu pocztówkowo-panoramicznym na dolinę Rioni, Shodę-Kiedylę i Logorę od południa, pasmo wysokiego Kaukazu z lodowcem Kirtishio i szczytem Chanchaxi oraz na  Burjulę i szczyty okalające Maminsonskij Pereval.

kirtishio.jpg
 fot/ Lodowiec Kirtishio i granica z Rosją
 … ale to trzeba przeżyć, więc nie będę nawet próbować tak zaawansowanej gimnastyki literackiej jak opis powyższej panoramy. Tymczasem, na szczycie nadal pochmurnie, ostatnie kawałki chleba rozdzielone, więc w tył zwrot i do domu marsz! Wystarczy już tych mistycznych uniesień i spokoju, prawda Bebito? Jak dobrze pójdzie to zajdziemy do domu po 18.00 i zrobimy jeszcze angielski z chłopakami.

bebe wolf

Hej ho, do lasu by się szło!

Maj rozkwita powoli w pierwszych promieniach słońca. To zapowiedź jednego z najwdzięczniejszych momentów w dolinie Ghebi. Soczysta zieleń wchodzi w kontrast z głębokim błękitnem nieba, na którym popołudniami prezentuje się spektakl: „Wariacje chmurne”. Woda w strumieniach nabiera sił i charakteru, układając nowe wersje naszych ulubionych jacuzzi. Maj pachnie jeszcze nieśmiało zapowiedzią bogactwa późniejszej wiosny i czuć w nim pęd do działania. Niepohamowaną chęć rozwoju. Czujemy to na własnej skórze…

Wyszło słońce. To znaczy ze bierzemy się do roboty. Zrobić przydałoby się niemal wszystko, ale trzeba mierzyć siły na zamiary i dzialać z glową. Mamy teren, mamy zwierzęta, trzeba to dobrze zagospodarować, żeby nie marniało i przynosiło jak najwięcej jedzenia i pożytku.  Dlatego priorytetem są: PŁOTY. Jeśli będą płoty, jesteśmy w stanie zapanować nad zwierzętami i zadbać o ogrody warzywne. Żeby stawiać płot potrzeba nam drzewa, drzewo trzeba: 1 ściąć, 2 przytachać. Dlatego, hej ho hej ho, do lasu by się szło!

13951027_504231863117143_1779582619_o

Ścinka drzew w Ghebi nie jest regulowana, a ludzie po prostu wiedzą, z których obszarów można wycinać. Materiału jest tu pod dostatkiem… dochodzimy do rozległego lasku olchowego (ulubione drzewo Chuliganki). Żeby usprawnić działania i zapobiec kłótni szybko dzielimy się na grupy:
1. Brygada topor (=siekierka): Iva, Oto i Msisiara
2. Brygada drużba (piła łańcuchowa): Vaso, Toto i Chuliganka.

Drużbowcy szukają odpowiednich drzew do ścięcia, Toporowcy czyszczą z gałęzi ścięte drzewa i układają na kupki. Mimo upału praca po prostu pali się w rękach, Vaso rozkręca sie jak Diesel, Chuliganka znajduje co coraz bardziej idealne drzewa, nastrój podbudowuje wspólną motywację, Msisiara chce się koniecznie nauczyć czyścić pnie toporem. Tylko słońce mocno przypieka, a mali chłopcy mogą szybko dostać udaru, więc Msisiara uruchamia swoją ulubioną magiczną chustę z Indii*, która moczona w rzece i wiązana na głowie w stylu beduińskim przynosi chłopcom duża ulgę.

W pewnym momencie Iva wkłada ciemne okulary, zarzuca kurtkę – vai me! tak żarko! (o matko! taki upał!) i mówi, że musi iść po czym znika z toporem. Zdziwieni i wkurzeni Oto i Msisiara dołączają więc do ekipy Drużbowców. Bez toporu też damy radę! Większe drzewo jest już pocięte, można je uprzątnąć i poukładać. A poza tym jesteśmy na uroczej polance, która idealnie nadaje się na małpie szaleństwa- Oto zaczyna skakać po gałęziach, po chwili Msisiara pomyka za nim sprawiając, że duże oczy Rostomy otwierają się jeszcze szerzej… to kobiety chodzą po drzewach?!

13978324_504231749783821_451818256_o

Wkrótce wyjaśnia się zniknięcie cwaniaka Ivy; nie miał wcale buntowniczego lenia tylko poszedł naostrzyć topor (Msisiara trochę stępiła- musi się jeszcze nauczyć omijać kamienie…) i dociera do nas. Nastroje od razu idą w górę, runda konfietów (cukierków) dla wszystkich! W wesołym rozgardiaszu planujemy co jeszcze dziś możemy zrobić, kiedy nagle spomiędzy drzew wychodzi ociekający wodą Otiko… RAJO?!?!? (Co jest?)

