coriya

17499561_601646393375689_3826563093595264115_n

Coriya – Coriś – Cori, co po gruzińsku znaczy jastrząb. Ten kto dał mu to imię, wiedział co robi, przewidział jego lekkość, szybkość i serce rwące do biegu. Spokojny, woli stać z boku i popatrzeć niż wdawać się w dyskusje i końskie kłótnie.  Przez 3 lata słuchał tylko dzikiego wiatru a człowieka omijał wyjątkowo wielkim łukiem. Nie znał czułych rąk i galopu we dwoje. Trochę czasu minęło zanim przekonał się do buziaków, czochrańców i kanapeczek. Choć nie wpycha się w kolejkę jak Snow i Jamala, widać że ciekawość robi swoje. Serce do biegu i nogi zrywne ten chłopak posiada, jednak nie każdemu pozwala zasiąść na swym zacnym grzbiecie. Określenie „nie każdemu” należy uściślić albowiem tylko dwie osoby toleruje : Ivane i Chuligankę. Choć nie raz  Ivę zrzucił a Chuliganka musiała ewakuować się z siodła w trybie natychmiastowym . To i tak jest to nic do tego w jaki sposób traktuje gruzińskich śmiałków.

13517589_488971394643190_5439288248185070630_o

Kiedy chłopaczyna chce sobie pobiegać w górach lepiej mu na to pozwolić i delikatnie kontrolować, bo gdy zabroni mu się kategorycznie, pokaże natychmiast co potrafi. I to jest cecha, którą kocha w nim najbardziej Chuliganka, którą jak nosi lepiej też jej odpuścić. Dwa wariaty zawsze się znajdą:D  No cóż a Coriya narwany jest jak każdy młody facecik 😀 I to on jest najlepszym i najszybszym koniem w Ghebi, z tych dosiadanych. A w 2017 był najlepszym spośród 30 w okolicy Oni, wygrywając doroczny bieg z okazji jednego z ważniejszych świąt w tej okolicy. To chyba jedyny z piątki Chuligankowych konisi, który cierpliwie znosi gadanie Chuliganki i jej filozoficzne wywody „na ucho”. Na werbalne pieszczoty i zachwalanie aż mruży oczy.  Smakołyk – różowy telefon i chleb, wykopie go z najbardziej zakamuflowanego plecaka .

14690934_1309300412422522_6815185857963687265_n

Wróg – Kekulas-cxeni i Mishas-cxeni – ogiery bardzo terytorialne i agresywne. Najlepszy przyjaciel – Snow ( dopóki jeszcze źrebak) a Chuliganka ma nadzieję nieskromnie, że …i ona. Najpiękniejsza cecha Coriyi – małomówność.

 

 

17795966_1486356248050270_6382124813739483030_n

wyjątkowa Wigilia

P1140704.JPG

Czasem życie robi nam niespodzianki , że tylko pomyślimy a wszystko zaczyna się układać i realizować z naszym małym lub większym zaangażowaniem. Ok małe sprostowanie nie tyle życie co Szef. I w tej Wigilii do końca przygotowanej po polsku też Szefuńcio maczał swoje boskie palce).

Zanosiło się, że kolejne święta w Gruzji Chuliganka spędzi sama …  od 5 lat przywykła. Ciągle na obczyźnie a to tu, to tam.

Jednak pewna, niedawna i nic nieznacząca rozmowa powróciła w zupełnie innej odsłonie. Dla kogoś byłaby to pierwsza Polska Wigilia a dla Chuliganki cóż niby nie chciana,  a jednak gdzieś w głębi serca – wytęskniona. No i bach na 3 dni przed, rozbrzmiewa telefon …

–   robimy… udało się!!! mam tydzień wolnego, przyjeżdżam!!! Chuliganka starym zwyczajem wpadła w panikę

–   nie zdążę wszystkiego przygotować !

–   ok, to zrobimy kilka dni później, albo może nie szykuj wszystkiego jak tradycja przewiduje…

–   o nie !!! tak to nie będzie , bo widzisz to nie są moje czy twoje urodziny, które można obchodzić kiedy się chce i kiedy jest się na to gotowym …

–   rozumiem, spokojnie, będzie dobrze. oddychaj – wdech, wydech, wdech…))) no już, a teraz usiądź i na spokojnie zrób listę zakupów i wieczorem mi wyślij.

–   ale ja już mam listę – odparła Chuliganka dumna, że nie porzuciła nadziei na wspólne święta. Głos w telefonie nie pytał już na co , po co, skrzętnie notował z kilku powodów: wiedział jak ważne jest dla Chuliganki, żeby wypadło wszystko dobrze. Sam bardzo chciał przeżyć taką Wigilię pierwszy raz i najważniejszy z ważnych powodów: żeby, gdy wróci, Chuliganka nie „zjadła mu mózgu”, jeśli o czymś by zapomniał. I tak zakupy odbyły się nie po „Chuligańsku” ale na całe szczęście obyło się bez większego „wytaskiwania mozga” (zamęczania).

Gdy już wszystko było pewne a  (nazwijmy głos z telefonu) Śniegożerca wyjechał z Tbilisi, Chuliganka złapała co prędzej za telefon i zadzwoniła do Mariki.

–   Grażdanka, nu kak ti? – nie czekając klasycznej odpowiedzi, rozemocjonowana zaprosiła rodzinkę na pierwszą polską Wigilię w Ghebi.

–   ale przyjdźcie wszyscy, niet drugowo warianta, wse eta znacit wse, xo? – czuć było obopólną radość na łączach.

I wtedy wielki przedświąteczny ogień zapłonął w domku na górce. Ile Chuliganka mogła przygotować z tego co miała, to zrobiła. Na stole stały już tylko miski, garnki i wszelkie niezbędne instrumenty, których zazwyczaj używa się w kuchni, jakby czekały na powrót Śniegożercy aby mógł tylko wrzucić produkty. I tak też się stało. dzień, nie dzień, noc nie noc. Sytuacja wymagała sprężenia a to dla Chuliganki chleb powszedni, więc do dzieła.