20160509_160019

[…] Polsko-gruzińsko-rosyjskie wyjaśnienia i sprawa jasna. Oto spadł do rzeki z gałęzi kiedy próbował napełnić butelkę wodą, butelka popłynęła już do Kutaisi, a my mamy teraz mokrego Otiko. Kurtka Msisiary nadaje się idealnie jako spódniczka, buty na nogi i jakiś sweter, Oto z Rostomą posiedzą przy suszących się rzeczach w reszta może pracować, no Msisiara na boso będzie tylko wypasać Jamalę. I tak mija nam pierwszy, majowy dzień pracy w lesie…

Wynik dnia:

  • pałki olchowe na zabor (płot) = 100
  • pnie olchowe na podłogę do boseli (domek dla zwierząt) = 43
  • mokre dzieci = 1
  • rzeczy ukradzione przez krowy = 2 (susząca się koszulka i ręcznik)**
  • konfiety = 0

13978093_504231099783886_1516878446_o

* Chusta jest magiczna, bo można nadaję się do wszystkiego. Jako ręcznik, prześcieradło, czapka, szal, spódnica, pewnie także pielucha, a do tego jest różowa, milutka i ładna.

** Kradnące krowy w Ghebi to nie ewenement! W ten sposób chuliganka pozbyła się swoich ulubionych czerwonych trusów (majtek) na jacuzzi

 

Tchórz; narzeczony i widoki z Tevresho. Czyli Tragi-Tevresho-Komedia Akt 2

Tragi-Tevresho-Komedia Akt 2

13833497_499534666920196_815362020_o

Czyli kontynuacja konnych gonitw a’la Wielka Pardubicka w Tevresho (tyle, że bez jeźdźców). Na początek krótkie wprowadzenie na temat „co?, gdzie?, kto? i jak?”.  Jeśli dotrwaliście do końca postu o zmaganiach dnia wczorajszego (czyli Tragi-Tevresho-Komedia. Akt 1 “Cyrk na łące”) to wiecie już, że Chuliganka, z Kasia-Msisiarą, Otiko i psem Bebito wybrali się do pobliskiej osady pasterskiej Tevresho (mapa), aby znaleźć pozostałe konie z rodzinnego stada: Coriye i Snow. Plany były piękne i optymistyczne, szybko zostały jednak zweryfikowane, przez grono ciekawskich ogierów. Nasza klacz Jamala, stała się celem zmasowanych zalotów… z jednej strony wcale nas to nie dziwi, Jamala-Kochanie to śliczna panna, z drugiej mogliśmy się przekonać na własnych nogach!, że pilnowanie jej dziewictwa przed grupą szczęśliwych i rozochoconych majowo ogierów to nie lada szaleństwo.

13838152_499535196920143_918607183_o

Dlatego nowy plan brzmiał następujaco: jeszcze wieczorem Kasia-Pastuszka (powyżej) wraca do Ghebi, po posiłki w osobach Ivane i Vasiko. Kiedy Kasia wróciła do domu i jak zawsze łamanym rosyjsko-polskim (jej znajomość gruzińskiego była jeszcze kiepściutka) wyjaśniła, że Chuliganka zgotowała im koński cyrk i bezwzględnie potrzebują pomocy, żeby złapać Coriye. Całe szczęście, że Marika całkiem nieźle już radzi sobie z językiem polskim. Vasiko spakował plecak z jedzeniem i od razu ruszył do Tevresho. Reszta ekipy miała dojść następnego dnia rano. 

20160508_110150

Nazajutrz, najmłodszy Rostoma był pierwszy gotowy do wyjścia; kurtka, czapka i buty od nart biegowych… (jedyne jego zimowo-wiosenne buty, dla mnie to kolejne brutalne zderzenie z rzeczywistą biedą rodziny).

– nie chce zostać w domu, będę wam pomagać i ja też chce zobaczyć Snow!. wykrzykuje 10-latek.  No dobrze, przynajmniej chłopak też się  wybiega. 

20160508_111202

Droga minęła nam jak z bicza strzelił, zwłaszcza że Ivane nie mógł się doczekać aż dosiądzie konia i niemalże frunął. W Tevresho, od razu skierowaliśmy się do zagrody Mishy, gdzie stały 3 konie. Jedno podejście nieudane, za drugim, Iva już zakłada jakiemuś kasztankowi ogłowie i… i tyleśmy go widzieli. Pognał w górę szukać Vasiko i Otiko. Nauczeni doświadczeniem zostawiliśmy Jamalę bezpiecznie schowaną w ogrodzie, żeby uniknąć niespodziewanych szaleństw ze strony ogierów i spokojnie rozejrzeć się po okolicy. Iva jak tylko znalazł Coriyę, poprosił żeby z nim współpracować i został na łące przy domu Niny. Reszta, czyli Vasiko, Oto, Rostoma, Chuliganka, Kasia i Bebe poszła szukać Snow i podziwiać widoki Tevresho. W takim towarzystwie, nawet bez Jamali, będzie się działo…

20160508_110313

Chuliganka na wstępie podzieliła się swoimi przemyśleniami z poprzedniego wieczoru:

– Trochę się możesz złościć, ale wiesz to wszystko ma ręce i nogi i wczoraj jak już chłopcy zasnęli to wszystko przemyślałam. I widzisz, bo…

I tak dowiedziałam się, że Kekula- ogier którego jeszcze wczoraj z uporem maniaka i zabójczą determinacją odganialiśmy od Jamali jest, w sumie idealnym kandydatem na tatusia przyszłych dzieci Jamali. Dlatego, zamiast stresować się pilnowaniem Jamali przez kolejne 2-3 tyg, kiedy będzie grzała po prostu puścimy ich razem w kanashi (ogród przy domu). Czyli nie trzeba było tak ganiać…?! Ah te pomysły chuliganki! Cóż… kobieta zmienną jest, zwłaszcza w towarzystwie pięknego ogiera.  

20160508_122622

Pod naszą nieobecność Ivane bez skutku próbował dosiąść Coriyi (obaj na zdjęciu powyżej). Ivie, który ma niesamowity dar do koni i zwierząt takie trudności zdarzają się rzadko. Widać Coriya wymaga czasu, cierpliwości i może także wytrzebienia, ale o tym nasz kowboj nie chce nawet słyszeć.  

Wracamy do domku Niny, Coriya stoi przy płocie, więc Iva jest zapewne w środku. Jednak nie, bo drzwi są zamknięte. Dziwne…

– Halo halo kto ma klucz? – wołam do nadciągającej brygady

– No jak to kto? Iva przecież, Coriya stoi to musi być w środku!- woła Chuliganka

– Nie ma go, a tu zamknięte… – I już czuję, że nasz Cwaniak-Ivane postanowił się z nami zabawić w chowanego… Oczywiście! Małe boseli (domek dla zwierząt)! – Przechodzi mi przez myśl, gdy:

– uh hu ha! – Iva wyskakuje  zza drewnianych drzwi, szczerząc zęby w uśmiechu. Domowy dowcipniś, widać, że kilka godzin z końmi dało mu energetycznego kopa i dobry nastrój.

Po chwili każdy znajduje sobie jakieś zajęcie.

– Kasia chodź do Jamali, zobacz jak się tarza- woła Chuliganka. Wsiadłabym na nią ale noga mi jeszcze nawala (nieszczęśliwie na dzień przed wylotem do Gruzji trafiła na kierowcę-wariata w Warszawie, który potracił ją na pasach i zielonym świetle), to ty wsiadaj!- widać, że już pali się do jakiejś akcji…

– No dobra, ale lepiej żebyś wiedziała że nigdy na koniu nie jeździłam. Wiec mi musisz mówić co i jak. 

– Coś ty? haha dobry żart! Dobra wskakuj, nic Ci nie będzie, no chyba, a że masz okres ( jak zwykle kipi z niej cynizm)… bo są tacy co myślą, że podczas okresu to nie można. Jak moja siostra na przykład, ale ona mówi też, że nie pija wody ze strumienia bo to z siuśkami kozic…hahah

– Z okresu już mi nic nie zostało po tym jak mnie przegoniłaś z końmi na łąkach, a strumień wolę taki z kupą niedźwiedzia, no nie Jamala?  Tylko błagam! trzymaj ją i mów jak się steruje- z obłędem w oczach wysiedziałam 2 kółka po polu, skręcałam jak pierwszej klasy debilo- wodze w prawo, a nogę do lewego boku, może mi się wydawało, że to jakiś skomplikowany pojazd. Chuliganka, szybko ustawiła mnie do pionu:

– Boże co ty robisz? Dociskaj kolana, nie siedź jak worek ziemniaków! Pracuj, pracuj nogami! zaciśnij pośladki! podnieś tyłek-opuść tyłek, dosiądź głęboko i pewnie (o matko kochana! krzyczę w myślach- chwila gdzie moja noga  a gdzie tyłek) i już jeszcze jedno kółeczko. Ty naprawdę nie jeździłaś konno!- stwierdza fakt choć nieco nie dowierza, że tak odważnie zapuściłam się między koniarzy bez żadnego stażu.

– Dobra, to będziesz się uczyć na Jamali. Jest idealna, prawda Kochanie? – drugą część zdanie Chuliganka kieruje już do Jamali, która niekoniecznie ma ochotę słuchać moich nieskoordynowanych poleceń i chodzi za swoją panią jak cielak i to bez uwiązu. Nie ma się co dziwić, nie dość że Chuliganka od małego ją szkoliła, to zwykle chodziła z kieszeniami pełnych kwaśnych cukierków, które Jamala szybko polubiła. A na dodatek, kiedy chodziła z nią jako małym źrebakiem po górach, w ramach treningu wysokogórskiego (w naszej rodzinie niezbędny), to utrzymała Jamalę, gdy ta zsunęła się z wąskiego traversu. A takich chwil nikt nie zapomina, nawet zwierzę. Kochają się na zabój te dwie charakterne france. 