Zaczęły lepić się pierogi, uszka kipiały, ciasto na piernik dojrzewało. Nieświadomy          (albo może jednak świadomy) szaleństwa, które właśnie się odbywało pod osłoną nocy , Śniegożerca smacznie spał. Raz po raz jednak otwierał jedno oko, jakby sprawdzając czy wszystko w porządku. Lecz gdy pokaźny piernik wyjechał z duchowki (piekarnika) i zapach wypełnił komnatę, rozbrzmiał głos :

–   jak dla mnie te 12 potraw może być właśnie takie…po czym rozległo się ponownie przeciągłe chrapanie.

Za oknem sypał śnieg na potęgę, a to dodawało jeszcze większej radości i animuszu Chuligance. Oj nie pamiętała ona tak śnieżnych świąt w swoim życiu. – padaj śniegu, padaj – śpiewała pod nosem, mając nadzieję, że na następny dzień Śniegożerca wyruszy w góry i nikt nie będzie się kręcił jej po kuchni i wchodził pod nóż. A wszystkie gospodynie świata wiedzą najlepiej , że święty spokój w kuchni to połowa sukcesu udanej wieczerzy.

Nadmiar mokrego i ciężkiego śniegu pokrzyżował plany, awaria prądu i nastała wszechogarniająca ciemność . Czołówka na głowę, dwie świeczki i jazda dalej, choć już nie z takim rozmachem, tak więc cały rozgrzany do czerwoności piec zajęły garnki z warzywami do sałatek a Chuliganka legła w pościeli.

Jak wiecie, nie może być tak, żeby ktoś lub coś nie pomieszało szyków Chuliganki. I tak tym razem kolejny dzień przyniósł kolejny atak paniki. W związku z tym, że nie wszystkie produkty były odpowiednie lub wystarczające, a przy okazji Śniegożerca chciał sprawdzić jedno miejsce padło hasło:

–   jedziemy do Oni.

–   Nie, nie, nie zdążę ze wszystkim , a jeszcze wieczorem mamy odwiedzić Marikę? I jeszcze wjedziemy do Rezo??? O matko, nie zdążę!!!

–   spokojnie damy radę.

–   damy? chyba chciałeś powiedzieć ja dam radę)

–   tak, „damy” bo pomogę Ci.

–   dobra nie trzeba, jakoś to ogarnę, to jedziemy. Nie myślcie, że Chuliganka tak ugodowo od razu podeszła do sprawy ) w jej głowie rosła … choinka i wyrosła już do takich rozmiarów, że trzeba było ją ściąć. No bo jak Wigilia bez zielonego drzewka?

DSC_0374.JPG

Nie obyło się bez długiego dialogu o ekologii i wicince drzew, jednak „siła perswazji i wewnętrzny urok osobisty” Chuliganki dokonały swego. Piękna dwumetrowa jodełka znalazła się w samochodzie. A tam już rozpoczęło się szaleństwo małego dziecka – całowanie gałązek, gadanie do drzewka i wszechogarniający śmiech radości.

Po drodze w takiej śnieżycy  przygód w postaci przerwanej drogi nie brakowało, ale obfity śnieg potęgował radość i Śniegożercy i uhahanej od ucha do ucha wariatki, która gotowa była robić orły lub anioły przy każdym postoju.

Nastał wieczór, prądu brak ale:

–   chwila, chwila przecież mamy generator, – a to już pole do popisu dla Śniegożercy. Moment i cały dom rozbłysnął światłem i radością, że Chuliganka może spokojnie kontynuować swoje przedświąteczne szaleństwo. W międzyczasie do domku na górce dotarł Alex – wolontariusz z Francji, który zapowiadał się od dwóch miesięcy. A jednak dotarł … przemoczony do suchej nitki, wymęczony podróżą ale dotarł. Błysk w oku Śniegożercy był znajomy – będzie komu odśnieżać)

–   daj mu odpocząć, zobacz jaki wymęczony drogą…

–   dzisiaj tak ale jutro…))) Fakt faktem śniegu przybywało w zastraszającym tempie. I tak też wigilijny poranek panowie rozpoczęli od torowania dróg do miejsc strategicznych. Czyli na pierwszy ogień poszedł wychodek.

Chuliganka miała święty spokój w kuchni, więc wszystko grało. Konie tylko w lekkim szoku, zapadając się po brzuchy w białym proszku, z niedowierzaniem mrużąc oczy i szukając pocieszenia na Chuliganki ramieniu, głowie lub twarzy, gdy prowadziła je do wodopoju. Nawet Coriyi wywietrzały z głowy ostatnie szaleństwa, szedł za swoją panią jak pokorne cielątko.

A w domu … obrus już błyszczał na stole, panika gospodyni jednak się wzmagała. Wtem do domu wkroczyła choinka a za nią Śniegożerca z pełnymi kieszeniami siana. Chuliganka z wielkimi roześmianymi oczami zdążyła powiedzieć:

–   nie tak dużo, symbolicznie miało być

–   miało być siano, jest siano, dawaj podnoś obrus i nie marudź ) „Symboliczne sianko” zakryło połowę stołu. Kiedy w garnkach odbywało się ostatnie mieszanie, zastawa błyskawicznie pojawiła się na stole

–   pamiętasz o dodatkowym pustym miejscu?

–   pamiętam ale przecież mamy wędrowca … no i jak tu nie zgodzić się ze Śniegożercą, Alex to typowy wędrowiec, obrał właśnie taki styl życia. A swoją drogą Śniegożerca nieźle zapamiętał moją opowieść o tradycyjnej katolickiej Wigilii.