11045403_362008570672807_8524452973796036026_o.jpg

Od strony domku dobiegły nas śmiechy chłopców:

– Kasia tolko nela nela… Rato? Kasia- Msisiara! (Czemu Kasia jeździ tak wolno? Kasia-tchórz?) – Ivane i Otiko nie mogą się nadziwić, dlaczego Kasia tak wolno jeździ. Chyba myśleli, że ona taka sama koniara jak Chuliganka…

– Wiesz, tutaj jak ktoś nie jeździ konno to nie siada na konia, więc oni myślą że jeździsz, ale jesteś strasznie słaba i masz cykora… hahah. Poduczysz się albo palniesz jakąś nową gafę i im przejdzie. 

Droga powrotna do domu minęła nam spokojnie. Najpierw ja na Jamali, póżniej Rostoma. Otiko był prowadzony na Coryi przez Ivane (pod bagażem i przy prowadzeniu, Coriya jest zupełnie spokojny). 

cropped-20160508_1303492.jpg– Kasia ty możesz tylko na Jamali jeździć, na Coriyi nie, bo to wera (nie dasz rady, to niewykonalne) i Msisiara. Kasia-Msisiara (Kasia-Tchórz) – Ivane powtarza, zadowolony z nowego przezwiska, wiedząc, że jeszcze przyda się jako karta przetargowa… 

Tragi-Tevresho-Komedia. Akt 1 „Cyrk na łące”

Pogoda jest deszczowa, ale to nie przeszkadza w dalszych rozruchach. Już widać, że karebi (wejście) do górnego ogrodu będzie trzeba poprawić, bo obecnie zwierzaki spacerują pomiędzy ogrodami bez pardonu. Obola, która ledwo chodzi przez swój ogromny brzuch (niedługo urodzi) też sobie otwiera. Teraz kiedy w dolnym i środkowym ogrodzie nic jeszcze nie rośnie, fakt że wychodzą nie jest wielkim problemem ale jeśli zaczniemy sadzić, to już będzie. Tym możemy zająć się później.

Najpierw chcemy zobaczyć całą rodzinę. Wszystkich, bez wyjątku! Dlatego Chuliganka zarządza wyjście do Tevresho (mapa), gdzie znajdziemy Coriye i Snow. Sąsiadka Nina zgadza się żebyśmy zostali w jej patroni saxli (domek pasterski) w Tevresho, więc nie będziemy musiały się spieszyć z powrotem na noc. Jamala będzie naszym wabikiem na Coriye. Otiko idzie jako obstawa, a Bebe żeby się wyhasać. Marika pakuje nam jeszcze chleb, pomidory i kitri (ogórki), kawę i ciastka oraz sól dla koni. Jeszcze obowiązkowo zapałki i latarkę. Powinno wystarczyć, jak nie to wrócimy. Zapobiegawczo pakujemy jeszcze kilka ubrań na zmianę i śpiwór. Otiko nie bierze ze sobą nic, zakłada tylko kurtkę zimową i dwie pary spodni. Może to jest normalne? Wiem że chłopcy są przyzwyczajeni do innych standardów, a wyjście do Tevresho  traktują prawdopodobnie jak dłuższy spacer, dlatego wolę nic nie mówić. I tak przeżywam wszystko jak mrówka okres. Dobra, Jamala osiodłana, torby przywiązane, chyba wszystko mamy. Idziemy!

20160507_180435.jpgDroga w korycie rzeki Rioni prowadząca przez Ghebi

Idziemy dolną drogą, czyli z domu w dół do mjave cxali. Mjave to źródełko wody mineralnej w korycie Rioni i punkt KO (kulturalno-oświatowy). Później w prawo korytem rzeki i dalej cały czas prosto drogą. Przechodzimy 2 rzeczki, obok starego kamieniarza, gdzie można odbić na Dombę (Dombistvaveri), chwilę przez las, aż wchodzimy na skarpę przed Tevresho. Przed skarpą, gdzie las rzednie i pokazuje się Rioni, leży martwy koń. Marika wspominała o tym wcześniej, ale widok i tak jest bardzo przykry. Ten był dorosły i podobno padł przez słabe serce, ale tak naprawdę nikt chyba nie wie. Tutaj tak już jest, skoro dla ludzi nie ma kto leczyć to kto będzie się rozwodził nad koniem. Wilki i kruki posprzątają, i za tydzień już nie będzie śladu.

W wiosce jest jeden weterynarz (Grisha), ale to nie zmienia faktu, że leczenie lub profilaktyka u zwierząt mają wymiar raczej symboliczny i opierają się w większej mierze na ludowych wierzeniach niż doświadczeniach naukowych. Zwierzęta są potrzebne albo do pracy albo do hodowli, strata takiego zwierzęcia jest zazwyczaj głównie stratą finansową bo zwierze jest narzędziem pracy. Choć widząc niektóre z nich odnosi się wrażenie, że nawet taka praktyczna korzyść płynąca z faktu posiadania zwierzęcia nie jest równoznaczna z tym że będzie ono zadbane. I nie chcę nikogo oceniać, bo w wielu sprawach nie dorastam tym ludziom do pięt, ale oni po prostu czasem nie wiedzą, że inne traktowanie zwierząt może przynieść inne efekty. I o tym warto mówić. Większość koni jest tutaj nieujeżdżona i pół dzika, bo nie ma na to czasu lub nikt nie widzi w tym sensu. Tak jest również sytuacja Coriy. To 3 letni ogier, który nigdy nie jeździł pod siodłem i nie jest przyzwyczajony nawet do pracy z ludźmi. Od źrebaka przebywał na łąkach Tevresho lub w boseli (domu dla zwierząt), więc jest dość płochliwy w towarzystwie ludzi. Dlatego Jamala to koń pokazowy, przy którym nasza rodzina ma się uczyć, że koń to o wiele więcej niż narzędzie pociągowe. Chuliganka w Jamali zakochała się od pierwszego wejrzenia i bez pamięci, kiedy jako 3 tygodniowy źrebak, Jamala wyskoczyła przed nią zza płotu w Tevresho. Ponieważ Jamali daleko do sylwetki długonogiego konia i wyglądem, co tu dużo mówić przypomina osła, została ochrzczona Viri (osioł).

13833155_499534230253573_561773483_oJamala-Kochanie w zagrodzie w Tevresho

Chuliganka wiedziała co robi i nie przejmując się tym, że jej Kochanie w kolorze kawy z mlekiem nie robi na chłopcach wrażenia, zbierając cięgi kochała się w „ośle”. Bez znaczenia, bo Jamala-Kochanie będzie ich pierwszym szkolonym i lonżowanym koniem, który oprócz tego, że przyda się do pracy będzie nadawał się do nauki jazdy dla dzieci. A dzięki niej rozwinie się edukacja zootechniczna chłopców. Jamala, choć z początku uważana za brzydkie kaczątko, okazała się świetnym koniem pokazowym. Sposoby w jaki Chuliganka ją szkoliła i tresowała, z początku też podważane i wyśmiewane, zaczęły przynosić efekty… Przyjechała jakaś kobita, karmi tego konia cukierkami, gada z nim, całuje (vai me deda!) i myśli, że przez to przestanie być wiri? Dziwne te kobiety z Polski, Uzdelebi…  ale chłopcy choć powoli, zaczęli się przekonywać się do tresury z szacunkiem i cierpliwością.

13680241_498265920380404_6180052118628994199_o.jpg„Końskie zaloty”

Druga klacz, Obola to koń z dłuższym stażem i mniej wesołą historią. Obola (sierota) straciła mamę będąc małym źrebakiem i została wykarmiona na butelce. Choć raczej spokojna, jest kapryśna i reaguje bardziej na krzyk lub agresję przez sposób w jaki została „wychowana”. Jest dość mocno wyniszczona corocznymi ciążami choć na 10 udało jej się donosić tylko 2- w zeszłym roku i w tym. Poprzednich nie donosiła przez pracę w polu lub siodle.

Jamala-Kochanie po fryzjerskich zabiegach Chuliganki*20160606_105154.jpg

*Higiena zwierząt to kolejny temat rzeka. Jamala ma przycinaną grzywę ze względu na pchły i pasożyty, nie dlatego że chcemy żeby wyglądała jak viri.

My tu gadu gadu o koniach, a zza rogu pokazuje się już Tevresho. Mijamy pierwsze ogrody i za rzeką skręcamy w prawo żeby dojść do górnej części, gdzie znajduje się pole i chatka Niny. Tylko czy jesteśmy no to gotowi? Na co? Na konie oczywiście. A dokładniej na ogiery, które wypasają się tutaj i z pewnością będą miały ochotę poznać bliżej naszą piękność Jamalę, która zaczyna mieć ruję. Tylko, że jest jeszcze młoda i lepiej by było poczekać z zaźrebieniem, a już na pewno nie będzie się do niej zbliżał pierwszy, lepszy nicpoń. tym bardziej że oczekiwania wobec  Co to, to nie! -Kasia i Otiko, musicie mieć oczy dookoła głowy i w razie ataku odpowiadać kontratakiem, a najlepiej w ogóle trzymajcie ogiery z daleka i nie dopuszczajcie do żadnego ataku. Uzbrajam się w kij. Chuligance pozostaje prowadzenie dziewicy Jamali, jako że ma największy autorytet u konia. W tej sytuacji, pod każdym względem.