–   Gosia, ktoś Cię woła. Chuliganka spojrzała na zegarek, zakładając gruzińskie zamiłowanie do niepunktualności odparła:

–   nie to nie może być jeszcze Marika, choć do dwudziestej brakowało minuty. I wtem na balkonie rozbrzmiał świąteczny gruziński śpiew. Jako gospodyni tego domu wprowadziła kolędników i wszyscy razem usiedli do stołu. Żeby tradycji stało się zadość była modlitwa, przetłumaczona na 3 języki, były życzenia, i skrycie łezki uronione. Zabrakło opłatka ale wszyscy podzielili się sercem, tym, gdzie w każdym człowieku niezależnie od światopoglądu i religii, Bóg mieszka. Dom wypełnił się śmiechem, radością i ciepłymi spojrzeniami.

I nie miały znaczenia: nieustrojona choinka, brak opłatka, brak prezentów, bo o szczęśliwych świętach stanowili ludzie, którzy zasiedli w tym dniu do wspólnego stołu … ci najbliżsi sercu Chuliganki. A choć wielu jeszcze chciałaby wtedy widzieć, była z nimi myślami i sercem…

Równie szczęśliwych Świąt i Nowego Roku oraz dni w naszym życiu, każdemu życzę, by umieć cieszyć się drobiazgami i każdą daną nam chwilą. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce a po nocy przychodzi dzień. Niech każdy kolejny dzień będzie dla nas świętem, skoro otworzyliśmy oczy i możemy go przeżyć.

DSC_0355.JPG

 

 

 

 

wywiad z Życiem albo rozmowa o błocie

to nie będzie wpis okraszony zdjęciami lub słodkimi , zabawnymi rysunkami. to będzie suche, zimne brutalne życie a raczej wywiad z nim. który nie nastraja  ani świątecznie ani jakkolwiek optymistycznie. więc jeśli ktoś nie chce psuć sobie nastroju to zaleca się zakończyć czytanie w tym miejscu.

–   hej co tam u ciebie Życie, dawno nie rozmawialiśmy…

–   nie wiem, jakoś leci. co ja tam wiem, wszystko normalnie , po staremu znaczy.

–   usiądź, masz ochotę na coś? xaciapuri, lobiani, kawa?

–   nie, nie jestem pełne…. odparło Życie i długa chwila milczenia zaległa pokój. Życie usiadło ze zwieszoną głową, tępo wpatrując się w podłogę, jakby przeliczając ziarna piasku w szparach pomiędzy deskami.

–   no co tam opowiadaj, co słychać w domu, u kolegów, w szkole? nie chcę ciągnąć cię za język pytaniami, opowiadaj, jak starzy kumple pogadajmy.

–   co ja tam wiem, nic nie wiem ………… siedziało tak Życie dalej nie wiedząc nic, jednak nie chcąc wyjść, uciec przed rozmową, oczekiwało czegoś. jednak trudno było mi zbliżyć się jak dawniej. wiedziałam, że jest jakiś ogromny problem, tylko jak go wyłuskać?

–   ok, to może w inny sposób … dlaczego palisz? wiem też, że pijesz już, dlaczego? co się dzieje? dlaczego nie chodzisz do szkoły?

chyba Życie spodziewało się tych pytań, a być może i czekało na nie. podniosło głowę i lakonicznym uśmiechem na zaciśniętych ustach, znacząco wzdrygnęło ramionami  -„nie wiem” – ale nie powiesz matce? wycedziło, wiedząc tak czy tak, że pomimo, że nie pochwalam to trzymam sztamę.

–   bo widzisz tutaj tak jest, wszyscy tak robią, a ja też jestem wszyscy, bo dlaczego nie? mój ojciec tak robił, mój brat, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. odpowiedz mi, dlaczego ja mam być inne? tutaj nie możesz być inny, tutaj musisz być taki sam. nie chcę już być inne, zmęczone jestem.

–   eh Życie co ty gadasz… nie chciałam przerywać myśli, bo widziałam, że w końcu Życie się otworzyło. zawołało tylko psa by móc go głaskać, jakby to przydawało mu pewności i łagodności. i tak jednostajnym monotonnym ruchem wtapiało swoje palce we włosy psa, nie spoglądając już na mnie.

–   widzisz mam błoto na walonkach – to jest moje, nasze, tutejsze błoto , nawet jeśli je strzepnę, zmyję w strumieniu; za czas jakiś, zanim dojdę do domu znowu się przyklei. widzisz mam w podeszwie kupę krowy… to tutejsze, nasze i nawet jeśli zmyję, albo zmienię buty jutro, pojutrze znowu kolejne mi się przyklei…

–   ja mam to samo błoto , ale przecież nie o błoto cię pytałam, co się dzieje i dlaczego tak się dzieje?

–   tak. tylko ty wsiądziesz do samolotu, wrócisz do siebie i będziesz mieć już tylko czyste buty…

–   być może ale ja jestem tutaj, jeśli potrzebujesz pomocy ty lub ktokolwiek, to ja jestem tutaj .. z waszego powodu.

–   hmmm … zamyśliło się Życie spojrzało jeszcze raz na mnie i znów wymownym wzdrygnięciem ramion odpowiedziało „nie wiem”. –  Ty ? już nie możesz, bo jak? ty już nie masz pieniędzy. widzisz …nie możesz pomóc. ok, tez masz to samo błoto na butach, trudzisz się tak samo jak my. ale patrz przed tobą stoi wielka brama, a przede mną drewniana rozklekotana furtka. za twoją bramą jest inne życie, czysty świat. popatrz, przejdź przez moją … co widzisz? nadal to samo błoto i gówna.

–    ok, ok rozumiem o czym mówisz, ale ja nadal tu jestem, obiecałam i dopóki sił i zdrowia wystarczy będę tutaj. i będę codziennie z tobą przechodzić przez tą rozklekotaną drewnianą furtkę. więc w czym problem? starałam się bardziej stanowczo zaakcentować fakt, że nadal tu trwam, jednak tak aby nie spłoszyć myśli i słów Życia.

–   mogę nadal tobie i wam pomóc, i do tego nie są potrzebne pieniądze…pamiętasz twój i kuzyna pomysł na przyszłość, na wasz biznes w przyszłości? na tej polanie, gdzie kosiliśmy razem siano, wtedy wieczorem przy ognisku.. mogę wam pomóc, pokazać jak do tego dojść.