Za zakrętem jest już blisko do domu:

-Eta, domik Niniko- pokazuje Oto. Jednak w ogrodzie Miszy, sąsiada pasą się 3 konie: 2 klacze i 1 ogier (takiemu to dobrze). Jamala od razu zaczyna rżeć, kiedy je widzi na co one ruszają w naszą stronę. Z daleka nie jesteśmy w stanie zobaczyć czy płoty są w całości, żeby je zatrzymać. Znając tutejsze realia, szanse są małe. W parę sekund konie slalomem ominęły wszystkie płoty i wybiegły na drogę wprost na nas.

-O oo. Szefie mamy problem.

-Kasha, czkara kamni! (Kasia, szybko kamienie)  Chuliganka, shen i Jamala saxshi! (ty i Jamala do domu!)- Oto wie, że musimy działać szybko. Chwytamy kamienie i ruszamy na 3 kłusujące konie. Bebe ani myśli żeby nam pomóc i ucieka do Jamali, żeby obserwować rozwój sytuacji z bezpiecznej odległości- msisiara! (tchórz). Jamala też ani myśli nam iść na rękę i zmykać do domu, stoi uparcie i czeka na spotkanie- w końcu jeszcze się nie znają. Klacze ustępują od razu, ale ogier Miszy próbuje się do nas przebić. Na szczęście, Chuligance udaje się wprowadzić Jamalę na drogę, przez co jest nam łatwiej odciąć drogę naszemu najeźdźcy. Szybko biegniemy do domiku, jesteśmy przemoknięci i chcemy odstawić Jamalę do ogrodu. Przed domem, tak na dobicie błoto po kostki*. Ehhh…

Niby już jesteśmy, ale zanim rzucimy się na łóżka trzeba zabezpieczyć zwierzaki i rozpalić w piecu. Teraz możemy już rozebrać do rosołu i zmienić mokre ciuchy. Otkio ma prawie wszystko mokre i nic na zmianę… W takim razie będzie siedział przy piecu zanim nie wyschnie i dostanie moje skarpetki. A przy okazji kolejnego wyjścia będzie trzeba poruszyć tą kwestię. Bo nie wiem jak mogą być odporni i przyzwyczajeni do tych warunków, po chodzeniu w mokrych rzeczach nic wspaniałego nie wyniknie! Pytanie co znajdziemy w szafie i czy będą dla nich ubrania na zmianę… i tak coś można wymyślić. Na dworze nadal pada i Bebe w pewnym momencie jak z procy wbiega do środka i swoim zwyczajem rzuca się obłoconymi łapami na Chuligankę, co rozpoczyna serię szalonych pieszczot i całusów.

20160507_153408

W Otiko wstępuje nowe życie i zaczyna wyczyniać cuda z Bebe. Bebe na barana, czy Bebe baran… nie ma już znaczenia.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

CYRK NA ŁĄCE

Po błogim stanie pół godzinnej drzemki, zachęceni brakiem deszczu, wychodzimy na spacer poszukać Coriyi i Snow. Po paru minutach wspinania się na górkę widzimy całe pole pasących się koni, a wsród nich także Coriye, który od razu rozpoznaje Jamalę i rusza nam na spotkanie. Jaki z niego przystojniak! Szczęśliwi biegniemy przez łąke, a tu nagle psikus. Z drogi po lewej stronie nadbiegają 2 szare ogiery i od razu widać jakie mają zamiary. Zaczyna się cyrk. Nie… gorzej, zaczyna się końska heca. Chuliganka próbuje utrzymać Jamalę, ale panna rozochocona tak doborowym towarzystwem ani śni stać spokojnie i czmycha w pole wiodąc za sobą wszystkie ogiery. Tyle jest tam tych koni, że nawet nie wiem kto jest kto, Chuliganka krzyczy żeby działać, Otiko biadoli, Bebe nie ma pojęcia co się dzieje i od czasu do czasu podbiega jak pershing i wskakuje nam na plecy… Vai me deda-o! Gdyby nie fakt, że jeśli się nie pospieszymy, Jamala prawdopodobnie zostanie mamą na naszych oczach, pewnie zauważyłabym piękno tej rozległej górskiej łąki otoczonej śnieżnymi szczytami. Jedyne co teraz widzę, to że wbieganie pod taką górską łąkę kiedy czas nagli, jest cholernie męczące! Nie ma że boli, nie ma że konie biegną 10 razy szybciej od nas po takiej górce, trzeba coś szybko wymyślić, bo koniom maj w głowach- grono ogierów hasa jak na karuzeli wokół Jamali-Kochanie której, a niech to! TEŻ zebrało się właśnie na kochanie i zainteresowana podnosi ogon! No co za Uzdelo!