–   hahhaha- roześmiało się już w głos Życie – to były wygłupy, to się nie uda bez pieniędzy. i co z tego, że ja będę się trudzić, nie jestem tutaj samo. jestem zmęczone robieniem wciąż za kogoś, a ten ktoś mi nie pomaga i zabiera to co wypracuję.  jasne ty mi pomagałaś ale ty to nie wszystko w wielu sprawach ty nie możesz… eh – zasępiło się znowu Życie wtapiając palce w sierść psa który owinął się z pełnią zaufania wokół jego nóg.

bolesna cisza zaległa po tych słowach znowu komnatę, wciskała się boleśnie w uszy i w serce.

–   i wiesz co ? – spojrzało Życie swym przenikliwym wzrokiem jeszcze raz, jakby w głąb mojej duszy…- ja już nie wierzę, jedno wiem, ty też  wyjedziesz. wyjedziesz zanim…, zanim cokolwiek będzie inaczej. Nie wierzę już w obiecywanie, nie wierzę w słowa. wierzę tylko w moje błoto, które jutro znowu będzie takie samo i tak samo będzie kleić się do moich walonek.

 

Lacrimosa

 

DSC00856.JPGBrakuje mi Ciebie… Ty – kimkolwiek jesteś

złudnym marzeniem, jawą we śnie, snem na jawie

kimkolwiek jesteś.

Brakuje mi Ciebie

gdy chmury ponuro zakrywają nieboskłon

i gdy szczyty lśnią srebrem kuszącym

brakuje mi Ciebie

Twoje miejsce przy stole krzyczy pustką

i słoneczniki smutno głowy zwiesiły

a gorzka kawa jest słodsza niż każda kolejna chwila.

Brakuje mi Ciebie

Twego szaleństwa, zwariowanego gwaru

apetytu na europejską kawę

brakuje odgłosu Twych kroków

głośniejszych niż wszystko wokół.

Brakuje mi Ciebie

w prozie życia

w szarości poranków

w zmęczeniu wieczorów.

To miejsce jest martwe …

a chleb nie rośnie już jak dawniej

თქვენი ოჯახის

20160508_112330

Ta pomyłka przy powstawaniu nazwy bloga czyli „moja” nie „nasza” w tym momencie staje się bardzo wymowna. Nadal jednak zostaje moja rodzina i choć w brutalnej rzeczywistości już nie jest nasza to wciąż moja.

Życie dostarcza nam wielu miłych, wspaniałych i wzniosłych chwil ale również i tych trudnych, mozolnych i nudnych. To od nas tylko zależy jakiego dokonamy wyboru. Są ludzie, którzy wciąż szukają swojej drogi, swojego miejsca, swojego powołania. I to jest w mojej osobistej opinii bardzo dobre, na pewno lepsze niż pozostawanie na jednej drodze, która nie daje nam radości, jest wegetacją lub prymitywnym zaspokajaniem potrzeb czasem tylko tych fizjologicznych.

Wszystko co nowe wydaje nam się cudowne, ciekawe, ale gdy opada zasłona oczarowania i zaczyna się szarość życia i ciężka praca, problemy, czasem monotonia, wtedy właśnie poznajemy samych siebie najlepiej . Wtedy właśnie mamy zwycięzców i przegranych, wtedy człowiek człowiekowi – wilkiem lub człowiekiem. Ale dopóki żyjemy zawsze mamy szansę naprawić to co się popsuło, możemy wrócić i spróbować pójść trudną drogą jeszcze raz bo na szczyt nie ma łatwych dróg. Miłość ta prawdziwa też nie jest łatwa , wymaga wyrzeczeń , jest sztuką wybaczania i dawania kolejnych szans, przepraszania i próbowania. I gdy opadną już emocje, gdy minie oczarowanie i zachwyt tym nowym , pięknym, łatwiejszym ta stara dobra miłość zawsze na nas czeka. Bo ona nigdy się nie kończy , nie umiera, nie starzeje się. I choć nie bywa wylewna to zawsze poukłada ubrania w szafie , poda gorący posiłek po ciężkim dniu, położy dodatkowy materac do snu i zawsze będzie się o nas martwić, nawet marudząc, żeby założyć bandaż  na obolały staw . I jak przyjdzie co do czego nigdy nas nie zostawi.

W związku z tym, że chemi family żyje, chemi da tkveni ojakhi nadal istnieje postaram się kontynuować  blog, pomimo wszystko.

 

Urodziny Otiko

_MG_1153

Rok 2017 w naszej „rodzinie” okazał się rokiem wielu zawirowań i zmian. Pomimo nawału pracy i wyzwań udaje się nam znaleźć czas na specjalne chwile. O pewnych dniach pamiętamy, pomimo zapełnionego ponad brzegi grafiku. A oto jak przy odrobinie inwencji twórczej udało nam się zapełnić po brzegi dzień urodzin Oto.

Co tu zrobić, jak to ogarnąć bo przecież musimy pojechać do Oni odebrać Ewkę, w domu pozostawić całą naszą menażerię, czyli 3 szalonych wolontariuszy, psa, 10 kurczaków i kaczkę – Daisy-dziwaczkę? Trzeba wcześniej załadować opiłki z lesopiłki (tartak), zakupy a jeszcze lista próśb od sąsiadów. Kiedy wrócimy tego nie wie nikt. I odwieczny problem co na prezent dla Oto. Choć on nie należy ani do wymagających ani wybrednych dzieci, to my zawsze mamy z tym problem. Bo nasze prezenty muszą być wyjątkowo radosne i niezapomniane. Czasem jednak nie trzeba mocno się głowić , bo najprostsze pomysły są najlepsze. I tak też okazało się tym razem.

  • co ty na to, żeby Otiko pojechał z nami ? wiem, że mamy wiele spraw do załatwienia ale napewno znajdziemy czas, żeby mu coś pokazać czego nie widział?
  • jasne !!! a co ty na muzeum i synagogę, a może coś po drodze i Ewa też skorzysta…
  • ok dzwonię,  żeby Oto był rano gotowy.
  • oooo i pójdziemy na urodzinowe xinkali tak jak tu młodzi miastowi mają w zwyczaju .