Nie pozostaje nam nic innego jak próbować, zagnać je w róg przy płocie, złapać Jamale i później odganiać ogiery, aż dojdziemy z powrotem do domku. O łapaniu Coriy możemy w ogóle zapomnieć, bo już się dawno spłoszył i pobiegł z resztą klaczy w siną dal. Jakimś cudem Chuliganka udaje się złapać naszą francę, kiedy na zmianę z Otiko biegamy wokół ogierów jak rozwścieczone pawiany. Uff, teraz jeszcze kwestia odeskortowania ich do domiku. Otiko przerażony tym wszystkim woła tylko:

Jamala saxshi! Chuliganka saxshi czkara! Vai me deda… (Do domu, do domu szybko!O matko…) – po czym już nawet czerwony i spocony jak pawian rzuca się biegiem na powracającego szarego ogiera. Bebe w pewnym momencie poczuła zew i rzuca się w wir odganiania ogierów szczekając jak szalona. Przez kilka sekund pękamy z dumy… będzie z nie pożytek! Tylko, że w momencie kiedy Jamala jest już teoretycznie bezpieczna i sytuacja pozornie opanowana (czyt. Chuliganka trzyma Jamalę), Chuliganka postanawia, że zamiast galopować z Jamalą do domu musi uwiecznić tą niesamowitą chwilę! Że niby Otiko, Bebe i ja w roli zaganiaczy, na zmianę goniących i uciekających przed galopującymi ogierami to taki świetny materiał na film!  Z jednej strony rozochocone ogiery, z drugiej rozochocona możliwością debiutu reżyserskiego Chuliganka… o nie! Otkio podbiega do mnie z rezygnacją w oczach i woła:

  • Chuliganka-Debilo!- po czym pukając się w głowę dodaje po angielsku: – hospital (mając na myśli, chorobę psychiczną)

W tym momencie moja cierpliwość się kończy i wydzieram się na całą tą piękną gruzińską polanę, puszczając równie „piękną” polska wiązankę, której ze względów wychowawczych tutaj nie przytoczę. Pomaga. Ruszamy w dół, goniąc z okrzykiem wojennym wciąż hasające ogiery. Nie wiem na ile to możliwe, ale pod koniec tej pół-godzinnej gonitwy czułam się jak ekspert i później widok galopującego na nas konia sprawiał, że szybciej i głośniej biegałam wymachując wszystkim co możliwe. Chuliganka, pokładając się ze śmiechu postanowiła mnie dowartościować:

  • Kasia zarobiłaś na miano pierwszego koniokrada we wsi!

  • Nic mi nie mów, przez Ciebie i Twoje głupie, końskie pomysły wyleciał mi cały okres! Z Otiko zasuwamy w te i we wte po tych górkach, które wcale nie są takie małe, żeby ratować cnotę twojej Ladacznicy-Jamali…

  • Ej ej, bez takich! Jamala jest Kochanie, a te biegające ogiery… no Kaśka, to po prostu maj! A Wy tak świetnie sprawdzacie się w roli zaganiaczy, aż szkoda marnować taki talent…

  • Dobra, dobra. Teraz to mnie już nie zbajerujesz! Jesteś nie z pełni rozumu, więc zmieniamy plan na mój, bo ja więcej sama z Otiko nie będę Ci robić pleców dla całej zgrai biegających wolno ogierów! Idę do Ghebi po posiłki, jutro rano wrócę z resztą chłopaków i wtedy złapiemy Coriye. Bo i tak, nawet jeśli mielibyśmy go złapać, to nie ma wieprza we wsi, że go sami przyprowadzimy z powrotem do Ghebi. A z Ivą i Vaso to jakoś damy radę… chyba

  • Damy rade, damy… bo jak nie my, to kto? No my nie damy rady, my? Dobra, plan daje też radę, więc zmykaj koniokradzie do Ghebi. My tu z Otiko będziemy nocą czuwać, więc przynieś nam tylko kawę.

  • Tak jest wariacie, tylko już dzisiaj nic nie kombinuj!

13669844_132760913827719_3764158157523907592_n.jpgBebe w akcji: „Dawaj Bebito, goń go goń!”

13833497_499534666920196_815362020_oOto szary łajdak podczas gonitwy po polu. Ogier, jak się okazało Kekula (od imienia właściciela) to jeden z piękniejszych we wsi. W ten dzień, kiedy emocje już opadły, a Chuliganka podjęła decyzję o pierwszym partnerze Jamali. Kto nim będzie? Dowiecie się w akcie 2 „Tragi – Tevresho – Komedia”, już niedługo!

* To pierwsze doświadcznie błotne w Tevresho okazało się początkiem błotnego uzależnienia Kasi-Msisiary.

 

 

 

 

 

Czyste początki

Pierwszy dzień w Ghebi. Nie licząc wczorajszego wieczoru. Kiedy po całym dniu lotu-czekania-jazdy-czekania-jazdy dotarłyśmy do wioski i chłopcy, choć jeszcze nieco niepewni i nieśmiali, przybiegli ze stadioni (boisko szkolne) jak dobrze było ich wreszcie zobaczyć! W domu czekała na nas sałatka, puri (chleb) i wyproszony przez Kasię adjab sandali (gotowane bakłażany z cebulą i pomidorami)*. Mhyyyyyyy pychota.