Plan na kolejny dzień ułożony, Marika wie, że rano ma obudzić solenizanta, więc dziewczyny spokojnie zasunęły nosy w swoje krawatki.

Z samego rana w pięknym słońcu rozbrzmiewało „Gilocav Otiko!” a chłopak zwarty i gotowy z trudną do ukrycia radością oczekiwał wyjazdu do Oni.

Dziewiąta wybiła, no to witaj przygodo!!!

SONY DSC

  • Gosia da Kasia można wystawić głowę ponad szyberdach? a może usiąść tam, a teraz zatrzymać się można?
  • Ależ Otiko dzisiaj są twoje urodziny, a to znaczy, że wszystko można … no prawie (z lekkim przekąsem zaśmiały się dziewczyny).

SONY DSC

  • Otiko… xociesh do Xatii i Tamari?
  • xoooo! – i już rozsuwają się drzwi Deliki
  • hej hej poczekaj podjedziemy tam!!! przecież nie musisz biec tam piechotką.

Kolejny pomysł okazał się trafny.

SONY DSC

  • akoce Tamari, akoce !!…. małej siostrzenicy Otiko nie trzeba było specjalnie zachęcać bo Tamara obdarowywała go niekończącym się potokiem buziaków.

Przekraczając rogatki Oni przyszedł czas na obowiązki, ale nasz solenizant we wszystkim nam towarzyszył. Z ciekawością oglądał maszyny i ludzi pracujących w tartaku. Wtem rozbrzmiewa tel od nieznanego nam numeru , któż to , któż to ?

  • Cześć sulelo!!! – słychać znajomy głos – Ewa już jedzie do Ambrolauri,

więc my mamy jeszcze czas by gdzieś wyskoczyć z Otiko, przed nami piękny leśny trakt, więc czemu nie? jedziemy?

  • tak, tak mne lutshe w gory i les cem w museum – krzyczy jubilat.

Już za zakrętem czeka nas moc atrakcji z najsłodszymi poziomkami na świecie.

_MG_1146

 

Male Ghebshi

Ostatnimi czasy pojawiało się mniej wiadomości o naszej nietypowej rodzince Chemi Family. O chłopcach, wyzwaniach i przygodach. Główną przyczyną jest nasza zimowa rozłąka, którą Chuliganka z Msisiarą i końską łobuzerią spędzają w Tsesi. Choć czasu nie marnujemy i staramy się wyjść naprzeciw pracom w nadchodzącym sezonie, do Ghebi strasznie tęskno. Ghebi menatreba.

13867136_500344180172578_910945793_n

Marika planuje zakup kurczaków, chłopcy oczekują wakacji. Iva koni. Rostoma jabłek. Vaso szaszłyków, a Oto wycieczek. W Tsesi wiosna rozkwitła już w pełni, zaczęły się prace w winnicach, zbieranie ziela na Phali* i co najważniejsze przygotowywanie koni do sezonu. Coriya ma się coraz lepiej po zabiegu pozbawienia go pisanek. Teraz stał się jeszcze większym pieszczochem, a oko Pana (strzegącej go pilnie Chuliganki) konia tuczy. Zabieg przebiegł wyjątkowo spokojnie i pomyślnie, biorąc pod uwagę tutejsze warunki i liczbę pomocników. Miało być 4 chłopa do trzymania, z braku laku musiał wystarczyć Vasiko, kierowca Shalva i Msisara. Na szczęście operacją dowodził nasz zaufany ghebiński weterynar Grisha z najlepszą siostrą na sali- Siostrą Chuliganką.

20170325_110227

Chemi stopniowo i spontanicznie się powiększa. Nie, nie jest to jeszcze wyczekiwana Franciszka Junior Jamala. Mamy nadzieję, że wiosenny romans z naszym Corisiem przyniesie jesienią małego Jamalo-Coriovego kvici (źrebaka). Kto wie, a nóż im się powiodło?  Szef bezustannie podsyła nam dobrych ludzi, którzy nie dają nam się nudzić i poszerzają horyzonty naszych aktywności. Jak więc widać zimowa hibernacja, okazała się nie tylko przeczekaniem chłodu z końmi na nizinach Rachy. Nowe znajomości, wiedza i doświadczenia są cholernie przydatne. Jednak gdy wiosną natura, ludzie i zwierzęta budzą się do życia, nogi rwą tam, gdzie chce się zapuszczać świeże korzenie. Tam, gdzie w domku nad mzave cxali (woda mineralna), dla serca zawsze znajdzie się miejsce. Bo bez tego nie byłoby nas. I dobrze jest to wiedzieć, ale lepiej to czuć patrząc nocą na Shodę oświetloną milionem gwiazd. W Ghebi, którego uśmiech nie zgubił się jeszcze w dzikim kapitalizmu pędzie. U źródeł, gdzie Bóg nie przestał być jeszcze zupełnie niepotrzebny, a człowiek całkiem samotny. 

Dlatego, za rodzinę i za tych, dzięki którym tutaj jesteśmy pijemy zawsze bolomde (do końca). By rosła dalej. Duża, zdrowa i piękna jak orzech sadzany w nowym ogrodzie. Nasza rodzina do tradycyjnych nie należy i dobrze, bo w tym swoim nieco nieokiełznanym sulelstwie (szaleństwie) czai się ogromna siła otwartych serc i śmiałych gestów. Wspaniale, bo przy takim wsparciu będziemy mogli działać dalej i marzyć o kolejnych odważnych planach. Dla chłopców, dla Mariki, dla Ghebińców, dla koni, dla Was i dla nas. W tym Ghebi. By mimo nieuniknionych zmian, takim zostało.

Ghebi, które kocha wariatów.

A w głowie czai się już tylko ten jeden moment. Kiedy przyciśniemy razem gaz do dechy i pojedziemy …

…male Ghebshi

DSC_0690

*Phali – pyszna gruzińska potrawa z zieleniny, czosnku i orzechów.

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

DSCF1180

Koniec lutego, a wiosna już depcze zimie po piętach. Przegania chmury, sadza słońce na podniebnej grzędzie, a nam każe szybko zdejmować kurtki i dodatkowe skarpety. Konie równie chętnie zdejmują swoje zimowe futra, oblepiając nas pajęczyną miękkiej sierści. Uszy już im się trzęsą na myśl o kiełkującej młodej trawce. Jeszcze nie minęła połowa marca (nie wspominając nawet o kalendarzowej wiośnie), a po śniegu pozostały tylko żałosne plamy. Na ulicach zawitały świnie, ulubiony, ruchomy cel Biczuny (ulubiony pies Chuliganki), a w winnicach pokazali się panowie przycinający zeszłoroczne pędy. Szybka i ciepła wiosna wydłuża okres wegetacji. Pozwala na uprawę winogrona, owoców i ciepłolubnych warzyw.  Pozwala na szybsze odpuszczanie zwierząt i mniejsze zużycie siana. O uprawie winogron i tak wczesnych sadzonkach w Ghebi możemy tylko pomarzyć. Niby to tylko 1000m wyżej i tylko 60 km dalej, ale czas wegetacji skraca się tam niemal o 3 miesiące. Choć wcale nie daleko, Ghebi to jednak całkiem inny świat. Inny nie tylko ze względu na klimat.

SONY DSC

Nie ma co ukrywać, szybszą wiosnę powitałyśmy z otwartymi ramionami i ulgą. Malejąca kupka tivy (siana) spędzała nam sen z powiek, a możliwość kupna kolejnego stogu w okolicy okazała się prawie niemożliwa. W większości gospodarstw siano pod koniec zimy jest na wykończeniu. Znaczy, że albo nie sprzedają, albo po cenach jak za zboże. Spacery za końmi w samej bluzie, pośród rozkwitających łąk były nam potrzebne bardziej niż myślałyśmy. I nam i koniom. Trudno tylko stwierdzić komu bardziej spodobały się te wiosenne marsze. W pewnym momencie zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to my ich, czy one nas. Czy to właśnie nie konie zaczęły wyprowadzać na spacery nas. 

DSC_0131

Pierwsze próby odpuszczenia naszych 3 łakomczuchów na nocną wyżerkę w lesie przynosiły odwrotny skutek do zamierzonego. Kiedy my chciałyśmy, żeby zostały na łące, wracały. Kiedy chciałyśmy je sprowadzić do stajni, zostawały. My mówimy, zostańcie na górze. One schodzą na dół do cerkwi. My mówimy: „Dzieci, dzieci do doooooomuuuuu” (schodzimy do stajni). One zostają na najwyższej łące, fundując nam nocne podchody w błocie po kolana. Dobrze, że Biczuna lubi takie eskapady, bo bez jego pomocy, znalezienie czterokopytnych potworków skitranych w najciemniejszym kącie łąki graniczyłoby z cudem. Skoro już mowa o cudach, to kolejnego razu konisie postanowiły, że czas na wizytę na cmentarzu pod Barakoni. Wybrały jeszcze odpowiedni moment, żebyśmy nie spotkali się na drodze i kiedy my dotarliśmy na górę, spryciule były już na samym dole. Jamala nie bez powodu na drugie imię ma Franciszka (Franca), a Coriya nazywany jest także Cwaniakiem. Snow póki co jest w stadzie tylko Łasuszkiem-flejtuszkiem, ale niech nie zmylą Was te jego piękne czarne oczy w białej oprawie. W nim też płynie przekona Ghebińska krew! 

Kiedy słońce mocnej przygrzało, łobuzy trochę zaskoczyły i udało się je przekonać, żeby zostały na łące. 3 dni był spokój, po czym zaczął się kolejny odcinek cyrku. Tym razem pod tytułem “kowal” 

– Patrz, patrz! Podoba Ci się? – pyta wykładając na stół nowy topór.

– Pokaż, niech no mu się przyjrzę…- Msisiara robi minę toporowego znawcy i waży go w ręku

– Dobra i tak tylko udajesz, że się znasz. Daj lepiej, bo zepsujesz!-  Chuliganka już chce lecieć do ogrodu, zamienić polano akacji w stertę zapałek, ale przystaje w progu.

– Topór to nic, najlepsze jest to, ze mamy kowala, który nam potnie kopyta!

– Ja już sobie rano pocięłam, cążkami. 

– A ja właśnie muszę, bo mam już pazuryry – Chuliganka szuka żałoby za swoim pazuryrem – To jest gość od Tamaziego i może przyjechać po bazarze, bo w tygodniu pracuje. Musimy zadzwonić i sprowadzić konie. 

– O rany! Ideolo. 

Zadowolone z obrotu spraw, w myślach już zabrałyśmy się za przygotowywanie nali i lusmani (podków i gwoździ). Kowala, lub kogoś kto przytnie łobuzom kopyta szukałyśmy już od początku zimy. Szczęśliwe, że wreszcie znalazł się koński pedicurzysta, nie spodziewałyśmy się nadchodzących atrakcji. Nie minęły 3 godziny jak zadzwonił wujaszek Omari:

– Gosha, gdzie ty? Doma? Przychodzi bystra bysta. My idziom z Oni, loszadi na drogie!

– Sztooooooo?!?!?! Gdzie oni? Nasze loszadi w Oni?

– Niet, oni nie w Oni. Oni w Sori. Idiom na maszynie z loszadiami w mesce (razem). Przychodzi bystra!

– To gdzie wy scas (teraz)? 

– Tam gdzie most Muhli. 

– Kho idziom!

Pomieszanie z poplątaniem. W jednej rozmowie padły 3 miejscowości na przestrzeni 40km…Msisiara robi wielkie, pytające oczy, na co Chuliganka rozkłada ręce:

– ar vici… już sama nie wiem gdzie są. Gdzieś na drodze w stronę Oni. Oby to tylko było przy Mukhli, a nie przy Oni. 