Dziś rozeznanie. Idziemy zobaczyć ile jest wody w jacuzzi, na kąpiel jest niestety jeszcze ciut ciut za zimno. Naszą kąpiel, bo Jamala-Kochanie będzie myta. Bierzemy Bebe, bo trzeba ja nauczyć chodzić z nami po górach i przyzwyczaić do koni. Kasia jest jeszcze trochę sztywna, dosyć czysta. Chuliganka też jeszcze wyjątkowo spokojna i nie chuligani. Nela nela… (powoli, powoli)

Powoli i spokojnie było tylko przez pierwszą godzinę, bo w drodze powrotnej okazało się, że licho nie śpi. Chuliganka nie będąc w stanie oprzeć się ślicznej i czystej Jamali, znajduje pierwszy lepszy kamień i zarzuca nogę na Jamale. Nogę niestety ma naciągniętą, a Jamala wcale nie jest zadowolona, że ktoś od razu sadza tyłek na jej wymytym grzbiecie więc zostawia Chuligankę parę metrów za kamieniem i czmych, w kanashi (ogród), gdzie pasą się krowy Victora*. Chuliganka za Jamalą, ja za Chuliganką, Bebe za mną. Bebe rozochocona sytuacją pędzi jak szalona, więc wysuwa się na prowadzenie. Jakby tego było mało, przyłącza się zainteresowany Bebe byczek.

– Oooo, Kasia masz adoratora! Patrz jak leci.

Chuliganka, cwaniara zostaje z tyłu i pęka ze śmiechu patrząc na mnie umykającą przed bykiem. Swoją drogą Bebe też ma pietra i gna jak szalona.

– O nieeeeeeeeee, co ja mam zrobić? Czemu on mnie goni? – Jeszcze w pierwszy dzień, kiedy wcale nie jestem na to przygotowana. Myślę, zastanawiając się czy powinnam puścić Bebe, czy nie.

– Hahahahah, Kasia nie biegnij, on goni Bebe. Albo leci na Twoją bluzę… – Cwaniara zwija się ze śmiechu, chwytając Jamalę.

– Rzuć kamieniem w razie czego

– Ale tu nie ma kamieni!!!

Jest za to koniec ogrodu i płot przez, który nie mam ochoty przeskakiwać bo Chuliganka będzie z tego zrywać boki przez całe lato. Ale jest krzak! To może będą jeszcze kamienie albo kij. Dobra, lepiej się zatrzymać, bo i tak nie ucieknę przed tym bydłem. Byk zatrzymał się oczywiście kiedy ja się zatrzymałam. I był nawet ładny. Lekcja pierwsza na temat byków zaliczona: nauczyć Bebe żeby je odganiała, w razie czego ubierać stonowane kolory i rzucać kamieniami. Z początku ta metoda kamieniem wydaje mi się niepoprawna, ale zapamiętam. Za to ktoś zapamięta akcję byk z lepszej perspektywy:

-Hahaha! Szkoda, że tego nie nakręciłam. Vai me deda!*  ale by się Marika uśmiała.

Z kogoś się trzeba śmiać. Coś czuję, że najbliższe dni będę przodować w domowym konkursie wpadek, czy mi się to podoba czy nie. Niech będzie. Śmiech to zdrowie 😀

* Vai me deda- O matko!

20160506_113935.jpg

 

Jak spać w samolocie?

„na dzięcioła”

„na popielniczkę”

na ramieniu sąsiada

bokiem, w poprzek siedzeń

to chyba najbardziej znane sposoby spania w samolocie. Osobiście jestem typem śpiącym niemal wszędzie i wszystkie z wyżej wymienionych pozycji mi odpowiadają. Chuliganka mało sypia. Co prawda w samolocie wybiera opcję „w słuchawkach” na oknie.

Tym razem wypróbowałam nowy sposób „pod siedzeniami”- byłyśmy we 2 (na 3 siedzeniach) więc Chuligance przypadły siedzenia, a ja pioniersko zeszłam w podłogowe niziny. O dziwo, nikt mi nie powiedział ze to niedozwolone i głowa nie opada, nogi nie cierpną. Tylko obracać się nie da. Ale i tak polecam zamiast „na dzięcioła”

13699313_496773443862985_568121103_o.jpg

Lecimy. Sezon w Ghebi rozpoczęty!

Lecimy! Juhuuuu! Ale najpierw trzeba trzeba się spakować, to znaczy spakować 30kg w 2 plecaki żeby dojechać na lotnisko, a później przepakować w wietnamską torbę i podręczne, tak żeby bagaże się zgadzały. No to wio! Kasię na przystanku ogrania panika, że nie zdążymy… ale jest bezpiecznie, na lotnisku jesteśmy prawie 3 godziny wcześniej. Bagaże rozplanowane, laser medyczny bezpiecznie schowany w Kasi śpiworze (żeby dojechał w całości do Ghebi), a prezenty dla rodzinki w Kutaisi w bagażu podręcznym. To my mamy czas pogadać. W realu, po 2 letniej przerwie.

Warszawa, 04.05.16