– No nie gadaj, że france poszły do Oni!

– Nie, one już się szykują na powrót do Ghebi. Słyszały, że już się nie możemy doczekać, to same poszły 

– Hahaha. A jutro dzwoni Marika i pyta: Gdzie loszadi? A my, że odpuszczone na vierhu. A ona: a na pewno? Nie w Ghebi? 

Snując coraz bardziej wydumane scenariusze, które w rzeczywistości okazują się zdecydowanie mniej romantyczne niż w fantazjach, przemierzałyśmy kolejne kilometry. Trzeba odstawić łajzy w w bezpieczne miejsce. 

DSC_0120

Dwa dni nie minęły, a wieczorem odzywa się znajomy kowal z Tkibuli. Mówi, że nazajutrz będzie w okolicy i żeby szykować konie. Panie! Świetnie się składa, od samiuśkiego rana będziemy je szykować. Znaczy szukać, oczywiście. Od świtu Msisiara krąży po znajomych szczytach, Chuliganka sprawdza trasę na Mukhli, a tu znajomy zdzwoni z donosem. Drogie Panie gdzie wy? To tajne łamane przez poufne: Wasze konie do Likheti poszły. (7 km od fermy w stronę Svanetii)

– Warianta nie tu! Konie mają nas na podsłuchu! Wiedziały, że dziś kowal przyjdzie i bęc! Uciekły skubańce, byle im tylko tych paznokci nie ruszać.

– Nieeeee. Ja myślę, że Coriya gentleman zrobił dziś Jamali wycieczkę z okazji Dnia Kobiet…

– … oooo taaak, romanse pierdanse, szarmancik wziął Franciszkę do miasta. Restaurantshi gina, kho? (Do restauracji chcecie, tak) 

Do trzech razy sztuka. Za 3 dni sobota, kowal może przyjechać po bazarze. Z rana jedna idzie po konie, druga po kowala i Łukasza (takiego fajnego typa, który jara się na chodzenie za końskimi łajzami).  

– Halo halo! Ryba? Tu akwarium. Na łąkach pusto. 3 dni minęły i coś mi się zdaje, że france poszły na spacer. Tylko w którą stornę? Likheti czy Sori? 

– Wiedziałam! Franciszka Jamala nie odpuszcza. Dba o naszą kondycję fizyczną i odpowiednie cisnienie. Dzwoń do Likheti, może ktoś je widział. 

DSCF1143

Jak się szybko okazało, ktoś z Likheti widział je w Sori. Jakiś chłopak jeździł na białym koniu. A tutaj są tylko 2 białe konie: Snow i jeden, który właśnie grzecznie stoi w swoim ogrodzie w Likheti. Znaczy, że pędzimy do Sori. Msisiara piechotą, Gosia z Łukaszem prosto z lotniska na marszrutce. Ktoś zadzwonił, ktoś coś widział, ktoś coś wie. Tutaj wieści rozchodzą się szybko. Z jednej strony denerwuje brak anonimowości, że każdy wydaje się interesować twoim życiem bardziej niż swoim. Jednak podczas szukania koni pomaga.

Konie znalazła Chuliganka z Łukaszem. Stały zgonione, przywiązane w czyjejś zagrodzie, z poranionymi policzkami od tandetnego żelaztwa. Chłopcy chcieli sobie pojeździć. Zobaczyli konie to sobie wzięli. Kto wie ile by je zajeżdżali, bez wody i jedzenia. Może i lepiej, że to były dzieci, bo kto wie czy nie skończyłoby się na rękoczynach. Natychmiast zrobiło się zamieszanie, zeszło się z pół wioski, popatrzeć i porobić zdjęcia. Już udało się lekko załagodzić sytuację, wyprowadzić konie z zagrody, gdy z małego czarnego samochodu wyskakuje Msisiara z ogniem w oczach. 

– Panie, w czym problem? Po co te nerwy? Konie są po to, żeby na nich jeździć. A dzieci widzą konia, to chcą sobie pojeździć. Pojeździli i co? 

– Na swoim koniu można. To znaczy, że twoja krowa idzie ulicą i mogę ją sobie wziąć i wydoić? Znaczy, że stoi twój samochód przed sklepem i mogę sobie wziąć i pojeździć?!  Czego wy te dzieci uczycie?!? Złodziejstwa! 

Pierwszy raz w historii, Chuliganka musiała tamować buzujące nerwy Msisiary, tym razem w roli zbulwersowanej obrończyni zwierząt.

– Oj tam oj tam, u nas to normalne. O takie nic, tyle krzyku. 

– Jakie normalne?! Te konie są z Ghebi. Tam nikt nie wsiądzie bez pozwolenia na cudzego konia, a jak wsiądzie, uwiąże i będzie bez jedzenia trzymał to mu właściciel głowę odstrzeli! 

– A ty atkuda? (Skąd pochodzisz?)

– A jaka to różnica?

– Skąd jesteś?

– Nie ważne

– Ale skąd? Z Polski?

– Jaka różnica czy z Polski czy w Gruzji?!? Jaka różnica czy z kobieta czy mężczyzna?!? Taki sam człowiek jak ty!

  • A męża masz?

Tu już puściły Msisiarze nerwy i posłała lokalnego Katzune (gogusia), wygrzewacza ławki pod sklepem, na tri bukvy*

W Sori przez chwilę srogo się zakotłowało. 2 rozsierdzone Polki, 3 zmieszane konie, milczący chłopak, 2 chłopcy co się nie bali i konie za***, gromada gapiów i lokalnych speców od rozwiązywania problemów. Choć miało być to załatwione polubownie, policjant był nieugięty. Bez wizyty na posterunku się nie obędzie. Trzymająca spokojny fason Chuliganka spędziła resztę dnia zagłębiając tajniki policyjnych procedur. Zjechała w milicyjnej mankanie pół Rachy, od posterunku w Ambrolauri do Oni i z powrotem. Dokarmiana wafelkami napisała wypracowanie po rosyjsku “Dietskaya ashybka” do książki pisanej przez policjanta. Kolejny raz byliśmy świadkami popisu komunikacyjnej gruzińskiej myśli technicznej, gdy parę chwil po Chuligance na posterunku pojawił się ghebiński przyjaciel pędzący z pomocą w wyjaśnieniach. Wieści bez naszego i nie do końca wiadomym nam sposobem szybko zawitały w Ghebi. A Ghebi od razu wysłało swoją pomoc, po raz kolejny dając dowód jego pięknego serca. Choć wśród ghebinców nie brakuje sporów i waśni. Choć piętno naszych ułomnych ludzkich czynów w Ghebi także widne, za swoim stoją murem. Na podobieństwo swojego największego skarbu, trwają razem wspierając się wzajemnie w wzmaganiach z losem. Rosnąc w śród gór od swej mądrości wysokich, słuchają bicia ich potężnych serc, które jak nasze kruszeją smagane wiatrów losem.

DSCF1158

DSCF1182

Za zdjęcia i pomoc w oczyszczaniu nerwowej atmosfery dziękujemy Łukaszowi 🙂

*  na tri bukvy- poszedł na ch**

Zwierzogród

dsc_0579

  • „Co ja za to mogę, że ten pies za mną biega?!? Już trzeci dzień… Ale jaki on mądry! Nie, Bichuna? Wiesz gdzie jest ferma, domu pilnujesz, ze szczeniakami się ładnie bawisz, na jedzenie się nie rzucasz… mądra psina. I co ty winny jesteś, że tak cie jakiś pacan, co się człowiekiem śmie nazywać, tak źle cię potraktował i porzucił?”

  • „No jak mu jedzenie dajesz, to nie ma się co dziwić, że za Tobą chodzi!”

  • „Wcale nie!  Bo wcześniej nie dawałam i też chodził. Czepił się jak rzep siego ogona , to też mu muszę coś teraz dać. Nie Biczuna? Ty mój śliczny chłopaku”.- mówi Psia Mamma, a Bichuna pomyka obok nogi z nosem w przy jej ręce.

Bichuna (gruz. mały chłopiec) to jasny kundel nieznanego pochodzenia, który przypałętał się pewnego dnia do Chuliganki vel Psia Mamma. A ta chodziła to w jedną, to w drugą stronę jakby pieprz w dupie miała. Z domu do fermy, z fermy do domu i tak na okrągło, dwa razy dziennie a jak trzeba było i trzy ( 3,5 km w jedną stronę). Nikt inny tutaj tyle nie chodzi. Tylko samochody przejeżdżają przez wioskę z piskiem opon. Poza tym, nie raz się zdarzyło, że któryś z naszych-nienaszych innych psich podopiecznych zerwał się z domu lub fermy i też kursował to w jedną to w drugą za psią mamą. Psia poczta pantoflowa roznosi się szybko. To mała wioska, wszyscy wszystko wiedzą w trymiga, nie tylko ludzie plotkują. To, że u Chuliganki psy i konie mają się dobrze też się szybko rozeszło i też zaczął Biczuna chodzić z nami. 16196393_576714225868906_864850680_o.jpg

Może się wydawać, że taki pies przybłęda to żaden problem. Jeden nie. Problem jeśli to piąty dorosły pies, na włościach. Nie wspominając o gronie podrastających szczeniakach. Wcale nie naszych. Właściciel fermy zostawił je w fermie z końmi i wyjechał na kilka tygodni. I jak tu się nie denerwować? 2 suki z małymi, jedna z ADHD i tasiemcem, druga agresywna (wobec pozostałych psów), trzecia urocza, ale rzucająca się na samochody. Szalony i wychudzony wilczur przybłęda, który podgryza konie i puszcza strasznie śmierdzące bąki. Przy wejściu do fermy powinno się obowiązkowo zakładać słuchawki wygłuszające. Odpuścić ich nie można, bo się pozagryzają, bo nie nasze. A właściciel jak wróci, to lepiej żeby było tak jak on pozostawił, czyli wygłodzone psy mają być uwiązane na łańcuchach. To codzienny widok w Gruzji – sfory wałęsających się  głodnych i bezpańskich niejednokrotnie chorych psów. Tsesi w tym wypadku niczym nie różni się od pozostałych regionów

Jeśli przygarniasz jednego, dlaczego nie drugiego, trzeciego, piątego? Co zrobić jeśli rodzą się szczeniaki? Psy nie są sterylizowane, nikt psów nie usypia. Nikt ich nie chce. Komuś, kto przyzwyczaił się do europejskich standardów, gdzie psy śpią w łóżkach i jedzą bio karmę bez glutenu, może się to wydawać kosmicznie niemożliwe. Przyzwyczajeni że w każdym nawet najmniejszym miasteczku jest schronisko dla zwierząt, że w każdej chwili można poprosić weta aby uśpił chore, cierpiące zwierzę, mnie też się wydawało że tu znajdziemy podobne rozwiązanie. Ewa chyba nie spodziewała się takiej zagwozdki. Jednak po kilku dniach kombinowania jak ogarnąć i konie i psy, żeby się nie pozabijały, zjadły i miały czysto – stwierdzasz, że nie jesteś superbohaterem, że pewnych rzeczy nie jesteś w stanie przeskoczyć.  Nie uratujesz wszystkich, czasem nie nadrobisz za brak odpowiedzialności innych osób. Czasem może trzeba od początku być brutalnym realistą. Kiedyś zrobiłam wielkie oczy, gdy usłyszałam, że szczeniaki topi się w Rioni. Teraz rozumiem i w moim postrzeganiu jest to bardziej humanitarne, na zasadzie z dwojga złego wybrać mniejsze zło. Myślę jednak, że można to zmieniać. Powoli. Są już w Gruzji projekty wspierające rozwój turystyki, rolnictwa, kiedyś będą projekty na temat problematyki psów.

20170109_165232

Człowiek udomowił psa, pies stał się przyjacielem człowieka. Przy człowieku pies może żyć jak król, choć wiele ma po prostu pieskie życie.